część XXII

Przebrodzili Młynówkę, przeszli jej brzegiem do toru kolejowego, po którym żaden pociąg w tym czasie nie przejeżdżał. Poszli wzdłuż toru, rowem osłoniętym krzakami. Prawdopodobieństwo by kogoś tam spotkali było praktycznie żadne, a gdyby jednak, to mieli rewolwery by delikwenta sterroryzować, sznurek  by go związać i plaster by zakneblować. Rowem doszli pod ogrodzenie, od tej strony wykonane tylko  z  drucianej siatki. Za nim rosły krzaki i jakieś drzewka, dalej był ślepy bok młyna, bez okien.
-Wiesz, to najpierw ja sforsuję ogrodzenie, potem ty się jakoś wdrapiesz, skoczysz, a ja cię złapię – zaproponował Mateusz. – Wiesz, to musi być szybkie, żeby nas nie spostrzegli.
-Bez łaski – prychnęła XX. – Sama sobie poradzę. – Zdjęła spódnicę i podała ją Mateuszowi. – Potrzymaj spódnicę i patrz.
-No, patrzę, patrzę, bardzo mi się podoba, ale…
-Zdjęłam, żeby się o drut nie zahaczyła, głupku.
Podeszła tam, gdzie z drugiej strony był słup. Trzymając się go jedną ręką a drugą ręką siatki, wkładając czubki drobnych stóp w druciane oka, weszła na szczyt słupa tak zręcznie, jak królowa małp i hop, zeskoczyła lodując na ugiętych nogach. Mateusz przewalił się za nią ze  znacznie większym rumorem i sapaniem, przy czym w jednym miejscu naddarł o sterczący drut nogawkę spodni.
Znaleźli się w przemysłowej części posiadłości i ukryli się w krzakach pod płotem w takim miejscu, z którego było widać wejście do kantorka. Drzwi budyneczku administracyjnego były uchylone. Nic się nie działo. Ludzi ani śladu, jeno sapanie i łomot machin dawały znać, że młyn działa. Wreszcie nastał czas fajrantu, młynarze poszli sobie i była to okoliczność pomyślna. Oni czekali nadal. Wreszcie doszli do wniosku, że on cały czas może być w biurze.
-Wchodzę tam – rzekł Świątecki.
XX skinęła głową.
-Idź. Ja cię z zewnątrz ubezpieczam. Myśl tylko o zadaniu, wszystko inne biorę na siebie.
Tętno tak w nim łomotało, jak po biegu maratońskim. Pomału, cichutko, szerzej otwarł drzwi pomalowane na brązowo. Wiedział, iż niemal na wprost jest wejście do biura w którym zwykle urzęduje Słabikowski, w prawo odchodzi króciutki korytarzyk a z niego następne wejście prowadzi do  magazynku gospodarczego i zarazem archiwum. Drzwi obu pomieszczeń były otwarte, może po to, aby wywołać choć ślad przeciągu w dusznych, nagrzanych wnętrzach. Świątecki wślizgnął się bardzo ostrożnie do korytarzyka, przyczaił za framugą i spojrzał w głąb biura. Słabikowski stał za wielkim biurkiem, tyłem do niego i do wejścia, twarzą do regałów z których wyjął właśnie upatrzony segregator i nie patrząc odłożył go za siebie na biurko. Świątecki odkleił się od framugi, na palcach przeszedł kilka kroków w prawo, łypnął okiem w głąb magazynku. Pusto. Nie ma nikogo. Więc w całym budynku tylko oni dwaj. Wrócił w lewo pod biurowy kantorek. Miał wrażenie, że te kilka kroków idzie bardzo długo a nogi ma obciążone betonem. Wszedł do pomieszczenia z bronią w dłoni przyciśniętej do uda. Słabikowski nadal stał za biurkiem. Odwrócił się, spojrzał, kto wchodzi.
Mateusz wycelował w niego  rewolwer.
-Co robisz?! – krzyknął Słabikowski.
-Zabiłeś ją.
-Skąd… Zwariowałeś?!
Mateusz prawą dłoń z rewolwerem włożył do kieszeni. Lewą wyjął dwa bagnety i położył je na biurku.
-Wybieraj.
-Co?!
-Nóż. Który wolisz.
-Niby dlaczego?
-Będziemy walczyć na noże.
-Zwariowałeś?
-Chyba tak. Powinienem bez ceregieli zastrzelić cię, tylko że ja tak nie umiem. Wybieraj. Nie ma czasu.
-Ja mam czas. Ani mi się śni wybierać. Ja jestem normalny. A ty, zwariowałeś. Mówiąc to, Słabikowski sięgnął gwałtownie pod blat, a gdy podniósł rękę, w dłoni trzymał pistolet.
Huk wystrzałów zlał się w jedno. Przeznaczenie niosło kule. Pocisk z pistoletu musnął lewe ramię Świąteckiego rozrywając materiał kurtki. Ołowiana kula wystrzelona ze starego rewolweru wyrwała w piersi Słabikowskiego krwawą dziurę. Tomasz opadł na biurko, po chwili dźwignął z wysiłkiem tułów podpierając się rękami. Podniósł głowę. Oczy wychodziły mu z orbit.
-Dogadamy się – wydyszał bulgocącym głosem. – Proszę. Ona… nie była ciebie warta. Wiem coś o niej… Mam… pieniądze… Ta głupia dziwka traktowała mnie jak brata, a ja… Dla niej… Nie… Nienawidzę jej.
Przewrócił się na blat. Znieruchomiał. Jego krew kapała wraz z atramentem cieknącym z potrąconego kałamarza.
-Nie umieraj jeszcze – wysyczał Świątecki. – Jeszcze kilka chwil strachu
i cierpienia…
Ale widział, że gada do trupa. Wszedł w głąb pomieszczenia. Nie znał się na tym, jednak nie trzeba było fachowca by upewnić się, że Słabikowski skonał.

****

 

Na tym kończę wklejanie kolejnych odcinków „Ada, to nie wypada” podobnie jak wcześniej musiałem skończyć wklejanie fragmentów „Guzika polskiego”  i „Zgadnij kochanie” i z tych samych przyczyn – nie mogę wystrzelać całej amunicji, zdecydowanie większą część tych powieści muszę zachować nieprzeczytaną do wydania książkowego (o jej, ile z tym kłopotów, ach, ach, ale damy radę).

W zamian zacznę umieszczać  fragmenty powieści pod tytułem „Ofir”. Mam nadzieję, że się spodoba, pisałem ją z większym doświadczeniem i może jeszcze większym zaangażowaniem, niż te poprzednie.

Dołożę starań, aby od stycznia 2018 roku  zaczęły się ukazywać wszystkie wymienione tytuły w formie drukowanych książek (po  tak umiarkowanej  cenie, jak to tylko możliwe).

Co napisawszy, zachęcam do czytania „Ofiru”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *