Guzik polski część VI

Elżbieta zajęła stanowisko w poszyciu lasu na wprost wjazdu do siedziby Gęstej Sieci. Ubrana była w bluzkę, lekki sweterek, zieloną kurtkę w stylu militarnym, dżinsy typu rurki  które z nienawiścią nazywała dupościskami, ponieważ bardzo ich nie lubiła. Ale cóż, taka moda. Jednym słowem, ubrana była jak wiele młodych, pracujących kobiet od których różniło ją to, że była uzbrojona w pistolet i nóż przypięte do paska, niewidoczne pod kurtką. W torebce miała kanapki, oranżadę, papier toaletowy, kosmetyczkę oraz  walkie talkie model T40 i na wszelki wypadek nieco plastiku ze spłonką. Gdyby zobaczyła kogoś samotnego, wychodzącego lub wyjeżdżającego przez bramę, miała dać znać koleżankom czekającym w furgonetce zaparkowanej na tej ścieżce którą w zeszłym tygodniu biegły nad rzekę, gdy uciekły z niewoli. Gabriela, Mańka i Fruzia miały delikwentowi zajechać drogę, potraktować go gazem paraliżującym, związać, zapakować do furgonetki którą powiozą go na odległe, południowe przedmieścia Radogoszczy, gdzie Gabriela wynajmowała swoje drugie mieszkanie – spory dom w dużym ogrodzie. I z dużą piwnicą w której delikwent będzie dojrzewał kilka dni, a kiedy ze strachu już niemal oszaleje, da mu się pismo do naczelnika klanu Gęstej Sieci z propozycją negocjacji, wywiezie gdzieś do centrum i zostawi na ulicy, ewentualnie kopnąwszy go wcześniej w tyłek. Klan Gęsta Sieć był mały oraz powszechnie znany z nieudolności, którą potwierdzała ich ucieczka  z licytacji. Pewnie dlatego ani Rosjanie, ani Amerykanie go nie wynajęli. Elżbieta z dumą pomyślała, że to ona odkryła ten fakt. Mianowicie brodacz reklamował ją jako kobietę z Odwróconego Świata, a mimo to nie wydał jej w łapy GRU albo CIA, tylko chciał sprzedać jako seks niewolnicę, wykorzystując walory jej ciała a całkowicie pomijając walory polityczne. Gęsta sieć była do wzięcia, ale dla zainicjowania negocjacji potrzebny był łącznik. Niestety, przez trzy dni z bramy wyjeżdżały jedynie furgonetki z przyciemnionymi szybami, w których mogło siedzieć nawet dziesięciu zbirów. Ten dzień również skończył się niczym. Na jakąś godzinę przed zmierzchem Elżbieta poczuła, że dłużej nie wytrzyma. Odrętwiała i do ostateczności wynudzona, opuściła swe stanowisko i przeszła lasem około ćwierć kilometra do furgonetki. Miała pewne obawy czy Gabriela jej nie opieprzy za to, że nie wytrzymała jeszcze tej godzinki, lecz nie, Gabi bez słowa uruchomiła silnik.
Elżbieta gapiła się przez okno samochodu przeciskającego się zatłoczonymi uliczkami centrum Radogoszczy na jej przeciwległy kraniec, do tego domu z ogrodem, gdzie teraz mieszkały. Nagle coś wzbudziło jej uwagę.
-Stój, zjedź na chodnik – poprosiła Gabrielę. – Akurat przed nami po prawej jest wolne miejsce.
-Dlaczego? – spytała Gabriela. –  Tu  jest ciasno, ja nie wiem, czy się wbiję – marudziła, ale wjechała dwoma kołami na chodnik i zgasiła silnik. – O co ci chodzi?
-Obejrzyj sobie tego faceta, który posuwa przeciwległym chodnikiem – poprosiła Elżbieta.
Nie musiała doprecyzować, o jakiego faceta jej chodzi, bo tylko jeden z przechodniów się wyróżniał. Wysoki, barczysty, ogolony na łyso  lazł niby lunatyk nie zwracając na nic uwagi, tak, że wszyscy musieli ustępować mu z drogi. Ubrany był w czerwoną bluzę z kapturem odrzuconym na plecy wpuszczoną w granatowe spodnie od dresu z białymi lampasami  podciągnięte niemal pod pachy i w białe buty, pewnie adidasy.
-To niemożliwe – stwierdziła kategorycznie Gabriela, przecierając oczy. – Dziś prawdziwych dresiarzy już nie ma. Nawet u nas. A tu nigdy nie było.
-Tu nie było nie ma i nie będzie dresiarzy, więc to jest nasz polski byczek, zagubiony w przestrzeni oraz  czasie – stwierdziła Elżbieta. – Swojskość wprost z niego promieniuje.
-Przecież to mężczyzna. Nie mógł się tu przedostać.
-A jednak. Poczekajcie – Elżbieta wysiadła z samochodu.
Idąc w poprzek jezdni przyglądała się osobnikowi. Podobał się jej. Kawał dobrze zbudowanego chłopa, tak kiczowaty że aż stylowy. Jego twarz o nieprzytomnym wyrazie była mniej chamowata niż Elżbieta mogła się spodziewać.
-Przepraszam, czy rozumiesz co mówię? –  zaćwierkała po polsku, uśmiechając się przyjaźnie.
-O rany, nareszcie koleżanka co umie w ludzkim języku! – ucieszył się dresiarz. – Dopiero co spotkałem zieloną małpę co nawijała po polsku, ale to był halun, ja wiem.  Ty chyba jesteś prawdziwa? Pozwolisz się uszczypnąć żebym się przekonał?
-Nie pozwolę. Poza tym, to siebie należy szczypać. Jak boli, to rzeczywistość.
-Ja bym wolał ciebie uszczypnąć  – upierał się dres. – Ale jak nie to nie, chociaż to obniża twoje notowania w moich oczach, gdyż powstaje cień podejrzeń o to, że jesteś haluną widzianą przeze mnie po prochach. Ale tak czy siak, niezła z ciebie laska więc pragnąłbym zapytać, co sądzisz o zacieśnianiu naszych więzi aż do etapu zespolenia seksualnego?
-Wybij to sobie z głowy, kolego. Ale może uda mi się zaspokoić niektóre inne twoje potrzeby? Chcesz może jeść, pić, spać?
-O tak, chcę tego wszystkiego oraz amfy albowiem wlokę się tą ulicą będzie już ze trzy lata, choć z drugiej strony mój chronometr zakupiony od Ruskich za cztery dychy wskazuje, że jestem tu dopiero pół godziny. Może właśnie z powodu tej dylatacji czasu jestem tak wkurwiony. No dawaj, gdzie masz te jadła i proszki?
-Mam je w domu. W samochodzie czekają moje koleżanki, zapoznasz je, pojedziemy do nas, będzie fajnie choć bez seksu. Chodź, siadaj, bez ceregieli.
Dresiarz usiadł obok kierowcy czyli Gabrieli, obejrzał ją ze szczególnym uwzględnieniem biustu, następnie rzekł:
-Jako że już lepiej się czuję nieco, bardziej klarownie jakby, mogę stwierdzić bo taka jest aktualna prawda, że jestem Duży, ziomal z Pucka co nie jest stanem permanentnym, gdyż sporadycznie jestem Barbarą Majakowską, doktorantką archeologii śródziemnomorskiej z Krasnego Stawu, co jednakże teraz nie zachodzi.
-Miło mi, Gabriela jestem – bąknęła oszołomiona gadką Dużego Gabriela. – Skąd się tu wziąłeś, Duży ziomalu z Pucka?
-Ona raz dwa wszystko ma gotowe, cały plan, ja w naszym związku spełniam podrzędne role, dostarczam amfę, zmywam garnki albo jak trzeba komuś przypierdolić. A ona strategiczne plany snuje dalekosiężne, więc, wysnuła tak, że zakupiła serek Almette z numerkiem na pokrywce ewentualnie na wieczku albo na denku, gdzieś tam, więc numerek na loterii wylosował, że my, znaczy ona i ja, jedziemy na tydzień do super hotelu w Górach Świętokrzyskich. – Dresiarz odsapnął, umilkł, zawiesił się na dłuższą chwilę, wreszcie podjął wątek: – Ja od rana byłam jak ten skowronek wesoła co i nie dziwota, albowiem Barbara Majakowska to wesoła kobita chociaż doktorantka, no i dałam sobie w żyłę, od spidu aż myślałam, że fruwam pod sufitem. Za to ona wkurwiona bo nie lubi kiedy jestem Majakowską, co mi się zdarza sporadycznie czyli rzadko. Więc, mówi, zapierdalaj sam na poranny spacer, bo ja z tobą nie idę. Ale ty idź, no idźże wreszcie, razem z tą Majakowską. Więc poszłam i idę, aż tu naraz, tak w głębi lasu, jak coś nie pizdnie! Majtnęło mną i zaszuściło, aż raptem stwierdzam, że dokoła jest fioletowo z czymś żółtym. Wlazłem chyba w to żółte. Wtedy coś się zmieniło i to stwierdzam, kiedy odejmuję dłonie od oczu. Słońce jakby większe, jaśniejsze, napierdala mnie po oczach a od spodu jakby mokro. Kiedy wreszcie przejrzałem na dobre – bo znów byłem Duży a nie ta Barbara – to widzę, że nie jestem ja na lądzie jeno stoję po kolana w jakimś jeziorze. Kiedy wylazłem z tego jeziora, to lizę i lizę, aż przyskakuje do mnie koleś z pistoletem w łapie, więc mu dałem w czoło i wrzuciłem gnata do bagna bo akurat było. Gościa też. Ale że mordę miał naspidowaną, więc, myślę, bratku, ty coś masz. Więc zanim go do bagna, to najpierw po kieszeniach no i znalazłem piguły. Towar z górnej półki, mówię wam. Wziąłem dwie dla pewności, wtedy świat normalnie wyskoczył z foremki. Patrzysz listek – nie taki. Krowa – nie krowa. Księżyc – jakiś dziwny. Osiedle niby takie ale dziwne, blokersi też dziwni, nie chcą napierdalać obcego więc krokuję niespiesznie z przerwą w śmietniku na noc, aż znalazłem się na  jakiejś zapowietrzonej ulicy. Słucham, wszyscy nawijają coś w jakimś małpim języku więc się wkurwiam pomału, bo nic nie rozumiem. Aż tu podchodzi ta koleżanka w plamistej maskującej kurtce i mówi, żebym szedł z nią i poszła fajnie kręcąc pupką w obcisłych dżinsach, a ja pozytywnie reagując na wezwanie idę za nią patrząc jak seksownie kolebie biodrami, i…
Duży urwał nagle. Twarz mu poczerwieniała, żuchwa zaczęła kłapać jak w zaciętym elektrycznym kasowniku, pot wystąpił mu na czoło, nawet na łysą czachę.
-Duży, co z tobą? – spytała Gabriela. – Czego ci trzeba?
-Wwwwwwwwwwszystkiego – wyjąkał Duży.
Zamknął oczy i wyglądało, jakby popadł w letarg.
-Zna się któraś na obsłudze takiego modelu? – spytała zaniepokojona Gabriela, przyglądając się Dużemu.
Dziewczęta odpowiedziały jej dwuznacznym chichotem.
-Jaja sobie robicie, a on nam tu wykorkować może – rzekła Gabriela z dezaprobatą. – Na początek, kupimy mu coś do jedzenia.
Odkręciła zawór główny pod deską rozdzielczą, wpuszczając strumień pary przegrzanej z kotła płomienicowego o średnicy dwudziestu sześciu cali, do dwóch cylindrów obustronnego działania o średnicy cztery cale i skoku tłoka pięć cali. Amerykańska furgonetka parowa marki Stanley Motor Company bezszmerowo ruszyła i płynnie włączyła się do ruchu. Z jej rury wydechowej wydzielał się całkowicie ekologiczny, delikatny welon pary wodnej. Posługując się jedynie dwoma pedałami i kierownicą, bez zgrzytającej skrzyni biegów, bez sprzęgła i innych zbędnych przy tym napędzie pierdółek, Gabriela prowadziła swój wehikuł z prawdziwym upodobaniem. Żałowała, że w Odwróconym Świecie – tak coraz częściej myślała o swym ojczystym uniwersum – Stanley Motor Company zbankrutowała w 1927 roku. Zjechała na najbliższą stację paliw, zatankowała dwadzieścia litrów nafty którą żywiły się bezdymne palniki Bunsena ogrzewające kocioł. Kupiła dwa hot dogi, dwa hamburgery, szaszłyk, pół litra kawy, załadowała to wszystko na tacę, zaniosła do samochodu i postawiła Dużemu na kolanach. Zapach momentalnie przywrócił Dużego do przytomności. Rzucił się na spyżę bez opamiętania, wylał przy tym połowę kawy, więc Gabriela wysłała Fruzię po dolewkę. Kiedy się najadł, stwierdził:
-Zajarał by człowiek albo dał w żyłę… Co wy na to, koleżanki?
Kobiety spojrzały po sobie. Ich miny wyrażały poważną wątpliwość, czy powinny przyczyniać się do upadku fizycznego oraz moralnego tego nieodpowiedzialnego dresa. Gabriela opuściła miejsce kierowcy. Przesiadła się bliżej koleżanek. Pochyliły ku sobie głowy.
-Jeśli narkomana gwałtownie odstawić od narkotyku, najpierw dostaje małpiego rozumu, potem umiera – stwierdziła Mańka konspiracyjnym szeptem. – Dziewczyny, lepiej coś mu skombinujmy. Będziemy mu wydzielać coraz to mniejsze dawki, aż się odzwyczai.
-Odwieczne nasze złudzenia, że facet się zmieni na lepsze – westchnęła Elżbieta. – Ale głosuję za tym, że nie ma innej rady.
Pojechały na Plac Obrońców Radogoszczy gdzie co drugi sklep był apteką wyspecjalizowaną w lekach na bazie marihuany, a w tym drugim który nie był apteką, sprzedawano przydziałowe narkotyki na kartki. Były tu również eleganckie salony narkotykowe. Zaś te rodzaje  dragów które były zakazane, oferowali dealerzy zasiadający na ławeczkach wokół skweru. Na plac wjazd był zakazany, wokół niego wszystkie parkingi zajęte, istny horror parkingowy. Wreszcie Gabriela wypatrzyła wolne miejsce na chodniku, wolne od samochodu pewnie dlatego, że spał tam jakiś bezdomny. Posłała więc Fruzię, by łachmaniarza przepędziła. Dziewczyna podeszła zasłaniając nos, widocznie lump śmierdział, jak to bezdomny. Raptem zawróciła.
-On się rozkłada – rzekła. – Zaćpał się już jakiś czas temu i leży, bo MPO rzadko tu zagląda.
Nareszcie zaparkowały tyłem do jezdni, przednimi kołami w błocie rzekomego trawnika. Weszły na Plac Obrońców Radogoszczy. Elżbieta wytrzeszczyła oczy, nie mogąc im uwierzyć. Pozostałe koleżanki były przyzwyczajone, więc bez emocji weszły na rozległą przestrzeń z monumentem pośrodku, pokrytą ciałami płci obojga, papierami, strzykawkami,  rzygami, pokruszonym styropianem, gównami i czym tam jeszcze. Na ławce leżała nieprzytomna dziewczyna, bez majtek, z podwiniętą kiecką, z której korzystał, kto chciał. Po jej łonie łaziły muchy. Elżbieta czym prędzej odwróciła wzrok od tego koszmaru, by napotkać inny. Chudy niby szkielet chłopak chwiejąc się z wysiłku podnosił jeszcze chudszą dziewczynę, która na jedynej grubszej gałęzi rachitycznego kasztana, zawiązywała stryczek.
-O matko jedyna – wyszeptała Elżbieta. – A to co? – pisnęła zaskoczona, gdy jej wzrok padł na monument pośrodku placu.
Na porządnym tradycyjnym cokole z polerowanego granitu, stał wielki, plastikowy Miś Uszatek w tęczowym kaftanie, bez majtek, z monstrualnym przyrodzeniem.
Kiedyś stał tu jakiś rycerz – rzekła Fruzia skrzywiona, jakby wypiła szklankę octu. – Kiedyś był to Plac Obrońców Radogoszczy, wszystkich hurtem, tych co bronili przed Sasami, Dunami, Polakami, Czechami, Szwedami, sporo było tych oblężeń.  Teraz jest to Plac Obrońców Radogoszczy Przed Faszyzmem, Dyskryminacją, Wykluczeniem i Dominacją Białego Heteroseksualnego Mężczyzny, i sama widzisz kto stoi na cokole. O tych dawniejszych bohaterach co tu stali, nikt nie pamięta.
-Ty pamiętasz.
-Ja z zawodu jestem nauczycielką, w Pobliżu byłam również bibliotekarką. Ciężko z tego wyżyć, a już wyjść za mąż, uniesposób. Jako bibliotekarka miałam klucz do komórki gdzie zgromadzono książki wycofane z biblioteki z powodu Nudziarstwa, Bezużyteczności oraz Zacofania i Niepoprawności Politycznej. Zapomniano zabrać je do utylizacji więc sobie leżały, a ja nieszczęsna, zaczęłam je czytać. Czego tam nie było! Mnie najbardziej chwycił za serce romans o zakazanej miłości kapłanki Swarożyca i księcia Czerezpian, a kiedy on zginął w bitwie nad Hawelą, to ona specjalnie tam pojechała na białym rumaku Swaroga i rzuciła się w nurty Haweli. Albo o Broniszu który na czele okrętów pod czarnymi żaglami wypłynął z Arkony by razem z Raciborem złupić Konungahelę, a kiedy już ją złupił, to przywiedli mu schwytaną norweską księżniczkę. Najpierw chciał ją zgwałcić, ale oczywiście tak się skończyło, że leżał u jej stóp i spełniał życzenia.  Albo o Sygrydzie Storradzie i jej zalotnikach, i tak dalej. Zatruło mnie to, przez te niewłaściwe lektury stałam się romantyczna więc całkiem odstająca od rzeczywistości, przez co wylądowałam na giełdzie niewolnic, gdzie kończą takie naiwne kretynki jak ja.
Gabriela i Mańka z zakupami wróciły do furgonetki, gdzie rozwalony na fotelu, spał chrapał oraz  rzęził Duży.
-Gdyby on nie był głupim narkomanem – westchnęła Mańka, przyglądając się potężnemu mięśniakowi, rozpartemu na dwóch miejscach kanapki. –  Jakoś nie było czasu o tym pogadać, a przecież to bardzo ważne. Jak on się tu dostał? Jeśli BMS zaczęła przepuszczać facetów, już po nas. Ruskie sołdaty zaleją tu wszystko.
-BMS przepuszcza istoty tylko do określonej wielkości AM, więc facetów nie puszcza i to jest fundament naszej wiedzy o BMS, wynikający z wszelkich teorii – stwierdziła Gabriela.
-Więc niby, że oni są lepsi bo mają większe coś tam? – zaperzyła się Fruzia. – To jakieś AM?
-Może właśnie są gorsi z powodu większego AM, bo przez to nie mogą przenikać pomiędzy światami – odparła Gabriela. – Oni na ogół mają też większy rozmiar butów, i co z tego? Orangutan ma mniejsze AM niż człowiek, a znowu szympans większe.
-Koleżanki, to proste – rzekła Mańka bardzo poważnie. – On był wtedy Barbarą Majakowską, więc BMS go puściła.
-Nie pieprz Mańka – odparły jej zgodnie wszystkie na raz. – To, że jemu w głowie tak się poprzestawiało, to jeszcze nie znaczy, że to prawda.
-Jak to, nieprawda? Sądy wierzą w takie odmiany płci i potwierdzają je swoim autorytetem, więc i BMS musiała uwierzyć, no nie?
-Musiała, nie musiała, ale coś w tym jest – stwierdziła Gabriela. – Oczywiście kiedy zmienia mu się świadomość na kobiecą, to chromosomy pozostają męskie, ale bardzo prawdopodobne, że Aura Malinowskiego też mu się zmienia w jakimś tam stopniu. Do tego aura i cała jego osobowość jest przyćmiona przez narkotyki, więc, razem wziąwszy, barierze się pomyliło i go puściła.
-Wzięła go za orangutana  – zachichotała Fruzia.
-Coś w tym stylu – odparła Gabriela.
Usiadła za kierownicą. Poprawiła ustawienie lusterka wstecznego.
-To bardzo ciekawy przypadek wymagający dalszych badań – powiedziała Mańka, przyglądając się Dużemu.
-Których jednak my na pierwszej linii frontu nie jesteśmy w stanie przeprowadzić, więc… – Gabriela zamarła z ręką na lusterku wstecznym. Wpatrywała się w niego nie dłużej niż trwa uderzenie serca, potem krzycząc: – Padnij, padnij! – sama upadła na podłogę.
Seria z karabinu maszynowego zabrzmiała niby grom z jasnego nieba. Pociski przebiły tylną klapę, przebyły całą długość furgonetki, jedne utkwiły w desce rozdzielczej, inne rozbiły przednią szybę i pomknęły gdzieś w dal. Wszyscy, nawet niespodzianie obudzony Duży, padli na podłogę. Gabriela z pistoletem w zębach popełzła do tylnej burty. Fruzia wyjęła z torebki mały granat zaczepny. Poczołgała się za Gabrielą.  Serie siekły samochód. Gdyby to był benzyniak, pewnie stanąłby w płomieniach.
-Zostaw to strzeladełko – szeptała Fruzia do Gabrieli. – Mam coś lepszego. Granat.
-Nas też rozwali.
-Nie, to zaczepny, małe pole rażenia, sama tak mówiłaś. Podnieś klapę na tyle, bym go wyrzuciła.
Kiedy seria umilkła, pewnie dla zmiany magazynku, Gabriela leżąc podniosła odrobinę tylną klapę. Fruzia też leżąc, z poziomym zamachem, wyrzuciła granat całkiem na oślep. Ale przecież tam nie mogły stać niańki z dziećmi tylko napastnicy, więc po co celować.
Huknęło, ktoś wrzasnął. Mańka skulona by nie uderzyć głową w dach, jednym nadprzyrodzonej długości  susem dopadła fotela kierowcy. Motor spalinowy w którym było mnóstwo ważnych zespołów, pewnie by nie zapalił. Ale parowy silnik w którym zgodnie z reklamą było jedynie dwadzieścia sześć ruchomych części, jakoś tam zadziałał. Furgonetka szarpnęła i świszcząc parą uchodzącą z postrzelanych przewodów, zaczęła wyjeżdżać  tyłem z miejsca postoju. Tylko Fruzia wyglądająca ostrożnie przez dziurę tylnego okna zauważyła, że furgon podczas cofania przejechał po nodze kogoś usiłującego odpełznąć w bok. To była kobieta, łomot i świst mechanizmu prawie zagłuszył jej krzyk.
-Kto strzelał?! – wykrzyknęła trzęsącymi się wargami Elżbieta, szarozielona na twarzy. – Co za sukinsyny chciały nas zabić?
-Przyzwyczajaj się dziecinko! – odparła Mańka – To były kremlowskie bladzie. Poznałam ich maszynkę z rodziny AK.
Duży rozejrzał się.
-Czyżby pomiędzy wami a elementem co narobił takiego syfu, zaszło coś o czym powinienem wiedzieć? – spytał. Spostrzegł obok siebie papierową torbę z nadrukiem apteki, w niej strzykawki oraz ampułki, więc dał sobie w żyłę, wysmarkał nos na podłogę, przymknął oczy na jakąś minutę, a gdy je otwarł, gorzał w nich ogień gniewu. – Ach więc to prawda, że oni chcieli was zabić, koleżanki – rzekł, rozglądając się po zdewastowanym wnętrzu furgonetki. – Teraz więc koniec z litością dotychczas przeze mnie odczuwaną, z pitoleniem się, niech sczeźnie pacyfizm który dotąd mnie mamił. Zatrzymajcie ten karawan gdyż wysiadam. Idę na miasto po Szlaję, po Grega, po Kapitana Ucho, wtedy rzeź się tu rozpocznie naszych wrogów których wietrzę wśród prawosławnych bardziej. No dawaj Mańka, ciśnij wajchę hamulca.
-Siadaj Duży, przestań rozrabiać – Mańka  odwróciła się na moment i na ułamek sekundy położyła mu dłoń na ramieniu. – Nie możesz iść na miasto po kolegów, ponieważ oni są tam gdzie przedtem, a my wszyscy znajdujemy się na tym drugim świecie. Jeszcze tego nie zauważyłeś?
-To by wiele tłumaczyło – Duży zamyślił się.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *