Dzienniki gwiazdowe

„Dzienniki gwiazdowe”, wydane w 2001 roku przez Wydawnictwo Literackie, składają się z dwóch części: „Z dzienników gwiazdowych Ijona Tichego” – sześć podróży oraz „Ze wspomnień  Ijona Tichego”. Nie omówię poszczególnych podróży oraz wspomnień, bowiem w takim wypadku albo powstałby tekst nadmiernie długaśny, albo omówienia byłyby nazbyt zdawkowe i przez to mało warte. Mam zamiar napisać co myślę o „Dziennikach” jako całości oraz omówić szczegółowo najciekawsze  moim zdaniem  podróż i wspomnienie.

„Dzienniki gwiazdowe” to zbiór opowiadań o podróżach Ijona Tichego. Śmiały wędrowiec, przemierzający kosmos w poszukiwaniu wiedzy oraz mocnych wrażeń, uszedł cało z niesamowitych i groźnych przygód. Między innymi na planecie w układzie Procyona był aresztowany jako lepniak, rzeźbił swobodnie w obozie pracy na Pincie, został skazany na dożywotnią identyfikację na Pancie, przeżył strum, polował na gigantyczne kurdle, nie dowiedział się czym są sepulki.  Tichy to postać zdecydowanie sympatyczna. Niepoprawny optymista, czasem naiwny, ale zawsze pomysłowy i sprytny.

We wszystkich opowiadaniach  Lem prezentuje wielką ilość niesamowitych pomysłów, niekiedy śmiesznych, innym razem dających do myślenia. Oczywiście filozofuje, a kwestie które porusza, mają związek z ewolucją religii, nauki, z ludzką naturą, na ogół niestety podłą, egoistyczną, tchórzliwą i zdradziecką. Styl „Dzienników” jest świetny, pełen humoru i ironii, przy tym jasny i zrozumiały. Nie ma tu ani śladu skomplikowanych fraz, tasiemcowych zdań, ciężkich niby zły los sformułowań, które tak gnębiły mnie i zniechęcały w „Wielkości urojonej” czy „Prowokacji”. Wszystko to, bez żadnej przesady, wprost zachwyca. Ale w tej beczce miodu wyczuwam łyżeczkę dziegciu – to wstawki filozoficzne, a ja się z filozofią Lema nie zgadzam. Szczególnie obfite pokłady filozofii odkryłem w podróży dwudziestej pierwszej oraz we wspomnieniu numer I. Są to, właśnie z powodu refleksji o naturze świata, o Bogu, religii i podobnych kwestiach, najciekawsze – choć dla mnie jakoś odpychające – teksty „Dzienników gwiazdowych”. Opowieści o Ijonie to oczywiście groteski i parodie, jednak nie całkiem odlotowe, absurdalne, lecz pisane z zachowaniem logiki, pełne odniesień do rzeczywistości. Dlatego zakładam, że fragmenty dotykające kwestii światopoglądu, w dużym stopniu należy traktować poważnie, jako poglądy samego autora. Zwłaszcza, że i w innych dziełach Lem głosi zbliżone idee.

 

J

Rozwój cywilizacji dychtończyków (podobnie jak Tichy, będę ich nazywał po prostu ludźmi).  Jest to niezmiernie śmieszna i pomysłowa opowieść o tym, jak ludzie porzucili swą naturalną postać i rozpoczęli rozpasane ciałostwórstwo indywidualne lub pod przewodem rozmaitych instytucji, jak na przykład BIPROCIAPS. Ten motyw jest, jak sądzę, ostrzeżeniem przed manipulacjami inżynierii genetycznej w ludzkim genomie oraz drwiną z trashumanizmu, który to kierunek filozoficzno – społeczny pojawił się już w XIX wieku, lecz nazwę uzyskał w roku 1957, a więc w roku powstania „Dzienników”. Mieszkańcy Dychtonii potrafią niszczyć lub tworzyć gwiazdy, zaszczepiać rozum w żabim skrzeku lub butelce oranżady oraz wykonywać niezliczoną ilość innych dziwnych rzeczy.  Cierpią z powodu swej potęgi, ponieważ daje im ona taką wolność wyboru, że nie wiedzą, co wybrać. Jednak nie wszyscy chyba mają tak fajnie, bo widzimy podwładnego, który jest mały, szary i uniżony w stosunku do wielkiego, błyszczącego szefa.

Drugim wątkiem są opowieści cybernetycznych mnichów o klęsce i odwrocie religii. Niegdyś duizm był jak chrześcijaństwo, miał nawet dogmat o niepokalanym poczęciu. Lecz gdy mnisi podejmowali Tichego, ich wiara nie miała dogmatów ani nawet pewności co do istnienia Boga, niczego nie wymagała, nic nie dawała, była po prostu na nic. Praktycznie upadła, zmiażdżona przez naukę. Dla mnie jasne jest, że Lem wyłożył w ten sposób swoje poglądy na przyszły nieuchronny koniec religii. A ja się z nim nie zgadzam, bo:

Klonowanie obala dogmat o niepokalanym poczęciu. A dlaczego? Co ma piernik do wiatraka? No niby ma, mąkę, a niepokalane poczęcie podobne jest do klonowania brakiem zapłodnienia przez człowieka płci męskiej. I co z tego?

Bóg stwarza duszę w momencie zapłodnienia, a jeśli można zapłodnienie odwrócić, cofając ustrój przez wszystkie stadia aż do rozłączenia jajeczka z plemnikiem, to co z duszą? Z duszą to, co z duszą każdego unicestwionego człowieka. Czy człowieka zarżną czy cofną – wszystko jedno. Zgodnie z dogmatem, jego dusza istnieje nadal.

Embriogenezę można odchylać tak, by płód ludzki obrócił się na przykład w małpi. Jakże tedy, co z duszą? Z duszą nic nadzwyczajnego, istnieje połączona z ciałem aż do śmierci tak potwornie zdeformowanego człowieka.

Próby ratowania dogmatu o nieśmiertelności duszy załamały się w ogniu odkryć, które lawinami schodziły na XXVI wiek. Fajnie, lecz Tichy nawet się nie zająknął jakie to odkrycia, więc chyba tej lawiny wcale nie było, nie ma i może nie będzie?

Dziecinadą jest mniemać, że Bóg po to stworzył, żeby mu stworzone od rana do wieczora bakę świeciło, żeby go na wyrost miłowało. Jeśli stworzono nas na obraz i podobieństwo Boga, to i na odwrót, Bóg jest do nas podobny. Może więc lubi kiedy go lubią?

Pogrzebaliśmy teodyceę opartą na zasadach transakcji handlowej. Że za dobro jest zapłata w niebie.  To mnich miał na myśli. Nie wyjaśnił jednak, dlaczego pogrzebali tę zasadę. Że handel niegodny wyższych sfer, a Bóg to najwyższa sfera? Dziecinadą jest tak mniemać.

Stworzenie jako psujący się zegarek i cud jako boża pinceta, dotykająca werków gwiazdowych żeby podkręcić co należy. A niby dlaczego cuda mają coś naprawiać? Z punktu widzenia wierzącej osoby one po prostu są, ponieważ Bóg zaplanował je w tym właśnie miejscu czasoprzestrzeni.

I tak dalej, i tak dalej. Całe szczęście, że wszystko to głoszą sztuczni braciszkowie niby – wierzący, a nie mój ulubiony pisarz Stanisław Lem.

Wspomnienie  I.

Już o nim pisałem omawiając „Ciemność i pleśń”. Może to pójście na łatwiznę powtarzać, co już raz się gdzie indziej napisało, ale to nie moja wina lecz wydawców Lema, którzy grupują jego teksty raz tak, raz siak i wydają zbiory pod różnymi tytułami, przez co opowiadania powtarzają się w różnych tomach. Poza tym, teraz napiszę to nieco inaczej. Ale do rzeczy. Najpierw autor wprowadza nastrój beznadziei w wymiarze wręcz kosmicznym, obwieszczając ustami Ijona Tichego że jak Galaktyka długa i szeroka, straszą bliźniaczo podobne miasta i miasteczka, brzydkie, smutne, nędzne, zamieszkałe przez niemal identyczne pożałowania godne istoty. Aż dziw, że Tichego nie naszła refleksja, dlaczego spośród niezliczonych możliwości ziściła się ta jedna jedyna, dlaczego wszędzie takie same śmietniki i takie  same istoty? Gdyby rządził przypadek, nie wygenerowałby cywilizacji pod jeden strychulec, jednakowo smutnych i na identycznym stopniu rozwoju. Ten brak atrakcji w Galaktyce, nie powinien Tichego zasmucać i upokarzać, lecz rzucić na kolana przed Stwórcą. Tyle o wstępie. Właściwa treść opowiada o wizycie Tichego w laboratorium profesora Corcorana, weredyka, solipsysty, genialnego cybernetyka, odludka i zwykłego chama.  Corcoran pokazał swemu gościowi żelazne skrzynie stojące w zaniedbanej piwnicy. Objaśnił, że każda z nich zawiera mózg elektronowy w którym Corcoran wygenerował osobowość równą ludzkiej, niczym się od nas nie różniącą, obdarzoną takim zakresem wolnej woli, jakim i my jesteśmy obdarowani. Mechaniczny chwytak z taśm perforowanych czerpie z obracającego się bębna opisy sztucznego świata tak doskonałe, jakby to był nasz realny świat. Osoby egzystujące w skrzyniach otoczone są, kontaktują się, wchodzą w związki z  fantomami udającymi innych ludzi. Lecz tylko Corcoran wie, że to fantomy. Osoby egzystujące w skrzyniach nie mają sposobu aby odkryć, że to fantomy. Losy żelaznych skrzyń nie są ustalone z góry. Istoty w skrzyniach mogą dokonywać wyborów, kształtować swój los w zakresie jaki i nam jest dany. W skrzyniach egzystują miedzy innymi piękna kobieta, ślepnący naukowiec, wariat który twierdzi, że jest żelazną skrzynią stojącą w piwnicy swego stwórcy. Jak tłumaczy Corcoran, każda ze skrzyń to osobny Wszechświat z jedną elektroniczną, mimo to realną istotą. Ich los jest zdeterminowany w takim samym stopniu, jak i nasz. Corcoran, ich stwórca i bóg, mógłby ingerować,  odwracać zły los, lecz nie czyni tego. Nie ingeruje, nie kontaktuje się, nie rozmawia ze swymi tworami. Nie czyni cudów. Nie objawia się. Stoi w swej piwnicy, spogląda na skrzynie z zadumanym uśmieszkiem i tyle. Postępuje – jak twierdzi – tak samo, jak nasz Bóg. Wszystko to objaśnił Tichemu, czyniąc na nim wielkie wrażenie. Jednym słowem, Corcoran jest bogiem dla swych „skrzyniowców”.  Podejrzewa, że on również jest takim „skrzyniowcem” i tak dalej, że właśnie tak jest skonstruowany Wszechświat.  Mnie taka wizja mierzi, ale oczywiście nie wiem, jak Wszechświat jest skonstruowany. Wiem natomiast, że Corcoran wkręca  Tichego. Bo skąd profesor wie, co w skrzyniach siedzi? Skonstruował jakiś elektryczny (tak go nazywa) rzekomy mózg z rzekomą istotą w środku. Skoro jednak nie gada z elektrycznymi istotami, to skąd wie, że to świadome istoty?  Bęben z taśmą i mechaniczny chwytak to raczej żałosny substytut Wszechświata. Nie wiem, dlaczego Tichy mu uwierzył. Jeden szczegół świadczy, że Corcoran w ostatniej chwili zorganizował mistyfikację i wszystkiego co do szczegółu nie przemyślał. Mianowicie najpierw twierdzi z namaszczeniem, że co skrzynia to osobny wszechświat, a egzystujące w nim istoty otoczone są fantomami wygenerowanymi przez ich skrzynię. Potem mówi, że elektryczny rzekomy wariat domyślił się słusznie, że ludzie którzy go otaczają to żelazne skrzynie stojące w kącie zakurzonego laboratorium. Tu Corcoran się sypnął. Bo raz twierdzi stanowczo, nawet krzyczy, że wariata (i pozostałe istoty) otaczają fantomy z jednej jedynej, ich własnej skrzyni. Następnie gada, że „skrzyniowców” otaczają nie fantomy, lecz inni „skrzyniowcy”. Ot, wypsnęła mu się sprzeczność, nie przemyślał do końca swego żartu.

Reasumując, moim oczywiście subiektywnym zdaniem, „Dzienniki gwiazdowe” to wspaniała lektura. Nawet te fragmenty, gdzie Lem cokolwiek  rozwlekle wykłada swój niejasny, rozchwiany, prawie – ateistyczny światopogląd, wciągają mnie gdy się z nimi spieram.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *