część XXI

**

-Łykam efekty twego dochodzenia w ciemno, ponieważ ty masz jakiś pomysł co do sprawcy, a ja nie mam żadnego – rzekła XX. – Oczywiście wybiorę się z tobą do Krzesławic. Myślę, że pojedziemy na rowerach bo to najmniej rzuca się w oczy i łatwo je ukryć?
-Tak planowałem – zgodził się Świątecki.
-Zatem, zgadzasz się na współpracę z nami.
-Chyba nie mam innego wyjścia. Żebyś mnie dobrze zrozumiała: zgoda na współpracę, nie na podległość lub służbę.
-Oczywiście – XX potwierdziła ruchem głowy. – Zatem, daję ci w imieniu nas wszystkich słowo honoru, że cię nie zdradzimy. Ty daj mi słowo honoru, że nas nie zdradzisz.
Dziewczyny przybyłe z RU spojrzały po sobie z powątpiewaniem. „Też wymyśliła, honor, przecież to nic nie znaczy.”
XX znała ten świat, wiedziała, że w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym honor to wielka sprawa. W imię honoru minister Beck rzucił na szalę los państwa i milionów ludzi. W każdym razie, wielu tak myślało, w tym nawet poważni publicyści. W rzeczywistości z tym honorem to była taka modna i porywająca figura retoryczna. Naprawdę liczył się interes. Nie ma zgody na eksterytorialną autostradę z Rzeszy do Prus dlatego, by Niemcy nadal musieli płacić wielkie sumy za przewozy z Rzeszy do Prus przez polskie Pomorze. Nie ma zgody na przyłączenie Gdańska do Rzeszy bo niby za jaką rekompensatą? Za mgliste bajania o Morzu Czarnym? Nie ma zgody na sojusz ponieważ to oznacza konfrontację z potężną koalicją Imperium Brytyjskiego z Francją i z USA na zapleczu, z którą Niemcy muszą przegrać, zwłaszcza jeśli Polska dołączy do koalicji. Nie ma zgody na sojusz a w rzeczywistości na uzależnienie od hochsztaplera który nie dotrzymuje własnego słowa czego dobitnie dowiódł anektując Czechy. Tę rację stanu Beck oblókł w piękne słowa o honorze. Nie uczyniłby tak, gdyby honor był jedynie staroświeckim, nieco śmiesznym, pustym hasełkiem, które dla nikogo nie ma znaczenia. Nie, w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym honor miał jeszcze wielkie znaczenie.
-Daję słowo honoru – rzekł Świątecki.
-Super – uśmiechnęła się XX. – Teraz nam opowiedz Sherlocku Holmesie, w jaki sposób doszedłeś do tego akurat nazwiska. Wiesz, jeśli mam ewentualnie kogoś zabić i przeszukać zwłoki chciałabym wiedzieć, czy jest do tego choćby cień uzasadnienia. Ale najpierw – XX spojrzała na ręczny zegarek. – Dziewczyny, niech która włączy radio. U nas, w OS, zaczęło się wtedy o czwartej czterdzieści pięć, możliwe, że tu również.
-To właśnie dzisiaj ma nastąpić? – spytała z przejęciem Elżbieta. – Podeszła, przekręciła gałkę wyłącznika superheterodyny. Z głośnika popłynęła melodia i słowa:  „Noce takie są upale, a słowiki spać nie dają. A przez okno do mej izby jakieś strachy zaglądają.” – Widzicie, spokój. Nic się nie dzieje. Śpiewają sobie.
-Dobrze – odetchnął Mateusz. – Może u nas do tego nie dojdzie… Możemy jechać na rowerach – zwrócił  się do XX. – Z tym, że najpierw muszę wstąpić do domu po pończochę. Zrobiłem z niej maskę. Wiesz, wycina się otwory na oczy i naciąga na głowę, żeby cię nie poznali.
-Nie musisz jechać do domu – roześmiała się XX. – Pończoch ci u nas dostatek. Widzisz, ten i podobne problemy rozwiązujemy od ręki. Zaczynaj, przedstaw nam dowo…- XX urwała w pół słowa.
W pokoju gadało już tylko radio, ponieważ umilkła Gabriela mówiąca coś do Mańki, zamilkła Cesia szepcząca do Elżbiety. Umilkły w pół słowa, zastygły w połowie gestu, w pół ruchu, ponieważ z głośnika poważny, sugestywny, wręcz przeszywający głos, z pozoru spokojny lecz podszyty niesłychanym napięciem, przemawiał:
-Uwaga! Uwaga! Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy! Uwaga! Uwaga! Koma trzy, nadchodzi! Powtarzam. Koma trzy, nadchodzi!!
-Co, kurwa, nadchodzi? – spytała któraś.
-Jak to, co! – powiedziała XX podniesionym tonem. – Wojna, wojna nadeszła. Świątecki, chowaj gnata pod kapelusz, idziemy po te rowery i ruszamy, ruszamy.
-A my, my? Co mamy robić?
-Bądźcie grzeczne i czekajcie.
Zbiegli po schodach. Słońce już wzeszło, było całkiem jasno.  Szli szybkim krokiem bulwarami wzdłuż Wisły do mostu. Świątecki w syntetycznej formie, ograniczając do minimum komentarze, przedstawiał ciąg poszlak, które doprowadziły go do, jego zdaniem, sprawcy. Widocznie był dość przekonujący, bo XX kiwała potakująco głową.
Kiedy byli już blisko Mostu Dębnickiego, nadleciało dwanaście samolotów. Błyszczały w słońcu. Zataczały kręgi nad mostem. Pierwsza trójka obniżyła lot. Artyleria przeciwlotnicza z Dębnik otworzyła ogień pociskami smugowymi. Samoloty poderwały się gwałtownie. Oderwały się od nich cygara bomb. Gejzery wody  wzburzonej wybuchami podniosły się z Wisły daleko od celu, nieopodal starego ujścia Rudawy.   Poniewczasie zawyły syreny alarmu. Tu i ówdzie widać było ludzi którzy, zamiast kryć się po bramach, przemykali w stronę mostu. XX z Mateuszem też tam szli. Na ich twarzach malowały się strach, ciekawość, podniecenie, jakby spodziewali się ujrzeć straszny, z dawna zapowiadany cud. Następne trójki samolotów nie opuszczały się tak nisko jak ta pierwsza odstraszane artylerią, ale celowały staranniej. Białe fontanny wody wstawały z rzeki coraz bliżej, po obu stronach mostu. Grzmiały wybuchy bomb, dudniła artyleria, ryczały motory, wyły syreny, ludzie krzyczeli. Lecz Most Dębnicki jak stał, tak stał. Wreszcie samoloty wyczerpały zapas bomb. Odleciały na południe, ku Słowacji. Wtedy spod ścian kamienic wyszły gromadki kobiet i mężczyzn, z podziwem oglądających most, jakby właśnie został wybudowany cudownym sposobem
-Panie, toż okazuje się,  lotnictwo to istne badziewie! – zaczepił Mateusza jakiś nieznajomy zaczerwieniony z emocji, wachlujący się kapeluszem. – Ile to pieniędzy poszło na bomby i benzynę, a patrz pan, skutku żadnego tylko nam karpie w Wiśle przepłoszyli!
-Prawda! – Mateusz roześmiał się.– Może nie taki ten diabeł straszny, jak go malują, a co do karpi to nie przepłoszyli tylko ogłuszyli, pływają brzuchem do góry, nic tylko wybierać kapeluszem i piec na obiad!
Za szczęśliwie ocalonym mostem przeszli ulicą Konopnickiej jakieś trzysta metrów, po czym skręcili w zaułek. Tam XX otworzyła kłódkę zawieszoną na jednych z trojga drzwi dość obskurnej szopy. Weszli do wnętrza. Stał tam samochód osobowy,  dwa ciężarowe Fiaty, a pięć rowerów opartych było o ściany. Mateusz wybrał któryś na chybił – trafił,  XX oczywiście wybrała jedyną w kolekcji damkę.
-No nie fajnie, tego problemu co mi teraz przyszedł do głowy nie rozwiążę jednak od ręki i nie wiem, co z nim zrobić – zafrasowała się raptem XX, gdy już zamknęła drzwi na kłódkę. – Jest wojna, na pewno będzie od groma kontroli na drogach i co my im powiemy? Wojna, bomby a my na łączkę na piknik? Toż nawet idiota w to nie uwierzy. Zrobią nam rewizję, obmacają, znajdą broń i kuku!
-Niby dlaczego policjant albo żandarm miałby obmacywać inżyniera, zapalonego cyklistę, na wycieczce którą przedsięwziął by nasycić oczy widokiem miłych stron zanim zatrzaśnie się nad nim luk czołgu, więżąc go w dusznym, rozgrzanym, dygocącym wnętrzu machiny mknącej na wroga? Dlaczego mieliby obmacywać jego narzeczoną, to rozumiem. Ale myślę, że się powstrzymają. Ja jestem oficerem rezerwy, podporucznikiem broni pancernej, mam przy sobie wszystkie dokumenty łącznie z kartą powołania, na dwudziestego, do Żurawicy. Nikt się nie doczepi.
-Na dwudziestego do Żurawicy? Chłopie, toż dwudziestego września będą tam Niemcy, jeśli my nic nie zrobimy.
Tak rozmawiając, jechali przez miasto na rowerach zbawiać świat lub może nawet dwa albo trzy światy. Amerykańscy superbohaterowie z komiksów  w takich wypadkach pędzą automobilami o bardzo długich maskach pod którymi kryją się szesnastocylindrowe motory lub nawet szybują w powietrzu. „No cóż, co kraj to obyczaj” – mruknął do siebie rozmyślający o tym Świątecki. Upał dawał się we znaki. Zajechali pod mały sklepik, aby kupić dwie butelki oranżady. Wnętrze było zastawione skrzynkami z jarzyną, beczką śledzi, beczką kiszonej kapusty, regałem wypełnionym pieczywem i torebkami różnych sypkich  ingrediencji. Na ladzie stały słoje landrynek, pierniczków i czerwonych lizaków. Część podłogi zajmowały worki ziemniaków i wiązki szczap na podpałkę.
-Dzień dobry – przywitali się uprzejmie.
-Jaki tam dobry! – odparła właścicielka. – Ojej, co to z nami będzie? Kiedy zrzucali z aeroplanów te bomby czy tam cóś, to u mnie w sklepie wszystko o, tak skakało! – Drygnęła kilka razy, aż zatrzęsły się jej dwa podbródki. – Ale, mówią, najgorsze to te gazy co je mają puszczać. Gaz to jest straszna rzecz! Już ja tam wolę uczciwą kuchenkę węglową z szabaśnikiem, niż te nowomodne gazowe.
Kupili bułki, kiełbasę wileńską, trzy butelki oranżady, jedno piwo.
Trwał pierwszy dzień wojny, były już bombardowania, mimo to w Krakowie trwał piątek jak każdy inny. Chociaż nie do końca  jak inny, bo pomimo iż był to normalny dzień pracy, na ulicach spotykało się wielu spacerowiczów, więcej niż w inne piątki o tej porze. Młodzież i starsi, pod rękę ze swymi paniami, rozmawiali o wojnie. Wojskowi szli ulicami szybkim krokiem, przechodnie rozstępowali się czyniąc przejście obrońcom ojczyzny. Wjechali na Rynek, płosząc chmarę gołębi dziobiących okruchy. Kwiaciarki robiły interesy życia, wiele osób kupowało bukieciki na pożegnanie, a wiele było pożegnań w tym dniu. W ogródku kawiarni  Noworola pełno było gości, wszyscy oni dyskutowali, przecież nie o meczach czy spektaklach, tylko o wojnie.
Mijali coraz bardziej odrapane kamieniczki, hale fabryczne, szczerbate parkany, szopy, baraki, byle jak sklecone domki, aż wreszcie coraz paskudniejsza ulica Mogilska znalazła swój kres przy forcie Pszorna. Dalej pobiegła zamiejska szosa otoczona zielenią. Z lewej strony za linią kolejową, leżał rozległy węzeł lotnisk. Składał się z bazy Drugiego Pułku Lotniczego sięgającej aż do Rakowic gdzie znajdowała się główna brama oraz z lotniska cywilnego, które wejście dla pasażerów miało w podmiejskich Czyżynach. Z prawej strony szosy złociły się ścierniska, zieleniły łąki, rosły przydrożne drzewa, a opadająca skarpa niemal równoległa do gościńca powodowała, że droga była wyniesiona nad polami i jeśli nic nie zasłaniało widoku, wzrok cyklisty sięgał ponad niewidoczną Wisłą ukrytą w krajobrazie, aż do Chorągwicy i dalszych jeszcze górek.
Po jakichś dwóch kilometrach z niewielkim okładem wjechali do Czyżyn. Plac przed kościołem, gdzie stały furmanki i kilka bryczek, zasłany był barwnymi odłamkami szkła z witraży rozbitych podmuchem od wybuchu bomby. Przez otwarte wrota świątyni słychać było ludzi śpiewających przy wtórze organów  „Boże coś Polskę”.  Po drugiej stronie drogi budynek stacji kolejowej był uszkodzony. Na bocznicy dopalał się wagon towarowy śmierdzący czarnym dymem. Przejechali jeszcze kilkaset metrów do skrzyżowania. Tam XX, zdaniem Mateusza i tak zadziwiająco wytrwała jak na kobietę, poprosiła o przerwę. Zatrzymali się pod rozłożystym klonem przy parkanie na którym poruszało się trącane wiaterkiem, naderwane ogłoszenie:

Port Lotniczy Kraków – Czyżyny.
Loty zagraniczne do Budapesztu.
Loty krajowe do: Warszawy, Lwowa, Poznania, Wilna.

Oparci o parkan, jedli bułki z kiełbasą popijając oranżadą.
-Mam nadzieję, że samoloty już przebazowały się na lotniska polowe i tu nie było czego bronić – Mateusz wskazał za siebie, na dymy pożarów za parkanem.
W odpowiedzi XX dwuznacznie kiwnęła głową.
-Masz – podała mu na dłoni jasnozieloną kostkę.
-Co to jest? – spytał nieufnie.
-W średniowieczu Starzec z Gór wysyłając asasyna by kogoś zadźgał, oszałamiał go haszyszem – uśmiechnęła się XX. – Ja nie jestem starcem, więc to nie haszysz. To niewinny wynalazek z OS. Rozpuszczalna, miętowa guma do żucia. Uspokaja nerwy kiedy tak sobie żujesz.
-Mnie oszałamia gniew, nienawiść, strach przed tym co mam zrobić. Emocje działają prawie jak haszysz. To bardzo źle, bo rozedrganie nerwów zakłóca koncentrację potrzebną do przeprowadzenia akcji. Musisz spróbować mnie uspokoić, ale  guma do żucia nie pomoże.
-To jak? Co ci pomoże?
-Daj cię pocałować.
-No co ty? – roześmiała się. – Tylko tutaj – nadstawiła policzek.
Naprawdę tak blisko Krzesławic nerwy zaczęły mu wysiadać. Tak wiele zależało od tej akcji. I ta świdrująca myśl: „prawdopodobnie będę musiał zabić człowieka”. Spróbował się opanować nie myśląc o niczym, pedałował równomiernie, regularnie oddychał, starał się tylko biernie rejestrować.
Po przejechaniu jakichś dwu i pół kilometra, zwolnili rozglądając się po okolicy. Wypatrzyli na pół zarośniętą ścieżynkę odchodzącą w prawo od szosy,  w  pachnące zarośla nagrzane słońcem. Dróżka zaraz skończyła się na brzegu Młynówki – odnogi Dłubni, łączącej się z rzeką na drugim krańcu wsi za małym, nieczynnym młynem. Upał wypił z Młynówki połowę wody. Choć wyglądało na to, że bardzo rzadko ktoś tu zagląda, to przecież właśnie teraz mógł nadejść. Ostrożność była konieczna. Przeprowadzili rowery skrajem koryta, po wysuszonym mule pękającym w łuski, aż dotarli do najlepiej osłoniętego zaroślami miejsca, w połowie odległości między drogą a torami. Kępa trawy sterczała tu nad wodą niby miniaturowy przylądek. Ukryli rowery pod gałęziami bzu.
Mateusz spojrzał na zegarek – pozostało jeszcze sporo czasu do fajrantu, nie ma sensu się spieszyć. Usiedli nad wodą, zdjęli buty, zanurzyli zmęczone stopy w płyciutkiej wodzie. Siedzieli chlapiąc nogami, a myśli dotyczące zadania wirowały im w głowie, niby Junkersy kołujące nad mostem.
-O kurwa, o cholera – rzekła wreszcie XX –  Już nie ma rady, nadszedł czas, pora iść. Czuję, że mam dreszcze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *