część XIV

 „Niepamiętnik” czy uderzenie pałą w łeb – wszystko jedno, efekt taki sam. Mateusz odpłynął, świadomość na kilka uderzeń serca opuściła go.   Kiedy pozbierał się jako tako, nie wiedział, co ma robić. Zastrzelić Borowskiego – oczywiście, tak, jak najbardziej. Broń jest, maska jest, pozostaje zdobyć środek transportu, można kupić za wszystkie oszczędności dekawkę jeszcze na chodzie, ale bezpieczniej ukraść rower. Po fajrancie wszyscy domownicy u Borowskich gromadzą się na obiedzie. Wtedy napad niby to rabunkowy, sprowokować Borowskiego, to chojrak, łatwo da się podpuścić i cyk, nie ma gościa. Zimny trup, z kulą w sercu. Resztę towarzycha zamknąć w komórce, starych Borowskich jeszcze nie ma, więc Słabikowski, kucharka, pokojówka, może jakiś gość, nieważne, sterroryzowani morderstwem łatwo dadzą się zamknąć.  Telefon rozwalić i chodu. Wszystko pięknie, ale to dopiero jutro. A teraz, w tej chwili, co? Rąbnąć łbem o ścianę – można, ale to nic nie zmieni, jedynie tynk się odłupie. Upić się – nie, to byłaby ucieczka w alkoholowe stany nieświadomości, dezercja po prostu. Z tego wszystkiego, wziął z kuchni kubeł i poszedł wyrzucić śmieci. Kiedy wracał, wyjął ze skrzynki list od ojca. Szybko przebiegł spojrzeniem treść – starszy pan stwierdzał, że list Mateusza który otrzymał, jest bardzo niejasny,  sygnalizuje, że coś złego się stało nie tłumacząc jasno co, mianowicie. Dlatego starszy pan weźmie urlop tak szybko, jak to możliwe i przyjedzie. Ale bardzo szybko to niestety, nie będzie.
-Jasne – mruknął Mateusz. Rozumiał że ojciec, naczelnik wydziału w przygranicznym starostwie, ma teraz w pracy okropny młyn.
Wyciągnął rękę, walczył chwilę ze sobą, bał się choćby dotknąć „Niepamiętnika” a co dopiero brać się za czytanie! „Nie przesadzaj” – rzekł w myślach sam do siebie. – „Przecież mogło być gorzej. Z dwojga złego lepiej, że okazała się kurwą niż zdrajczynią, jakąś niemiecką dywersantką.” Przemógł się, otwarł przeklęty notes i rozpoczął czytanie z uczuciem, że włazi na pole minowe.

AB jest cwańszy i bardziej szalony, niż myślałam. Gdy miałam zakryte oczy w tej chatce pszczelarza, musiał zrobić odciski kluczy do mego mieszkania. Klucze miałam w torebce, może w obejściu były jakieś resztki wosku, może miał odpowiednią substancję przy sobie, może odrysował wykrój klucza – w końcu jest inżynierem – w każdym razie, zrobił co trzeba i dorobił sobie klucze do mego mieszkania. Wlazł do mnie późnym wieczorem, przyprawiając mnie niemal o zawał serca gdy posłyszałam, że ktoś łazi w przedpokoju. Pomyślałam,  to musi być któraś laska z kręgu najbliższych z czymś pilnym, bo niby kto? Duchy? Tylko dzięki takiemu tłumaczeniu nie wykorkowałam ze strachu. Zamiast wpaść w furię, roześmiałam się z ulgą gdy zobaczyłam, że to tylko AB. Ale on się nie śmiał. Przylał mi kilka razy otwartą dłonią, zmusił bym z nim wyszła, wywiózł gdzieś – nie wiem jaka to była ulica, chyba Zabłocie  – do jakiegoś pustego magazynku, może specjalnie wynajętego a może to było w fabryce jego rodziców. Tam zdarł ze mnie ubranie, związał mi ręce liną którą przerzucił przez belkę pod sufitem tak, że stałam na palcach wyprężona jak struna. Wychłostał mnie całym zestawem narzędzi. Wrzeszczałam, ale on się śmiał i mówił, że nikt nie usłyszy. Potem mnie odwiązał, wziął na kozetce w kantorku, potem znowu pobił i powiedział, że on nie jest takim durniem jak Adam J., wcale się nie zabije gdybym chciała uwolnić się od niego. O nie, on siebie nie zabije. On zabije mnie. Bardzo mi się to nie spodobało. Potem naopowiadał okropnych świństw, co zamierza ze mną zrobić. Fantazje, nie odważyłby się na coś takiego, ani ja bym się nie zgodziła. Najbardziej podniecająca była opowieść o tym jak urządza przyjęcie, ja podaję do stołu zupełnie naga, nikt z gości nie ma prawa mnie dotknąć, ale ile chcą, tyle mogą oglądać na moim ciele ślady chłosty. Jak na inżyniera, AB ma bujną wyobraźnię.

          -Suka – jęknął Mateusz. Już rozumiał, dlaczego „Niepamiętnik” został tak wymyślnie ukryty. – Suka – powtórzył. – Szmata. Masochistyczna nimfomanka.
Prawie płakał. Gdyby nie to, że był twardym facetem, a twardzi mężczyźni przecież nie płaczą, to można by powiedzieć, że właśnie płakał. Czuł się podle, kompletnie zdołowany, upokorzony, głupi rogacz bez bujnej wyobraźni. A najgorsze było to, że już jasne – ona nie żyje. A jeszcze gorsze to, że mimo wszystko, wciąż ją kochał.
Wstał, podszedł do pieca. Przyłożył mu z byka. Uderzył pięścią w ścianę. Klął dobry kwadrans. Nie wiedział, czy pojedzie zabić Borowskiego za to, że rżnął Adę, czy za to, że ją zarżnął. Ciało wywiózł, zakopał, może utopił. Tak czy owak, za wszystkie te czyny odpowiednią  karą jest śmierć. Najlepiej długa i bolesna, a nie taka prędka, od kuli. Ale cóż, nigdy nie jest tak, że ma się wszystko wedle życzenia. „Przecież nie muszę w serce – ucieszył się raptem. – Mogę w brzuch, wtedy śmierć jest w sam raz, długa i bolesna.”
Usiadł za stołem i położywszy ciężką rękę na przeklętym  „Niepamiętniku”, zgrzytając zębami, zapatrzył się w pociemniałe już okno. Z wolna zaczynał rozumieć, że na wszystko to należy spojrzeć z nieco innej strony. Ale karą i tak będzie śmierć.

***

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *