Eden

Kosmolot z sześcioma astronautami na pokładzie  ląduje awaryjnie, a właściwie  niemal spada, na planetę Eden. Ludzie dotąd tu nie bywali. Po katastrofie akcja przebiega dwutorowo. Jeden wątek to naprawa ciężko uszkodzonej rakiety, co załodze idzie sprawnie. Drugi wątek to próby poznania tutejszej cywilizacji, co idzie znacznie gorzej. Wszystko to opisane jest sugestywnie, rozwiązywanie zagadek nieznanej cywilizacji wciąga czytelnika. Chociaż, jeśli o mnie chodzi, opuściłem kilka dość rozwlekłych opisów krajobrazów. Obserwacje czynione przez astronautów zdają się wskazywać, że wylądowali w czymś, co czytelnikowi przypomina Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, w okresie wzmożonych czystek. Lecz astronautom nie przypomina, widocznie w ich czasach historię już całkiem usunięto ze szkół. To mój żarcik taki – wiadomo, „Eden” powstał w 1958 roku, wszelkie jawne wzmianki były wykluczone, zresztą, cała akcja to aluzja. Załogę dręczy niepewność jak interpretować dostrzeżone fakty, rozmaite wątpliwości sprawiają, że opinie zmieniają się z dnia na dzień. Rakietę odwiedza miejscowy uczony, który wyjaśnia niektóre sprawy. Inne jednak pozostają zakryte. Wreszcie astronauci uzgadniają stanowiska – wprawdzie cywilizacja wygląda dość paskudnie, ale to antropocentryczny punkt widzenia. Tubylcy tak właśnie wszystko urządzili – może tubylcom się podoba jak ich trują gazem. Zresztą nic się nie da zrobić bez przemocy. Ludzie nie mają prawa oceniać, więc – odlatują. Wietrzę tu zalążki poprawności politycznej, według której cywilizacje są równe, a biały europejczyk nie ma prawa oceniać. Aztekowie mordowali dziesiątki tysięcy ludzi wyrywając im serca, ale, zdaniem naszych uczonych, ludzie to lubili. Aztekowie zjadali uda pomordowanych  – no cóż, taka cywilizacja. Fakt, że siedemdziesiąt tysięcy Indian dowodzonych przez tysiąc Hiszpanów zdobywało stolicę Azteków, nasi historycy ignorują. Najpierw Portugalczycy w zdobytym przez siebie Goa, później Brytyjczycy w całych Indiach, zakazali sati. Cóż za buta białych kolonizatorów! Wprawdzie palenie żywcem wdów na stosach pogrzebowych mężów może budzić pewien sprzeciw, ale należało się przełamać i zaakceptować. Astronauci się przełamali i zaakceptowali. Nie ma wzmianki, by zamierzali przedstawić swe obserwacje jakimś gremiom, które może coś by wymyśliły, jakąś delikatniutką, subtelną interwencję?

Bohaterowie nie mają imion i nazwisk. Określani są nazwami swych zawodów, jedynie Inżynier ma imię. Wygłaszają kwestie adekwatne do swych funkcji. Żadnych wspomnień, żadnych rozmów o bliskich. Zero tęsknoty, niewiele strachu, ani wzmianki o religii. Nie wiemy skąd i dokąd podróżują oraz w jakim celu. Może nie jest to niezbędne dla rozwoju akcji, ale bohaterowie zyskaliby na wyrazistości.

Jak twierdzi w posłowiu pan Jerzy Jarzębski, „Eden” wyznacza początek dojrzałej twórczości Lema. Ja bym polemizował. Uważam, że wcześniejsze „Dzienniki gwiazdowe” są znacznie dojrzalsze, inteligentniejsze, po prostu lepsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *