część XVI

TT, według miejscowej rachuby czasu pierwszego września 1939 r.

Tak, na wszystko co zapisano w „Niepamiętniku”  należy spojrzeć z nieco innej strony. „Ale karą i tak będzie śmierć” – pomyślał zawzięcie. Wstał, machinalnie nakręcił zegar stojący obok książek na komodzie, który zatrzymał się na godzinie za pięć dwunasta. Usiadł, podparł głowę rękami i długo szklanym wzrokiem gapił się w ciemność za oknem. Gipsowy wieszcz w filcowym kapeluszu przyglądał mu się  ironicznie, litując się nad jego głupotą. „Masz rację, stary – zgodził się z nim w myślach Mateusz. – Jestem idiotą niebezpiecznym dla otoczenia.” Zajrzał do monografii o  Rembrandcie. Przekartkował ją, popatrzył. Skinął głową, potakując swym myślom. Zaparzył herbatę i usiadł z kubkiem przy stole, gryząc suchą bułkę  znalezioną w kredensie. Wszystko już było jasne, pozostała akcja, z którą musi zaczekać do rana, kiedy zorganizuje rower. Teraz nie pozostało już nic do zrobienia ani do przemyślenia, więc najlepiej byłoby położyć się  spać.

*****

            Nagle woda stała się głębsza. Zatapiając Elżbiecie czubek nosa wywołała u niej sporą panikę.  Próbowała wstać używając Mitzi jako podpórki. Mitzi próbowała wstać czepiając się Elżbiety. Pewnie byłyby się potopiły, gdyby ktoś nie złapał Elżbiety za ramiona.
-Spokój, dziewczyny, już po wszystkim – rozległ się dobitny szept Gabrieli. – Przeszłyśmy. Przestańcie się obściskiwać niby dwie lesby, wstańcie spokojnie i do brzegu. Gdzie?! Nie tam, brzeg jest w drugą stronę.
To nie było jezioro lecz rzeka, o leniwym ale wyraźnym nurcie. Tyle Elżbieta spostrzegła i jeszcze, że jest jej cholernie zimno w niezmiernie kusym stroju. Poza tym, było ciemno. Ale kiedy brnęła tam, gdzie kazała Gabriela, zobaczyła ciemny zarys wysokiego brzegu na tle rozgwieżdżonego nieba.
-Gggdzie do chcholery jjjesteśmy? – spytała, szczękając zębami.
-Nnnie wwiem – odparła Gabriela.
Nawet jej było zimno choć miała mundur polowy nie całkiem przemoczony, a mokre, na pół nagie Elżbieta i Mitzi trzęsły się po prostu jak galareta. Przytuliły się wszystkie do siebie i stały tak chwilę, aż zrobiło im się odrobinę cieplej.
-Nie wiem – powtórzyła Gabriela już normalnie, bez szczękania. – To może być którykolwiek nasz punkt przerzutowy w którymś z trzech światów…
-Trzech? – spytała zdziwiona Elżbieta.
-Tak – potwierdziła Gabriela. – Jest jeszcze Ten Trzeci, nie wiesz o nim bo to bardzo ściśle tajne, dlatego, by się ruskie bladzie i amerykańskie dziwki o nim nie dowiedziały, bo one o nim nie wiedzą, w każdym razie, tak nam się zdaje. Zdaje mi się też, że właśnie w nim żeśmy wylądowały. Może być kiepsko, bo wprawdzie diewoczek i kowbojek tu nie ma, ale i tak jest tu raczej nieciekawie. Ale, tak czy owak, zawsze w pobliżu punktu przerzutowego jest baza, czyli meta względnie melina. Czekajcie tu, ja wdrapię się na górę i się rozejrzę.
Usiadły, przytuliły się, a koleżeńska Mańka ściągnęła kurtkę moro i jakoś się nią próbowały okryć, wszystkie trzy. Mitzi próbowała coś powiedzieć, o coś spytać, ale tylko szczękała zębami. Gabriela wróciła po kwadransie.
-Tak jak myślałam, jesteśmy w TT – rzekła. – W tutejszym Krakowie, pod Wawelem, na brzegu Wisły pod Smoczą Jamą. Przesunięcie czasowe pomiędzy OS a TT wynosi minus dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ale za pośrednictwem RU co właśnie nas spotkało, wynosi minus dziewięćdziesiąt cztery  lata. Wylądowałyśmy więc w roku… – Gabriela umilkła, rachując w myślach.
-Wylądowałyśmy w tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiątym roku – odezwała się Elżbieta. – O rany, czy tu też wybuchnie wojna?
-I to jaka! – odparła Gabriela. – Jesteśmy tego pewne, ponieważ historie OS i TT zaczęły się różnicować dopiero w latach dwudziestych dwudziestego wieku. Przedtem były identyczne, więc, być może, nie było wcześniej trzech światów a jedynie dwa, RU a także OS z TT, stanowiące jedność. Są na ten temat różne teorie, ale praktycznego znaczenia to nie ma…
Chciała więcej powiedzieć, lecz wtedy rozległ się histeryczny pisk Mitzi:
-Co to wszystko, kurwa, znaczy?!
-To, co słyszałaś – odparła sucho Gabriela. – Wylądowałaś w innym świecie z gromadką tajnych agentek z jeszcze innego świata. I nie histeryzuj mi tu, bo nie mam czasu na uspokajanie, więc cię tu zostawię.
-Wiedźma – odparła Mitzi zupełnie spokojnie.
-Gabi, bądź dla Mitzi wyrozumiała – poprosiła Elżbieta z nutką stanowczości. – Ona uratowała mi życie, kopiąc w dupę Drożko Wicana.
-Tak? – roześmiała się Gabriela. – No to szacunek, dzielna Mitzi.
-Nie mów tak co mnie – odparła dziewczyna. – To pseudonim sceniczny. Naprawdę na imię mam Czesława, czyli Cesia. I chodźmy stąd do tej bazy, bo zamarznę.
-Dobrze, że noc – odezwała się milcząca aż dotąd Mańka. – W dzień wzbudziłybyśmy niezłą sensację. Zwłaszcza to jedno różowe skrzydełko. Żebyś Ela miała oba, wyglądałabyś jak wielka, różowa, wkurzona ważka. A z jednym to już nie wiem na co wyglądasz.
-To mi je odłam – poprosiła Elżbieta.
-Bez skrzydełek nadal wyglądamy dziwnie, oględnie mówiąc – oceniła Gabriela.
Zdjęła kurtkę i okręciła w nią pistolet maszynowy. Mańka uczyniła to samo.
-Dziewczyny, od tej pory ani słowa po wielecku – zarządziła Gabriela. – Cesia, jeśli nie znasz polskiego, to się lepiej nie odzywaj.
Wdrapały się na wysoki, stromy brzeg. Gabriela prowadziła przez bezludny na szczęście, słabo oświetlony bulwar. Mańka po drodze wyjaśniała półgłosem obu dziewczynom różne aspekty teorii wielu światów. Nawet dla Elżbiety były to nowe rzeczy, a dla Cesi wręcz szokujące. Rozumiała Mańkę ponieważ biernie znała język polski chociaż w nim nie mówiła. Słuchała z osłupiałą miną.
-Światy tworzą triady związane ze sobą i oddziałujące na siebie wskutek przepływu energii, materii i informacji – mówiła Mańka. – Im ściślej związane, tym oddziaływania silniejsze. Wskutek tego te najściślej związane ze sobą światy są identyczne, czyli, w zasadzie, tworzą jedność. Ale jedność w końcu się rozdwoi, potem roztroi, bo musi być triada.
-Ile jest triad? – spytała wstrząśnięta i oszołomiona Elżbieta.
-Od jednej, do około tysiąca – odparła Mańka. – Tak liczą, a wynik zależy od tego, jaką się przyjmie stałą Hubblea. Niestety ona nie jest ściśle ustalona tylko szacunkowa, jak kiedyś ściśle ją wyznaczą, to się okaże.
-Ja wolałabym żeby była jedna, bo co za dużo, to niezdrowo – rzekła Elżbieta.
-Ja też wolałabym – przyznała Mańka.
-Leno jezda, az  to hrom! – stwierdziła Cesia.
-Ciii, miałaś nie gadać po wielecku, więc nie gadaj tylko słuchaj – uciszyła ją Mańka. – Oprócz prostych w zasadzie oddziaływań fizycznych wpływających na historię naturalną, dzieje istot rozumnych w jednym świecie triady wpływają w jakiś sposób na dzieje w dwu pozostałych światach – kontynuowała Mańka. – Im ściślejszy związek tym wpływ silniejszy, a że nie można zmieniać historii własnego świata, pętle czasowe są zakazane co już kiedyś wyjaśniła Mariola Rakszas, Kąkol, Kunderlek, czy jak jej tam naprawdę, to przed dwudziestym wiekiem nie mogłyśmy tu działać wcale, od lat dwudziestych tego wieku mogłyśmy bardzo delikatnie, teraz chyba dość mocno, a później, kiedy światy i ich historie oddalą się jeszcze bardziej, to hulaj dusza, ale niestety wpływy wewnątrz triady zawsze zostają, dlatego…
-Już jesteśmy na miejscu – przerwała jej  Gabriela.
Znalazły się w uliczce nad którą z lewej strony górowało czarne, majestatyczne wzgórze Wawelu. Z prawej strony stał rząd kamienic. Ta przed którą się zatrzymały, miała okna zakończone łukami wpuszczone w głębokie wnęki, co ujawniało, że dom ma grube mury. Fasadę porastały pnącza. Okna parteru były wysoko, duże okna piwnic zabezpieczały kraty, solidna brama zamknięta. Włamać się nie dało, pozostawało stukać do bramy. Ale Gabriela miała uniwersalny klucz, otwierający wrota baz. Otwarła nim bramę, potem drzwi mieszkania na piętrze. Chwilkę macała na ścianie przy drzwiach, wreszcie znalazła, przekręciła wyłącznik zapalając światło. Znajdowały się w dużym przedpokoju. Z lewej strony były drzwi do dwóch pomieszczeń, z prawej do trzech i jeszcze jedne na wprost wejścia. Gabriela widocznie spostrzegła ustalony znak, bo rzekła półgłosem:
-Ktoś tu jest. Uważajcie dziewczyny, żeby nie doszło do nieporozumienia, bo one na pewno też mają broń.
Stanęła pośrodku przedpokoju. Głośno wyrzekła coś kompletnie niezrozumiałego.
– Ne rozumim ja tebe – zdziwiła się Cesia. – Ceż ty żekla?
-Standardowe hasło – uśmiechnęła się Gabriela. – Mogę ci zdradzić, bo i tak nie powtórzysz. „Pozdrawiam ciebie i twoje wielbłądy” w języku suahili. Mówią, że powinno być „twoje okręty”, bo Suahili to cywilizacja morska, ale skoro tak to ułożyli…
Rozczochrana, zaspana blond głowa ukazała się w szczelinie półotwartych drzwi z prawej strony.
-O rany! – wykrzyknęła głowa. – Z cyrku wodnego was wypuścili? Zaczekajcie, tylko coś na siebie włożę. – Wyszła po chwili w szlafroku. Wiek niewiele ponad trzydzieści, dość wysoka, postawna. Wyciągnęła szczupłą dłoń z dużym pierścieniem, bardzo przydatnym do łamania szczęk. – Iksiks jestem – przedstawiła się. – Pisze się to i wymawia jak dwa duże X, bez żadnej przerwy między nimi. Takiego pseudonimu używam w tym świecie, albowiem jakiś psychopatyczny dowcipniś zaopatrzył mnie w papiery na nazwisko Xymena Xenia Wądół.
Uścisnęły sobie ręce, przedstawiając się. Po chwili z sąsiednich drzwi wyszła nieco młodsza dziewczyna w nocnej koszuli. Tarła dłońmi zaspane oczy.
-Hej – powiedziała.
Weszły za XX przez drzwi na wprost. Zobaczyły salon a w nim dużą szafę, komodę, kredens, wszystkie te okazałe meble pokryte orzechowym fornirem, z gałkami wyglądającymi jak bursztynowe. Pośrodku stał duży okrągły stół otoczony krzesłami, mniejszy kwadratowy stolik umieszczono przed kanapą, a po jego bokach dwa fotele. Na wprost wejścia były drugie drzwi, najpewniej do drugiego pokoju.
-Przebierzcie się – XX skinęła głową w stronę szafy. – Jolka w tym czasie przygotuje kanapki, kawę, herbatę a ja napalę w piecu łazienkowym.
Wyszły obie z Jolką do przedpokoju, a podróżniczki między światami w mgnieniu oka pozbyły się złachmanionych, wilgotnych  ciuchów i rzuciły się do szafy. Wybrały sobie bieliznę i spódnice, spodni nie było, widocznie TT nie uznawał kobiet w spodniach. Elżbieta wybrała zapinaną koszulę w drobną kratkę, pozostałe bluzki wciągane przez głowę, zmarzluch Cesia dodatkowo pulower.
Jolka wróciła z tacą. Ustawiła na stoliku szklanki z herbatą, kanapki, talerzyki, cukiernicę. Zebrała brudne ciuchy.
-Nieźle żeście się uszlajały – rzekła. – Z tych seksownych tiulów nic nie będzie, lepiej je spalę w piecu łazienkowym.
Wyszła, minąwszy w drzwiach XX.
-Napaliłam w piecu, za godzinę będzie gorąca woda do kąpieli – pochwaliła się XX.- Tymczasem siadajcie, jedzcie i pogadamy.
-Jak u was jest? – spytała Gabriela, sięgając po szklankę.
-Do dupy – odparła zwięźle XX.
-To jak wszędzie. A konkretnie?
-Konkretnie, to jesteśmy bardzo zmartwione, kompletnie zdezorientowane, ponieważ szefowa Dominika Dzięgiel została ciężko ranna. Udało nam się szybko przerzucić ją do OS, operowano ją bez zwłoki, więc wyżyje. Jeszcze długo ma pozostać w śpiączce farmakologicznej, a tylko Dzięgiel zna ściśle tajne plany zamachu na Hitlera. Tylko Dzięgiel zna położenie ważnych arsenałów i skrytek bankowych. Zaszyfrowane informacje powinny być ukryte w jej mieszkaniu, niestety pieprzony zamachowiec je ukradł.  Kość z danymi jest zespolona z mikro nadajnikiem, przeszukałyśmy czujnikiem cały dom, nigdzie nie ma sygnału nadajnika. Mam nadzieję że nieprędko złamią szyfr więc wszystko powinno być jeszcze na swych miejscach, tylko co nam z tego, skoro nie wiemy, gdzie są te miejsca.
Nowo przybyłe dziewczyny słuchały o tych nieszczęściach kiwając potakująco głowami i zajadając kanapki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *