część XVII

Jak zasnąć, skoro myśli wciąż wirują w głowie, a upierdliwe sumienie przypomina: „nie zabijaj!”. W tej sytuacji sama herbata nie wystarczy. Musi być solidnie wzmocniona. Poszedł do kuchni, sięgnął do kredensu, zamiast ćwiartki spirytusu wyjął coś dziwnego. No tak, pomyłka, to jest azotan srebra. „Jeszcze to mi zostało do zrobienia” – przypomniał sobie. – „No szlag, już nie chcę niczego badać, nie chcę, żeby coś się zmieniało. Nie chcę, ale muszę.” Przyniósł do kuchni „Pamiętnik”. Ostrożnie, czystą ściereczką nasączoną azotanem, przecierał go nad zlewem. Na szczęście kartki nic nie ujawniły. Za to okładki – tak. Dopiero teraz zorientował się, że obie są za ciężkie. Nożem przeciął niebieski papier w który były obłożone. Pod papierem zobaczył przyklejone plastrami do okładek dwa klucze. Oba płaskie i lekkie, do patentowych zamków. Przy kluczu umocowanym do przedniej okładki nie było żadnego podpisu. Natomiast pod tym umocowanym z tyłu, był na okładce napis: „Bernardyńska 5/4. Bramę otwiera szarpnięcie klamki w górę, potem dwa naciśnięcia w dół.”
-Taka sprawa – syknął przez zęby Mateusz.
Znowu wszystko stanęło na głowie. W tym lokalu mógł być klub dewiantów, skrzynka kontaktowa wywiadu, diabli wiedzą co. Klucza do mieszkania przyjaciółki nie ukrywa się w ten sposób.
Zdjął koszulę żeby się nie pobrudziła, sięgnął w głąb popielnika, wyjął zawiniątko z rewolwerem. Ubrał się, włożył broń do wewnętrznej kieszeni marynarki, schował do kieszeni spodni tajemniczy klucz i wyszedł gotowy na wszystko.
Peryferyjna ulica Kościuszki była oświetlona bardzo marnie nielicznymi latarniami. Pod jedną z nich stała dziewczyna, która zaproponowała Mateuszowi swe usługi. Nie odpowiedział jej więc urażona posłała za nim wiąchę bluzgów. Chociaż chciał iść coraz to bardziej opieszale hamowany  wrażeniem, że zmierza do jaskini potwora, szedł energicznym krokiem. Brzegiem Wisły, podnóżem Wawelu, w poprzek  Rybaków. Wszedł w Bernardyńską. Uliczka była pusta, pogrążona w głębokim cieniu wawelskiego wzgórza. W koło ani żywego ducha. Gdy spojrzał na fasadę kamienicy numer pięć spostrzegł, że przez oświetlone okno nakryte łukiem, obramowane kaskadami pnączy, ktoś zerka. Poszedł dalej a gdy był pewny, że ten ktoś już go nie widzi, przypadł do ściany, rozpłaszczył się na niej niby flądra i szorując plecami po murze, podkradł się pod bramę. W ten sposób dla patrzącego z góry przez okno był niewidzialny. Poszarpał klamką w górę i dwa razy w dół. Za drugim razem mu się udało.
Na parterze były dwa lokale.  Na piętrze też. Bardzo ostrożnie przekręcił klucz w zamku i uchylił drzwi mieszkania numer cztery. Nic nie zgrzytnęło, nie zaskrzypiało. Nadstawił uszu – cisza. Westchnął z nerwów i wślizgnął się do przedpokoju. Był ciemny, ale zza uchylonych drzwi na wprost padało światło. Ujął w dłoń odbezpieczony rewolwer, cichutko, wstrzymując oddech przeszedł tych kilkanaście kroków, lewą ręką otwarł drzwi. W dużym salonie dość mrocznym ponieważ świeciły tylko dwa słabe kinkiety, pod ścianą przeciwległą do wejścia, na kanapie przy stoliku, siedziały trzy panie. Kolejna stała patrząc w okno, odwrócona plecami. Dość daleko od nich, jasno oświetlone pobliskim kinkietem, stały oparte o ścianę dwa pistolety maszynowe. Mateusz zmarszczył czoło. Mocniej ścisnął broń. Posłyszał delikatne skrzypienie zawiasów drzwi naprzeciw. Spojrzał tam. Z drzwi wyszła zgrabna ruda dziewczyna. W wyciągniętej ręce trzymała pistolet.
-Tylko spokojnie, panie Świątecki – rzekła.
Jej usta uśmiechnęły się, a oczy pozostały czujne i zimne.

*****

Jolka zebrała naczynia na tacę i wyszła do kuchni, aby przynieść kawę i ciasteczka.
-Ja idę po koniak – oświadczyła XX, wywołując ogólny aplauz.
Wyszła do drugiego pokoju, tego w amfiladzie.
Siedziały odprężone bo miały ciepło i bezpiecznie, a że wszystko jest do dupy to normalne, coś się może poradzi, jakoś to będzie. Elżbieta wstała, podeszła do okna, leciutko uchyliła ciężką kotarę. Wyjrzała na nocny świat. Niespodziewanie zabrzmiał cichutki dzwonek zamontowany w jakimś meblu. Rozejrzały się w lekkim popłochu, nie wiedząc co to znaczy.
Z przedpokoju wszedł facet w marynarze i kapeluszu, w łapsku trzymał ogromny rewolwer. Wypisz wymaluj, wkurwiony Al Capone.
-O panie święty – szepnęła Gabriela, rozglądając się za swym peemem. Niestety stał oparty o ścianę daleko, niemal w rogu, pod kinkietem. Ten Mańki też tam był.
Elżbieta jęknęła. Cesia zaklęła po wielecku.
Z pokoju w amfiladzie wyszła XX. W wyciągniętej ręce trzymała pistolet.
-Tylko spokojnie, panie Świątecki – rzekła,
Stali naprzeciw siebie nerwowo przełykając ślinę i celując, ona w szeroką klatę Świąteckiego,  on w jej zdecydowanie ponętny biust.
Z przedpokoju przez otwarte drzwi za plecami intruza, wyszła cichutko Jolka. W obu rękach trzymała wielką patelnię. Z całej siły przyłożyła mu w ciemię. Miał szczęście, że ochronił go kapelusz, mimo to stracił przytomność, padł na parkiet jak ścięty. Jolka wyjęła mu rewolwer z garści. Gabriela z Mańką uzbrojone w swe peemy pobiegły zobaczyć, czy jeszcze ktoś nie wlazł do mieszkania. Zamknęły drzwi wejściowe, podparły je szafką na buty. Jolka wyszła, wróciła z mokrą szmatą, zdjęła Świąteckiemu spłaszczony kapelusz i położyła mu na głowie zimny, mokry kompres . Elżbieta pochylała się nad mężczyzną. Cesia siedziała na kanapie jak sparaliżowana.
Świątecki otworzył oczy.
-Panie Boże, ratuj – wyjęczał. – Dlaczego ona ma różowe czułki na głowie?
-Dlaczego żeście mi nie powiedziały?! – wykrzyknęła Elżbieta zrywając je z czoła.
-Ja myślałam, że zostawiłaś je specjalnie – oświadczyła XX
-Ja też – odparła Mańka z łobuzerską miną.
Świątecki próbował wstać, jednocześnie trzymając się za głowę. Nikt mu nie zabraniał, przeciwnie, pomogły mu usiąść na krześle, więc troszkę się wyluzował pomimo celujących w niego dwóch peemów i jednego pistoletu. Zwłaszcza, że trzymały je ładne kobiety. Niektóre nawet piękne.
-Na pewno znacie Adelę Herdegen – rzekł.
-Ja nie znam – odparła Elżbieta.
-Nie znam – oświadczyła Gabriela.
-Mhm, nie – Mańka zaprzeczyła ruchem głowy.
Cesia powiedziała coś po wielecku, kręcąc przecząco głową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *