Guzik polski część IV

Zgrzytnął odsuwany rygiel. Do celi wszedł brodacz odświętnie ubrany w coś, co Elżbiecie kojarzyło się z surdutem. Wyglądałby jak ten aktor grający Wokulskiego w filmie Lalka, gdyby nie to, że w prawej dłoni trzymał bat, w lewej drewniany młotek. Towarzyszyło mu dwóch strażników. Obaj krępi i szerocy, jeden miał jakąś taką bulwiastą głowę, drugi był równomiernie zarośnięty rudą szczeciną, z wyjątkiem czoła i nosa.
-Wyłazić, dziwki – rzekł brodacz w surducie i aby dodać znaczenia swoim słowom, śmignął najpierw Gabrielę, następnie Elżbietę, batem po łydkach. Strażnicy popchnęli je tak, że niemal upadły i popędzili je klapsami korytarzem na wprost, następnie wprowadzili je do sali nie przypominającej izby tortur, raczej teatrzyk. Bokiem do drzwi siedzieli na krzesłach osobnicy w dziwnych maskach. Cztery rzędy po pięć krzeseł z czego połowa zajęta – dziesięciu osobników, dziwnie wielki tłum jak na śledczych. Było tu dość ciemno, świeciły tylko cztery słabe kinkiety oraz reflektorek skierowany na coś w rodzaju niskiej sceny znajdującej się na lewo od drzwi. Stał na niej pulpit. Elżbieta nie miała czasu by się dokładnie rozejrzeć, ponieważ kazano im by weszły na scenę, odwróciły się twarzą do ściany i założyły ręce na kark. Ale zdążyła zauważyć, że strażnicy stanęli przy ścianie między sceną a drzwiami, zaś brodacz wlazł za pulpit.
Wkrótce ktoś jeszcze wszedł do pomieszczenia. Elżbieta starając się nie odwracać głowy kątem oka zaobserwowała, jak cztery dziewczęta  ubrane w kolorowe, bardzo skąpe sukieneczki,  stają obok niej twarzami do ściany i zakładają ręce na kark. Eskortowało je dwóch strażników, jeden z nich był murzynem, drugi miał ze dwa metry wzrostu. Zajęli miejsca na wprost swoich kumpli, pod przeciwległą ścianą.
-Panie, panowie, towary mamy w komplecie – zabrzmiał głos brodacza. –  Jak zwykle asortyment oferowany przez naszą renomowaną oraz godną zaufania agencję Gęsta Sieć, jest zróżnicowany i najwyższej jakości. Rozpoczynamy licytację!
Tym razem by podkreślić znaczenie swych słów, brodaty nikogo nie uderzył tylko walnął drewnianym młotkiem w pulpit.
Z powodu nieopisanej ulgi mało brakło, a Elżbieta zaśmiałaby się w głos. To nie jakieś tutejsze Gestapo, nie ruskie GRU, nie amerykańskie CIA je aresztowało, tylko porwali je handlarze żywym towarem by je sprzedać jako seks niewolnice.  Gabriela też to zrozumiała, zakrztusiła się stłumionym chichotem.
-O rany, wolę być dziwką niż sfatygowanym trupem – wyszeptała.
-Przez jakiś czas to może nawet być przyjemne…
-No weźże, przestań.
-A potem sobie uciekniemy.
-Milczeć, suki – zabrzmiał szorstki głos.
Elżbieta poczuła żelazny chwyt na ramieniu. To brodacz położył na niej łapę. Śmierdział nieziemsko, jakby mieszaniną octu i benzyny. Popchnął ją na środek podium.
-Panie i panowie, piękny towar – rzekł. – Cena wywoławcza zaledwie pięćset funtów. Dojrzała lecz jeszcze młoda niewolnica pochodząca z Odwróconego Świata, więc nie może z nami zajść w ciążę bo się geny nie zgadzają. Jak wszystkie kobiety z OS jest znacznie bardziej uległa niż nasze dumne panie. Łatwo ją wytresować. Ciało ma wprost idealne, proszę spojrzeć.
Zmusił ją by obracała się tak, że kupcy widzieli ją ze wszystkich stron. Ona ze wstydu, zmieszania, oślepienia reflektorkiem, prawie nic nie widziała. Kazał jej  stanąć frontem do publiki.  Bezceremonialnie zadarł jej sukienkę aż pod brodę.
-Ty świnio!
Za takie coś tylko w mordę, więc zanim pomyślała, oberwał z liścia.  Zdrętwiała ze strachu.  Co jej zrobią?
-Już nie żyjesz! – wrzasnął brodacz.
Skoro tak, to można się choć wyładować, przywalić, bo nie mam nic do stracenia!” – pomyślała. Odbiegła od brodacza, by nabrać niezbędnego dystansu. Ruszył za nią, wtedy załatwiła go tak, jak instruktora tylko jeszcze celniej, więc stęknął, zemdlał i padł. W ten sposób niemal wyczerpała posiadany zasób chwytów, padów, ciosów i kopniaków. Czarnoskóry ochroniarz zbliżał  się, odpinając kajdany od pasa. Gabriela skoczyła mu na plecy i wbiła palce w oczy. Cztery dziewczyny odwróciły się od ściany i grzecznie stały, gapiąc się baranim wzrokiem. Wysoki ochroniarz na wszelki wypadek pogroził im pałką odpiętą od pasa i zamierzył się nią od tyłu na Gabrielę. Wtedy blondynka apetyczna niby cukiereczek – długie faliste włosy, zgrabna, spory biust – doskoczyła do niego, złapała go obiema rękami za przedramię a w muskuł wbiła zęby. Jej koleżanki ocknęły się, otoczyły wysokiego ochroniarza, wrzeszcząc, klnąc najpaskudniej jak umiały. W powstałym mętliku ktoś przewrócił i stłukł reflektorek. Szczeciniasty ochroniarz ruszył z rykiem na Elżbietę, jego bulwiasty kompan podszedł do drzwi, by je zamknąć. Przy pasie miał cały pęk kluczy, nie mógł dopasować właściwego. Elżbieta porwała z pulpitu drewniany młotek, ale była to za słaba broń na szczeciniastego osiłka, więc uciekała przed nim, a on gonił za nią dokoła pulpitu. Wreszcie się zniecierpliwił, rycząc jeszcze bardziej dźwignął mebel nad głowę, by go odrzucić i oczyścić w ten sposób pole egzekucji. Najchętniej bez wątpienia wycelowałby w Elżbietę, ale ona przyskoczyła do niego w ciągu ćwierci sekundy, z całej siły uderzyła go młotkiem w czoło. Pulpit wysunął się szczeciniastemu z rąk i spadł mu na głowę.
Wtedy publika, do tej pory rozbawiona, przyłączyła się do akcji. Potężny osobnik w żelazno – szklanej masce zagnał  Elżbietę do kąta, ścisnął muskularnymi ramionami, aż zatrzeszczały jej żebra. Ręce miała wolne, lecz co z tego. Paznokci użyć nie mogła z powodu maski i zapiętego pod szyję surduta, a jej ciosy pięściami tylko go rozśmieszały. Na swoje nieszczęście, uszy miał sterczące. Złapała za nie. Pociągnęła w dół. Ku jej przerażeniu, oderwały się od czaszki. Stała trzymając w każdej dłoni po uchu, a on skulił się i wrzeszczał. Skulił się do pozycji wręcz idealnej by oberwać w zęby czubkiem  odblaskowego, szpiczastego buta. Widząc nieszczęścia swego faceta, tłusta megiera w masce sowy rzuciła się na Elżbietę, krzycząc:
-Coś ty mu zrobiła, wstrętna suko?!
-Masz, weź uszy swego chłopa.
Zaskoczona Sowa przyjęła prezent, wtedy komandoska choć niedoszkolona, celnie trafiła ją w dołek, następnie w szczękę i posłała Sowę na deski. Ale już facet w masce nosorożca cwałował na nią z ostatniego rzędu. Elżbieta w samą porę przypomniała sobie ten drugi cwany sposób, którego się nauczyła. Przerzucony przez biodro Nosorożec fikał nogami w górze zanim plasnął o podłogę. Rozejrzała się – ochroniarz napadnięty przez dziewczęta siedział na podłodze przykuty do kaloryfera własnymi kajdanami, z głębokich bruzd wyoranych na twarzy ciekła mu krew. Czarnoskóry miotał się przyciskając dłonie do oczodołu, w którym najpewniej już nie było oka. Dziewczyny obrabiały wierzgającego na podłodze handlarza. Szczeciniasty leżał przygnieciony pulpitem. Brodacz próbował wstać, już prawie stanął na czworaka. Bulwiastemu właśnie udało się zamknąć drzwi. Na Gabrielę nacierało dwóch groźnie wyglądających facetów w czarnych maskach. Gabriela podniosła z podłogi stalową rurę, część statywu przewróconego reflektorka. Wywinęła rurą z widoczną wprawą.  Osobnicy wyraźnie spanikowali,  jeden się cofnął, drugi oberwał rurą po głowie.
-Koleżanki, uwaga! – krzyknęła Elżbieta. – Łapmy tego z bulwiastą czachą, odbierzmy mu klucze!
Przebiegając obok brodacza przypominającego wielkiego psa, poświęciła sekundę, aby wbić mu szpic pantofla w tyłek.
-Łapiemy bulwiastego, potem przebojem do drzwi! – rzuciła komendę Gabriela. – Dziewczęta, zostawcie nieszczęsnego sukinsyna. Nie urywajcie mu… wystarczy, że… ojej… Dość tego, chodźcie łapać Bulwę.
Ci z handlarzy żywym towarem którzy pozostali nieuszkodzeni, skupili się w kącie. Już nie próbowali się mieszać wychodząc z założenia, że nie ma sensu nadstawiać karku w cudzym interesie. To była sprawa organizatorów aukcji, a nie uczestników. Toteż nikt nie kiwnął palcem, gdy barwna tyraliera szła na bulwiastego. Ochroniarz cofał się z paniką w wytrzeszczonych oczach. Wreszcie wpadł na pomysł, odpiął od pasa pęk kluczy, rzucił go dziewczynom, uciekł, schował się za jedyną w pomieszczeniu szafę.
Wybiegły na korytarz. Od drzwi wejściowych kłusowało im naprzeciw trzech strażników. Ten biegnący na czele wyjmował z kabury broń. Rura rzucona przez Gabrielę trafiła go w czoło. Wyrwała mu rewolwer z osłabłej dłoni. Jego koledzy czym prędzej odsunęli się pod ścianę i podnieśli ręce do góry.
Pobiegły na przełaj przez mokre od rosy rabatki, w kierunku majaczącej w przedświcie bramy. Była monumentalna, odlana z żeliwa, bardzo ozdobna i zamknięta. Ale żeliwne wywijasy stanowiły dobre uchwyty dla dłoni i oparcie dla stóp. Łatwo wspięły się na szczyt i zeszły po drugiej stronie. Za nimi dom rozbrzęczał się dzwonkami alarmu. Zaświeciły się okna.
Trzy tubylcze dziewczyny bez słowa pożegnań oraz podziękowań rozbiegły się na trzy strony świata. Blondyneczka z falistymi włosami oraz ładnym biustem została pod bramą.
-Weźcie mnie ze sobą – poprosiła. – Ja…
-Zamknij się – odparła Gabriela. Ale nie kazała dziewczynie wynosić się. – Biegiem, prędko, do cholery.
Pokłusowały drogą ciężko dysząc, wyczerpane do cna lecz poganiane strachem. Mądrze byłoby skręcić z drogi gdzieś w bok, lecz po prawej stronie miały ogrodzenia zamożnych posesji, po lewej zbite, kolczaste poszycie lasu. Po kilku minutach wyczerpującego biegu, ujrzały drogowskaz: Radogoszcz 5 km.
-Chyba wiem, gdzie jesteśmy – wysapała Gabriela.
Skręciła ostro w lewo, w ścieżkę która przez łąkę wprowadziła je do lasu, a po około pół kilometra które przebyły marszobiegiem, zaprowadziła je na wysoki brzeg rzeki.
-Hooop, skaczemy! – wykrzyknęła Gabriela.
-Ale zaczekaj, czy tu nie jest za głęboko? – zaniepokoiła się  Elżbieta.
-Albo za płytko? – spytała blondynka, potrząsając długimi włosami.
Gabriela bez ceregieli, działając z zaskoczenia popchnęła je, aż wrzeszcząc i wymachując rękami, z pluskiem wpadły do wody. Gabriela rozłożyła ramiona, skoczyła za nimi. Przepłynęły albo przebrodziły ponad kilometr, wreszcie wypełzły na brzeg i tam leżały, kompletnie wykończone. Na szczęście ciepły wietrzyk zerwał się by pieścić ich mokre ciała i, co Elżbieta zauważyła z zadowoleniem, nie było tu komarów.
-Ta woda, to żeby psy nas nie wytropiły – wyjaśniła Gabriela, podnosząc się na nogi. – Wstawaj – szarpnęła za ramię tubylczą dziewczynę. – Muszę cię dokładnie obmacać.
-No co też pani – zachichotała dziewczyna. – To nie dla mnie – sprzeciwiła się, mimo to wstała. – W zasadzie wolę chłopców…
-Zamknij się – rzekła Gabriela. Dwa razy przesunęła z góry na dół dłońmi po ciele dziewczyny – Jest czysta – stwierdziła z zadowoleniem.
-No pewnie, myję się codziennie – oznajmiła blondynka.
-Nie ma pluskiew ani innego badziewia.
-Na człowieku to bywają wszy albo mendy, pluskwy to miał mój dziadziuś pod podłogą.
-Jak się nazywasz?
-Eufrozyna Kąkol. Może być Fruzia. Nie zostawiajcie mnie panie, bo sama zginę tutaj.
-Skąd jesteś?
-Z Pobliża.
-To smaruj do domu, zamiast gadać o zginięciu.
-Pobliże to taka wioska, nawet nie wiem jak daleko, bo nie wiem, gdzie jestem.
Gabriela nie skomentowała, tylko przyjrzała się Fruzi jeszcze raz.
-Idziemy – rzekła. – Gdzieś zgubiłam spluwę. Trudno, na szczęście dwie mam w domu. Posuwamy borem lasem, ale na przedmieściach musimy wejść na drogę i tam przewiduję kłopoty. Jak wyglądamy?
-Jak trzy tirówki wracające z pracy – Elżbieta spróbowała obciągnąć w dół kusą sukieneczkę.
-Właśnie, a od tej strony na przedmieściach jest dzielnica uciech.
-To chyba dobrze? Wtopimy się w tłum.
-Oj nie sądzę, żeby to było dobrze.
Maszerowały wąską, ledwie przetartą ścieżką przez budzący się las, gdzie kwiaty rozchylały kielichy i płatki, drzewa o wielu pniach prostowały zwinięte liście, a śpiew ptaków narastał z każdą sekundą, aż zabrzmiał niby przepiękna symfonia. Barwne ptaki, krążące po niebie, siedzące na gałęziach, było ich mnóstwo, śpiewały bez opamiętania. Na polanie w trawie kicały różowe króliki prawie niewidoczne wśród różowych kwiatów.  Zapach roślin upajał. Nawet powalone, martwe drzewa wyglądały pięknie, ustrojone w grona skrzepłej, błyszczącej żywicy. Drzewa podobne do buków stały jakby w ogniu, czerwono – żółte od jesiennych liści.
Gabriela przedzierała się przez zarośla niby doświadczony partyzant, bez wahania wybierała ścieżki tak, by po wyjściu z lasu skrajem dzielnicy uciech przemknąć do bardziej nobliwych rejonów, gdzie miała wynajęte dwa mieszkania. Tyle tylko, że nie była doświadczonym partyzantem, omyłkowo wprowadziła je w rejony, gdzie w trawie poniewierały się niesłychane ilości pustych butelek oraz zużytych prezerwatyw. Po wyjściu spomiędzy drzewek znalazły się w oku cyklonu, w sercu zakazanej dzielnicy, na placu jednym bokiem przylegającym do zarośli, a z trzech stron otoczonym ruderami. W porównaniu do roznegliżowanych lampucer które się tu przechadzały, trzy kobiety ubrane w skromne suknie, długie niemal do pół uda i zasłaniające wszystkie strategiczne miejsca, choć przylepiające się uroczo do zgrabnych ciał gdyż tkaniny były mokre, wyglądały jak uosobienie wiosny, powiew świeżości, jak zakonnice które przyszły się tu sprzedać z niewiadomych powodów. Wzbudziły entuzjazm wśród klientów i śmiertelną nienawiść u pracujących tu dziwek.
-Wynocha! – krzyknęła najbliższa, sięgając do kieszeni po nóż. Sukienkę miała tak skąpą, że jedynym powodem jej noszenia była chyba ta kieszeń. – Won do agencji, gdzie wasze miejsce!
-Szpadać na miaszto! – zasepleniła jej szczerbata koleżanka, wyciągając z torebki  łańcuch z obciążnikiem. – Tam sze szukajcie szponszorów!
-Dobra, już spadamy, my tu przypadkiem, nie robimy konkurencji – tłumaczyła się Gabriela, odpychając pijaka który kleił się do niej. – Spadamy. Przebojem koleżanki, do najbliższej przecznicy.
Pobiegły ciężkim truchtem odrzucając po drodze oferty, odpychając chętnych, bijąc po łapach tych, co wyciągali ręce. Raz niemal ugrzęzły w tłumie, Gabriela musiała złamać komuś nos. Wreszcie się przebiły.
-To było sssstrrraszszne – zasyczała Elżbieta. – Bagno moralne. Z samego rana wszyscy naćpani. Tyłek mi spuchł, tyle razy mnie uszczypnęli. Ja bym im… Ręce i nogi powyrywać, to mało.
Fruzia śmiała się, Gabriela zachowała kamienny spokój.
-W takim stanie nie możemy pokazać się w okolicy mojego mieszkania, gdzie uchodzę za bezbarwną i nudną kobietę interesu – rzekła. – Musimy przeczekać gdzieś aż będzie ciemno,  wtedy się przekradniemy do domu. Najlepsze miejsce jakie mi przychodzi na myśl, to krzaki za zajezdnią tramwajową bo są w połowie drogi stąd do mojego domu i o ile wiem, nikt tam nie zachodzi z wyjątkiem tramwajarzy którzy piją tam po wypłacie.
Droga do zajezdni wiodła przez skromną robotniczą dzielnicę. Mężczyźni byli w pracy więc nikt ich nie zaczepiał. Tylko jakaś babcia pogroziła im laską, a mały kundel próbował ugryźć Elżbietę w łydkę. Kopnęła go wyładowując całą złość, więc uciekł ze skowytem.
-Ciebie też mam ochotę walnąć – zwróciła się ze złością do Gabrieli. – Co ty wyprawiasz? Włóczysz nas chyłkiem po krzakach, zamiast iść otwarcie na policję. Ja nie mogę bo nie jestem tu dobrze osadzona i skradli mi papiery, ale wy obie? Trzeba donieść o niesłychanym napadzie na drodze, o handlu kobietami, niech policja ich zgarnie, sukinsynów.
-Chyba cię pogięło – odparła Gabriela. – Nie miałaś szkolenia o społeczeństwach w RU, czy co?
-Nie miałam. Nie zdążyłam.
-Kogo oni mi przysłali! – Gabriela przewróciła oczami.
-Ja też tak umiem – Fruzia szeroko otworzyła niebieskie oczy. – O!
Zakręciła oczami, jednym w prawo, drugim w lewo, jak kameleon.
Krzaki okazały się nie tak puste, jak spodziewała się Gabriela. Wyszło na jaw, że tramwajarze piją nie tylko w dni wypłat lecz również w dni pomiędzy wypłatami, choć, być może, mniej.  Aktualnie było ich tylko trzech.
-Ile panienki biorą? – spytał najmłodszy z nich.
-Pozory mylą, jak stwierdził jeż schodząc ze szczotki ryżowej – odparła Gabriela. – Nie jesteśmy takie, jak panowie myślą. Wskutek dziwnych zbiegów okoliczności jesteśmy ubrane w koszule nocne, w których nie możemy pokazać się na mieście bez skandalu, więc mamy prośbę abyście przynieśli nam panowie z domu jakieś przyzwoite ciuchy po żonie, córce, może być nawet po teściowej, byle pasowały. My się przebierzemy, razem pójdziemy do mnie do domu, gdzie wypłacę każdemu z panów po pięć funtów.
Tramwajarze przez chwilę kombinowali czy to aby nie jakiś kant, a kiedy nie wymyślili na czym miałby polegać, zgodzili się. Prędko przynieśli ubrania wypożyczone bez wiedzy właścicielek z żeńskiej szatni, gdzie tramwajarki zostawiały swoje ciuchy, ubierając się do pracy w mundurki.  Panowie niemal nie podglądali, gdy się przebierały. Poszli razem do mieszkania Gabrieli, gdzie tramwajarze zainkasowali po piątaku. Gabriela z ulgą zamknęła za nimi drzwi i zasunęła rygiel. Znalazły się w ciemnym, wysokim przedpokoju mieszkania w kamienicy, która liczyła co najmniej sto lat. Gabriela wprowadziła je do salonu gdzie królowała trójdrzwiowa szafa kryta fornirem z orzecha, obok stała wielka orzechowa komoda, na niej panoramiczny telewizor i wieża stereo, w kącie narożnik kryty czarną skórą, przed nim stół z ciemnego drewna i dwa fotele. Na ściana pokrytych perłową tapetą wisiało sześć mniejszych i dwa wielkie obrazy.  Wszystkie przedstawiały nagie kobiety. Niektóre figlowały ze sobą.
-Jesteś lesbijką? – spytała odrobinę zaniepokojona Elżbieta.
-Alibi – mruknęła Gabriela. – Przychodzą tu coraz to nowe dziewczyny, więc…
Fruzia nie wiedziała jaki jest jej status, postanowiła uważać się za służącą. Spytała czy ma posprzątać, czy może zaparzyć herbaty?
-Nie jesteś służącą – powiedziała jej Gabriela. – Gdybyś była służącą to musiałabym ci płacić, a ja nie mam pieniędzy. Ale możesz zostać u mnie  jakiś czas, jeżeli ci pasuje.
-Nawet bardzo – ucieszyła się Fruzia. – Jeśli, no wiesz… Nie będziemy spały ze sobą.
-Tu są trzy sypialnie i salon, więc śpimy wygodnie, każda osobno – roześmiała się Gabriela. – Kiedy znajdziesz zajęcie, to się dołożysz do czynszu i zakupów. Bojowa jesteś, temu wysokiemu wygryzłaś kawał muskułu, więc może ja znajdę dla ciebie zajęcie, jeśli zaakceptujesz cele i sposoby. Mam niewielkie fundusze na ściśle określone cele.
-Jakie to cele? – dopytywała się dziewczyna.
-O tym potem – rzekła Gabriela. – Teraz, całkiem za darmo – zaznaczyła z naciskiem –  pomożesz nam przygotować śniadanie. Tylko najpierw umyj ręce!
–Na pewno nadam się do celów, tylko mi powiedz, a wszystko zrobię – nalegała Fruzia, wbijając jajka na patelnię. – No powiedzmy, prawie wszystko. W każdym razie, dużo.
Gabriela zalewała wrzątkiem kawę nasypaną do kubków. Przyjrzała się Fruzi spod oka.
-Cieszę się, że masz hamulce moralne i wszystkiego nie zrobisz – rzekła.
Po śniadaniu wyjęła z szafy w salonie trzy puchate szlafroki w pastelowych barwach. Rzuciła je na kanapę
-Do przebrania po kąpieli. Ściągać łachy, dziewczynki. Idziemy pod prysznic.
-Może nie wszystkie naraz? – zaprotestowała słabo Elżbieta.
-Nie ma czasu na indywidualne namaczanie swoich skarbów. Kąpiel, herbatka i gadanie. Musimy pilnie pogadać.
Po kąpieli, kiedy usiadły obok siebie na kanapie narożnika, przy stole na którym stały parujące filiżanki i talerzyk z ciasteczkami, Fruzia natychmiast zasnęła.
Wzięły filiżanki z herbatą i przeniosły się do przytulnego małego pokoju, gdzie ściany, zasłony, tapicerka fotelików, narzuta na wersalce, dywan, były w odcieniach różu lub błękitu. Usiadły przy okrągłym stoliku, upiły po łyku gorącej herbaty, westchnęły jednocześnie i jednocześnie uśmiechnęły się, czując nieopisaną ulgę graniczącą ze szczęściem.  Gabriela pogmerała pod siedzeniem swego fotela, wyjęła ze skrytki czarny rewolwer i położyła go na blacie obok filiżanki.
-Zawsze jest pod tym fotelem, gdybyś potrzebowała – rzekła. – Drugi  trzymam w salonie za piecem.
-Spodziewasz się wojny, że taka u ciebie zbrojownia? – spytała Elżbieta.
Gabriela wytrzeszczyła na nią oczy.
-Czyś ty z księżyca spadła? – zapytała, uśmiechając się dziwnie. – Pewnie nic ci nie powiedzieli by cię nie spłoszyć, więc ja ci powiem. Od dziesięciu lat toczymy tu wojnę polsko – rusko – amerykańską pod flagą biało czerwoną. Od początku przewaga wrogów była miażdżąca, mimo to jakimś fuksem długo nam się udawało, lecz w końcu przyszła kryska na Matyska. Szczęście nie może trwać wiecznie. Ostatnimi czasy zostałyśmy rozgromione, rozproszone, wymordowane, zamknięte w lochach, nasi nieliczni stronnicy w tutejszej administracji i policji co do jednego zmienili front. Klęska totalna. Ja jedna zostałam, mam nadzieję, że tylko chwilowo samotna, bo przecież z czasem jeszcze jakieś się odnajdą. Taką mam nadzieję. Dlatego zażądałam od bazy posiłków, no i dostałam. Ciebie.
Skończywszy przemowę, Gabriela dystyngowanym gestem podniosła filiżankę do warg. Elżbieta która w miarę słuchania przybierała coraz to bardziej spłoszony wyraz twarzy, pokręciła głową.
-W takim razie, jedźmy nad jezioro, odpalmy portal i wynośmy się stąd – zaproponowała. – Nic tu po nas, w tym niesympatycznym świecie.
Gabriela wzniosła oczy ku błękitnemu sufitowi. Westchnęła z rezygnacją.
-Och, zamknij się lepiej bo co się odezwiesz, to palniesz większą głupotę. Nie możemy wynieść się stąd z trzech co najmniej powodów. Po pierwsze, za dezercję nie obcinają wprawdzie rączek i nóżek jak  straszą tym nowicjuszki, ale rozstrzeliwują. Po drugie, podejrzewam że Gęsta Sieć długo będzie obserwowała okolice jeziora czekając na nas, więc musimy ich przetrzymać. Po trzecie wreszcie i właściwie najważniejsze, jeśli uciekniemy, kataklizm przyjdzie za nami. Gra toczy się o cały kontynent, jakby odpowiednik naszej Europy. Jeśli Ruscy go opanują, oddadzą Amerykanom pewne obszary w zamian za ustępstwa USA w naszym świecie. Jak myślisz, kogo Amerykanie przehandlują?
-Nas, jak zwykle – stwierdziła Elżbieta bez specjalnych emocji, gdyż była to rzecz oczywista.
-No właśnie. Ponadto nasz system przeciwrakietowy przestanie działać. Tu nie chodzi o kraczki, o ziółka których skuteczność to raczej mit, lecz o poważny element który stąd sprowadzamy, bez którego system „Wisła” nie odpali. Na dokładkę, będą mogli zaatakować nas oprócz tradycyjnych kierunków z Kaliningradu, przez Białoruś i od morza, jeszcze od strony RU, przez portal w Górach Świętokrzyskich. Ogarniasz to? Jeżeli zaś kontynent zdobędą Amerykanie, to nie będą mieli siły żeby sami go mogli utrzymać, ponieważ komunikacja przez Rów Mariański jest bardzo mało wydajna. Będą musieli prosić Rosjan o pomoc w zamian za ustępstwa w naszym świecie…
-Dlaczego nas nie poproszą?
-Ponieważ jesteśmy za mało mocarstwowi, ponieważ Rada Bezpieczeństwa się sprzeciwi, ponieważ Niemcy byliby niezadowoleni, ponieważ według amerykańskich ekspertów jesteśmy zbyt ciency i niepewni by w nas pokładać nadzieję. Lepiej dogadać się z tradycyjnym mocarstwem. Nasi analitycy tak prognozują postępowanie Amerykanów i, wyobraź sobie, ja się z nimi zgadzam.
-Wszystko to teoretyczne gadanie, bo skoro gromada naszych dziewczynek dała radę wojować tu dziesięć lat pod flagą biało czerwoną, to chyba siły naszych wrogów nie były aż tak potężne, by opanować cały kontynent, no nie?
-Siły naszych wrogów są wystarczające by opanować cały kontynent – stwierdziła Gabriela. – Pogadamy o tym kiedy indziej bo słyszę jak parkiet skrzypi, chyba Fruzia się obudziła.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *