Guzik polski część V

Gabriela dopiła herbatę, włożyła broń do schowka i z miłym uśmiechem weszła do salonu. Fruzia spacerowała tam wzdłuż ścian, przyglądając się obrazom. Właśnie zatrzymała się przed najbardziej kiczowatym, przedstawiającym przepiękne blondynki porwane przez berberyjskich piratów.
-Wyspałaś się? – spytała Gabriela. – W takim razie, możemy porozmawiać. Może domyślasz się, kim ja i koleżanka jesteśmy?
-Jesteście osy – odparła Fruzia spokojnie, jakby nie było w tym nic niezwykłego. Przyjrzała się Gabrieli i Elżbiecie, stojącej w drzwiach. – Jesteście niebezpieczne, jadowite osy, tak o was mówią, ale mnie pasujecie. Przynajmniej potraficie walczyć o siebie.
-Dlaczego osy?!  – spytała Elżbieta.
-Kobiety z Odwróconego Świata czyli z OS, czyli osy. Wszędzie jest was pełno i coraz więcej. Nie wszystkim to się podoba, ale mnie nie podoba się tyle rzeczy, że na was zabrakło mi niepodobania.
-Co o nas mówią? – spytała Gabriela.
-Przeważnie, że chcecie podbić Unię Kontynentalną.
-To ci nie przeszkadza?
-Ani trochę. Unia mnie po prostu wali. Mam swoje problemy.
-Tak? Mogłabyś opowiedzieć?
-Czemu nie – zgodziła się dziewczyna. –  Mój największy problem polega na tym, że nie wiem jak  odnaleźć mego narzeczonego  Omiliana Kunderleka –  Fruzia wspomniawszy ukochanego umilkła z rozmarzonym uśmiechem, lecz po chwili podjęła opowieść. – Znaliśmy się od zawsze, od dawna kochali, a teraz nie ma go przy mnie. Bardzo pragnę spotkać Omilka, przytulić się do niego, dać mu buzi i to z języczkiem, a wtedy ciach, odgryzam mu język, korzystając z zaskoczenia wyłupiam oczy, a potem to już zależnie od okoliczności. Najchętniej, spycham drania w ogień gdyby jakiś był w zasięgu. Razem przyjechaliśmy z Pobliża szukać pracy w Radogoszczy, gdzie Omilian dostał jakiejś szajby. Latał po ulicach jak kołowaty, od wystawy do wystawy i jęczał, że on to wszystko chce mieć. Wreszcie wpadł na pomysł, jak dojść do pieniędzy. Sprzedał mnie za dwieście funtów handlarzom z Gęstej Sieci.
-Wciąż nie rozumiem, dlaczego nie poszłyście z tym na policję – odezwała się Elżbieta.- Przecież choćby byli nie wiem jak skorumpowani, to jakieś podstawowe czynności w oczywistych  sprawach na pewno wykonują, no nie? Muszą  łapać morderców, złodziei?
-Skąd takie założenie, że muszą? – spytała Gabriela.
-Stąd, że tutejsze społeczeństwo funkcjonuje. Gdyby przestępcy byli bezkarni, powstałby chaos.
-Tu właśnie jest chaos. Ale owszem, łapią drobnych złodziei i niezrzeszonych morderców. Lecz my jesteśmy na wojnie, więc mogłybyśmy się zwrócić o pomoc tylko do naszej części policji, albo do części neutralnej. Niestety, naszej części już nie ma, zostałyśmy z resortów siłowych całkiem wyparte.
-Zwróćmy się o pomoc do tych neutralnych – zaproponowała Elżbieta.
-A skąd mamy wiedzieć, którzy to ci neutralni? Jeśli źle trafimy, to wiesz: elektrody, deska i podobne gadżety.
-O jakiej wojnie mówicie? – zainteresowała się Fruzia. – Może o tym podboju Unii Kontynentalnej? Czy to są właśnie te cele o których mówiłaś?
-Och, zaraz tam, podbój – Gabriela wykonała nieokreślony gest ręką. – Może raczej intensywna terapia…
-Jeśli taka po której pacjent umiera, to proszę mnie zwerbować. Oczywiście za darmo karku nadstawiać nie będę, ale drożyć się zanadto nie mam zamiaru. Nienawidzę Unii bardziej niż to jest ogólnie przyjęte z tego powodu, że stryjek Omiliana jest głównym portierem w gmachu Parlamentu Unijnego w Gijon. Nawet obiecywał załatwić Omilianowi posadę konserwatora dolnopłuków, ale nic z tego nie wyszło.
-Wikt, zakwaterowanie, piętnaście funtów kontynentalnych tygodniowo, w przyszłości sława i chwała, wysokie stanowisko w Armii Nowego Wzoru którą zorganizujemy po zwycięstwie.
-To co mówiłaś, ale szesnaście funtów tygodniowo i dodatkowo pomoc w odnalezieniu Omiliana Kunderleka –  Fruzia strzyknęła śliną na dłoń i nadstawiła ją do przybicia.
Gabriela przybiła.
Elżbieta wybuchła niepowstrzymanym śmiechem.
-O matko moja! – chichotała. –  Czy dobrze rozumiem? Czyżbyśmy właśnie ruszały we trzy na podbój Unii Kontynentalnej, która liczy pół miliarda mieszkańców?
-To prawda, że mamy nieco gorzej niż Hernan Cortes który miał aż trzystu żołnierzy a wrogów zaledwie dwadzieścia pięć milionów, ale damy radę – zapewniła Gabriela.
-Doprawdy? – spytała szyderczo Elżbieta. – Podobno cały czas przegrywamy, a tu raptem marsz po zwycięstwo, sława i chwała, konkwista całego kontynentu?
-Przegrywałyśmy, ponieważ nie chciały mnie słuchać kiedy mówiłam, że konieczna jest zmiana taktyki. Teraz, kiedy mogę robić co chcę, będzie inaczej. Należy…
Gabriela umilkła, ponieważ rozległ się dzwonek u drzwi. Wyjęła malutki rewolwer z kieszeni różowego szlafroka. Przekradła się bezszmerowo do  przedpokoju. Elżbieta stąpając na paluszkach podążyła za nią. Gabriela wyjrzała przez judasz. Otwarła drzwi na oścież. Stała za nimi szczupła dziewczyna około trzydziestki, gęste ciemne włosy opadały jej na ramiona, a grzywka na brwi. Ubrana była we flanelową koszulę, rozpinaną bluzę z kapturem barwy nieokreślonej, która zanim tak się zeszmaciła, prawdopodobnie była oliwkowa. Jej czarne spodnie były rozdarte na kolanie. Na ramionach dźwigała plecak. W sumie, wyglądała jak oszałamiająco piękna lumpiara nocująca w kanałach.
-Mańka! – wykrzyknęła Gabriela.
-Gabryśka! – wykrzyknęła Mańka.
Padły sobie w ramiona i cmoknęły się kilkanaście razy.
-Mańka, to coś co stoi obok mnie, to świeże mięso o imieniu Elżbieta. – dokonała prezentacji Gabriela. – Głupie okropnie, ale ma dobrego kopa. Ta co siedzi w salonie, to miejscowy żołnierz czyli sipaj albo askarys, o imieniu Fruzia.
-Cześć, cześć – powiedziała Mańka, wlokąc się w kierunku narożnika. – Wy, nowe, myślicie sobie, po co komu stuletnia baba? Otóż nie mam nawet połowy tych lat. Kiedy się zregeneruję co nie potrwa dłużej niż pół roku, same zobaczycie jaka jestem fajna. – Mańka doczłapała do narożnika i zwaliła się na niego. – A teraz mówcie, co słychać?
-Mam dwie wiadomości, dobrą i złą – rzekła Gabriela. – Od której zacząć?
-Od tej dobrej, oczywiście – odparła Mańka.
-Centrala mianowała mnie pełniącą obowiązki dowódcy Zaświatowego Obszaru Operacyjnego.
-Miałaś zacząć od dobrej wiadomości. – Mańka ziewnęła, odsłaniając zęby. Przynajmniej one wyglądały na białe i czyste. – Więc jaka jest ta dobra wiadomość?
-Ta zła – powiedziała Gabriela z naciskiem – jest taka, że cała obsada ZOO przebywa aktualnie w tym pokoju.
-Kiedy w tym ZOO wypada pora karmienia? – Mańka ziewnęła rozdzierająco. – Umieram z głodu. A co to znaczy, że cała obsada przebywa aktualnie w tym pokoju?
-Pogrom. Niemal cała reszta nie żyje albo w niewoli.
-Och, kurwa – Mańka, choć zdawało się to niemożliwe, zszarzała na twarzy jeszcze bardziej. – Ja myślałam, że to tylko na moim odcinku ruskie bladzie i amerykańskie suki tak nas przeczesały… Ale to nieprawda, że tylko my tutaj – zatoczyła ręką koło. – Nawet z mojego odcinka niektóre dziewczyny przytaiły się a to w punktach przetrwania w górach, a to w doraźnych kryjówkach…
Mańka przyjrzała się dziewczynom. Jena obca, jedna nowa, co one tam wiedzą, ale Gabriela… Wpatrzyła się w Gabrielę. Wyraz twarzy miała błagalny, jak dziewczynka prosząca o czekoladkę.
-Gabi, zrób coś. Pewnie, wtopa jest taka, że można się załamać, ale to się zmieni, łączność się nawiąże i w ogóle. Prawda?
-Jasne, i w ogóle – przytaknęła smętnie Gabriela. – Co nie zmienia faktu, że jak na dzisiaj, cała załoga obszaru zdolna do akcji, to my. Kiedy trochę odsapniesz, spiszesz mi bardzo ale to bardzo szczegółowy raport. A już teraz odpowiedz mi na trzy pytania. Po pierwsze, jaka jest bezpośrednia przyczyna katastrofy twojego odcinka?
-Bezpośrednią przyczyną katastrofy mojego odcinka jest to, że syberyjskie bladzie wysadziły w powietrze domek letniskowy naczelnika klanu Skórzane Spodnie wraz z gospodarzem, gośćmi i wynajętymi panienkami. Naczelnik klanu Joachim von Salza miał z nami przybitą umowę, jego następca Benedict von Salza przybił umowę z syberyjską bladzią. Jego prawo, jego wybór zresztą słuszny, bo trzymać z nami, to same wiecie.  Ale ten cham zbolały oraz podły zdrajca łamiąc obyczaj przekazał bladziom wszelkie informacje o nas, jakie klan zgromadził podczas kilku lat współpracy. Wiem o tym, bo niedobitki przeciwników Benedicta mi doniosły, a poza tym, najpierw skasowali te dziewczyny i te punkty, o których Skórzane Spodnie wiedziały. Potem następowały dalsze uderzenia, w miarę tego, jak bladzie wymuszały torturami informacje od aresztowanych dziewczyn. Meldowałam o tym przez radio, ale na kilka ostatnich komunikatów nie dostałam odpowiedzi, ani nawet potwierdzenia odbioru.
-Nie dostałaś, ponieważ radiostacja wyleciała w powietrze z szefową i samochodem  którym jechała.
-No cóż, każdego człowieka szkoda – Mańka wyraziła żal po śmierci szefowej w bardzo oszczędny sposób. – Śmierci jej nie życzyłam, wystarczyłoby mi gdyby ją odwołali.
-Wszędzie wyglądało to mniej więcej tak samo, chociaż w różnych wariantach – rzekła Gabriela. – Za bardzo poszłyśmy w klany…
-Całkiem bez klanów nic tu się nie zwojuje – zauważyła Mańka.
-To prawda – zgodziła się Gabriela. – Jednak powinna obowiązywać w stosunku do nich powściągliwość, umiar, klany jako konieczne choć niechciane narzędzie, a nie wszystko w tym kierunku. Szefowa za bardzo małpowała bladzie i suki, zamiast myśleć alternatywnie.
-Święte słowa – przytaknęła Mańka.
-Jak oceniasz straty?
-Sześćdziesiąt procent. Dziesięć procent ofiary śmiertelne, pięćdziesiąt procent aresztowania. Czterdzieści procent ocalało, ale zdezorganizowane, sterroryzowane i bez łączności.
Gabriela skinęła głową pokazując, że zgadza się z tą oceną.
-W jaki sposób ty ocalałaś? – spytała.
-Normalnie, uciekłam – Mańka wzruszyła ramionami. – Oczywiście nie tak od razu. Czułam się jak te krasnoludy u Tolkiena, które słyszą, jak w głębinach Morii coraz głośniej biją bębny wrogów. Wreszcie uderzyli na willę Ein Anheimelnd Platz, gdzie miałam główną kwaterę. Było nas tam tylko cztery, ale założyłyśmy czterdzieści osiem min. Kiedy na potężnym fugasie ich pancerka po prostu uniosła się w powietrze, powstało u nich spore zamieszanie, wtedy spróbowałybyśmy się przebić. No cóż, tylko ja uciekłam z tego kotła.
-Myślę, że ucieczka nie jest dobrym określeniem – rzekła Gabriela.
-Potem szłam na piechotę, ponieważ bałam się skorzystać z pociągu albo autobusu.
-I słusznie – rzekła Gabriela. – Myślę, że w Radogoszczy niejako rozpuścisz się w tłumie, mimo to przez jakiś czas nie pokazuj się na mieście. Oczywiście zmienimy twój wygląd tak bardzo, jak tylko się da. Teraz odpocznij, potem spisz mi raport, a wy obie, ugotujcie coś ciepłego na obiad. Ja idę do siebie pomyśleć nad taktyką i strategią, więc proszę mi nie przeszkadzać.
Tragiczne wiadomości nie wstrząsnęły Mańką na długo. Odsługiwała drugi kontrakt, więc miała czas wysłuchać ich już sporo. Przywykła i wiedziała, że przeważnie okazywały się przesadzone, chociaż tym razem wszystko wyglądało bardzo ale to bardzo paskudnie. W każdym razie, teraz nie potrafiła się martwić. Siedziała sobie w ciepłym salonie słuchając muzyki z radia, była czyściutka, najedzona kanapkami, ubrana w czyste getry i bluzę od dresu. Odzież do przebrania znalazła w magicznej szafie – tak nazywano trójdrzwiową szafę z salonu, w której na wieszakach oraz półkach czekały ubrania. Wszystkie osy były podobnego wzrostu i wszystkie chcąc nie chcąc, wysportowane, więc ciuch z jednej pasował na drugą. Bywało, że przychodziły tu w odzieży porwanej, ubłoconej, nawet zakrwawionej. Wtedy sięgały do magicznej szafy i znowu były ładnie ubrane. A to ważne dla kobiety.
Gabriela zamknęła się w swym błękitnym pokoju.
Elżbieta z Fruzią poszły do kuchni. Znalazły tam zwiędłą sałatę, pół brukwi, parę ziemniaków.
-Z tego nic sensownego nie ugotujemy – stwierdziła Fruzia. – Poszłabym na targ, ale nie mam pieniędzy. Poszłabym poprosić Gabrielę o kasę, ale kazała nie przeszkadzać. Ty idź, ciebie nie opieprzy. Poproś w moim imieniu o dwa funty na zakupy.
Elżbieta zgodziła się. Zapukała w drzwi niebieskiego pokoju. Słysząc niechętne mruknięcie, weszła.
-Sorry, że przeszkadzam – rzekła. – Sprawa jest taka, że ta miejscowa chce się urwać i jeszcze prosi o dwa funty niby to na zakupy.
-Ten okrągły stolik jest dobry do picia herbaty, nie do pracy, muszę go wymienić na biurko – odparła Gabriela, zupełnie nie na temat. Wyjęła z kieszeni dwa banknoty jednofuntowe i podała je Elżbiecie. – Daj jej, niech kupi coś dobrego.
-Aż tak jej ufasz, że puszczasz ją samopas? – zdziwiła się Elżbieta. – Nie boisz się, że pójdzie donieść na policję, czy tam gdzieś?
-Elżbieta, jesteś bardzo niedoszkolona – stwierdziła Gabriela z dezaprobatą. –  Przecież widziałaś, że przybiłyśmy. Przybija się tylko bardzo ważne, poniekąd osobiste umowy. Co przybite, tego się nie łamie. Wieczorem zrobię ci szkolenie, a teraz daj jej dwa funty i idź poćwiczyć, hantle znajdziesz w swoim pokoju pod szafą.
Fruzia przyniosła z targu jakieś małże i raczki, do których rdzenne, śródlądowe Polki odniosły się bardzo nieufnie. Ale dziewczyna przyrządziła je tak, że palce lizać. Po obiedzie Fruzia położyła się w swym pokoju do drzemki, Gabriela poszła do siebie kontynuować myślenie, Mańka z Elżbietą usiadły w salonie przed telewizorem.
Krzyżowców aż do szpiku kości przenikały nietolerancja, okrucieństwo, ksenofobia i jeszcze raz okrucieństwo. Ostrza ich mieczy spływały posoką, a w oczach złowrogim blaskiem płonęła żądza krwi. Pomimo, że tak okropni, przecież byli odważni. Tego im reżyser wespół ze scenarzystą nie odmówili. Kiedy dobrzy muzułmanie napadli ich w górskim wąwozie aby pomścić krzywdy swoich żon i dzieci, rycerze w płaszczach zbroczonych czerwienią krzyży, walczyli jak szaleni. Lecz wreszcie dobro zatryumfowało, ostatni z rycerzy, Berengard Krzywozęby zwany też Złowrogim, seneszal Królestwa Jerozolimskiego, cięty w łeb krzywą szablą, zleciał z rumaka i pogrążył się w mroku zalegającym dno kanionu.
Wtedy właśnie Gabriela weszła do salonu, bez pytania wzięła pilota i wyłączyła telewizor.
-Nie, nie! – krzyknęła Mańka. – Zostaw, to jeszcze nie koniec. Zobaczmy, co zrobi Blanka Złotowłosa!
-No właśnie, chcemy zobaczyć – zażądała stanowczo Elżbieta. – Ona może porzuciwszy uprzedzenia  połączyć się ze swym ukochanym Ali ibn Busukim, albo ulec presji środowiska i wyjść za hrabiego Rajmunda pana zamku Moab, gdzie czekają ją same nieszczęścia, ponieważ ten Rajmund to zimny drań, który jej nie kocha.
Lecz Gabriela była nieubłagana.
-Czas na wykład – rzekła. – Mańka ty też posłuchaj, też ci się może przydać. Ty Mańka wiesz, a ty Elżbieta powinnaś wiedzieć, że tu panuje dwuwładza. Oficjalna władza administracji Unii Kontynentalnej oraz też właściwie oficjalna władza klanów. Tu nepotyzm  panuje od tak dawna, że mniejsze instytucje zostały w całości opanowane przez  krewnych i znajomych królika, a w tych większych jest kilka takich krewniaczych klanów. Jeżeli przeciągniesz na swoją stronę  naczelnika, masz klan do dyspozycji bo tam panuje hierarchia i żelazna dyscyplina. Na tym właśnie polegała dotychczasowa taktyka trzech walczących stron. Na przeciąganiu.
-Nie nudź – ziewnęła Mańka – Znam to na pamięć.
-Ale nowa nie zna, jest niedoszkolona z teorii.
-Po cholerę ją przysłali?
-Ma dobrego kopa. Pewnie innej nie mieli. Muszę jej powiedzieć, więc i ty słuchaj. Jeżeli załóżmy Ruscy przeciągną na swą stronę dostateczną liczbę strategicznie ważnych klanów, uśmierzą ich rywalizację, skoordynują ich działania,  wskażą cel, wspomogą wszystkim co mają, ukierunkują, to taka grupa jest w stanie rozwalić konkurencję, do reszty zdezintegrować zmurszałą administrację i opanować cały kontynent. Doprawdy, mało do tego brakuje. My nie mogłyśmy wiele na to poradzić, ponieważ boleśnie wręcz brakuje nam środków na łapówki i przekupstwa, nasz rząd nie godzi się z przyczyn moralnych na usługi płatnych morderców, instrukcję torturowania ułożyli dla nas jacyś harcerze zerżnąwszy ją żywcem z „Tomka na wojennej ścieżce”, sprzęt podsłuchowy mamy przestarzały, nasze techniki szantażu są sto lat za sposobami Ruskich, i tak dalej.
-Nie nudź – ziewnęła Mańka – Znam to na pamięć.
-Teraz będzie coś nowego. Ponieważ nie możemy przeciągać, będziemy rozwalać, ciąć kraty oraz kajdany, obracać w gruzy.
Obie słuchaczki zgodnie wybuchły śmiechem.
-Czym będziesz ciąć, pilniczkiem do paznokci? – spytała Mańka. – Na wybuch rewolucji nie licz. Dobrze wiesz, że tutejsze społeczeństwo ma gdzieś politykę. Nie patrzą dalej niż czubek własnego nosa.
-I o to chodzi – rzekła Gabriela. – W imperiach ludzie mają gdzieś odległą o lata świetlne władzę która dręczy ich podatkami oraz przepisami, nie identyfikują się z gromadami niby to współobywateli, a w rzeczywistości obcych zamieszkałych gdzieś hen, diabli wiedzą gdzie, nie mają wspólnej historii, legend, bohaterów. Obojętne im kto siedzi na szczycie. Dlatego Pizarro nie walczył z milionami poddanych Imperium Inków. On miał przeciw sobie garstkę Inków oraz ich pomagierów, reszta się przyglądała. Dlatego sto tysięcy Gotów z powodzeniem zaatakowało stu milionowe Imperium Rzymskie. Zapewniam was, oprócz zawodowych żołnierzy za Unię Kontynentalną nikt nie będzie chciał oddać nawet kropli krwi.
-Ja nie oddam za nich nawet kropli sików – powiedziała Fruzia, która niezauważenie stanęła w drzwiach salonu.
-A widzisz? – zwróciła się Gabriela z tryumfem w głosie do Mańki. – Będzie dobrze, zobaczysz. Oczywiście konieczne jest perfekcyjne przeprowadzenie wielu operacji, ale nic to. Dla ciebie Mańka mam zadanie trudne lecz wykonalne. Kiedy będzie ciężko, zamknij oczy i myśl o ojczyźnie.
-Dobra – zgodziła się Mańka. – Zamykanie oczu mi pasuje. Już teraz idę zamknąć oczy. Dobranoc. Ach, pomyślę o jakimś potężnie zbudowanym facecie, nie o ojczyźnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *