część XV

RU, według miejscowej rachuby czasu drugiego sierpnia 2033 r.

-Dziewczyny, pospieszcie się! – nawoływał podekscytowany osobnik przypominający młodego Hitlera, ubrany w różowy garnitur i różową koszulę, jedynie buty miał zielone. – Autokar już czeka! Ruchy, ruchy!
Stał pod dużym walczakiem, z którego sterczały króćce z kołnierzami. Niegdyś przykręcone były do nich rury. W nieczynnej hali fabrycznej rdzewiało jeszcze kilkanaście podobnych kotłów. Obok poziomego zbiornika ozdobionego wyblakłym napisem „Uwaga! Wysokie ciśnienie!”  stało osiem łóżek zaścielonych falbaniastą różową pościelą. Na środkowym coś się poruszyło pod kołdrą która zleciała wreszcie na podłogę, odsłaniając ciało dwudziestoletniej blondynki. Dziewczyna przeciągnęła się i leniwie sięgnęła po różowe majtki leżące na różowej szafce.
Za sypialnią znajdowały się trzy ubikacje, dwie łazienki oraz kuchnia, zupełnie normalne tyle tylko, ze bez ścian i sufitu. W wannie pluskała się brunetka, od czasu do czasu wysuwając w górę z piany zgrabną nogę. Obok jej koleżanka z błogą miną brała prysznic, polewając niczym nie osłonione wdzięki. Cztery dziwnie ubrane kobiety kręciły się po kuchni. Jedna siedziała na sedesie, czytała kolorowy magazyn i chichotała. Wielkie, różowe, sztuczne pajęczyny rozpinały się nad nimi pod stropem.  Tam gdzie nie sięgał blask reflektorów,  z powodu bardzo brudnych okien panował półmrok, w którym pajęczyny fosforyzowały nieprzyjemnym, zielonym światłem.
Elżbieta ubierała się pod kołdrą, do ubikacji chodziła o północy kiedy była najmniejsza oglądalność, nie uczestniczyła w seksie lesbijskim w porze największej oglądalności ani w ogóle nigdy, do wanny wchodziła osłonięta prześcieradłem. A jednak pomimo tak nagannego zachowania, nie wiedzieć czemu podczas głosowań telewidzów otrzymywała najwięcej punktów. Chociaż prawdopodobnie było to fałszerstwo dokonywane przez Drożka i Tripa którzy chcieli aby wygrała, ponieważ mieli podzielić się jej nagrodą. Może tak, może nie, bo kto wie co obiecały im inne dziewczyny, może jeszcze więcej? W każdym razie, Elżbieta była na czele stawki. Między innymi dlatego rywalki jej nienawidziły i pewnej nocy trzy najbardziej zawzięte chciały zrobić jej kocówę ale spuściła im takie lanie, że więcej nie próbowały.
-No szybciej, dziewczyny! – rozdarł się różowy Hitlerek. – Dzisiaj rywalizujecie w plenerze, a za trzy pierwsze miejsca jest całe mnóstwo punktów! I mówię wam, mam przeczucie, kto znowu wygra…
-Ja też wiem – ziewnęła blond Mitzi, która już ubrała majtki i wciskała się w gorset czerwony w czarne kropki, gdyż udawała biedronkę. – We wspinaniu się na drzewa, ryciu nor i innych zajęciach terenowych, najlepsza jest zawsze ta potworzyca z Odwróconego Świata.
Elżbieta w kuchni przy stole kroiła ogórek. Przebrana była za osę. Miała  gorset w czarne i żółte pasy z bardzo dużym dekoltem, wcięty w talii. Na plecach przymocowano do niego dwie pary niewielkich skrzydełek, przeźroczystych i błoniastych, jak to u błonkoskrzydłych. Miała różową spódniczkę z kilku warstw usztywnionego tiulu, sterczącą mocno na boki a bardzo słabo w dół tak, że ledwie osłaniała biodra. Poniżej różowy pas do pończoch, różowe atłasowe majteczki, pończochy z różowej siatki. Obróciła ku Mitzi głowę z różową opaską ozdobioną różowymi czółkami i wznosząc do góry nóż, rzekła:
-Aha, już wiem dlaczego świat nagle wypiękniał. Dlatego, że Mitzi nareszcie zasłoniła obwisłe cycki.
-Zdaje ci się, bo masz zeza! – wrzasnęła Mitzi.
-Cisza!! – wrzasnął Hitlerek jeszcze głośniej. – Uwijać się, która nie będzie gotowa za pięć minut, ta zostaje! Zapamiętajcie to, bo nie będę powtarzał!
Dziewczyny poderwały się do bardziej energicznych działań i po niecałym kwadransie wymaszerowały z hali na światło dnia, a konkretnie, na opuszczony, zaśmiecony, pokryty plamami dziedziniec, gdzie ze szczelin pomiędzy betonowymi płytami wyrastały chwasty. Stał tam piętrowy autokar, którego dolny pokład już zajęła ekipa techniczna. Elżbieta weszła na górę, usiadła przy oknie. Mitzi weszła za nią, rozejrzała się – niestety wieczorem pożarła się ze swą najlepszą przyjaciółką Suzi która usiadła obok Kici, więc Mitzi z miną wyrażającą niesmak usiadła obok Elżbiety.
Opuszczona hala postindustrialna w której kręcono reality show „Pająk Dżony szuka żony” znajdowała się na przedmieściach Radogoszczy, więc autokar po kwadransie znalazł się na terenach wiejskich, gdzie pola kukurydzy i (prawdopodobnie, bo na pewno to Elżbieta nie wiedziała) buraków cukrowych ciągnęły się po zamglony horyzont. Mitzi zamknęła oczy i udawała, że śpi. Elżbieta uczyniła to samo i po chwili zasnęła naprawdę. Obudziła ją zmiana tonu mruczącego silnika. Otwarła oczy – autokar zatrzymał się w lesie. Lekka mgła ustąpiła, dzień był piękny, las wyglądał wesoło. Hitlerek wylazł po schodkach z dolnego pokładu.
-Zaczynamy rywalizację w terenie – rzekł. – Walczycie panie w dwuosobowych zespołach, tak jak siedzicie.
-Ja z nią nie będę w jednym zespole! – obudziła się Mitzi.
-Będziesz – rzekł Hitlerek z dziwnym uśmieszkiem. – To właśnie fajnie wyjdzie, dwie największe nieprzyjaciółki zmuszone do współpracy. Będzie na co popatrzeć. Wysiadacie w lesie, w odstępach mniej więcej kilometrowych. Idziecie kierując się strzałkami. Który zespół nie dotrze do celu w przeciągu czterech minut, jest na dobre zdyskwalifikowany i opuszcza program. Każdej dwójce towarzyszy kamerzysta. Helojza z Alunią, wy pierwsze. Wysiadacie.
Elżbieta i Mitzi wysiadły na końcu. Towarzyszył im facet uzbrojony w dwie kamery. Jedną normalną i drugą miniaturową, przymocowaną do opaski nad czołem. Biała strzałka wymalowana na drzewie wskazała im ledwie widoczną ścieżkę wydeptaną w poszyciu. Szły od strzałki do strzałki, szybko, żeby zmieścić się w czasie. Za nimi człapał milczący kamerzysta. Po trzech minutach znalazły się na brzegu jeziorka otoczonego lasem. Elżbieta poznała je od razu – w tym miejscu było przejście do OS. Serce podeszło jej do gardła. To nie mógł być przypadek. Za jej plecami coś upadło w zarośla obok ścieżki – kamera. Pewnie atrapa. Pseudokamerzysta złapał Elżbietę za włosy, obrócił, uderzył ją w dołek aż usiadła na ścieżce skurczona i bez tchu i zanim się spostrzegła, już założył jej na przeguby plastikowe kajdanki. Mitzi wrzasnęła. Refleks miała znakomity, w mgnieniu oka rzuciła się do ucieczki. Dwóch łysych facetów wychynęło z leśnego poszycia i wesoło pohukując, bez pośpiechu, rozkoszując się takim polowaniem, pobiegło za dziewczyną. Z lasu wyszło jeszcze trzech. Ci, razem z kamerzystą, złapali Elżbietę pod pachy i za nogi i ponieśli w głąb lasu. Niedaleko. Do przesieki, na której niegdyś parkowała Gabriela. Teraz parkował tam ciężarowy furgon. Z boku skrzyni ładunkowej otwarły się przesuwne drzwi, przez które porywacze wrzucili Elżbietę do wnętrza. Nie byli delikatni więc potłukła się trochę i całkiem oszołomiona leżała na blaszanej podłodze. Po chwili Mitzi z krzykiem: – ostrożnie, głupie sukinsyny! – wylądowała obok niej. Ktoś pochylił się nad nimi. Drożko, uśmiechnięty szyderczo.
-Suko, małpo przeklęta – z nienawiścią kopnął Elżbietę w żebra, aż z jękiem obróciła się na podłodze. – Koniec waszych przeklętych rządów. Zielone ludziki z Unii Kontynentalnej już robią porządek w Radogoszczy, a ja zrobię porządek z tobą, ty…
Wican przerwał, ponieważ ktoś wsadził łysą pałę przez drzwi i powiedział:
-Szefie, zwałka jak nie wiem co! Jest komunikat, że Polacy i Nowogrodzianie przebrani za Polaków udzielają Wielecji bratniej pomocy. Unioniści przebrani za nas czyli za powstańców, spierdyczają przed nimi na zachód.
-Czy ja cię o coś pytałem? – ryknął Wican. – Zamknij się i zjeżdżaj. Zresztą, zaczekaj. Kiedy oni tu będą?
-Bo ja wiem? – zastanowił się łysy. – Opór jakiś jest i dopiero co przeszli granicę, więc za jakieś pięć albo sześć godzin.
-To aż nadto – ucieszył się Wican. – Zdążymy załatwić sprawę z tymi tutaj, obadać przejście jeśli starczy czasu, odpalić graty i spokojnie się ewakuować. Małpa, chodź tu.
Z kąta do którego wzrok Elżbiety nie sięgał, wylazł na środek czarnoskóry osiłek. Miał dredy do ramion, plemienny tatuaż na szczękach i nosie, ubrany był w dżinsy do kolan oraz pomarańczowy podkoszulek z napisem „Czy lubisz brutalne pieszczoty?”. Niósł skórzany kuferek, postawił go na podłodze i ukląkł obok niego.
-Wszystko nam powiesz – rzekł Wican stając nad Elżbietą. – Na początek to, gdzie dokładnie jest przejście, jak przechodzicie na drugą stronę i w ogóle, wszystko na ten temat. Potem mam jeszcze kilka innych pytań. Jeśli opowiesz bez nalegania, wszystko odbędzie się humanitarnie. Zastrzelimy cię, i już. Jeżeli będziesz oporna, czeka cię śmierć w męczarniach. Trzy godziny tortur, na więcej niestety nie mam czasu, ale to będą godziny gorsze niż wieczność w piekle. Małpa, pokaż jej.
Murzyn rozpiął zatrzask kufra i z uśmiechem wyjął jakiś kolczasty przedmiot. Elżbieta nie zdołała mu się przyjrzeć, miała rozbiegany wzrok i nie potrafiła go skoncentrować.  Jej mięśnie napięły się, aż skurcz złapał ją w łydki. Trzęsła się ze strachu, a jednocześnie miała uczucie, że jej to nie może dotyczyć, że to opowieść o kim innym. Czarny osobnik wyjmował tymczasem i ustawiał rzędem kleszcze, miniaturową wiertarkę, jakieś szpikulce, kolekcję noży, buteleczkę z której uronił kroplę a ona pieniła się na podłodze.
Elżbieta trzęsła się. Nie wiedzieć dlaczego, przecież nie ze strachu, nie bała się bo to nie mogło być naprawdę, to tylko sen.
-Wszystko, wszystko powiem – wyjąkała.
-Ja myślę – roześmiał się Wican. – Ale skoro już wyjął narzędzia, potorturuje cię troszkę, tylko tak, żeby zademonstrować możliwości. A ciebie Mitzi, skoro już chłopcy się zabawią, sprzedamy do jakiegoś egzotycznego burdelu.
-Nieee, proszę! – zawyła Elżbieta, i raptem umilkła.
Umilkł rechot Wicana. Ucichły przekleństwa miotane przez Mitzi. Wszyscy nadstawili uszu, nawet czarny, choć – Elżbieta zauważyła to dopiero teraz – jednego ucha nie miał.
Z daleka i coraz bliżej dobiegał gwałtowny terkot pistoletów maszynowych. Łup! Łup! zabrzmiały wybuchy granatów.
-Małpa, zabij sukę! – rozkazał Wican.
Ale czarny już zeskoczył na glebę, zamierzając niezwłocznie dać nogę. Wican podniósł nóż i zbliżył się do Elżbiety. Mitzi leżąc na plecach ze związanymi rękami podstawiła mu nogę. Potknął się, pochylił. Podciągnęła kolana pod brodę. Prostując nogi kopnęła go w tyłek, bo akurat tam dosięgła. Podparł się ręką w której miał nóż i nadział się na niego. Terkot broni maszynowej, przekleństwa i wybuchy rozbrzmiewały już nieopodal furgonu. Ktoś uruchomił silnik próbując ruszyć. Całkiem już bliska seria przerwała te próby. Kilkanaście sekund później dwie niewysokie sylwetki w łaciatych mundurach polowych zręcznie wślizgnęły się  na pakę.
-Gabriela, Mańka, kocham was – pisnęła Elżbieta tak cicho, że chyba nikt nie usłyszał. Nie mogła dobyć tchu.
Mańka rozcięła nożem plastikowe kajdanki Elżbiety. Gabriela uwolniła Mitzi.
-Zdążyłyśmy – powiedziała Mańka z dumną radością. – Gdybyś dała się zabić, to chyba bym cię zabiła.
Elżbieta poczuła straszny ból w zdrętwiałych rękach, kiedy podparła się nimi wstając niezdarnie. Ale kiedy już stała, zapomniała o wszelkich bólach. Jednym susem dopadła Wicana. Na szczęście żył, choć był dość ciężko ranny. Zaczęła go kopać, kopać z furią.
-Zdrowa reakcja – skomentowała Mańka. – Nie ma to, jak odreagować.
Elżbietę wreszcie noga rozbolała tak, że musiała przestać.
-Co z nim zrobimy? – spytała.
-Zostawiamy, niedługo sam zdechnie – zdecydowała Gabriela. – Dość marudzenia. Spadamy, robi się coraz goręcej.
Rzeczywiście, palba wciąż przybierała na sile. Zeskoczyły na trawę. Widok zasłaniały krzaki, nic nie widać prócz stokrotek i listków, ale przez te listki spomiędzy drzew leciały zbłąkane kule. Do wybuchu granatów dołączyły potężniejsze wybuchy, jakby armaty, moździerze, czy jak tam zwą te ustrojstwa.
-Działka czołgowe – mruknęła Gabriela. – Spadamy, ale w którą stronę? Gdzie nasi?
-Co się dzieje? – spytała Elżbieta.
-Bunt, inspirowany, wsparty przez Unię – rzekła pospiesznie Gabriela. – W skali ogólnej, Fruzia ma znacznie więcej zwolenników niż przeciwników, ale przeciw niej te zielone ludziki z Unii Kontynentalnej, ale znowuż Polacy z bratnią pomocą tuż, a za nimi stoi Nowogród Wielki.  A to tutaj to istna kaszanka i chaos, oni tu mają duże siły, ledwie żeśmy się przebiły z plutonem piratów-komandosów których Fruzia wyrwała sobie spod serca bo u niej w mieście też gorąco, ujawniły się różne klany, nawet muzułmanie, ale jak służby cokolwiek poniewczasie doniosły, że ciebie porywają, no to, jesteśmy…
-Dzięki – powiedziała Elżbieta. – Och, kurwa! – wykrzyknęła.
Była to niecenzuralna reakcja na świst kuli przelatującej koło ucha. Ryk motoru, trzask drewna, donośne klekoty rozległy się z lewej strony. Z gęstwiny na drogę wyjeżdżał czołg, łamiący młode drzewa.
-Nasz?
-Skądże!
Pobiegły w prawo. Stanęły, bo drugi pancerny kolos wyjechał z jakiejś przecinki na drogę i obracał wieżyczkę w ich stronę. Na dobitek, nad bujnymi paprociami, poniżej koron drzewek, zauważyły pstre kolory. Gangsterzy Gęstej Sieci w krzykliwych ubraniach, z maszynkami w łapach. Aż zawyli z uciechy, widząc kobiety.
-W nogi, nad jezioro! – rozkazała Gabriela. – Tylko przerzut nas uratuje.
Pobiegły.
-Nie przygotowany? – wydyszała Elżbieta, biegnąc obok Gabrieli. – Bez współdziałania z drugiej strony?
-Bez. W trybie awaryjnym, byle jak, byle prędko. Może przeżyjemy.
-Pięknie, do cholery – parsknęła Elżbieta. – Gdzie nas wyrzuci?
-Nie wiem.
Wbiegły w płytkie wody śródleśnego jeziora.
-Kładźcie się obie w wodę, zamknijcie oczy, módlcie się, ani drgnąć, jakby was nie było – rozkazała Gabriela. – Ja z Mańką inicjujemy przejście.
Elżbieta usiadła w wodzie, położyć się nie mogła, jednak było za głęboko. Zamknęła oczy i zaczęła się modlić. Szczękająca zębami Mitzi przytuliła się do niej. Kucały objęte jak siostry, wstrząsane dreszczami. Elżbieta miała zamęt w głowie, jeszcze większy niż pamiętała z poprzedniego przejścia. Gabriela mamrotała jakieś gusła, formuły albo przekleństwa, rozległ się przenikliwy wizg i coś jakby seria wystrzałów, mogły to być wystrzały, jeśli bandyci dotarli nad jezioro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *