Guzik polski część III

Trwał pogodny, ciepły, jesienny dzień. Od mniej więcej trzydziestu minut siedziały przy stoliku na tarasie restauracji Mewa i Przyjaciele. Był to niedawno otwarty lokal z dnia na dzień modniejszy, o futurystycznym wystroju pasującym do zajęcia obu pań. Znajdował się w jednej z nowych dzielnic Metropolii Warszawskiej, odległej od centrum, mimo to pełen był ludzi.
Mariola odsunęła opróżniony talerzyk po sałatce i podniosła do ust  szklankę wody mineralnej  Vichy. Elżbieta wciąż jadła sałatkę z koziego sera, daktyli i smażonych ośmiorniczek. Najpierw wydziobała widelczykiem ser, teraz łowiła daktyle. Ośmiorniczki pomijała.  Wkoło przy stolikach zajęły miejsca niemal same pary, był tylko jeden singiel odziany w ciemny garnitur, z połową oblicza zasłoniętą przez czarne talerze okularów przeciwsłonecznych. Było kilka par hetero, ale większość stanowiły pary homo. Nieopodal dwie lesbijki w średnim wieku tuliły się do siebie i szeptały sobie do uszek jakieś, najpewniej czułe, słówka. Dwaj siwi, tłuści geje to  patrzyli sobie w oczy, to znów nachylali się ku sobie, przytulali jeden do drugiego i snuli szeptem jakieś wyznania, pocierając się przy tym obwisłymi policzkami. Wszystkie pary, i te homo i te hetero, migdaliły się do siebie w mniej więcej podobny sposób.
-Co oni tak wszyscy z tymi amorami – rzekła z niesmakiem Elżbieta. – Jeszcze te dwa młode chłopaki obok nas, to można popatrzeć. Ale te dwa stare, siwe, tłuste, obleśne geje, to mogłyby się tak nie afiszować.
-Och, to nie są geje – roześmiała się Mariola. – To znaczy, niektórzy prywatnie mogą być, tego nie wiem, ale nie dlatego tu przyszli. Oni omawiają różne ważne kwestie oraz negocjują, a dlatego szeptem, że tu jest podsłuch.
-Coś takiego! – zdziwiła się Elżbieta. – To po cholerę przychodzą negocjować ważne sprawy do tej knajpy, skoro tu jest podsłuch?
-Ponieważ w innych lokalach podsłuch jest znacznie bardziej skuteczny. Tam założyły go przeróżne służby specjalne, natomiast tutaj – kelnerzy. Amatorszczyzna. Mimo to nie będziemy tu rozmawiały. Wyjdziemy na spacer do parku, więc kończ już tę sałatkę.
-Już skończyłam.
-A ośmiorniczki?
-Nie chcę.
-To daj.
Mariola zgarnęła smażone potworki na swój talerz i schrupała je ze smakiem. Następnie gestem przywołała kelnera.
-Pan zakładał tu podsłuchy? – spytała go Elżbieta. – Mówią o nich, że do luftu. Może podesłać panu kogoś z Mossadu, oni to robią porządnie?
Kelner uśmiechnął się w odpowiedzi, kładąc na blacie rachunek  włożony między eleganckie okładki.
– Paragonik czy fakturka? – spytał.
Mariola Rakszas zapłaciła słony rachunek. Wyszły z lokalu na ulicę i skierowały się w stronę parku.
-Oczywiście nie musiałyśmy spotykać się akurat u Mewy i Przyjaciół, ale ten lokal mnie bawi, podobnie jak wszystkich innych gości – powiedziała Mariola. – To takie zabawne, cały czas uważać, żeby cię nie nagrali. Ale nadeszła pora na poważne sprawy.
-Słucham – rzekła lakonicznie Elżbieta.
-Proszę cię o wyrażenie zgody na zmianę umowy  polegającą na tym, że szkolenie skracamy do dwóch miesięcy, a pracę w terenie przedłużamy do czternastu miesięcy. Proszę również, abyś zgodziła się na wszczepienie mikro nośnika danych, to jest maleństwo którego wszczepienia a potem wyjęcia nawet nie poczujesz.
-Chyba oszalałaś  – odparła Elżbieta. – Dlaczego miałabym się zgodzić?
-Ponieważ zwiększymy ci wymiar urlopu do pełnego miesiąca i damy dwanaście procent ekstra premii.
-Ale tam jest niebezpiecznie. Skoro chcesz przerzucać mnie do RU tak nagle i gwałtownie, bez ukończonego szkolenia, na wariackich papierach, to znaczy, że tam szaleje sztorm, okręt nabiera wody i wszystkie ręce potrzebne są przy pompach. Może nie?
-Weź pod uwagę, że jeśli teraz zostaniesz przerzucona, wylądujesz na pokładzie, wypompujesz wodę i popłyniecie dalej hen, ku świetlanej przyszłości. Jeśli zostaniesz przerzucona za dwa miesiące wpadniesz wprost do wody i to na środku oceanu, bo już nie będzie okrętu.
-Aż taka jestem ważna, że beze mnie okręt zatonie?
-Wszystkie ręce są ważne, a ja aktualne nie mam innych rąk, tylko twoje. Amerykanie i Ruscy wiedzą, że jesteśmy najtajniejszą ze służb RP a nie jakąś mafią zwalczaną przez władze. Tego nie da się ukryć, jednak  oni muszą z tym żyć, bo nie mają na nas dowodów. Gdybym zwróciła się do wojska o wypożyczenie nam kobiet z wyszkoleniem komandosa, a nie ma takich wiele, oni dowiedzieliby się i mieliby dowód. Dlatego muszę działać z tym co mam, a mam tylko ciebie jedną wolną i choć trochę wytrenowaną. Twoje koleżanki ze szkolenia są jeszcze całkiem beznadziejne. Weteranki już są w RU. Teraz widzisz, jak bardzo jesteś ważna.
Elżbieta nie odpowiedziała, w milczeniu rozważała słowa Marioli.
Weszły do parku, pomalowanego kolorami jesieni. Gdzieś z oddali, z jakiegoś głośnika dobiegała piosenka. Czerwone Gitary śpiewały: „Jesień, jesień idzie przez park.” One też szły obsranym przez kawki chodnikiem, a zeschłe liście i papiery szeleściły im pod stopami gdyż firma sprzątająca się nie wyrabiała.
-Och, żeby ci chłopcy z gitarami wiedzieli, kto tak naprawdę idzie teraz przez park – westchnęła Mariola Rakszas.
Elżbieta pytająco uniosła brwi.
-My idziemy – wyjaśniła Mariola – Dwie piękne boginie, od których zależą losy świata. Tak właśnie, świata. My, Polacy, zawsze się nie doceniamy. Wydaje się nam, że jeżeli Polska zniknie, to jej sprawa. Ludzkość tego nawet nie zauważy. Przecież już raz znikła, i co? I nic. A to nieprawda. Wtedy znikając doprowadziła do utuczenia Prus i w konsekwencji do zjednoczenia Niemiec pod ich egidą, do bezpośredniego zetknięcia się Rosji, Niemiec i Austrii,  a to wszystko razem doprowadziło do Pierwszej Wojny Światowej. I weź moja droga pod uwagę, że wtedy gdy Pierwsza Rzeczpospolita znikała, to była bardzo słaba. Teraz, choć Polacy śmieją się z tego i nie przyjmują do wiadomości, nasz kraj jest lokalnym mocarstwem. Wyobraź więc sobie moja droga, jakie byłyby skutki, gdybyśmy teraz znikli. Doszłoby do wielkiej implozji, w opróżnione przez nas miejsce wdarłyby się przeróżne wrogie sobie siły i konsekwencją byłoby wielkie Bum! Może tak być. Wystarczy, że ja czegoś nie zrobię albo się pomylę, albo ty mi odmówisz, nie zgodzisz się na wcześniejszy przerzut i trzask, zapadł wyrok na miliony ludzi. Zagłada. Całe narody przechodzą do historii.
-Rozumiem, że tą zagładą wywierasz na mnie nacisk .
-Dokładnie. Lecz nic nie zmyślam.
-Jestem niedoszkolona. Przecież mnie tam zjedzą, zostanę mięsem armatnim.
-Skądże. Drugi etap szkolenia to właściwie zawracanie głowy, podtrzymywanie sprawności i nauka o RU. To uzupełnisz na miejscu, Gabriela cię wyszkoli jeszcze lepiej, niż ci tutaj. Wtedy poznasz wszystkie niuanse i zrozumiesz, jak bardzo sytuacja tam wpływa na sytuację tutaj. Ja opowiem ci tylko o dostawach. Sprowadzamy stamtąd kraczki. Śmiesznie się nazywają, no nie? Produkt ich inżynierii genetycznej. Na oko takie jak kaczki, tylko kraczą. To najszybsze stwory w obu światach. Potrafią przegonić rosyjskie SU 118. Uwielbiają głąby z kapusty. Szkolimy je używając szybowców z wyglądu takich samych jak ruskie SU 118…
-A jak amerykańskie F 216 nie wyglądają niektóre?
-Proszę abyś nie była przesadnie dociekliwa. Te szybowce w imitacjach silników mają umieszczone karmniki z posiekanymi głąbami kapusty. Kraczki wlatują tam i dziobią. Ty wiesz, co się dzieje, kiedy stadko ptasząt wleci do silnika odrzutowca. Mówią o tym w telewizji. Sprowadzamy stamtąd tyszmień. Jest to zioło obronne wyhodowane w RU, o nadprzyrodzonych wręcz właściwościach. Tyszmień wyczuwa niebezpieczeństwo i wysyła nanopyłki by je zlikwidować. Im więcej ziółek, tym lepiej wyczuwają. Powyżej pewnej krytycznej wielkości łanu, tyszmienie wyczują nadlatującego Iskandera z głowicą jądrową i wyślą przeciw niemu nanopyłki. Niestety ani ptaszki ani ziółka, u nas się nie rozmnażają. Potrzebne są ciągłe dostawy gdyż Ruscy już kilka razy próbowali zrobić nam kuku. Nadlatywały różne różności niby to wystrzelone przez islamistów z Azji Środkowej.
-O rany – westchnęła Elżbieta. – Niedobrze. Już to mi wystarczy, a to pewnie nie  wszystko, co stamtąd sprowadzamy?
-Nie o wszystkim możesz teraz wiedzieć. Te ptaszki oraz ziółka chyba unaoczniły ci wagę sprawy, no nie? Nasza pozycja w świecie rośnie z powodu tunelu do RU, wzrostu PKB, braku islamskich wariatów podkładających bomby i różnych takich okoliczności. Nie wszystkim się to podoba. Rozumiesz?
-Już chyba zrozumiałam.
-Zgadzasz się.
-Co mam zrobić, zgadzam się.
Mariola Rakszas napluła na wnętrze dłoni i wyciągnęła dłoń ku Elżbiecie.
-Przybij.
-To trochę obrzydliwe, nie? – skrzywiła się Elżbieta.
-W RU właśnie tak pieczętuje się sprawy. Musisz się przyzwyczaić.
Elżbieta przybiła.
Doszły na okrągły placyk jakby odizolowany od reszty parku przez rosnące wkoło drzewa. Na obrzeżu stały żeliwne, ozdobne słupy latarni stylizowanych na gazowe, pośrodku był trawnik, a na nim posąg mężczyzny  wyrzeźbiony w szarym kamieniu. Facet był brodaty, pięknie zbudowany, ubrany w kusą bluzkę której przód i tył łączyły jakieś rzepy a kusa spodniczka ledwie zasłaniała mu tyłek. W dłoni trzymał miecz.
Niespodziewanie Mariola złapała Elżbietę za ramiona i obróciła ku sobie.
-Podpisałaś umowę ze zobowiązaniem – rzekła dziwnie groźnym tonem. – Przysięgałaś na Biblię a wiemy, że jesteś wierząca.
-Oraz grzeszna – westchnęła Elżbieta. – Teraz puszczaj – szarpnęła się. – Tak mnie ściskasz, że aż boli. Czyś ty oszalała?
-Wiesz, że za zdradę a nawet nieopatrzne gadulstwo karą jest śmierć, ale nie wiesz jaka. – Rakszas podeszła do posągu. Wyjęła kamienny miecz z kamiennej dłoni. Taki kawał piaskowca musiał być ciężki, mimo to wzniosła go nad głowę. – Wybierz którąś latarnię żebyś nie pomyślała, że uderzę w jakąś specjalnie spreparowaną. No już, wybieraj.
Oszołomiona Elżbieta wskazała najbliższą. Rakszas podeszła. Jednym uderzeniem ścięła żeliwny słup. Latarnia łomotnęła o bruk. Szkło jej klosza stłukło się z głośnym brzękiem. Elżbieta podskoczyła. Rozejrzała się płochliwie.
-Nie bój się, nikt tu nie przyjdzie – rzekła Mariola. – Cały park jest obstawiony. – Podeszła do posągu. Oddała mu miecz. – Takim właśnie narzędziem obcinamy zdrajcom ręce i nogi i na ostatek głowę.
-To bardzo nie fajnie.
-Nie ma być fajnie. – Raptem Mariola objęła Elżbietę. – Bez urazy, koleżanko. Nie chcę cię straszyć, po prostu takie procedury. Cieszę się, że mnie rozumiesz bez problemu.
Elżbieta dopiero teraz uświadomiła sobie, że od jakiegoś momentu rozmowy Mariola mówi do niej w języku wieleckim, a ona tak samo Marioli odpowiada. Intensywna nauka języków z użyciem najnowszych technik przyniosła efekty.
-Kiedy ma być przerzut? – spytała.
-Jeszcze dzisiaj dokonamy wszczepu, to bardzo drobny zabieg w miejscowym znieczuleniu. Zaręczam, że prawie nic nie poczujesz. Potem szpital…
-Z powodu tego wszczepu? – przestraszyła się Elżbieta.
-No skądże – uśmiechnęła się Mariola Rakszas. – Przejdziesz rozmaite konieczne procedury medyczne. Potem ja cię zbadam w pełnym oporządzeniu, pod bardzo specjalistycznym kątem. Ważny jest iloczyn masy i informacji, mówiąc w uproszczeniu. Przy czym informacja to jest to, co zawarte w twoim DNA, w przedmiotach które masz przy sobie i na sobie, w skasowanym bilecie jeśliby taki zaplątał się w twojej kieszeni. Wszechświat wszystkie te informacje określa i sumuje. Ja tak nie potrafię, ale po zmianach aury umiem poznać wynik jaki uzyskał Wszechświat. Ponieważ ty będziesz miała wszczep z wiele ważącą informacją i list do Gabrieli z zapowiedzią dalszych przerzutów i podobnymi sprawami, to masa jaką będziemy mogli przerzucić, będzie niewielka. Po prostu ty i ubranie na tobie. Wyczuwasz, jakie to dziwne?
-Nie bardzo – przyznała się Elżbieta.
-Wszechświat nie umie czytać, a jednak jakoś wyczuwa i określa ilość informacji zakodowanej w zawijasach tuszu na papierze. Acha, i nie zdziw się, że przekazywanie informacji w drugą stronę, z RU do nas, odbywa się przy użyciu procy. Procą wstrzeliwuje się korespondencję w oko diabła. To zaskakująco prymitywny sposób, ale okazał się najlepszy.
-Ojej – odezwała się Elżbieta. –To ci dopiero.
Poraziła ją wizja Wszechświata zaglądającego jej pod pachę i mozolnie odcyfrowującego informację z kapsułki, podczas gdy ktoś z czegoś nie wiadomo po co strzela diabłu w oko.
-Kiedy już przejdziesz te wszystkie badania, wyjedziemy do Świętej Katarzyny. Tam poczekasz na odpowiedni moment.

Czerń nocy zakłócały niebieskie światła oświetlające polanę. Dokoła niewidoczna w mroku Puszcza Jodłowa szumiała, rozkołysana wiatrem.  Na polanie wianuszek techników nadzorujących przerzut otaczał Elżbietę.
-Ela, uwaga, koncentruj się – posłyszała głos jednego z techników. – Oko diabła już się formuje!
Wszyscy pospiesznie odbiegli gdzieś w mrok.
Raptem znalazła się we wnętrzu magicznego oka – w fiolecie im dalej od podróżniczki między światami, tym bardziej zbliżonym do czerni. Raptem fiolet rozłupała długa, pionowa, ognista kolumna. Zamknąwszy oczy, po omacku weszła w tę kolumnę.
Poczuła, że brodzi w wodzie tak płytkiej, że nie wlewa jej się do kozaków. Tak jak ją nauczyli, przebrnęła jeszcze kilkadziesiąt kroków zanim uniosła powieki.
Ujrzała postać w spodniach i kurtce z kapturem nasuniętym na czoło, stojącą na skraju fioletowej, błyszczącej wody, strzelającą z procy gdzieś jakby w jej stronę. Widziała to jedynie  przez chwilę  w świetle oka, które zaraz zgasło. Płci procarza nie dało się określić z wyglądu, lecz musiała to być kobieta która weszła do jeziorka rozchlapując wodę. Patrząc pod nogi podeszła, objęła Elżbietę, cmoknęła ją w ucho.
-Gabriela Wnęcka jestem – powiedziała. – Mów mi Gabi lub Gabriela.
-Miło mi. Elżbieta Kowalska. Ela.
-Chodźmy, nie ma powodu byśmy stały jak czaple w tym bajorze.
Elżbieta rozejrzała się rozgorączkowana, ciekawa nowego świata. Ciekawa, to mało powiedziane. Podekscytowana tak, że czuła dreszcze. Szły przez las i choć w nocy  nie mogła dostrzec szczegółów, wyczuwała jego obcość. Inne były zapachy. Nocny ptak odezwał się głosem niepodobnym do tego jaki mógłby zabrzmieć w Puszczy Jodłowej. Pomiędzy bielutkimi brzozami rosło coś, co w ciemnościach przypominało palmę. Kiedy już oswoiła się trochę z lasem, skupiła uwagę na idącej przodem Gabrieli. Stwierdziła, że są równego wzrostu i prawdopodobnie w jednym wieku. Gabriela nosiła dżinsy i kurtkę moro. Kaptur już zsunęła z głowy, bujne ciemne włosy opadały jej na  plecy.
Przeszły może kilometr do przesieki gdzie czekał kanciasty pojazd na wysokich kołach. Gabriela zapaliła lampkę sufitową. Przyjrzały się sobie i uśmiechnęły powściągliwie. Okazało się, że Wnęcka jest bardzo ładna, granatowe włosy uczesane miała z przedziałkiem nad lewą brwią w ten sposób, że odsłaniały lewe ucho. Według Elżbiety do tego ucha, do odrobinę cygańskiej urody Gabrieli, bardzo pasowałby duży, złoty kolczyk w kształcie koła.
-Dlaczego nie masz kolczyka? – spytała wprost. – Pasowałby.
-Prawda? – Wnęcka podniosła dłoń ozdobioną szerokim pierścieniem i jeszcze bardziej odsłoniła ucho. –   Założę go w cywilu. Teraz nie, teraz wystarczy jedno szarpnięcie, żeby wyrwali ci taki kolczyk z kawałkiem ciała.
-Uf, okropność – wstrząsnęła się Elżbieta.
-Coś niewiele przyniosłaś – Gabriela dotknęła palcem chlebaka, który Elżbieta położyła na kolanach.
-No popatrz, z emocji na śmierć zapomniałam, że mam ci dać to wszystko. List do ciebie. Jakiś moduł. Woreczek ze złotem.
Gabriela schowała tajemniczy moduł i złoto do schowka pod deską rozdzielczą. List przeczytała w świetle lampki kilka razy, chyba uczyła się go na pamięć, potem wyszła z wozu, podarła list na drobne skrawki i rozrzuciła je w krzakach w dużym promieniu tak, że najpracowitszym mrówkom ich zebranie  zajęłoby pewnie sto lat. Następnie wsiadła do pojazdu i uruchomiła silnik szarpiąc jakąś wajchę. Samochód ruszył powoli kolebiąc się na boki, słabe reflektory ledwie wyrywały leśnym ciemnościom widok na kilkadziesiąt metrów wertepów przed maską.  Trzęsło niemiłosiernie. Kiedy Elżbieta nabrała pewności, że za moment  wylecą jej z zębów wszystkie plomby i kamienie z nerek jeśli jakieś tam są,  wjechały na nieco gładszy trakt. Gabriela dodała gazu, lecz zaraz zwolniła przed zakrętem.  Za zakrętem ujrzały świetlistą barierę przegradzającą jezdnię. Sześć jasno świecących latarni, trzymanych przez wysokie postacie stojące ramię w ramię. Przed nimi długa belka na kozłach.
-Gazu, taranem, rozjedź ich! – zabrzmiał ostry głos Elżbiety. – No, jedźże!
Ale Wnęcka nie zdobyła się na to. Zahamowała przed kordonem. Zamaskowane sylwetki otoczyły samochód. Otwarli drzwi – nie było w nich blokady. Wywlekli kobiety na zewnątrz. Były tak zaskoczone, że nawet nie krzyczały. Przewrócili je na kocie łby, wepchnęli każdej do ust szmatę zabezpieczając ją taśmą klejącą. Kopnęli każdą kilka razy, związali, rzucili na podłogę zaparkowanej na poboczu furgonetki która natychmiast ruszyła. Zapalili małą lampkę na suficie, w jej świetle zrewidowali swe  ofiary obmacując je bardzo szczegółowo i gorliwie. Śmiali się przy tym, rechotali, że trafił im się niezły towar. Wszystkie drobne przedmioty które znaleźli, ukradli. Półprzytomna z przerażenia Elżbieta zapadła jakby w stan letargu. Ocuciło ją dopiero zimne powietrze nocy, gdy otwarto drzwi.  Wywleczono je z samochodu, który stał na podjeździe otoczonym drzewami, przed jednopiętrowym domem. Nie chciały iść, lecz po kilku ciosach pięściami i kijem, podreptały po schodach, przez hall, do zakratowanej celi. Brodaty, barczysty cham wepchnął je do wnętrza klitki. Zobaczyły tam umywalkę, kibel, dwie prycze, Na każdej leżała sukienka. Jedna żółta w pionowe czarne pasy, druga różowa z zielone poziome szlaczki. Obie wyglądały na kuse.
-Przebierać mi się w to – brodacz wskazał pstre łachy. – Ściągnąć wszystko co wasze, zwłaszcza majtki, staniki i wszelką elektronikę. Macie kwadrans żeby się przebrać, wysikać, napić kranówy jeśli chcecie. Potem – zarechotał ponuro zacierając ręce – potem się zacznie.
Wyszedłszy, zaryglował drzwi.
-Kto to, kim oni? – jąkała się Elżbieta.
-Sługusy Rusków albo Amerykanów, albo miejscowa bezpieka podobno tylko trochę gorsza od Gestapo, wszystko jedno kto – szlochała Gabriela.
-Jak to, Ruskich albo Amerykanów? Jak się oni tu dostają?
-Ruscy mają przejście na Syberii, podobno bardzo ciasne, połowa umiera, ale ta druga połowa przechodzi. Amerykanie opuszczają się batyskafem do Rowu Mariańskiego.
-Amerykanie naszymi wrogami?
-A co kretynko, myślałaś, że to szlachetni kowboje? Sojusznicy? Gówno prawda. Tu nie ma sojuszników. Tu trzy strony walczą jak dzikie bestie o opanowanie całego świata.
-O rany, są tu jeszcze jacyś trzeci? Kto to?
-My, idiotko. Jak zwykle najbiedniejsi i jak zwykle dostajemy w dupę. Teraz dosłownie dostaniemy. Ci szkoleni przez ruskie wiedźmy walą dechą w dupę, ci szkoleni przez amerykańskie suki wbijają szpile elektrod w cycki i puszczają prąd. Och Boże, ja tego nie wytrzymam. Słaba jestem. Ty byś dała wtedy na drodze gaz do dechy
-Nie dałabym – szepnęła Elżbieta. – Łatwo jest krzyczeć siedząc obok, ale bardzo trudno skierować auto na ludzi. Zresztą, mogliby zacząć strzelać. Wcale nie jesteś słaba.
-Słaba jestem – pojękiwała uparta Gabriela. – Wszystko im wyśpiewam i to od razu, jak tylko mnie wezmą na tortury. Kiedy ten brodaty trochę nas strzepał zanim zamknął nas w pokoju…
-Ładne trochę, ząb mi się rusza i mam siniaki.
-To ja wtedy już chciałam zeznawać, tylko że on jeszcze nie chciał słuchać.
-Ja też im wyśpiewam.
-Powinnam była się otruć.
-Co zrobiłaś z fiolką cyjanku?
-Wyplułam. Słaba jestem.
-Ja też wyplułam.
-Powinnyśmy były umrzeć za ojczyznę…
-Ja wolę żyć – powiedziała stanowczo Elżbieta. Wciągnęła przez głowę żółto – czarny pasiak. – Kusy i ciasny ten łach – stwierdziła.
-I tak nas zabiją, o matko, zabiją nas!
-Może nie – powiedziała z namysłem Elżbieta. – Czy tu handluje się żywym towarem?
-Jeszcze jak!
-Słyszałaś, co gadali między sobą kiedy nas wywlekali z samochodu? Mówili o nas „świetny towar”. Miejmy nadzieję, że kiedy wszystko z nas wycisną, sprzedadzą nas do jakiegoś burdelu czy gdzieś.
-Oby tak było – ucieszyła się Gabriela. Wydobyła spod pryczy odblaskowe, złote pantofelki z ostrym czubem i cekinami. Włożyła je. – To nie są więzienne trepy. O co tu chodzi?

 

2 przemyślenia nt. „Guzik polski część III”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *