Mock Pojedynek

Akcja powieści kryminalnej Marka Kajewskiego „Mock Pojedynek” zaczyna się w 1916 roku w Kurlandii, na froncie niemiecko – rosyjskim. Następnie cofa się w czasie i przeskakuje do  Breslau, w lata od 1905 do 1906. Późniejszy as wrocławskiej policji Eberhard Mock, studiuje wtedy filologię klasyczną na wydziale filozoficznym uniwersytetu. Klepie biedę,  gdyż jest synem ubogiego szewca z Wałbrzycha. Na domiar złego bojkotuje go większość studentów z powodu jego nonkonformizmu – Eberhard nie chce należeć do żadnego bractwa, a pojedynki uważa za wielkie zło. Uczy się, udziela korepetycji, pije tanie piwo, kombinuje co zjeść na śniadanie, od czasu do czasu spotyka się z panienkami lekkich obyczajów. I to niemal wszystko, co zawarte jest w powieści. Wprawdzie pada kilka trupów, ale dzieje się to niemal na naszych oczach. Zabójca nie jest dla nas zagadką, dla Eberharda Mocka też nie. Pozostaje tylko kwestia jak samemu wymierzyć sprawiedliwość, skoro powołane do tego instytucje wcale się nie kwapią.  Mock stopniowo, nie wiedząc o tym, wkracza na  drogę przemocy, z której nie ma powrotu. Dlatego, zamiast łagodnym profesorem gimnazjalnym, zostaje brutalnym policjantem. Jest też, ale raczej poboczny, wątek romansowy. Książka w zasadzie nie jest kryminałem gdyż nie traktuje o dochodzeniu do prawdy, o śledztwie, o odkrywaniu tajemnic, o wywlekaniu na światło dzienne tajemniczego zbrodniarza. To  raczej powieść obyczajowa. Bardzo ważnym jej elementem i w zasadzie największą wartością, jest obraz Wrocławia z początku XX wieku. Przedstawione w bardzo plastyczny sposób miasto Breslau jest tak różne od naszego współczesnego Wrocławia, że sprawia na mnie wrażenie, jakby to było miasto z równoległego świata. I to, według mnie, jest najwspanialszy walor tej bardzo ciekawej powieści, która kryminałem jest głównie z tej racji, że należy do kryminalnej serii.

Acha, i jeszcze ciekawa informacja którą znalazłem w książce. Na pewno prawdziwa, gdyż znać, że Krajewski starannie i rzetelnie zrekonstruował świat o którym pisze. Mianowicie, spośród wszystkich funkcjonariuszy państwa, największy prestiż i najwyższe zarobki mieli profesorowie uniwersyteccy. Nie jacyś dostojnicy na cesarskim dworze, nie ministrowie, generałowie, dyrektorzy poczty czy policji, sędziowie, prokuratorzy, lecz właśnie profesorowie. To tłumaczy potęgę niemieckiej nauki w dziewiętnastym i dwudziestym wieku, która była jedną z przyczyn dobrobytu tego narodu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *