część XX

***

Prezydent Związku Wieleckiego pani Eufrozyna Kąkol była solą w oku dla:
władz Unii ponieważ sprzeciwiała się urawniłowce mającej skasować narody,
likwidowanych klanów ponieważ żadna organizacja nie lubi być likwidowana,
muzułmanów ponieważ zastosowała wobec nich (może pochopnie)  odpowiedzialność zbiorową,
feministek nie wiadomo dlaczego, skoro niewątpliwie była kobietą,
antyfeministów ponieważ była kobietą, w dodatku ładną blondynką więc powinna być głupia a nie była,
osób nie cierpiących tradycji w tym zwłaszcza tradycji wieleckich,
wszystkich innych którym Eufrozyna podpadła z jakichkolwiek, nieraz absurdalnych, powodów.

Wymienione środowiska finansowane skrycie przez Unię, wszczęły bunt. „Zielone ludziki” przysłane przez unijnego wodza generała Corcorana, opanowały większość stolicy. W tej sytuacji Eufrozyna Kąkol wezwała na pomoc Rzeczpospolitą Polską. Nowiutka jak spod igły, jeszcze nie do końca sformowana armia Rzeczpospolitej była świetnie uzbrojona dzięki dostawom Nowogrodu  Wielkiego. Buntownicy byli uzbrojeni co najmniej równie dobrze, ponieważ większość wśród nich stanowili żołnierze Unii Kontynentalnej przebrani za powstańców. Ale byli też autentyczni powstańcy, głównie zagrożeni wysiedleniem do Emiratu Grenady muzułmanie i bojownicy różnych likwidowanych klanów. Wśród klanów na czoło wysunął się, dotąd najmniej ważny, klan Gęstej Sieci.
Prezydent Rzeczypospolitej Wojciech Korf osobiście dowodził czołowym Pułkiem Szturmowym Krakusów.
Wychylony zza niskiego murku otaczającego parking hipermarketu, ogarniał spojrzeniem aleję aż hen, po wytaczające się spoza zakrętu wozy bojowe. Były to nowiutkie T-88 które Wojsko Polskie otrzymało od Nowogrodu Wielkiego. Czołgi uciekały, drąc gąsienicami asfalt alei. Ostatnie wozy miały odwrócone wstecz wieżyczki, odpowiadały ogniem na ogień pogoni. Zaraz też wytoczyły się na aleję wozy pancerne powstańców, udekorowane flagami Unii.
Korf odetchnął głęboko pomimo odoru spalenizny i kłębów dymu niesionych wiatrem od magazynów podpalonych diabli wiedzą przez kogo. Obok prezydenta kucał obserwator – łącznościowiec trzymający pod ręką radiostację. Żołnierz czekał, wlepiając wzrok w nadciągające wozy. Korf drżał z podniecenia. Nadszedł moment kulminacyjny, tyle się o nim naczytał, a teraz naprawdę…
Polskie wozy skręciły w lewo, staranowały wątłe ogrodzenie, wjechały na plac zabaw, łamiąc parkan wdarły się na teren ogródków działkowych.
-Ognia – powiedział Korf przez ściśnięte gardło.
Nic się nie stało. Łącznościowiec nie zwrócił uwagi.
-Ognia! – ryknął Korf.
Żołnierz podskoczył jak oparzony, ocknął się i wrzasnął do mikrofonu radiostacji:
-Ognia!
Zagrzechotały karabiny maszynowe ustawione w oknach kamienic, ryknęły odpalane z parkingu rakiety, rozległ się charakterystyczny głos dział bezodrzutowych, zamaskowanych w okopie na trawniku alei. Lawina pocisków spadła na pancerną kolumnę. Zasadzka była tak niespodziewana, że czoło kolumny bite salwami, penetrowane strugami żelaza, zamarło w bezruchu. Potem czołgi i transportery opancerzone zaczęły się cofać, wpadając na wozy wciąż nadjeżdżające od rynku.
Korf chłonął ten obraz wszystkimi zmysłami, całym sobą. „Rzeź – myślał niekiedy z przerażeniem. – Ten człowiek padł, miotają nim konwulsje, umiera. Na co to komu, lepiej żyć  w zgodzie, nieetyczne cieszyć się czyjąś śmiercią… A diabła tam z etyką, to upaja! Ognia! Ognia! Zabić skurwysynów!”
Cel zajmował całą szerokość alei od krawężnika do krawężnika, celowanie zbędne, trzeba tylko się spieszyć! Spieszyć!!! Artyleria rakietowa, działka bezodrzutowe i moździerze gorączkowo wybierały cele. Wkrótce wozy pancerne zostały rozbite lub wycofały się, ale wcześniej wysypali się z nich piechurzy. Sunęli wzdłuż ścian kamienic, przemykali między wrakami rozbitych transporterów i czołgów.
Widząc jak podchodzą coraz bliżej, Korf  zdecydował się:
Do szturmu chłopaki! Bagnet na broń!
Taki rozkaz nie brzmiał na tym kontynencie od Bóg wie, ilu lat. Korf nie był pewien, czy posłuchają. Lecz tak, przygotowując się do skoku nakładają bagnety, więc wyciągnął pistolet z kabury,  poderwał się z za murka.
-Hura! Hura!  – wrzasnął.
Karabiny maszynowe osłaniały atak piechoty. Krakusi z bagnetami na broni popędzili naprzód, oficerowie pomieszani z szeregowcami, jednako wrzeszcząc, nieprzytomni z podniecenia i zgrozy.
Trzykrotnie liczniejszy nieprzyjaciel nie miał zamiaru walczyć wręcz. Tak się nie robi we współczesnych czasach. To dzikie, ręcznie wypruwać sobie flaki. Zaczęli uciekać. Ale nie wszyscy. Byli wśród nich przebrani za powstańców grenadierzy pancerni z elitarnych jednostek Unii Kontynentalnej. Oni zatrzymali się dopiero gdy ujrzeli, że są sami, że ta hołota z klanów i islamskich slumsów, zwiała. Grenadierzy za późno ruszyli do odwrotu. Napastnicy dopadli ich.  Zawrzały krótkie, gwałtowne starcia. Grenadierów likwidowano bez pardonu, aż ci którzy wciąż żyli, rzucili broń i podnieśli ręce.
Korf podszedł do grupy jeńców zgromadzonych pod rozbitą witryną sklepu z zabawkami. Jeńcy stali z podniesionymi do góry rękami. Ubrani byli w zielone mundury nieistniejącej armii bez dystynkcji, oznaczeń i godeł, jedynie z błękitnymi opaskami na lewym ramieniu. Jeden jedyny major unijnych grenadierów miał na sobie regulaminowy mundur.
-Niech pan opuści ręce, majorze – rzekł Korf. – Szacunek. Pańscy ludzie dzielnie walczyli, chociaż niepotrzebnie. Tylu ich zginęło, i za co?
-A wy, za co? – spytał major. – Pan to dla mnie jasne, nawet wróble ćwierkają że za kochankę panią Gabrielę, osaczoną gdzieś w okolicach Radogoszczy. Ale cała reszta pańskich ludzi? Skąd tyle wściekłości, żeby lecieć z bagnetem rozpruwać nam brzuchy? Tak się od dawna nie robi. Za co oni tak walczą?
-A choćby i za nic – odparł Korcz. – My tak mamy. Podczas rozbiorów najdzielniejsze bałtyjskie  pułki to były te gadające po polsku. Tak samo i w cesarskim wojsku, nawet w rusko-tatarskim. Wszędzie tam nasi walczyli po nic, my po prostu tak mamy.
-Aha – rzekł major, bo i co miał powiedzieć. W sumie, to już wcześniej słyszał o tym.
-A właściwie, co pan tu robi, w tym mundurze? – spytał Korcz. – Przecież ja nie walczę z Unią Kontynentalną a Unia nie walczy ze mną, prawda?
-Oni tu mają świetne lody w tym miasteczku – odparł major, uśmiechając się krzywo. – Wpadłem na lody i tak się tu jakoś zaplątałem…
-Ma pan pecha z tym zaplątaniem, ponieważ będę musiał na jakiś czas zamknąć pana w jakiejś komórce… – Korcz przerwał i nadstawił ucha.
Od strony rynku miasteczka dobiegła ich gwałtowna kanonada.
Korcz ruszył tam biegiem. We wciąż jeszcze nieprofesjonalnym Wojsku Polskim mogło się zdarzyć, że prezydent i wódz naczelny biegnie niemal sam, w towarzystwie jedynie zadyszanego łącznościowca dźwigającego radiostację. Biegli po szkle z rozbitych okien i po plamach jakichś cieczy, mijali stalowe wraki, omijali wrzeszczących rannych, uwijających się sanitariuszy, dwa wozy strażackie i strażaków gaszących pożar kamienicy. Wkrótce zasapali się, zwolnili, a kiedy weszli na rynek, było już po wszystkim. Zgromadzony tam sztab zgrupowania, wozy amunicyjne, punkt medyczny i inne tyłowe pododdziały rebeliantów,  osłaniane przez pluton zielonych ludzików, właśnie skapitulowały. Zostały one zaatakowane przez krakusów od strony alei, a z pozostałych uliczek przez czołgi, które przejechały ogródkami działkowymi i bocznymi ulicami.
Korczowi przyprowadzono pułkownika dowodzącego zgrupowaniem. Podobnie jak wcześniej major, miał na sobie unijny mundur  z dystynkcjami. Był stary, siwy, na piersi miał przypięte odznaczenie za kampanię w Syrii.
-Pan pułkownik również  wpadł tu na lody? – spytał ironicznie Korcz.
-Nie rozumiem o co chodzi. Mógłby pan doprecyzować?
-Nieważne. Tak tylko spytałem.
-Teraz ja mam pytanie. Można?
-Pytaj pan.
-Co dla pana prezydenta jest pilniejsze, ratowanie stolicy Związku Wieleckiego, czy ratowanie pani Gabrieli?
-A bo co niby? Dlaczego pan pyta?
-Ponieważ moim zadaniem jest nie dopuścić pańskich wojsk do Radogoszczy. Pana znajoma przebywa niemal sama w bardzo niebezpiecznym  lesie, w sporej odległości od Radogoszczy. Jeśli powiem gdzie, pójdzie pan tam, do tego lasu czy mimo wszystko na stolicę?
-Oczywiście do lasu. Stolica przez jakiś czas da sobie radę sama. Gabriela może nie dać sobie rady. Gadaj pan, gdzie ona jest?
Oficer otworzył mapnik. Najpierw wydobył z niego mały pistolet którego mu przez nieuwagę dotąd nie zabrano, następnie jakieś pudełko, butelkę, wreszcie mapę. Wskazał na niej kompleks leśny, z niewielkim jeziorkiem pośrodku.
-Pańska znajoma przebywa tutaj – rzekł. – Jak pan widzi niedaleko stąd, niespełna godzina jazdy pełnym gazem, tyle tylko, że nie jest to po drodze do Radogoszczy. Według mnie jest spora szansa, że ona wciąż jeszcze żyje.
-Jak to, wciąż jeszcze? – spytał wstrząśnięty Korcz. – Co ona tam, do cholery, robi?
-O ile nam wiadomo, próbuje ratować przyjaciółkę – odparł pułkownik. – Niestety wpadła… – oficer zamilkł. – To znaczy, powinienem był powiedzieć na szczęście dla nas wpadła w pułapkę, została otoczona przeważającą siłą hmm, naszych. – Starannie ogolona twarz pułkownika skrzywiła się, a brwi zmarszczyły. – No trudno, muszę o tej szumowinie mówić „nasi”. Najwięcej jest tam bandytów psychopatycznego Drożko Wicana.

Szaleńcza jazda zajęła pięćdziesiąt minut. Rozgromienie, a raczej wyłowienie z leśnego poszycia  usiłujących wymknąć się rebeliantów, zajęła kolejne pięćdziesiąt minut.
Prezydent Wojciech Korcz osobiście nadzorował przesłuchiwanie jeńców. Do przesłuchań można było użyć narzędzi znalezionych w zdobytej, przewoźnej katowni Drożko Wicana, w której na podłodze znaleziono również ślady krwi. Na szczęście, dość skąpe. Jednak Korcz wolał nowocześniejsze i – jak sądził – bardziej humanitarne metody, a co ważniejsze zależało mu, aby na ciałach jeńców nie pozostały żadne krwawe ślady tortur. Ciała na pewno zostaną poddane obdukcji, niektóre może nawet sekcji zwłok. To nie była wojna na cały regulator, to była wojna jednak w pewien sposób ograniczona, jakby pod pewnym nadzorem Unii. Dlatego do przesłuchań  użyto dwóch połączonych szeregowo akumulatorów wielkiej mocy, wymontowanych z obu rozbitych, rebelianckich czołgów.
-Nie, oni muszą wyglądać tak, jakby padli w boju – rzekł prezydent, kręcąc głową. – Mordowania jeńców mogliby nam nie wybaczyć. Wiadomo że to tchórze, a tchórze srają w gacie, ale żeby tak wszyscy? W to raczej trudno uwierzyć.
-To co robić, panie prezydencie, skoro oni srają i szczają, kiedy ich pieścić prądem? – spytał zafrasowany żołnierz.
-Sam pomyśl trochę – odparł Korcz.
-Kiedy myślę i nie wiem…
-Że też ja muszę wszystko za wszystkich – żachnął się prezydent. – No dobra, powiem ci. Najsamprzód trzeba ściągnąć im gacie, dopiero potem popieścić co jeszcze ma ten plus, że można im okręcić drut elektrody wokół fiuta albo jajek…
-Zaraz, pomału, bo nie spamiętam – poprosił żołnierz. – Plus na fiuta, to minus gdzie? Do dupy?
-Bez znaczenia – Korcz machnął ręką. – Jak chcesz.
-Ale przecie prezydent sam mi mówił przed chwilą, żeby plus im okręcić…
-Zamknij się – poprosił stanowczo Korcz. – Zamknij się i słuchaj. Plus gdzie chcesz, minus gdzie wolisz, zadawanie pytań, to ja, w przypadku braku zadowalającej odpowiedzi pieszczenie prądem, znów pytania, pieszczenie… – Korcz urwał, by zaczerpnąć tchu.
-A, załapałem! – ucieszył się żołnierz. – Pytania, pieszczenie prądem, znów pytania, pieszczenie, a że mają gołe dupy to nie obsrają gaci więc można im ubrać czyste gacie, na pole, serią przez pierś, karabin do łapy, wywlec w krzaki. Ino że choć gacie czyste, to tyłki obsrane. Trzeba by umyć, ale czym?
-Nie mnóż trudności – sarknął Korcz. – Staraj się być kreatywny, samodzielnie rozwiązuj problemy.
-Panie prezydencie, ja wiem, bo jestem kreatywny! – pochwalił się jeden z obecnych przy rozmowie podoficerów, w stopniu sierżanta. – Umyć wodą z jeziorka i wytrzeć łopianem! Tu wszędzie – zatoczył ręką koło wskazując las wokół polany – są duże, w sam raz powiedziałbym, liście łopianu.
-Ale… – zaczął żołnierz.
-Jak ci się nie podoba, to możesz im dupy wylizać! – ryknął sierżant.
-Właśnie – zgodził się Korcz. – No, to do roboty.
Wkrótce wrzask przesłuchiwanego rebelianta poleciał nad lasem. Niestety, prócz potu i łez nic z niego nie wyciśnięto. Kolejny, który chyba naprawdę nie wiedział, gdzie podziała się Gabriela. Co się z nią stało. Nie było jej w tym lesie, żywej ni umarłej. A przecież wcześniej, była tu. Dosłownie kilka chwil temu. Niejeden jeniec zeznał, że kobieta, z opisu sądząc Gabriela, dowodziła oddziałem z którym rebelianci stoczyli tu walkę. Były tu jeszcze trzy inne dupeczki – jak określił je pewien jeniec. Twierdził, że wszystkie przeleciał. Śmiał się przy tym, rechotał i zacierał ręce. Umarł z cherlawą piersią poszatkowaną serią i uśmiechem przyklejonym do pyska. Taki wesołek. Ten aktualnie przesłuchiwany też się zesrał, niestety. Trzeba było poczekać aż przyniosą wiadro wody, umyć go, ubrać i zastrzelić. Nie chodziło przy tym o zemstę ale o to by nie zostawiać świadków, którzy podłączeni do wykrywacza kłamstw, zgodnie z prawdą zeznają, ze byli torturowani.
Szeregowiec który przyniósł wiadro wody, w lewej ręce trzymał coś dziwnego. Zameldował się kreatywnemu sierżantowi, a ten przyprowadził go do Korfa.
-Powtórz żołnierzu panu prezydentowi, co zobaczyłeś i pokaż co znalazłeś nad jeziorem – rzekł podoficer.
-Znalazłem to – szeregowiec wręczył Korfowi skrzydło owada, z tym, że owad musiałby mieć wielkość, no może nie małego helikoptera, ale coś koło tego. – Ja też się wzdrygnąłem, na szczęście ono jest sztuczne – rzekł bystry żołnierz. – Widziałem zaś ślady stóp czterech kobiet, bo te stopy były małe a jedne z nich to chyba szpilki, więc one weszły do wody i już z niej nie wyszły. No chyba, że wyfrunęły, bo śladów stóp wychodzących z wody nie ma.
Wojciech Korf był wyjątkowo bystrym człowiekiem. W mig skojarzył: sztuczne skrzydło może być osy, Elżbieta Kowalska przebrana za osę chcąc nie chcąc uczestniczy w jakimś kretyńskim teleturnieju z którym powiązany jest Drożko Wican, Gabriela przybyła tu ratować przyjaciółkę, Elżbieta jest przyjaciółką Gabrieli, więc kogo Gabriela ratowała? Elżbietę Kowalską. Przed kim? Przed Drożko Wicanem. Weszły do jeziorka, nie wyszły. Gabriela wspomniała o punkcie przerzutowym w jakimś jeziorze, więc to musi być to. Uciekając przed Wicanem dokonały niekontrolowanego przerzutu, bez wspomagania z drugiej strony. Diabli wiedzą, gdzie je rzuciło. Niedobrze. Ale sprytne  osy mają bazy w wielu punktach obu światów, w tym z reguły nieopodal punktów przerzutowych, więc po tamtej stronie może ktoś uciekinierkom pomoże. „Trzeba mieć taką nadzieję” – podsumował swe rozmyślania Wojciech Korcz. – „Gdybym tak dorwał Drożko Wicana, to bym mu… W każdym razie, nie miałby on wesoło.”
Pogrążony w rozmyślaniach Wojciech, choć zwykle bystry, tym razem przegapił, że niosą mu kogoś  na prowizorycznych noszach. Ocknął się dopiero, gdy dwóch sanitariuszy złożyło mu rannego u stóp. Spojrzał, i…
-Drożko Wican?! Co za niespodzianka! Co za zbieg okoliczności! Bo, dasz wiarę, właśnie myślałem o tobie. – Korcz zatarł dłonie. – Tak, myślałem jak cię powitam i uwierz mi, będzie to naprawdę gorące powitanie. Ale nie teraz ptaszyno, nie teraz muszko bo widzę, że ktoś ci nieźle dopierdolił. Jesteś słaby. A musisz być silny by wytrzymać tyle gorąca. Zaopiekujemy się tobą troskliwie, następnie pogadamy, a potem no cóż, wszystko się kończy, zwłaszcza żywot takiego skurwysyna powinien się skończyć jak najszybciej.
Leżący na noszach Wican uśmiechnął się słabo lecz paskudnie zakrwawionymi wargami.
-Jeśli nie chcesz mnie teraz zaraz sprzątnąć to wiedz, że nigdy mnie nie sprzątniesz – wychrypiał. – Nie takich jak ty wyruchałem. Mnie potrzeba tylko trochę czasu a zobaczysz, wywinę się i dopadnę wszystkie te dziwki, a zwłaszcza twoją pieprzoną Gabrielę i tę sukę Elżbietę. Zobaczysz, dorwę je. Zobaczysz…
-Proszę wyznaczyć kogoś żeby go kopnął – rzekł prezydent do kreatywnego sierżanta. – Kogoś kto najbardziej wam, sierżancie, podpadł. Ja nie chcę brudzić sobie buta takim gównem.

***

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *