część VIII

Starszy z Woźniaków wpuścił go, poinformował, że  syn w salonie odprawia te swoje gusła. Świątecki chciał się wycofać, wtedy Mietek zajrzał do przedpokoju i nalegał, żeby Mateusz jednak wszedł. Z osób w salonie Świątecki znał tylko panią Helenę Wędziagolską, nauczycielkę matematyki gdzieś spoza Krakowa. Trzej mężczyźni spojrzeli badawczo. Mietek uspokoił ich uśmiechem i dokonał prezentacji.
-Ech, coś mi się zdaje, że przeszkodziłem – wybąkał Mateusz.
-Ależ nie – pani Helena uniosła wzrok i skierowała go na przybysza. – Nie robimy nic konkretnego, ot, taka narada. Jak mi się zdaje, właśnie skończona.
Leciutki szmer westchnień zabrzmiał w kręgu siedzących, którzy potakująco skinęli głowami i poczęli zbierać się do wyjścia, jednak Mietek poprosił, aby zostali na herbacie pogadać, bo tyle się dzieje.
-Istotnie, dzieje się – pan Aksamitowski odchrząknął.  – Zwyczaj podobnych do naszego spotkań starszy jest od katedry w Gnieźnie, starszy jest nawet od Kraka czy Lecha – rzekł. – Zawsze gdy trwoga nadciąga, ludzie zwracają się o radę do zaświatów. Dawniej czyniły tak całe państwa, dzisiaj niestety, tylko prywatne osoby.
-Według mnie potrzebny byłby jakiś Naczelny Wróżbita Rzeczpospolitej, który mógłby się zwracać do naszych współbraci z Triady – roześmiała się pani Helena Wędziagolska. – Rząd miałby dużo łatwiej, gdyby znał przyszłość.
-Czyżby szanowna pani sugerowała narady z duchami? – spytał uprzejmie Mateusz. – Rząd w sprawach państwa, obywatele prywatnie, na przykład spytać męża nieboszczyka gdzie, do diaska,  schował klucze, zanim skonał?
-Rozmawiam niekiedy z mężem nieboszczykiem – odparła Wędziagolska, patrząc gdzieś w przestrzeń.
-I cóż on? – zdumiał się Mateusz.
-Och, nic takiego, Adam zawsze był i tam również pozostał prozaiczny. Ale wie pan, bywam w Krakowie u przyjaciół o podobnych zainteresowaniach…
-No, no – chrząknął pan Aksamitowski, wpatrując się w panią Helenę.
-Jeden z nich mieszka przy Rynku Głównym który jest punktem centralnym miasta nie tylko dla żywych, lecz również dla umarłych. Mało kto wie, że w średniowieczu wokół kościołów Mariackiego i Świętego Wojciecha rozciągały się cmentarze. Chodzimy po dawnych grobach, nie wiedząc o tym. Mało kto zdaje sobie sprawę, ilu ludzi pochowanych jest w murach Kościoła Mariackiego. Patrząc na stragan kwiaciarki nie wiemy o tym, że przez stulecia w tym właśnie miejscu wznosił się szafot. Wielu ludzi straciło życie na Rynku Głównym.
-Czyżby pani coś widziała, którejś nocy? – spytał podekscytowany Aksamitowski
-Praktycznie nie bywam nocą na Rynku. Ale przyjaciel o którym wspominałam, on co noc obserwuje poczynania duchów w tej newralgicznej części miasta. Widzi wzrastający niepokój. Czy może raczej nasilającą się ekscytację, bo przecież tych którzy przebywają Tam, nasza ludzka wojna już nie niepokoi.
-Wojna? – powtórzył z niedowierzaniem pan Aksamitowski. – Przecież inżynier Ossowiecki, który jest przyjacielem samego Pana Marszałka jasno powiedział, że wojny nie będzie.
-O święta naiwności!. – Wędziagolska skrzywiła wargi. – Powiedział, bo go proszono.
Służąca dorywczo pracująca u Woźniaków, wniosła herbatę i sernik.
-Echem – pan Aksamitowski odchrząknął. – Pyszny sernik. – Odłożył łyżeczkę. – Czy państwo również mają uczucie, że do miasta przybył KTOŚ?
Wszyscy spojrzeli po sobie, nikt się nie odezwał. Minęło jeszcze kilkanaście minut,  goście zaczęli się żegnać, aż Woźniak ze Świąteckim zostali sami.
-Ty w to wierzysz, w te duchy? – spytał Mateusz.
-Do pewnego stopnia – odparł Mietek, uśmiechając się.
-Jak to godzisz z technicznym wykształceniem?
-Architekt jest trochę artystą. Zresztą, wykształcenie techniczne niczemu nie przeszkadza. Ossowiecki jest z wykształcenia inżynierem chemikiem. – Mietek podszedł do akwarium które było jego dumą. Zapalił nad nim mocną lampkę. W zielonkawej wodzie pływały leniwie albo stały nieruchomo wśród roślinek tęczowe gupiki, czarne molinezje, trójkątne skalary, czerwone miecze, welonki, pawie oczka, a tuż przy dnie poruszał wąsami miniaturowy sum. Mietek gapił się chwilę na rybki. Wreszcie obrócił się do Mateusza z dziwną miną. – Wędziagolska cię wkręcała, zresztą więcej Aksamitowskiego niż ciebie. Ma umysł ścisły, nie wierzy w duchy. Powinna wykładać matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a nie uczyć maturzystów. Nie wykłada ponieważ po pierwsze jest kobietą, po drugie irytuje wszystkich twierdząc, że baby są pod wieloma względami lepsze od facetów. Że dłużej żyją, są rozsądniejsze, że tylko one mogą poruszać się wewnątrz Triady, ponieważ tak wyszło jej z wyliczeń podpartych niezawodną, damską intuicją. Zresztą Aksamitowski też dobry naukowiec, tyle tylko, że spirytysta. Ma hopla na punkcie kontaktów z Zaświatami. Ja jestem z nich najcieńszy, tolerują mnie ze względu na zapał.
-Słabo pojmuję, czym różni się Triada od Zaświatów. – Świątecki nigdy nie próbował zagłębiać się w tadziowe aberracje. – Teraz też nie mam do tego głowy, bo prowadzę jakby prywatne śledztwo.
-Słyszałem. Popieram. Ale nic nie wiem, chociaż mam sugestię. Przyjrzyj się Słabikowskiemu. To zimny drań.
-Za mocno powiedziane – sprzeciwił się Mateusz. – Choć całkiem w porządku to on nie jest. Nie powinien podrywać kobiety przyjaciela.
-To zdrada. Kto jest zdolny do zdrady, jest zdolny do wszystkiego.
-Choć z drugiej strony niektórzy twierdzą, że to ona was, jakby to powiedzieć, wymieniła. A on tylko chętnie się zgodził, czego robić nie powinien.
-Prędko pożałuje, że ją spotkał. Każdy kto ją spotyka, prędko żałuje.
-Mieciu, chyba się mylisz – powiedział bardzo łagodnie Mateusz. – Ty zdajesz się pogrążać w żalu właśnie z tego powodu, że już jej nie spotykasz.
-Czemu tak sądzisz? – żachnął się Woźniak. – Może na początku, ale teraz raczej się z żalu wygrążam – Miecio użył nowotworu językowego. – Przechodzi mi, ale mimo to, chociaż wiem jaka jest, wciąż czuję do tej intrygantki by nie rzec francy, coś w rodzaju miłości. I jednocześnie coraz mocniej odczuwam ulgę, że się ode mnie odczepiła. Ona wysysa facetów. Ze mną ciężko jej szło, jakby pijawka przyczepiła się do skorupy żółwia, a to z tej przyczyny, że jestem skąpy.
-Swoją drogą, co ona takiego w sobie ma, ze chłopy tak na nią lecą?
-Na to pytanie nie odpowiem ci – rzekł Mieczysław. – Sam się domyśl. Weź przy tym pod uwagę, że budowę ciała ma bardzo prawidłową, że jest starsza niż wygląda, dzięki czemu miała czas zdobyć doświadczenie w wielu dziedzinach. Ale jest kosztowna. Wykończy Słabika tak, że zesłabnie. Ponoć już chodzi i pożycza. Ojciec widział go koło lombardu, który jest instytucją dla desperatów.
-Kiedy nie znał Rity, też czasem pożyczał – zauważył Mateusz. – Każdemu zdarzy się pożyczać przed pierwszym, no nie?
-Ty jesteś napływowy, aż z Wadowic, Słabikowski jeszcze bardziej obcy, on pochodzi gdzieś z dzikiego wschodu – rzekł Miecio z pogardą. – Ja jestem tutejszy. Jestem okazem młodego, zdrowego centusia. Ja się nie zapożyczam, ja ciułam. Zobaczysz, w przyszłym roku kupię sobie samochód. Chyba pękniesz z zazdrości niby Smok Wawelski co się opił Wisły. Ale za dużo gadamy o mnie i o Ricie… Pewnie masz do mnie jakieś pytania?
-Właściwie konkretnych pytań nie mam – przyznał Świątecki. – Na to jeszcze za wcześnie. Może jednak zauważyłeś coś dziwnego, dającego do myślenia? Może jakieś wrażenia, sugestie, wszystko mi się może przydać.
-Sugestie? – zamyślił się Miecio – Już ci mówiłem: przyjrzyj się Słabikowskiemu. On wykazuje skłonność do zdrady.
-Wybacz, ale to sugestia podyktowana jedynie twymi uczuciami. Zresztą, facet ma alibi. Był w Krzesławicach. Ja też tam byłem.
-Ja wolałem uniknąć oglądania jego wrednej gęby. Oraz gęby Borowskiego. Kiedy ten bufon dowiedział się że Rita ze mną zerwała, nadął się, poklepał mnie protekcjonalnie po ramieniu i był łaskaw powiedzieć: „Mieciu, taka kobieta, to nie jest dla ciebie”. Bezczelny arogant, bawidamek, za kogo on się uważa?
-Mieciu, wyluzuj, wrzuć na jałowy bieg, nie rozpędzaj się – Świątecki używszy tych metafor motoryzacyjnych  podniósł rękę niby policjant sterujący ruchem na skrzyżowaniu pod Pocztą Główną. – Mnie się zdaje, że on nie miał na myśli iż Rita jest dla ciebie za dobra, tylko odwrotnie, że ty jesteś za dobry dla Rity.
-Już ja lepiej wiem co on miał na myśli niż on sam – odparł Woźniak. – Cholerny bawidamek, elegant wymuskany niby sam Rudolf Valentino, podrywacz co zmienia baby jak rękawiczki, żadnej nie uszanuje, przez co i siebie nie szanuje.
-Widzę, że Borowskiego też przestałeś darzyć pozytywnymi uczuciami – zauważył Mateusz.
-A ty byś zniósł, gdyby jakiś palant powiedział ci, że kobieta odeszła, bo była dla ciebie za dobra?
-Uprzedziłeś się bezpodstawnie – Świątecki machnął ręką. – Pewnie zazdrościsz mu powodzenia. Ale on ostatnio jakoś się ustatkował, zdaje się, że od pewnego czasu żyje w celibacie…
-On? To niemożliwe. Albo cichaczem nakręcił taką aferę z mężatką, że miasto się od niej zatrzęsie, zwłaszcza  kiedy mąż wypali mu w łeb z pistoletu, albo wykręcił jeszcze co gorszego.
-Na przykład?
-Na przykład okazał się homoseksualistą i kręci ze Słabikowskim.
-No nie, wyśmienity jesteś! – niewiele brakło, aby Mateusz mimo niepokoju bliskiego rozpaczy, roześmiał się.
-Wiem, co mówię – Mieczysław upierał się przy swym pomyśle, wydumanym zapewne ledwie chwilkę temu.
Świątecki zlustrował go krytycznym spojrzeniem zastanawiając się, czy to możliwe aby w wymysłach Miecia tkwiły jakieś ziarenka prawdy.
-Masz choćby cień jakichś dowodów? – spytał.
Miecio wzruszył ramionami. Stał przy lampce zawieszonej nad akwarium, a jej światło rozjaśniało mu prawą część twarzy i zabarwiało na różowo prawe ucho, przez co wyglądał dziwnie. Odrobinę złowieszczo. Ale Świątecki wiedział, że Miecio chociaż wariat wywołujący duchy, łażący ze szkicownikiem po żydowskim Kazimierzu, kochający się w Ricie od której powinien trzymać się z dala, to mimo wszystko porządny gość.  „Wszyscy oni to porządne chłopaki – myślał. – A jednak być może któryś z nich… Nie Miecio, jego nie było w Krakowie więc  nie mógł nic zrobić. Zdaje się, że tamtego dnia i tamtej nocy niemal wszyscy znajomi wyjechali z miasta. Utworzył się jakby opustoszały ring, z nią pośrodku, a na ten ring ukradkiem wpełzł potwór.” Rozmyślając tak, pożegnał się.
Na skwerze rozciągającym się wzdłuż ulicy od bloków do budynku szkoły podstawowej, rosły drzewa. Wiatr poruszał ich koronami. Srebrny księżyc błyszczał ponad dachem szkoły. Cienie tańczyły na trawnikach. Drżenie gałęzi oblanych poświatą, poruszanych wiatrem, zmieniało na klombach wzór  ze srebra i mroku. W koło ani żywego ducha, cisza niby na pustyni, jedynie gdzieś z daleka dobiegł warkot samochodowego motoru. „Otóż Miecio mógł to zrobić” – uprzytomnił sobie Świątecki, wsłuchując się w cichnący odgłos dalekiej maszyny. – „Mógł użyć samochodu albo motocykla… Skąd by go wziął? Kupił, pożyczył, lecz to mogłoby ułatwić jego identyfikację, więc najpewniej ukradł. Samochody to jego hobby, więc pewnie wie, jak poradzić sobie z zamkiem i spiąć stacyjkę na krótko. Ukrył pojazd w lesie w okolicach Będkowic, koleją wrócił do Krakowa. Potem jawnie przyjechał koleją i furką, wynajął pokój z którego wylazł przez okno pod osłoną nocy, dla taternika to nic trudnego. Przyjechał do Krakowa, zabił, wyniósł ciało i wrzucił do Wisły, wrócił na wieś, wlazł do pokoju z którego wyszedł rano wesolutki jak skowronek.  Po ukryty samochód wrócił po kilku dniach, a może być i tak, że do dziś pojazd tkwi w jakimś parowie. A co najgorsze, co bardzo mi komplikuje śledztwo, tak samo ktoś mógł przyjechać z Krzesławic. Nawet nie musiał mieć własnego samochodu, wystarczył wspólnik z samochodem, na przykład, idąc tropem mieciowych oskarżeń, para Słabikowski z Ritą. Taki ktoś mógł udawać pijanego, pojechać, zabić, wrócić, a wszystko to bardzo szybko. Samochodem na fałszywych numerach najpewniej, w nocy kiedy nie ma ruchu, na pełnym gazie, z Krzesławic na ulicę Długą przejedzie się w jakiś kwadrans. Tych dwudziestu paru pijanych facetów plątało się po całej posiadłości. Nikt nikogo nie miał cały czas na oku. Mogę wykluczyć tylko tych, których ja miałem na oku cały czas lub prawie cały czas.” Szedł trotuarem starając się odtworzyć tamtą nieszczęsną popijawę, ale to było zbyt trudne bez ołówka i papieru do zapisywania co, kto, z kim. Musiał zostawić to na jutro. Póki co, spróbował wymyślić jakiś motyw dla Mietka Woźniaka, też bez rezultatu. Swego czasu Miecio prawił Adzie zbyt wiele komplementów, zachowywał się nazbyt szarmancko czym drażnił Mateusza. „Ale to nie było nic poważnego, żadna tam namiętność mogąca  prowadzić do zbrodni, to oczywiste, bo przecież Ada nigdy by nie dopuściła…” – rozważał. Raptem jego jaźń przeszyła myśl sprawiająca, że stanął jak wryty pośrodku trotuaru, przed swą kamienicą. „Ona do czegoś dopuściła. Robię cholerny błąd. Niby to próbuję wywęszyć jakieś tajemnice, ale naprawdę nie chcę ich poznać. Chcę traktować ją jak świętą. Muszę przestać traktować ją jak świętą. Była wplątana w coś mrocznego co się skończyło tragedią, muszę być gotowy na wszelkie scenariusze, nawet że ona za moimi plecami i ten Miecio za plecami Rity… Muszę być gotowy na cholera wie co i pamiętać, że choćby nie wiem co, ona jest moja. Kocham  ją i nie odpuszczę.”

TT, według miejscowej rachuby czasu trzydziestego sierpnia 1939 r.

Rankiem dręczące myśli, obawy które go nocą budziły zgniótł, wepchał do najodleglejszego zakamarka duszy i mniej więcej skoncentrowany przystąpił do wykonania „Listy imprezowiczów poza podejrzeniem”. Najpierw wpisał tych, którzy Ady nie znali. Byli tacy, choćby nieletni okularnik który po pijaku zapałał do Świąteckiego wielką sympatią, łaził za nim i przechwalał się, że w tej Drohobyczy uczy go niejaki Bruno Schulz który napisał Sklepy goździkowe ewentualnie cynamonowe czy waniliowe, jakieś takie, Mateusz dokładnie nie zapamiętał. Co się tyczy facetów którzy znali Adelę, wpisał na listę jedynie Kurka. Wykończony całotygodniową śmiertelną nudą w Inspektoracie Szkolnym, Kurek trzy czwarte imprezy spędził stacjonarnie, śpiąc w salonie na kanapie. Inni kręcili się tu i tam, nie sposób ustalić, co który robił.  Wziąwszy pod uwagę możliwości jakie daje samochód, wszyscy oni byli podejrzani.
Wbrew podłemu nastrojowi ubrał się kolorowo w błękitną marynarkę zapiętą  luzacko na jeden guzik. Lecz zanim wyszedł, włączył superheterodynę i usiadł w pokoju nad filiżanką kawy. Słuchając jednym uchem przebojów kombinował, jak przeprowadzić spotkania. Jak rozegrać napad na Sulika jeśli perswazje nie pomogą. Nagle umilkł modny szlagier. Kilka taktów „Warszawianki” i głos spikera:
-Zarządza się mobilizację powszechną.
„Tym razem jej nie odwołają – pomyślał. – To pewne, drugi raz nie mogą czegoś takiego zrobić. Sulik! – nazwisko rozbłysło mu w głowie niby błyskawica. – Nie spotkamy się o dziesiątej, on spakuje manatki i wypieprzy do Składnicy Uzbrojenia w Kłaju!”. Tadeusz miał telefon w pracy a nawet w domu, ale Mateusz w wynajętej kawalerce telefonu nie miał. Poderwał się, zgarnął neseser i wybiegł z mieszkania. „Jeśli go nie zastanę, zadzwonię z banku do domu – myślał. – A jeśli i tam go nie zastanę… Później będę się trapił.”
Na ulicy pełno było młodych mężczyzn z walizkami, zawiniątkami, plecakami. „Mobilizacja!” – wrzeszczały z murów obwieszczenia. Tym razem nikt ich nie zrywał.
Gnał trotuarem ściskając pod pachą neseser. Rozglądał się za taksówką albo dorożką. Przeważnie stoją bezczynnie, narzekają na brak klientów a jak są  potrzebni, zawsze ich nie ma. Wreszcie pokonał już taki kawał drogi, że machnął ręką na taksówki. Na skróty przebiegł trawnikiem ku bulwarom wiślanym. Jego kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Dyszał, spływał potem a żółty krawat powiewał niby proporczyk na lancy szarżującego ułana. Ludzie nie dziwili mu się zbytnio. Tego ranka na mieście widywało się dziwniejsze obrazki. Wbiegł na Stradom. Uderzył ramieniem w solidne drzwi banku. Zdyszany wtargnął do kantorka. Sulik stał obok biurka na którym leżała walizka. Widocznie trzymał ją spakowaną w pracy.
-Zastanawiałem się właśnie co powinienem zrobić z tym nieszczęsnym depozytem – powiedział. – Najprościej by było, gdyby ona wróciła i sama zdecydowała?
-Nie ma jej!
-Skoro tak, no cóż… – Sulik wprawdzie wyjął  z otwartej kasy opakowaną w szary papier paczuszkę, lecz nie podał jej Mateuszowi. Tak na oko, paczka mogła zawierać dwa zeszyty.
–Twoja narzeczona jest kobietą uczciwą…
-Jasne. Chyba nie wątpisz, co?
-A jednak ma jakąś tajemnicę, zawartą w tych oto starannie przez nią chronionych papierach, więc ciągle jeszcze nie wiem…
Mateusz rzucił się naprzód i bez ceregieli, przez zaskoczenie, siłą wydarł Sulikowi paczkę. Przycisnął ją do piersi.
-Czyś ty zwariował?! – wrzasnął obrabowany bankowiec.
-Bardzo ci dziękuję, to naprawdę wspaniała decyzja, że mi to  dałeś – wysapał Mateusz. – Zresztą to na pewno jej wiersze, których się wstydziła, ona jest taka niepewna siebie…
-Wiersze ukryte w kasie pancernej?! Ale mnie chodzi głównie o to, jak ty się zachowujesz. Oddawaj…
-Wiersze, mówię ci – uparł się Mateusz. – A że schowała do kasy pancernej, to co z tego? Wiesz, że kobiety bywają dziwne. Jeśli to prywatne zapiski których policja czytać nie musi, to i nie powinna.  Jeśli powinna, to je oddam.
-Chyba zawiodłem jej zaufanie. To przez ciebie, do cholery.
-Jasne! – Mateusz skinął głową. – Jeśli chcesz pierwszy się przyznam, że ci to ukradłem. Ale teraz muszę lecieć. Cześć, serwus!
-Niech cię diabli – Sulik machnął ręką. – Co mam z tobą zrobić, skoro tak wyszło, to niech już tak będzie, nie będę się z tobą bił. – Sięgnął po walizkę. – Zaczekaj, wyjdziemy razem…
Świątecki już gnał trotuarem, w biegu chowając paczkę do neseseru. Przed skrzyżowaniem był postój taksówek, Mateusz wsiadł do niej z takim impetem że solidne auto zachwiało się na resorach. Kazał się wieźć na Kościuszki, do domu.

 

Jedno przemyślenie nt. „część VIII”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *