Guzik polski część VII

Z powodu permanentnego kryzysu w strefie unitarnej waluty, który znacznie ograniczył zakupy nowych samochodów, z powodu częstych walk między klanami, zamachów różnych terrorystów, strzelanin urządzanych przez znarkotyzowanych szaleńców, postrzelana furgonetka która sycząc, dudniąc, łomocąc pełzła przez miasto, aż tak bardzo nie wyróżniała się spośród ogółu samochodów. Bez przeszkód wytoczyły się z centrum. Przecięły niebezpieczne przedmieścia, przebyły ziemię niczyją pomiędzy przedmieściami a zamiejskimi osiedlami domków jednorodzinnych. Zapadła noc, przed domkami zaświeciły latarnie. Na granatowym niebie gwiazdy lśniły zimnymi ognikami. Ale one nie miały głowy ni nastroju na zadumę i zachwycanie się wspaniałym widokiem obcych gwiazdozbiorów. Gabriela z Mańką rozważały, jak doszło do strzelaniny. Za najbardziej prawdopodobny – i jednocześnie najbardziej optymistyczny – uznały taki scenariusz, że ruskie diewoczki już wcześniej namierzyły furgonetkę, porobiły jej zdjęcia tak, że nic nie pomogła zmiana numerów rejestracyjnych. Żeby uniknąć takich sytuacji, co pewien czas należało zmieniać samochody. Ale samotna Gabriela nie miała na to czasu, no i, zemściło się. Ruski patrol wypatrzył auto. Tragiczna wersja była taka, że namierzono bazę za miastem i śledzono wyjeżdżający z niej samochód. To byłaby katastrofa, zwłaszcza, że już stracono w Radogoszczy aż pięć mieszkań.
Wypatrywały, czy nie są śledzone. Na szczęście ruch był minimalny więc łatwo stwierdziły, że nikt za nimi nie jedzie.
Kilkaset metrów przed bramą wjazdową do bazy, droga przecinała zagajnik. Mańka zjechała z asfaltowej szosy na polną drogę i zaparkowała busa.
-Fruzia, pamiętasz jak się strzela? – spytała Gabriela.
-Pewnie, że tak – odparła dziewczyna. Wyjęła z torebki malutkiego buldoga. – O, tu odbezpieczamy, pociągamy za spust i trrach!
-Co robimy z Dużym? – spytała Mańka.
-Jest naćpany, nie może zostać sam – zdecydowała Gabriela. – Duży, wyłaź z samochodu. Idziesz z nami.
-Kobiety mną rządzą – jęknął Duży. – Najpierw jedna laska zwabiła mnie w Góry Świętokrzyskie przy pomocy serka Almette, następnie druga zahipnotyzowawszy mnie falistymi ruchami swych bioder zwabiła do busa gdzie niemal padłem ofiarą, teraz kolejna wygania mnie do lasu w noc i mgłę, gdzie na pewno panuje wilgoć i opadła rosa, a ja jestem słabego zdrowia.
Gabriela z Mańką, czasami kłócąc się ze sobą, odnalazły wreszcie właściwy krzak.
-Duży, podnieś – poprosiła Gabriela.
Duży złapał krzaczek w potężne łapska, nadął się, napiął i stękając z wysiłku, wyrwał roślinę z korzeniami.
-Proszę, królowo – wręczył badyl Gabrieli. – Od dzisiaj jestem twym rycerzem Wyrwikrzakiem.
Minęło jeszcze pół godziny, zanim odnalazły właściwe miejsce. Było tam wejście do tunelu zamaskowane w ten sposób, że jego pokrywę stanowiła donica z rosnącym w niej krzaczkiem. Tunel prowadził za mur bazy, jego wyjście znajdowało się w szopie z narzędziami.
Wyszły z szopy, ściskając broń w dłoniach.
-Duży, ciszej, nie tup tak – mruknęła Gabriela.
Sprawdziły garaż – nie czaił się w nim żaden wróg, Adler i Mazur stały na swych miejscach, nikt ich nie skradł ani nie uszkodził. Tylnym wejściem, od ogrodu, weszły do głównego budynku.  Składał się on z podziemi, rozległego parteru i mniejszego piętra. Część dachu parteru wykorzystano na taras.
-Duży, weź wazon, stań za rogiem przy schodach z piwnicy – rzekła Gabriela. – Gdyby ktoś stamtąd wyłaził, to go w łeb wazonem. Zrozumiałeś?
-Zrozumiałem, królowo. Wazonem w łeb.
-Dobrze. Fruzia, ze mną na górę, sprawdzimy pokoje. Mańka z Elżbietą, sprawdzacie parter.
Na parterze oprócz hallu z recepcją, było dziewięć dużych pomieszczeń. Sprawdzały je po kolei. Siłownia, a w niej bieżnia elektryczna, rowerek, atlas, ławki, sztangi i hantle. Niewielka sala gimnastyczna z równoważnią, odskocznią, kozłem, koniem i skrzynią gimnastyczną, z drabinkami przy ścianie. Duże pomieszczenie z drewnianą kabiną kilkuosobowej sauny, mini basenem i wytwornicą lodu. Jadalnia, a w niej dziesięć stolików. Kuchnia. Biuro, gdzie połowę jednej ściany zajmowało wielkie stalowe szafiszcze, połowę drugiej szafy na akta, na wprost drzwi stało biurko z komputerem, na lewo kasa pancerna, na prawo stolik i trzy krzesła. Magazynek na miotły i środki chemiczne. Biblioteka, której okna wychodziły na podjazd z drugiej strony budynku. Oprócz regałów z książkami w bibliotece znajdowały się trzy biurka. Na jednym z nich stał zestaw komputerowy. Wszędzie spokój, żadnych śladów działalności jakichś obcych.
Uspokojone wyszły z biblioteki do hallu. Duży siedział tam w fotelu pod palmą.
-Duży, dlaczego nie pilnujesz schodów do piwnicy? – spytała ostro Mańka.
-Dlatego, moja księżniczko o ile dobrze rozpoznałem hierarchię tego stada, a nie było to dla mnie proste zadanie gdyż umysł mam przyćmiony prochami co jednak jest konieczne abym zniósł i przecierpiał przygniatającą szarzyznę oraz skurwienie świata, wszelako może to nie jest już ten świat tylko jak wspomniałaś tamten świat, co wszelako budzi pytanie, kim wy jesteście? Wyczuwam w was tyle samo anioła co i diabła, ale już nic więcej nie będę mówił na ten temat, tylko powiem krótko…
-Duży, przestań.
-Toż przestaję właśnie i mówię krótko: Królowa Gabriela z Fruzią zstąpiły do podziemi, przy czym Gabriela stanowczo zabroniła, abym bił je po głowie wazonem, gdy będą wychodziły.
Istotnie, po około kwadransie obie panie wynurzyły się z podziemia i wszyscy wyszli przed front budynku, odetchnąć świeżym powietrzem i ochłonąć. Gabriela zapaliła dwie latarnie na słupach po bokach wejścia.
-Idę po samochód – zgłosiła się Mańka, grzebiąc i macając po kieszeniach za kluczykami.
Gabriela wyjęła z torebki pilota od bramy i podała go Elżbiecie.
-Idźcie obie – powiedziała. – Po drodze sprawdźcie stróżówkę. Ja idę wypuścić nocnego amstafa, więc przymknijcie za sobą bramę, żeby nie uciekł. Po wszystkim kiedy już wjedziecie, zostawcie pilota w stróżówce na stole z monitorami. Od tej pory nie wolno wynosić go za bramę no chyba, że wszystkie wyjeżdżamy, bo wtedy nie będzie miał kto od środka otworzyć.
-To jak będziemy wjeżdżać? – zdziwiła się Mańka.
-Trzeba będzie zadzwonić z zewnętrznego aparatu, podłączę go do wszystkich telefonów w budynku. Kiedy zagrają „Śpiew złotej rybki” należy podejść, sprawdzić na monitorach kto dzwoni i albo otworzyć, albo przywalić z bazooki, która będzie pod stołem w stróżówce.
Mańka z Elżbietą wykonały wszystko jak trzeba, a kiedy Mańka podprowadziła auto pod budynek, zobaczyły Dużego jak coś opowiada gestykulując łapskami, Gabrielę w odpowiedzi kręcącą głową z uśmiechem i Fruzię, jak chichocze oparta o latarnię.
-Eufrozyna wygląda jak taka lepsza spod latarni – rzekła Mańka ze złością. – Co ona się tak mizdrzy?
Zahamowała, wtedy Gabriela z Fruzią podbiegły, Duży zaś przyczłapał do samochodu. Dziewczyny wciąż nakręcone adrenaliną gadały jedna przez drugą.  Oglądały  przestrzeliny. Dziwiły się, że nikt nie zginął.
Z klombu otoczonego z obu stron przez jezdnie wiodące od bramy pod dom, przyglądał się im wielki, posępny posąg Światowida.
Mańka ucięła długi, cieniutki badyl z kępy ogrodowych bambusów. Włożyła go w jedną z przestrzelin.
-Spójrz, Duży – powiedziała. – Kula szła mniej więcej jak ten bambus, czyli tuż koło mojej głowy. Gdybym się wtedy ruszyła…
-Coś się tak podjarała tym potencjalnie jedynie zaszłym faktem? – zdziwił się Duży. – Przecież sama mówiłaś, że aktualnie znajdujemy się na tamtym świecie, z czym ja ogólnie, po przemyśleniu, się zgadzam. Ten wielki co się na nas gapi z klombu, bardzo do tego mi pasuje. Dotychczas sądziłem, że jak już ktoś znalazł się w zaświatach, to drugi raz zginąć nie może, i tego mam zamiar się trzymać. Zastanawiam się jednakże nad kwestią taką mianowicie, która to część zaświatów. Czy ty dajmy na to, jesteś aniołem czy diablicą?  Tradycyjne bowiem znaki rozpoznawcze okazały się diabła… tfu, znaczy się niewiele warte, gdyż ty przykładowo nie masz ani rogów, ani skrzydeł.
-Och Duży, ty żartujesz, czy na serio tak pleciesz?
-Ba, żebym to ja wiedział – odparł Duży.
Objął Mańkę, przytulił, przejechał wielkim łapskiem od jej łopatek, do pośladka.
-Co robisz? – pisnęła dziewczyna.
-Sprawdzam, czy nie masz tych cholernych skrzydeł.
Gabriela zarządziła nocne dwugodzinne dyżury. Najpierw Fruzia, potem Mańka, Elżbieta, wreszcie nad ranem w tej szczególnie niebezpiecznej porze, Gabriela.
Wściekły terkot budzika za wcześnie wyrwał Elżbietę ze snu. Macając na oślep z zamkniętymi oczami ubrała się, do kieszeni bojówek na udzie wsunęła pistolet Łucznik P101. Trzymając się poręczy zsunęła się po schodach, jak lunatyczka poszła do recepcji, gdzie spotkała Mańkę.
-Uaa? – spytała, trąc oczy.
-W porządku – odparła Mańka. – Spokój. Pod drzewami w ogrodzie latają owocożerne nietoperze…
-A fuj!
-Właśnie. Na  piętrze Duży chrapie jak, jak nie wiem co. Pewnie słyszałaś? Poza tym, cisza.
-Mmhm – odparła niewyraźnie Elżbieta. Wzięła ze stolika dzbanek z resztką wystygłej kawy i wypiła duszkiem. – O rany, obchód zacznę chyba od ogrodu, może świeże powietrze mnie ocuci.
Powietrze było zimne i pachnące. Ocuciło ją znakomicie. Przeszła wzdłuż ogrodzenia, zajrzała pomiędzy krzaki, wreszcie przystanęła na skraju sadu, oparta o pień jabłoni. Gwiazdy zdawały jej się zawieszone bardzo nisko, a niebo głębokie jak wieczność. Rozpoznała kilka gwiazdozbiorów o których zdążono ją nauczyć: Lirę, Żółwia, Ogary. Majestatyczny widok  granatowej otchłani i płonących w niej niebiańskich ogni, skłonił umysł Elżbiety do niespiesznego błądzenia po  metafizycznym oceanie od jednego ważkiego tematu, do następnego. Rozmyślając o Bogu oraz sensie istnienia prędko stwierdziła, że ani na pierwszy ani na drugi temat nie jest w stanie nic sensownego wymyślić, więc szkoda czasu na jałowe dumania. Lepiej przyjąć to co mądrzejsi już wymyślili, chociaż, prawdę mówiąc, oni też w tych tematach byli ciemni jak tabaka w rogu. Nieco więcej dało się powiedzieć o budowie Wszechświata, chociaż i tu walczyły ze sobą sprzeczne poglądy dzielące się na dwie grupy: osiowych geocentryków do których i Elżbieta należała oraz anty geocentryków. Osiowcy twierdzili podpierając się naukowymi dowodami, że Wszechświat jest jednością, obraca się wokół osi której panewkami są położone na peryferiach  Ziemia Jeden oraz Ziemia Dwa. Oczywiście numeracja jest dowolna, zależy od punktu widzenia i nie ma żadnego znaczenia. Dlatego właśnie, sunąc wzdłuż osi, można przedostać się z Ziemi Jeden do Ziemi Dwa, a w żaden inny punkt Wszechświata tym sposobem dotrzeć niepodobna. Teoria osiowa budziła zajadły opór wielu środowisk. Kiedy bowiem dawno temu stwierdzono, że Ziemia nie jest niczym wyróżniona, leży na peryferiach jednej z peryferyjnych galaktyk peryferyjnej Lokalnej Grupy, środowiska te były zadowolone i nie życzyły sobie żadnych zmian w tym temacie. A tymczasem, zgodnie z teorią osi, peryferyjne położenie Ziemi okazywało się wcale nie przypadkowe lecz znaczące, i to bardzo.  Wszechświat wprawdzie wokół Ziemi nie krążył, ale mało do tego brakowało bo krążył wokół osi dla której Ziemia była panewką stabilizującą ruch. Anty egocentrycy stanowczo się z tym wszystkim nie zgadzali. Twierdzili podpierając się naukowymi dowodami, że Wszechświat dzieli się na dwie połowy przedzielone Barierą Między Światami, połączone niezliczoną ilością przejść, z których jednym było połączenie Ziemi Jeden z Ziemią Dwa.
Rozważywszy to wszystko, Elżbieta poczuła głód  więc weszła do budynku i zamierzała wejść do kuchni, gdy posłyszała głosy dobiegające z piętra. Ujęła pistolet w obie dłonie, zaczęła cichutko skradać się po schodach. Wyjrzała z za węgła – ujrzała na korytarzu Mańkę i Dużego. Stali w odległości kilku metrów od niej, przed  drzwiami pokoju chłopaka. Duży odziany był jeno w bokserki. Od czasu do czasu, w nieregularnych odstępach, dało się słyszeć soczyste sslap, gdy Mańka lizała go po owłosionej klacie.
-Ja, młoda wrażliwa istota, z trudem odnajduję się w brutalnej rzeczywistości, w polskich realiach – mówił Duży. – Niszczy mnie szara rzeczywistość, przez szarą rzeczywistość psychicznie wyniszczona jestem i przez system. Mam jednak taką  świadomość, że nie chcę się  temu poddawać bez walki, nie chcę wpaść w beznadziejny wir wydarzeń. Ale jedyną rzeczą, której tak naprawdę pragnę, jest miłość.
Mańka wypluła coś, pewnie włos z klaty Dużego.
-Brawo, brawo moje złotko, piękna przemowa – rzekła. – Jestem pod wrażeniem.
-Wpadniesz jutro wieczorem? – spytał Duży.
-Nie da rady, złotko. Gabriela każdego wykorzysta, tak już ma. Żeby z ciebie był pożytek musisz znać wielecki, więc, jak ją znam, od jutra czeka cię nauka, nawet przez sen.
-Nawet przez sen? – jęknął Duży.
-Zwłaszcza przez sen. Hipnopedia jest bardzo wydajna. Przez trzy, cztery noce musisz być grzeczna. Potem, myślę, na jakąś godzinkę będzie można odpiąć kabelek. Teraz czas na mnie. Pa.
Duży zniknął w swym pokoju. Mańka odwróciła się i stanęła oko w oko z Elżbietą. Uśmiechnęła się.
-Aktualnie jest Barbarą Majakowską – rzekła.
-To chyba nic z tego nie było?
-Przeciwnie – Mańka uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Ujawniło się właśnie, że Barbara Majakowska jest lesbijką.
Mańka wyraźnie zadowolona poszła do swej sypialni, a Elżbieta kręcąc głową i wzdychając, zeszła na dół, do kuchni gdzie spotkała Fruzię. Dziewczyna nalewała sobie do szklanki jakieś kolorowe pijadło z plastikowej butli.
-Pić mi się chce – wyjaśniła na wypadek, gdyby Elżbieta miała jakieś wątpliwości. – Spać nie mogę z powodu Omiliana Kunderleka. Ledwie się zdrzemnę już mi się śni, że zakuwa mnie w kajdanki. Wstyd, upokorzenie, strach  przyspieszają mi tętno aż się budzę i nic się nie zmienia, czuję to samo, tylko na jawie.  Czuję się zeszmaconą suką i będę się tak czuła do czasu, aż nie oberżnę mu jaj. Pomożesz mi?
-W samej czynności obrzynania za żadne skarby ci nie pomogę – powiedziała Elżbieta otrząsając się na wyobrażenie egzekucji. – Ale w schwytaniu delikwenta pomogę ci, oczywiście wtedy, gdy Gabriela uzna że na to czas.

****

To już ostatni fragment Guzika polskiego. Jest to mniej więcej jedna trzecia całości. Reszty tutaj nie ujawnię  dlatego, że zamierzam tę powieść wydać więc nie mogę jej „spalić” ujawniając przed czasem wszystko. Jak wydać – oto jest pytanie. Do profesjonalnych wydawnictw nawet nie ma co startować, oni mają swoje układy poza które nie wyjdą, to oczywiste. No, może gdyby dostali w ręce jakieś powalające dzieło autora formatu Stanisława Lema – to też nie wiadomo. A przecież ja aż tak dobry nie jestem, trochę mi do Stanisława Lema brakuje. Za własne pieniądze w wydawnictwie typu self publishing – szkoda kasy. Drogo i promocja słaba. Sprawdzałem, książek takich wydawnictw w księgarniach raczej nie widać. No to pozostaje tylko jedno wyjście – założyć własne wydawnictwo… Ja wiem, że to szaleństwo zwłaszcza jak pieniędzy mało, ale, chyba, jednak, mimo wszystko, gdzieś tak pod koniec roku spróbuję. Co mi zależy, pieniędzy mam na ten cel niewiele, więc i niewiele stracę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *