Początkowy fragment

 

Godne podziwu trofea myśliwskie ozdabiały Salę Rycerską, Komnatę Rady, Sal Map, apartamenty prywatne. Ale były też trofea nadgryzione zębem czasu, szpetne, byle jakie, trzymane przez kurtuazję gdyż były podarunkami albo ktoś znaczny czuł do nich nieuzasadniony sentyment.  Książę Skaerlingów choć go nie proszono, czasem przysyłał jakiegoś zwierza lub jego część, w zamian również bez zaproszenia przypływał skórzanym okrętem lub, zależnie od pory roku, przyjeżdżał kościanymi saniami na wszelkie uroczystości, uczty i bankiety, na jakie miał ochotę. Niekiedy książę potrafił przysłać dwa wieloryby, innym razem słoik z białym szczurem marynowanym w occie. Ataman autokrator też miewał dziwaczne pomysły. Pewnego razu podarował wypreparowaną ogromną głowę kobiety – nosorożca. Patrzeć się na nią nie dało tak była obrzydliwa.  Wszystkie te niechciane eksponaty gromadzono w zakurzonej komnatce zwanej Salą Łowiecką, gdzie dworzanie nie zaglądali wcale a służba może raz na dwa tygodnie. Sala Łowiecka znajdowała się na ostatnim, trzecim piętrze Złotego Zamku, na krańcu zachodniego skrzydła. Z jej szerokiego okna roztaczał się wspaniały widok. Lecz księżna Izolda choć stała przy oknie, nie zwracała uwagi na skute lodem morze jaskrawo szkarłatne w świetle zachodu ani na uliczki Roze na których zapalały się latarnie. Księżna kartkowała najnowszy „Spis poległych” rozłożony na parapecie. Kiedy znalazła poszukiwaną literę, zmrużyła oczy odczytując nazwiska w słabym świetle wpadającym przez brudnawą szybę. Zmarszczone brwi i zaciśnięte usta nadawały jej twarzy wyraz napięcia, gdy tak wpatrywała się w stronicę strasznej broszurki. Nareszcie westchnęła z ulgą, odwróciła się od okna i oparta o parapet rozmyślała o czymś z ledwie widocznym półuśmiechem, a wokół niej  pogrążały się w mroku zawieszone na ścianach wyliniałe skóry niedźwiedzi i wilków, poroże łosia, łeb woła piżmowego z ułamanym rogiem, ryj taharki zakończony zwisającym smętnie pękiem macek oraz ukryta w kącie za szafą głowa kobiety – nosorożca.
Skrzypienie zawiasów wyrwało księżnę z zamyślenia. Izolda prędko wsunęła broszurkę do szerokiego, obszytego koronką rękawa. „Spokojnie – pomyślała, zła na samą siebie. – Przecież, do cholery,  nie robię nic złego.”
Do pokoju weszła Esi Abena.
-Och, już niemal wszędzie szukałam cię pani, a ty właśnie tu się zaszyłaś! – powiedziała Esi z radosnym ożywieniem. – Przepraszam jeśli przeszkadzam w zadumie
-No faktycznie, rzadko ktoś tu zagląda, a ja chciałam chwilkę pobyć sama – powiedziała kwaśno Izolda.
-Jasne, każdemu należy się chwila spokoju, ale wprost nie mogę wytrzymać, muszę czym prędzej podzielić się nowiną. Prześwietna pani, mistrz Julian odebrał komunikat – oczy Esi błysnęły radością. –  Weisefort donosi, że jutro około południa flota powróci do Roze.
Zaskoczona, uradowana Izolda machnęła ręką, a wtedy „Spis poległych” wypadł
z rękawa na posadzkę. Esi pierwsza podniosła „Spis”. Kiedy odczytała tytuł, zrobiła dziwną minę. Ta mina, zdaniem Izoldy, mówiła coś takiego: „Kogo ona szukała w tej broszurce? Przecież nie męża, o którego każdym ruchu wie cały kraj. A właściwie, co za pytanie. Przecież wiadomo, kogo ona tam szukała”.

***

Luna  srebrzyła się na niebie za oknem. Wiatr wył niby potępieniec. Było zimno, jak zwykle w bezchmurną księżycową noc. Mimo to na ulicy coś się działo, ktoś wydzierał się na całe gardło.
-Kochanie, włóż kożuszek i wyjrzyj na ulicę, tylko ostrożnie, zobacz kto tak wrzeszczy –  powiedziała do Ezany jej matka, stojąca przy piecu kuchennym.
Ezana nie trudząc się ubieraniem kożuszka, wyjrzała. Zobaczyła herolda przypominającego kulę gdyż na pewno był tęgi, do tego odziany w gruby pikowany kaftan. Herold krzyczał bardzo głośno, przyłożywszy wzmacniacz do ust.
Uradowana dziewczyna wpadła do kuchni. Zakręciła się na środku.
-Mamo, stryjek Kleofas nie otworzy jutro kantoru  obrachunkowego! – oznajmiła ze śmiechem. – Mam  wolne od ślęczenia nad kontami. Herold ogłasza, że zwyciężyliśmy. Jutro wraca nasza flota, dlatego wszyscy mają wolne.
Rano Ezana czym prędzej załatwiła domowe sprawy typu ścielenie czy zmywanie po śniadaniu. Ubrała puchową kurtkę z kapturem którego jednak nie założyła, odświętne wąskie spodnie, nowe kozaczki. Wokół szyi trzykrotnie luźno owinęła wielki zielony szal.  Wyszła na ulicę otoczoną  zamożnymi kamieniczkami Górnego Miasta. Przeszedłszy może sto kroków napotkała Mariolę, niemal identycznie ubraną, również bez czapki, okutaną po nos obszernym zielonym szalem.
-Gdzie idziesz?  – spytała.
-Do ciebie!
-A ja do ciebie! To co teraz? Do portu?
-Jeszcze pytasz? – zdziwiła się Mariola.
Poszły zatłoczonym trotuarem ulicy Długiej, biegnącej środkiem miasta. Mnóstwo ludzi nie musząc iść do roboty, podobnie jak one, szło na Długi Targ. Szli mieszkańcy wszystkich dzielnic rozłożonych od Złotego Zamku do portu: z Górnego Miasta, Dymarek, Rybaków, Gnojnik.  Ubrani byli ciepło, w torbach nieśli kanapki i butle z czymś na rozgrzewkę.
-Dzień dobry – czterdziestoletni mniej więcej przechodzień wyszczerzył zęby do Ezany. – Niech panienka kapturek założy, bo uszka zmarzną…
Dziewczyna prychnęła gniewnie. Dumnie zadarła brodę.
-Bezczelny ten Liskowski – syknęła do przyjaciółki. – Już próbuje bawić się w ojca… Teraz to już na pewno nie ubiorę kaptura, choćby mi uszy z zimna odpadły!
-Pewnie cię ojcowanie Lisa nie ominie – Mariola uśmiechnęła się perfidnie. – Taki jest naturalny bieg rzeczy, jak mówi moja babcia. On ma papiery majstra, nie ma warsztatu. Wy macie warsztat, nie znacie fachu. We dwie z mamą i uczniami nie pociągniecie długo, przecież nie nauczycie się roboty w dwa albo trzy miesiące. Zresztą, taka jest kolej rzeczy. Wdowa powinna wyjść za mąż.
-Grawerstwo jest okropnie nudne! Mój tata, oby Najwyższy przyjął jego duszę, całymi dniami rył w metalu niby te krety, co to ryją w ziemi w ciepłych krajach. To ja już wolę rachunki u stryja. Ale tak naprawdę, to chciałabym prowadzić salon odnowy biologicznej.
-Wczoraj chciałaś zapisać się na medycynę.
-Tak mi się tylko powiedziało. Kroić trupy? Nigdy w życiu! Zresztą, medycyna i odnowa to bliskie krewne, no nie?
Wyszły już na Długi Targ i, wkładając w to cały, niemały spryt oraz zręczność, przeciskały się coraz bliżej ozdobnych fasad domów w których mieściły się siedziby lóż. Lóż albo klanów, mówiono i tak i tak. Ostatnio modna była nazwa „loże”. Przeciwległe ściany tych domów tworzące zwarty, warowny mur, wychodziły na port wojenny. Przebijała je brama łącząca plac z nabrzeżami. Jej skrzydła były rozwarte, ale dostępu broniło kilkunastu mężów w baranicach i żelaznych hełmach. Poziomo przed sobą trzymali drzewce halabard. Z ich ust wraz z obłoczkami pary wydobywały się klątwy i pogróżki, którymi starali się powstrzymać napierających ludzi.
Ludzie garnęli się do siebie, by zachować ciepło. Zmieszali się ze sobą robotnicy, handlarze, służebne, rybacy, łowcy, matrony z dziećmi, rzemieślnicy, panienki lekkich obyczajów, bakałarze uniwersytetu i żebracy dygocący w podszytych wiatrem łachmanach. Trafiali się nawet członkowie wojennych rodów z prowincji, którym zabrakło znajomości aby załatwić sobie miejsca na blankach Fortu Morskiego, albo, jeszcze lepiej, w ogrzanych halach lóż.
Sześciu chłopców wdrapało się na łupkowy dach siedziby Loży Maczugi. Niektórzy z nich byli właściwie młodymi mężczyznami. Różnił ich wiek, wygląd, jakość odzieży, ale wszyscy mieli wielkie zielone  szale. Widzieli z dachu głowy, tylko głowy szczelnie okrywające plac. Ale jeden z nich miał oko do ładnych dziewczyn. Wypatrzył na dole dwie znajome główki. Prawą ręką obejmował jedną z figur stojących wzdłuż gzymsu, lewą machał, starając się zwrócić na siebie uwagę.
-Ezana! Mariola! – wrzeszczał. – Dostaniecie w domu lanie! Tyle razy słyszałem, kazali wam nosić czapki!!
-Donosiciel! – wyłowił odpowiedź z gwaru, który brzmiał jak szum morza.
-Nie doniosę, jeśli się tu do mnie wdrapiecie! Stąd jest fantastyczny widok!
-On jest niepoważny! – pisnęła Mariola. – Tak wysoko?
-Ja idę – powiedziała Ezana. – Stąd nic nie widać. Czekaj tu na mnie, Mariola. Potem jeszcze pójdziemy zobaczyć słonecznego. Hej, jak się mam do was dostać?!
Chłopak trzymając się posągu zawisł na rękach. Zeskoczył na balkon poniżej, zwinie jak żbik. Wychylił się przez balustradę.
-Ej ludziska, zróbcie miejsce! – krzyknął.
Przełożył nogi przez barierkę, spojrzał w dół, zawahał się sekundę, potem skoczył. Wylądował na ugiętych nogach, podpierając się rękami. Ezana przepchała się do niego przez trochę oburzony, trochę rozbawiony tłum.
-Misiek, co ty wyprawiasz, wariacie? – spytała ze śmiechem.
-Nic takiego – odparł niedbale chłopak, trąc o spodnie podrapane wnętrze dłoni. – No to chodź, ja cię podsadzę, a Szerszeń cię wyciągnie.
-Tylko – powiedziała Ezana z surową miną – bez żadnych takich, rozumiesz Misiek co mam na myśli, bo mnie popamiętasz! Albo po prostu więcej się do ciebie nie odezwę.
-Jestem! – krzyknął Szerszeń który już znalazł się na balkonie pierwszego piętra. – Chodź, nie bój się! – zawołał.
Misiek podsadził Ezanę, Szerszeń złapał ją za ramiona i pomógł wywindować się na balkon. Tam dziewczyna stanęła mu na barkach, a z góry dwóch kolegów wyciągnęło do niej ręce. Leżeli na skraju dachu osłonięci figurami wojowników i łowców uzbrojonychw maczugi. Fasada siedziby Loży Maczugi posiadała boniowania, gzymsy oraz szerokie parapety dające oparcie stopom dziewczyny.
-Och jej! Trzymajcie mnie! Trzymajcie, ofiary losu, bo… – krzyczała wdrapując się na gzyms.
Tłum szemrał z potępieniem.
-To dopiero była akcja! – wysapał Misiek, kiedy czerwony jak burak, z pomocą kolegów, wgramolił się nareszcie. – Księgowa, dobra jesteś – przyznał. – Dałbym sobie obciąć mały palec u lewej tylnej nogi, że nie wejdziesz.
Ezana wstała trzymając się posągu brodatego osobnika, niosącego na ramieniu sękatą pałkę.
-Bo jesteś głupi. No i co? Po co ja tu weszłam?
-Trzeba jeszcze kawałek, na sam szczyt. Stamtąd wszystko widać i jest ciepło, kiedy trzymasz się komina. Tylko, na wszystkie cnoty, ostrożnie, ostrożnie, bo łupki są śliskie.
-Chyba już mi wystarczy.
-No chodź, nic się nie bój. My pomożemy, popilnujemy, popieścimy i tak dalej.
-Tylko bez pieszczot! Dalej, nie ma rady, musiałabym leźć na czworaka, a ubrałam najlepsze spodnie.
-To je zdejmij, nami się nie krępuj – Misiek wprost musiał to powiedzieć aby nie uznano go za gapę bez krzty polotu. Zdjął szeroki, fantazyjny zielony szal czterokrotnie okręcony wokół szyi. – Masz. Owiń nim nogawkę, to jej nie ubrudzisz.
-A druga?
-Edek odda ci swój szalik. No nie, Edek? Tym chomątem  wycierałeś chyba rzygowiny. Musisz sprawić sobie nowy szal bo ten to obciach.
Edward dosyć niechętnie skinął głową.
Dalej poszło względnie łatwo. Wznios był łagodny, a powierzchnie kamiennych płytek mocno nierówne. Oczywiście odświętne ciuchy znowu poważnie oberwały i nadawały się już tylko do czyszczenia.
-Czy ja mam dobrze w głowie? – spytała Ezana. Zaraz sobie odpowiedziała: – Chyba nie!
Ale już trzymała się ciepłego komina. Uklękła na dość szerokim szczycie, zerknęła na drugą stronę i pisnęła z przerażenia.  Z tej strony było naprawdę wysoko. Port leżał poniżej Długiego Targu. Mur dzielił go na części wojenną i handlową. Po lewej stronie widziała baseny handlowe niemal bez życia z powodu święta, a na wprost wciąż jeszcze pustą taflę lodu pomiędzy zębatymi murami i opustoszałe nabrzeża portu wojennego. Wejścia od morza strzegły dwa forty. Fort Wojskowy miał baszty zwane Gruba Enguerade oraz Piękna Kasia.   Umocnienie strzegące części cywilnej, nazywano Bramą Handlową. Jeszcze dalej, za fortami, dziewczyna widziała  bezkresną przestrzeń smaganą wichrem, niosącym wirujące tumany i smugi lodowego pyłu.
-Ej, mnie też pomóżcie! – dobiegł z dołu znajomy głos.
Ezana odwróciła się ostrożnie, przytulona do komina.
Mariola stała na szerokim gzymsie między figurami a wzniosem dachu. Była czyściutka, wymuskana i uśmiechnięta.
-Jak tutaj weszłaś? – zdziwiła się Ezana, znająca ostrożność przyjaciółki
-Normalnie, to znaczy schodami, podobnie zresztą jak chłopaki. Stróż tylko do sal nie puszcza, a na klatkę schodową można wejść. Oj, oj, moja droga! – Mariola zachichotała z satysfakcją. – Zrobiłaś z siebie niezłe przedstawienie.

***

W głębi pustkowia oślepiającego bielą i jednocześnie zamglonego od niesionych wiatrem kryształków lodu, manewrowała flota. Jeszcze godzina żeglugi pozostała jej do Roze. Wiatr coraz głośniej świszczał w olinowaniu sań. Maciej van Korrain przez podpinkę hełmu już nie słyszał komend. Zdjął go i wkrótce czarne włosy pobieliła mu lodowa kasza. Pomimo lekkiego mrozu ociekał potem. Z twarzą czerwoną od wysiłku, wparty nogami w pokład, całym ciałem pchał rumpel. Osadzona na czopie belka obracała się pociągając łyżwę sterową, która z przeraźliwym zgrzytem orała lód. Kapitan wywrzaskiwał komendy, a on ledwie nadążał je wypełniać. Prowadził sanie niesione zrefowanym żaglem pomiędzy wypiętrzającymi się z trzaskiem zwałami kry i szczelinami chlupoczącymi wodą. Lód kruszył się, gnany wiatrem na wybrzeże.
-Zmiana! Zmiana przy sterze! – głos kapitana przebił trzaski, zgrzyty, świst wiatru.
Sternik floty odpoczywający na zwoju lin, poderwał się. Van Korrain nieustannie czuł jego nieufny, badawczy wzrok. Oddał mu rumpel i ledwie żywy usiadł na schodkach zejściowych z rufy. W tej chwili nic go nie obchodziło prócz tego, by mięśnie przestały dygotać i palić żywym ogniem. Nie miał wprawy. Męczył się na pewno szybciej, niż prawdziwi fachowcy z floty. Ale po bitwach w których zniszczono wiele sań, po kontuzjach o które łatwo przy robocie sternika, po różnych epidemiach, prawdziwych sterników brakowało. Van Korrain umiał to robić, więc choć był oficerem piechoty, postawiono go jako zmiennika przy sterze.
Żeglarze pilnujący lewej burty wbili żelazne bosaki w zwałowisko lodowych tafli, najeżone ostrymi krawędziami. Odpychali sanie od niebezpiecznych złomów sapiąc i klnąc przez ściśnięte zęby. Kiedy przepełźli szczęśliwie obok przeszkody, gwardzista ubrany w płaszcz maskujący, niegdyś biały, odłożył solidny bosak. Usiadł obok Maćka. Zsunął pod kaptur czarne krążki okularów ochronnych, odsłaniając młodą twarz, pokrytą delikatnym zarostem.
-O mały włos skończylibyśmy niosąc resztki krypy na plecach – odezwał się.
-Hej, Michael, już prawie koniec tej zabawy – odparł Maciek. – Udało się nam.
-Zwłaszcza tobie. Nie dość ci ryngrafu i dowództwa roty, to jeszcze zrobili cię sternikiem. Ja ci nie zazdroszczę, ale… chyba masz mocne plecy tam u góry. To znaczy… Przepraszam. Nie miałem nic specjalnego na myśli…
-Więc jednak miałeś jakieś myśli! – wykrzyknął  Maciek. – To u ciebie cholerna rzadkość. – Uśmiechnął się. Zawiść młodszego kolegi mile połechtała jego ambicję. Ukradkiem zerknął na swój ryngraf. Już pół roku minęło odkąd przypięto mu do ramienia złotą blachę, a mimo to nie mógł się powstrzymać od zerkania na nią od czasu do czasu. – Wielu jest takich jak ja – odezwał się z fałszywą skromnością. – Ty również dałeś się naciąć pod siódmym żebrem, więc gwardia już cię nie wypuści.
Przesiedzieli milcząc dobre pół godziny, zasłuchani w wiatr świszczący koło uszu.
-Zmiana! Zmiana przy sterze! – dobiegł ich głos kapitana.
Maciek wstał.
-Bywaj, aspirancie Michaelu Geldern – rzekł. – Znowu moja kolej. A ty nic się nie martw, trzeba ci tylko cierpliwości. Rycerski ryngraf praktycznie masz  w kieszeni.
-Wolałbym mieć go na ramieniu – odparł Michael.
Wicher nieco przycichł, lecz silny powiew nadal wypełniał zrefowane żagle. Niesione nimi sanie przebyły wreszcie niebezpieczną strefę i wsunęły się na gładź. Tu rozproszone w trudnych warunkach dywizjony skupiały się i ustawiały jeden obok drugiego w szeroką ławę. Gotowały się do końcowego biegu. Jednak z  trójmasztowca seneszala jeszcze nie padał znak. Trójmasztowiec błyszczący ostrzami żelaznych kos sterczących z burt manewrował przed frontem, spowalniając bieg opuszczonymi belkami hamulców. Na jego środkowym maszcie łopotał turkusowy proporzec, podarowany Weisefortowi przez króla. Z  niższych masztów  powiewały długie chorągwie rodu Weisefort z godłem złotego Feniksa. Pomost śródokręcia zapełniali mistrzowie i specjaliści ze wsparcia, dzierżący w dłoniach rozpalone amulety. Ich przełożony, Hugo Soares, wypatrywał czegoś przez amalunetę. Nagle odjął ją od oka i rozkazał, by umówionym kodem zamigotała lampa sygnałowa. Na wszystkich ślizgach alarm poderwał z ław i prowizorycznych siedzisk wojowników gwardii. Na każdym ślizgu było ich kilkunastu. Teraz ustawiali się wzdłuż burt, tworząc żywe osłony przeciw świetlnemu biczowi. Jedynie ci przeszkoleni we flocie, zastępujący poległych lub chorych marynarzy, nie ruszyli się ze swych stanowisk przy sterach i żaglach.
Na pomoście trójmasztowca iskierki amuletów połączyły się w oślepiającą łunę. Wystrzelona ze śródokręcia dymna raca poszybowała na zachód, wskazując wroga.
To latający wóz próbował chyłkiem podkraść się do floty. Lecz gdy sternik machiny pojął, że został odkryty, zrejterował. Gwałtownie zawrócił,  zbyt daleko aby strzelec mógł użyć bicza. Wóz malał unosząc się i uciekając na południe, aż zniknął przyczajony gdzieś we mgle oddalenia. Żegnały go uniesione pięści, przekleństwa, nienawiść paląca się w oczach. Ale znów zamigotała lampa, każąc im oderwać spojrzenia od wroga i ruszać.
Marynarze podnieśli żagle. Van Korrain mocniej ujął rumpel. Szli po gładzi, gdzie przy silnym wietrze ślizgi potrafiły być niesamowicie szybkie. Gnały idąc zakosami, jakby niosła je magia. Taka jazda dodawała skrzydeł, upajała lepiej od destylatu. Tym razem gdy nadszedł czas zmiany, van Korrain mimo zmęczenia niechętnie oddał ster. Ledwie usiadł, posłyszał krzyk dobiegający z bocianiego gniazda. Porywisty wiatr tłumił słowa, jednak gest obserwatora wychylającego się z kosza mówił wyraźnie: coś pokazało się przed dziobami!
Maciek powstał i trzymając się relingu oraz masując bolące krzyże, poczłapał na dziób. Kto mógł, podobnie jak on przemykał do przodu mimo sprzeciwu kapitana przepełnionego obawą, że przeciążony dziób zagrozi stabilności sań.
Pośród bieli i jasnego błękitu wykwitły barwne, ruchliwe cętki. Przecinki rosnące z minuty na minutę, zmieniające się w falangę saneczek ustrojonych wstęgami, zaprzężonych w kłusujące ostro konie albo srebrne reny. Pędziło tam więcej niż sto saneczek,  wszystkie wypełnione kobietami. Większość z tych pań wstała i jedną ręką trzymając się oparć lub poręczy aby nie wypaść gdy trzęsło na wertepach, drugą ręką machała na powitanie.
Wojenne ślizgi opuściły hamulce. Okute żelazem belki darły lód z okrutnym wizgiem,  wystrzeliły spod nich fontanny sproszkowanego lodu. Jadący naprzeciw woźnice ściągnęli lejce hamując zaprzęgi, jeden po drugim, strzelając biczami i pokrzykując na zwierzęta, wykonywali zwrot. Wkrótce saneczki wyrównały swój bieg z żaglowymi ślizgami. Zaraz powiązała je sieć utkana z radosnych powitań, śmiechu, żarliwych spojrzeń, gorących niby ogień wyznań, wykrzykiwanych głosem łamiącym się ze wzruszenia.
Van Korrain jak  inni  wrzeszczał i gwizdał zapominając w tej chwili, iż powaga przystoi rycerzom. Wychylił się przez reling, a wtedy zapomniał o całym bożym świecie. Zapatrzył się w gładkie twarze nie skażone szramami odmrożeń, w uniesione oczy pod brwiami jak arkady świątyni, zachwycił go kształt głów otoczonych puszystymi lokami, barwnym haftem  kapturów i lśnieniem złotych obręczy. Furkotały szale nad smukłymi barkami i spódnice dokoła smukłych nóg, a doskonałość kobiecych sylwetek podkreślały jeszcze kurtki modnie wcięte w talii. Wszystkie te panie otaczała aura luksusu. Stać je było na zaprzęgi, podczas gdy biedaczki musiały człapać pieszo albo czekać nieopodal brzegu.
Maciek uśmiechał się do tych cudownych istot. Co z tego, skoro każda z nich śmiała się do swego mężczyzny, a na niego żadna nie zwracała uwagi. „Nie rozumiem sam siebie – pomyślał z rosnącą irytacją. – Powinienem już skończyć z beznadziejnym uporem. Najwyższy czas zająć się którąś z tych ślicznotek”.
Wokół ślizgów przybywało psich zaprzęgów, narciarzy, wreszcie pieszych. Chłopcy wyrywali się matkom, w biegu czepiali się bojowych pomostów. Z murów obronnych Roze wystrzeliły barwne race. Buchnął krzyk tłumu, powitał morskie ślizgi i towarzyszył im, gdy kolejno wsuwały się w tunel Fortu Morskiego, pomiędzy basztami Piękną Kasią i Grubą Casinelle.
Upłynęło wiele czasu, zanim niemal setka ślizgów pokonała tunel długi i wąski, wysoki na przeszło trzydzieści stóp. Niektórym saniom udało się przebyć go rozpędem. Inne wspomogły się amuletami służącymi im za drugi napęd obok żagli. A były i takie jednostki, które załogi musiały przeciągać na linach i przepchać przez tunel. W basenie panował tłok oraz pozorne zamieszanie. Kapitanowie ochrypli od wrzasku, marynarzom od przekleństw zdrętwiały języki. Wydawało się, że zaraz nastąpi potworna katastrofa, lecz jak zawsze w długiej historii tego portu wszystko skończyło się dobrze.
Van Korrain dociągnął rozklepaną i pogiętą sprzączkę przy rapciach swego czarnego Glaumrunga, poprawił na ramieniu rzemień od torby raportowej, nałożył hełm, podniósł z pokładu swą tarczę. Wyskoczył przez reling na nabrzeże, zapominając o krzyżach naderwanych podczas sterowania. Łupnęło go okropnie. Jęknął i zgiął się w pół.
-Michael, zbierz resztę chłopaków – wyjąkał. Miał na myśli tych żołnierzy swej roty, którzy żeglowali jako ochrona na innych ślizgach.
-Jasne – odparł Michael Geldern. On też zeskoczył, ale z lepszym skutkiem. – Starzejesz się – powiedział współczująco. – Bardzo cię boli?
-Wykonaj rozkaz – syknął Maciek z irytacją.
-Rozumiem twój zły nastrój – odparł Michael. – Cierpisz. Reumatyzm. To okropne, chociaż normalne i banalne w podeszłym wieku.
Takie pogaduszki mogły się zdarzyć tylko w gwardii gdzie panował nastrój koleżeństwa. No i, aspirant prędzej lub później zostanie oficerem a ponieważ Geldern był dzielny i pochodził z wojennego rodu, to powinien doczekać się złotego ryngrafu. Dlatego mógł uśmiechać się i żartować z Maćka jak równy z równego sobie. Oczywiście trwało to jedynie chwilkę. Michael odwrócił się i poszedł szukać zagubionych żołnierzy.
Nabrzeże ciągnęło się ponad milę, od Fortu Morskiego do bramy  na Długi Targ. W regularnych odstępach przecinały je pochylnie na których okręty czekały swojej pory roku, ustawione prostopadle do basenu, z opuszczonymi dziobami i uniesionymi pomostami ruf. Pochylnie wznosiły się do galerii przykrytej dachem na szczycie muru obronnego otaczającego port. Stały tam wielkie kołowroty od których biegły łańcuchy oplatające kadłuby uśpione w zimowym letargu. W miejscach  gdzie pochylnie schodziły niżej poziomu nabrzeża, znajdowały się drewniane pomosty.
Van Korrain stał na takiej pokrywie z grubych desek. Wojownicy z czterech rojów podróżujący na jednym ślizgu ze swym dowódcą, zgromadzili się wokół niego. Pawęże ułożyli w stos, oparli się na włóczniach i czekali rozkazów. Przed nimi, na pochylni, drzemał krążownik Gryf.  Patrząc w górę rycerz doznawał uczucia jakby odrobinę igrał z losem, chociaż przed żelaznym dziobem Gryfa znajdowała się poprzeczna, solidna sztaba blokady.
Najbliższą część kei zajęli tarczownicy z czarnego batalionu brygady Much. Była to lekka piechota słynna z zajadłej uporczywości podobnej do tej, z jaką muchy atakują większych od siebie. Siedzieli na swych tarczach położonych na zimnym bruku. Ich dowódca leżał na noszach, okryty kocami. Próbował gramolić się, nie wiedząc co czyni w gorączce. Siwy dziesiętnik przytrzymywał go mamrocząc, aby spokojnie czekał i co chwilę podnosił głowę wypatrując sanitariuszy. Jednak najpierw od strony fortu przytoczył się karawan. Dwóch osiłków wrzucało do niego nieboszczyków zamrożonych niby sople, a skryba siedzący na koźle zapisywał ich nazwiska w „Spisie poległych”. Chwilę potem nadjechał wreszcie furgon sanitarny i zabrał wodza tarczowników.
Bałagan wydawał się Maćkowi nieco większy niż zazwyczaj. Ale to pewnie dlatego, że i skala operacji była większa. Rozglądał się niepewny co teraz powinien robić, aż zauważył podniesiony właśnie proporzec namiestnika gwardii. Zanim zdążył poprowadzić tam swych ludzi, od Fortu Morskiego nadeszła gromada wojowników na pierwszy rzut oka łatwych do rozpoznania jako niepoślednie tuzy. Okrywały ich futra niedźwiedzie albo i sobole, spięte klejnotami. Łyskały spod nich kolczugi na których złociły się łańcuchy i ryngrafy.
Przodem szedł seneszal Weisefort, barczysty, wysoki, w szpiczastym hełmie. U jego nóg buszował pręgowany molos Dżil; co chwilę wybiegał w przód, odwracał się i zadzierając płaską mordę  spoglądał panu w oczy. Za seneszalem podążali dumni rycerze wysocy rangą dowodzący wielkimi jednostkami, oficerowie sztabowi, mistrz nad mistrzami wsparcia siwobrody Hugo Soares, adiutanci, a  wreszcie, na końcu, dziesiętnik powszechnie znany pod przezwiskiem Śledź.
Jeden z adiutantów przyłożył wzmacniacz do ust i ogłosił, ile tchu w płucach:
-Dostojny pan oraz prześwietna pani Izolda przybywają do portu powitać swe zwycięskie wojska!! To wielki zaszczyt dla nas wszystkich! Pan seneszal rozkazuje formować szyk do przeglądu! Frontem do pochylni!
Gwardziści obejrzeli się na swego wodza.
-Wykonać – rzekł machinalnie van Korrain myśląc o czymś całkiem, całkiem innym.
-A my co? – spytał siwy dziesiętnik tarczowników. – Trza jakoś powitać króla, no nie ma nam kto dać rozkazów a tu cholerny ścisk, i bez to ni ma jak porządnie stanąć w dwuszeregu…
-To ustawcie się w osiem szeregów  – odparł van Korrain.
Gromada wojowników otaczających Weiseforta podeszła na odległość kilku kroków. Adiutant ponownie zawołał:
-Dostojny król oraz prześwietna księżna przybyli powitać zwycięską armię i jej wodza! Spotkało nas ogromne wyróżnienie!
-Istotnie – mruknął Maciek.
-No – potwierdził dziesiętnik dociągając pas i wyrównując fałdy płaszcza ozdobionego godłem muchy. – Przecie zwykle to wodzowie przybywają do króla, a on czeka se w Złotym Zamku, albo w świątyni albo w komnatach Domu Wojny.
-Formować szyki do przeglądu! – ryknął adiutant. Wzmacniacz poniósł jego głos nad portem.
-Jeszcze coś dodaj – rzekł głośno Weisefort. – Niechaj maruderzy szybciej wywlekają tyłki spod pokładów.
Dżli skoczył mu dwiema łapami na pierś. Wywiesiwszy czerwony jęzor usiłował liznąć starannie ogolony podbródek pana.
-Czarna zaraza! – seneszal zaklął odpychając psa. – Kiedyś miarka się przebierze. Wtedy nie będę zważał co, kto i od kogo, tylko otruję bydlaka. – Rozejrzał się. – Śledź! Weź bestię na smycz!
Ruszył energicznym krokiem, ciągnąc za sobą, niby kometa ogon, orszak przybocznych.
Żołnierze chwytali tarcze, włócznie i ustawiali się w szeregach wzdłuż nabrzeża.
W ten sposób odsłonił się widok aż do odległej, rozwartej bramy od której łagodnie opadał brukowany zjazd. Van Korrain wbił tam wzrok. Nie widział, nie słyszał co się dzieje wokół niego. Nic go to nie obchodziło. Dłonie bezwiednie zacisnął w pięści. Kiedy jeźdźcy pokazali się w bramie, rozpoznał tę jedną, jedyną postać. Jechała na białym koniu. Serce rycerza na chwilkę stanęło.
Sędziwy król zsiadł z karego rumaka przy pomocy dwóch giermków. Dla starego człowieka jazda przez miasto musiała być niemal nad siły. Otoczony dworzanami ruszył jednak wzdłuż nabrzeża podpierając się laską, ale prędko przystanął. Wojsko szczerze wiwatowało na jego cześć, ponieważ w młodszych latach dostojny pan był znakomitym wojownikiem. Lecz teraz sił mu brakło. Giermek podtrzymywał go dyskretnie. Weisefort podszedł złożyć meldunek. Król wziął go w ramiona i serdecznie uściskał, następnie zwrócił się do księżnej, a ona słuchając teścia potakiwała ruchem głowy. Król przysiadł na skraju pochylni i gestem zaprosił Weiseforta aby spoczął obok niego.
Księżna Izolda nie usiadła z nimi. W asyście kilku dworzan kontynuowała przegląd. Szła wzdłuż szeregu.  Przystanęła – pewnie zauważyła znajomego z którym pragnęła porozmawiać. Ubrana była w płaszcz z pajęczej mory wykończony białym futrem. W osłoniętym porcie nie czuło się mroźnego wiatru, więc sięgnęła dłonią w białej rękawiczce i kaptur odrzuciła na plecy.
Maciek był pewien, że uczynić tego z równym wdziękiem nie potrafiłaby nawet Biała Nike. Sprzeczne uczucia szalejące w nim stopiły się w dziwne pragnienie. Wyobraził sobie jak chwyta garścią jej złote włosy, szarpie płaszcz i suknię odsłaniając oślepiająco piękne, nagie ciało. Zmusza Izoldę aby uklękła. I jednocześnie sam przed nią klęka.
Księżna uśmiechnęła się do niego zdawkowo.
-Panie rycerzu, opowiadano mi o pana brawurowej odwadze podczas bitwy na Wzgórzach Moreńskich. Jestem pod wrażeniem.
-Dziękuję.
-Słyszałam, że również podczas walki na lodowcu i na rozlewiskach Tema oraz w trakcie bitwy pościgowej dołożył pan wszelkich sił, dokonując wielkich rzeczy w służbie Królestwa.
-Nie uczestniczyłem w bitwie pościgowej – odparł Maciek. – Z powodu złych warunków sanitarnych dostałem okropnej wysypki i wpakowali mnie do lazaretu. Prześwietna pani nawet sobie nie wyobraża, jak mnie przeraźliwie swędziało.
„Kocham cię, zdradziecka dziwko. Myślisz, że jak jesteś pozbawiona uczuć to już nic cię nie dosięgnie?”
-Och, widocznie chodziło o jakiegoś innego rycerza imieniem Maciej.
-Wątpię, prześwietna pani. W całej armii tylko ja jeden jedyny mam takie głupie imię.
Zacisnął pięści. „W życiu różnie bywa. Jeszcze możesz być zdana tylko na mnie”.
-Zdecydowanie nie jest ono głupie. Ono jest oryginalne – roześmiała się Izolda. –
W każdym razie jestem zadowolona widząc, że sprzyjało panu szczęście we wszystkich bitwach i nie przytrafiło się nic gorszego od wysypki. – Przeszła kilkanaście kroków wzdłuż szeregu. Nagle cień dystyngowanego uśmieszku zgasł na jej wargach. – Panie rycerzu, wojownikom z tej roty musiało przytrafić się coś bardzo złego. Chłopcy, dlaczego naliczyłam was ledwie trzydziestu?!
-Dwudziestu dziewięciu – uściślił rycerz. – Jeszcze pół setki zagubiło się gdzieś w tym bałaganie, aspirant Geldern ich szuka. Reszta, no cóż, nie miała szczęścia…
-Och, wystraszyłam się, że… Rozumiecie co przyszło mi do głowy. Powodzenia, życzę wam szczęścia, niech nadal sprzyja gwardii. – Obróciła się do siwego dziesiętnika. – Szczęścia życzę piechocie, która nie tylko tarczami, ale jeszcze więcej własną piersią zasłania Królestwo.
Uniosła dłoń w białej rękawiczce gestem pozdrowienia, odwróciła się i odeszła.
Maciek usłyszał za sobą głośne szepty:
-Stary, widziałeś ją?! Ja nie mogę!
Poczuł dumę, jakby chwalili urodę jego dziewczyny.
-Jakie ma włosy. Takie złote. Super, mówię ci.
-Stary, co tam włosy. Grunt, że ma czym oddychać!
„Wiem coś o tym” – pomyślał mściwie. Poniewczasie wpadł na pomysł jak mógłby Izoldzie dokuczyć. Wydobył z torby raportowej zawiniątko. Miał w nim szarfę, w barwie turkusa zastrzeżonej dla dynastii. „Taka mała prowokacja” – pomyślał. Przepasał się, budząc popłoch wśród tarczowników.
-Mam prawo nosić tę szarfę – stwierdził pragnąc wybawić ich z rozterki. – Zdobyłem ją podczas lodowego polowania.
-Niby jak? – spytał zdenerwowany dziesiętnik. – Ja tam nie chcę na koniec awantury, no ja nie mogę udać, że nic nie widzę. Zdejmijcie panie tę taśmę, prosimy was pięknie…
-Nie bójcie się, nie jestem buntownikiem ani szaleńcem.
-Szef nie jest tak do końca szalony – zapewnił wysoki gwardzista. – Ubił białego misia zeszłej zimy, z czego wybuchł nielichy skandal…
-Albo to nie wolno ubijać niedźwiedziów? – zdumiał się dziesiętnik.
-Wolno, lecz słuchaj dalej. Zwycięzca lodowego polowania ma prawo wybrać damę i zażądać od niej nagrody.
-Cie wy! I ona musi się zgodzić?!
-W zasadzie tak. No więc, szef wybrał księżnę Izoldę…
-A juści!
-Poprosił o szarfę  którą była opasana, na co wielu ważniaków się zmarszczyło…
-Przecie to głupie było. Ja bym chciał od takiej dziouchy całkiem co innego.
-Sprytnie kombinujesz – roześmiał się gwardzista. – Tak czy owak, szarfa zdobyta jest legalnie i szef ma prawo ją nosić.
Przejechał przed nimi furgon wiozący rannych do szpitali. Nadeszła księżna szybkim krokiem wracająca pod bramę. Mijając rycerza przygryzła  w znajomy mu do bólu  sposób dolną wargę i chyba – tak mu się zdawało – nieznacznie odwróciła głowę. Myśli rycerza rzuciły się analizować, czy ten odruch coś znaczył. Spoglądał za nią. Widział jak dosiada białej klaczy, jak król gramoli się na swego rumaka. Wkrótce oboje opuścili port.
Wojownicy uformowali kolumnę w sposób ściśle określony obyczajem wojskowym. W szyku wyszli na Długi Targ.
Zagrały bębny i trąby, zabrzmiał grzmot broni uderzającej miarowo o tarcze.  Słychać było okrzyki tłumu, niektóre pełne takiego uniesienia że niemal dzikie, inne szczerze radosne.
Najpierw jechał rycerz ze Złotej Chorągwi, trzymający pionowo kopię z nabitą na grot głową wilka. Był to zębaty łeb potwora, który bezczelnie nazwał się admirałem Morza Wewnętrznego i gubernatorem wysp. Za rycerzem podążał Weisefort dosiadający białego rumaka. Konie obu mężów były niesamowicie chude, ale i tak miały szczęście. Pozostałe wierzchowce padły co do jednego na lodowcach i teraz cała kolumna wojska szła pieszo. Za seneszalem maszerował jego sztab błyszczący złotymi sznurami na kolczugach i złotem rycerskich ryngrafów. Następnie podążali spieszeni rycerze ze Złotej Chorągwi, każdy na czele swego pocztu Za nimi maszerowała piesza gwardia, dalej, pod przewodnictwem mistrzów, roty wsparcia połyskujące srebrem  błyskawic wyszytych na płaszczach, następnie obsługi machin. Wreszcie szła piechota niosąca wielkie pawęże i długie włócznie. Może skromna ale gorąco witana przez tłumy na Długim Targu i na ulicach, bo w rotach tarczowników służyło najwięcej synów tego miasta. Za armią lądową szli marynarze uszykowani według swojej hierarchii, w której czołowe miejsca przypadały kapitanom i sternikom. Na szarym końcu, po długiej przerwie, już niejako poza obrębem pochodu, człapali taboryci niosący rycerskie bagaże i resztki zapasów.
Van Korrain szedł na prawym skrzydle swej roty, wysunięty przed nią o dwa kroki. Dokładnie tak, jak nakazywał regulamin. Szedł ulicą Długą, z prawej strony mijając chałupy dzielnicy Gnojnej.  Z krzywych trotuarów i zapleśniałych podsieni uśmiechały się do niego szczerbate dziewczyny, które chyba nigdy nie były dziewicami. Następnie mijał zamożniejsze Rybaki. Tłum jeszcze zgęstniał. Dzieci wspinały się na palce, by lepiej ich widzieć. Starzy mieszczanie, przez doświadczenie pozbawieni złudzeń a przez szkorbut zębów, spoglądali z uznaniem spod siwych brwi. Z lewej strony cały czas  pomimo wolnego dnia, rozsnuwała dymy przemysłowa dzielnica zwana Dymarki. Świątek czy piątek, zawsze coś się w Dymarkach paliło.
Z powodu turkusowej szarfy Maciek wzbudzał większe zainteresowanie niż sam Weisefort. Czuł się głupio. „Kto jeszcze o mnie nie słyszał, ten właśnie się dowiaduje – myślał. – Oto idzie ten zawzięty idiota zakochany w żonie następcy tronu, uporczywie odmawiający wypicia antidotum.” Ale szarfy nie zdejmował i nie wszyscy mieli go za idiotę. Widział kciuki uniesione na znak poparcia, zapatrzone dziewczęta, jakaś dama rzuciła  mu pod nogi kosztowny, wyhodowany w cieplarni kwiat. Popularność złagodziła jego gorycz. Dał się porwać pieśni śpiewanej przez wojsko, zahipnotyzować miarowym dudnieniem kroków o bruk. Podobnie jak każdego z wojowników których prowadził, ogarnęło go słodkie uczucie tryumfu.

Pokojowcy zdjęli z ramion króla ciężką szubę. Odebrali z rąk księżnej płaszcz uszyty z pajęczej mory.
-Chodź, córko – rzekł do niej król. – Chodźmy do Sali Map. Musimy porozmawiać.
Nikt nie śmiał pomyśleć, że sędziwy monarcha gramoli się po schodach. On wstępował na nie, stukając kościaną laską.
„Szybciej, stary” – poganiała go w myślach księżna. Niecierpliwił ją powolny marsz, sapanie i stękanie teścia. Prawdę mówiąc, wszystko ją niecierpliwiło.
Król przystanął na podeście schodów.
-Widok floty odświeżył w mojej pamięci czasy, gdy wracałem z Adeiry
i dalszych jeszcze krain – rzekł, gdy już uspokoił oddech. – Biała i Czarna Nike grywały wtedy o mnie w kości. Kiedy o tym myślę, trudno mi odpowiedzieć, która z nich częściej wygrywała. Trzeba by spytać kronikarzy.
-Tym razem Biała wyrzuciła szóstkę – odparła księżna.
-Nieśmiertelne siostry dopiero czynią przygotowania do gry – zaprzeczył król. – Właśnie o tym chcę porozmawiać z tobą przed jutrzejszą radą.
-Tak, dostojny panie – Izolda skinęła głową. – Oczywiście.
Teść, postukując laską, podjął wspinaczkę a potem marsz korytarzem.
W Sali Map usiedli przy stole, którego blat był mapą plastyczną. Król podniósł wzrok na Izoldę i spytał:
-Powiedz kochanie, co jest konieczne do wygrania wojny?
Odpowiedź na pytanie teścia  była oczywista, ale na wszelki wypadek zastanowiła się chwilkę, zanim odparła:
-Pieniądze, ojcze.
-Nieprawda – skierował na nią wyblakłe oczy pod siwymi brwiami i leko się uśmiechnął. – Do wygrania wojny konieczne są bardzo duże pieniądze. To jest spora różnica.
-Nam udała się ta sztuka, chociaż jesteśmy praktycznie bez grosza.
-Druga część twojej wypowiedzi jest prawdziwa. Natomiast pierwsza niestety nie. Myślisz jak wszyscy, że wygraliśmy wojnę. To nieprawda.
-Ależ ojcze, co mówisz – żachnęła się. Przyłożyła palec do mapy. – W tym miejscu Bertulf rozgromił wilków w górach Południowej Marchii. – Przesunęła palec na północ, gdzie jęzory lądu zwane Północnymi Wyspami wysuwały się spod lodowej czapy ograniczającej zamieszkane lądy od północy. – Pan seneszal odzyskał dla ludzi Północne Wyspy.
-Nasz drogi Bertulf odniósł błyskotliwe, lecz zaledwie taktyczne zwycięstwo. W skali operacyjnej prędzej lub później przycisną go do muru.
-Niech on już wraca – wyrwało się Izoldzie.
-Powiedziałaś to szczerze – stwierdził król.
Półmrok już zasnuł komnatę. Ukrył dziwny wyraz jej twarzy, kiedy powiedziała:
-Przecież muszę go kochać.
-Czujesz się z tego powodu poniżona?
-Wprawdzie wyszłam za niego z poczucia obowiązku… Jeśli ma to przysporzyć chwały Królestwu… Jeszcze nie pojmuję sensu tych wróżb.
-Oby nie był taki, jakiego się obawiam.
-Ten… specyfik – wyraz „lubczyk” z jakichś powodów nie chciał jej przejść przez gardło – może nie był wcale potrzebny. Jednym słowem, nie żałuję tego co uczyniłam.
-Tego, co uczyniłaś – powtórzył król z pewnym naciskiem. – Tak, wiem.  – Umilkł,
a w Izoldzie zakiełkował niepokój. Król podszedł do gasnącego okna. – Powinniśmy obejrzeć mapę – rzekł. – Ja już nie widzę po ciemku, oczy mam stare…
-Ja też nie widzę w ciemnościach,  chociaż oczy mam względnie młode.
-Naprawdę? Zapomniałem jak to było w młodości.
-Tata żartuje. W każdym razie, idę po światło.
W ściśle ekranowanej sali magia amuletów nie działała. Być może nie działała tu również magia ezoteryczna, ale co do tego nie można było mieć pewności. Jednym z efektów takiego stanu rzeczy była niemożność korzystania z magicznych kul. Izolda wyszła i po chwili wróciła na czele sług niosących rozpalone kandelabry.
W świetle plastyczna mapa zabłysła barwami. Księżna lubiła oglądać to dzieło sztuki i kartografii. Ciekawiły ją obco brzmiące nazwy królestw o niepewnych granicach zaznaczonych przerywanymi liniami, odległe miasta rzadko rozrzucone wśród białych plam, góry i rzeki których w rzeczywistości może wcale nie ma w tych miejscach, gdzie zechciał je umieścić kartograf. Wśród tych cieni ziemie Królestwa, bogate w szczegóły, ozdobione modelami zamków, rozpierały się pośrodku świata, pomiędzy Wschodem a Zachodem. Izolda zdawała sobie sprawę, że jest to odbicie wiedzy, a raczej niewiedzy, kartografa. „A jednak – myślała – tak powinno być. Taki obraz właściwie oddaje potęgę Królestwa Pól i Ludów Środka.”
Miasto Roze oznaczała na mapie złota wieżyczka. Okręcik wielkości łupiny orzecha kierował się od niej w tę stronę, gdzie w świecie mapy był zachód. Figurki jeźdźców pod wieżą przedstawiały pocztylionów królewskich. Rozwijały się przed nimi kolorowe nitki głównych dróg Królestwa. Czarny Trakt biegł na południowy wschód do Czarnego Zamku. Tu skręcał zdecydowanie na południe, omijał od wschodu Mały Lodowiec i tam przekraczał granicę. W Czarnym Zamku oddzielał się od niego Szary Trakt biegnący wiele mil na wschód, aż  wreszcie grzęznąc i nurzając się  w bagnach za miasteczkiem Skisłe mijał granicę państwa. Zielony Trakt prowadził z Roze na zachód wzdłuż wybrzeża. Błękitny Trakt wiódł na południe mijając  Błękitny Zamek gdzie oddzielał się od niego Czerwony Trakt prowadzący na zachód. Natomiast Błękitny Trakt prowadził wciąż na południe, omijał od zachodu Mały Lodowiec i kończył się na granicy. Biała Droga prowadziła z Roze na północny wschód w zasadzie równolegle do wybrzeża, lecz w sporej odległości od morza nad którym leżały ziemie Zakonu Powroźników. Biała Droga biegła w rodzinne strony Izoldy, obiektywnie straszne, ale opromienione w jej wspomnieniach beztroską dzieciństwa.
Kiedy więc król pochylał się i kaszlał nad mapą, ona siłą wyobraźni uruchomiła posłańca na Białej Drodze. Umieściła go w letnim krajobrazie. Galopował, aż zostawił za sobą kępy wysokich drzew i wjechał w krainę porośniętą lichą trawą, urozmaiconą fioletowym makiem i żółtym dębikiem.  Czasem w osłoniętych od wichru dolinkach mijał karłowate wierzby ścielące się po ziemi. Gdyby jechał zimą widziałby tylko nieskalaną poduchę śniegu w której lemingi ryją swoje korytarze. Wreszcie posłaniec stanął w Szarym Zamku, jedynie kilkadziesiąt mil od czoła lodowej pustyni. Dalej w mroźnym piekle tundry i lodowca walczą o przetrwanie jasnowłose plemiona Skaerlingów, których szamani służący mrocznym bogom posiadają wielką moc. Za ich obozami są już tylko pustkowia i siedziby demonów mrozu. W tej przerażającej okolicy, w zamku Vejonis, Izolda spędziła dzieciństwo. Ponieważ wspomnienia rodzinnego domu już nieco wyblakły, więc myśli Izoldy bawiły tam krótko. Spojrzała na mapę, uruchamiając jeźdźca na Czarnym Trakcie. Posłała go tam, gdzie chciało podążyć jej serce. Posłaniec wyobraźni porzucił bity trakt w Czarnym Zamku i pogalopował na przełaj przez coraz wyższe wzgórza. Wkrótce spotkał Mały Lodowiec, dzikie góry i wojnę. Spotkał Bertulfa jadącego doliną Szczerby. Izolda wyobraziła sobie szczelinę w skałach jakby wyrąbaną przez demony, tak głęboką, że słońce nigdy nie zagląda na jej dno. Mimo to kolczuga jej męża błyszczy niby srebro, to Biała Nike opromienia go chwałą zwycięzcy. Jeźdźcy za nim niosą nabite na włócznie głowy potworów…
Często pogrążała się w marzeniach tego wieczoru. Do rzeczywistości przywrócił ją głos teścia:
-Spójrz na mapę – król dotknął palcami czarnych płaszczyzn i jadowicie czerwonych plam. – Widzisz, co nasi wrogowie knują?
Czerń oznaczająca posiadłości wilków rozlewała się na  prawym skraju mapy za wschodnimi królestwami. Od północy ograniczała ją biel lodowca. Wysuwały się z niej dwie macki. Północna właśnie została odrąbana, południową Bertulf też nieźle przypiekł.
-Zamierzali nas okrążyć. – Izolda przesunęła dłonią po czarnych klinach.
-Nadal zamierzają. A teraz przyjrzyj się dziewczyno tej cholernej czerwieni.
-Słoneczni. Wredni, kompletnie odjechani, ale cóż oni… Mają oderwane enklawy, Tombur na zachodzie, większość na południowym wschodzie, od Pontu… Och zaraza, jeśli się przyjrzeć widać jakąś równoległość z wilkami… – Izolda przygryzła wargę, pokręciła głową – Jak tamci, słoneczni też celują w Mały Lodowiec tyle, że od południa, potem mogą go obejść południowym skrajem, połączyć się z komarmem Tomburem i ciach, odciąć nas od Zachodu.
-Bystra jesteś. Niektórzy radni przez dziesiątki lat oglądają tę mapę. Widzą, jak czerń sięga coraz dalej na zachód i myślisz, że wyciągają jakieś wnioski? Ale skądże! Po każdej wygranej potyczce tryumfalnie ogłaszają koniec i chcą zniesienia podatku wojennego. Wyobraź sobie co się będzie działo, kiedy rano zażądam podwyżki tego podatku. Musisz mnie poprzeć z całej siły.
-Ojcze, zawsze możesz liczyć na mój głos.
-To za mało. Musisz użyć również swoich wpływów. – Widząc, że Izolda chce coś powiedzieć, przerwał jej gestem ręki. – Szkoda czasu na krygowanie się i skromność. Masz wpływy. Twój stryjek, Aleksander Vejonis, głosuje tak jak ty. To zrozumiałe. Pan Tytus Abena popiera cię ze względu na córkę. Pani Eliabel nie wiem dlaczego, może przez kobiecą solidarność. Ale jutro pewnie się zbuntują. Żądanie zwiększenia daniny wojennej, i to akurat w chwili tryumfu, mogą uznać za nadmierną łapczywość dynastii. Iza, porozmawiaj z nimi. Przekonaj ich – mówił tak gwałtownie, że brakło mu tchu. – Złamaliśmy ledwie forpoczty wilków. Teraz czeka nas, a raczej was bo ja nie będę już żył, ich główne uderzenie. – Znowu uciszył ją gestem ręki. – Nie ma czasu na kurtuazję. W moim wieku dni życia są policzone. – Pochylił się nad mapą. – To coś więcej niż równoległość działań. To wyraźne współdziałanie wilków i słonecznych.
Izolda skoro już spostrzegła jak czerwone enklawy słonecznych układają się w klin pełznący o Morza Pontyjskiego na północny zachód do Otwartego Morza, w poprzek kontynentu, niemal trzęsła się z niepokoju. Ale jeszcze próbowała nie wierzyć.
-Tombur – rzekł król. – Zastanawiająca koordynacja  działań, prawda? Wyobraź sobie, co się stanie jeśli on wspomoże wilków swoją kawalerią?
-Nieprawdopodobne – żachnęła się. – Słoneczni są ludźmi. Nie sprzymierzą się
z wilkami przeciw własnemu gatunkowi.
-Pierwszy Czarnoksiężnik tak właśnie uczynił.
-Jeden pomylony psychopata na kilkanaście stuleci, który w dodatku marnie skończył. To się nie liczy.
-Tombura również nazywają Czarnoksiężnikiem. Zastanawiałaś się może, dlaczego ktoś tak wybitny objął władzę w małej, oddalonej od centrum enklawie, nie wyróżniającej się niczym prócz tego, że jest wysunięta najdalej na zachód?
-Ktoś musiał przejąć schedę po Klaudiuszu, skoro on zajmuje się już tylko rozniecaniem śnieżyc. A dlaczego Tombur? Pewnie zagrażał innym ważniakom, więc się go pozbyli.
-W takim razie, dlaczego wciąż podsyłają mu ludzi i sprzęt? Ja uważam sojusz słonecznych z wilkami za pewny. – Spojrzał jej w oczy. – Wtedy niechybnie nadejdzie moment, kiedy zostaniesz sama. Rozumiesz, co chcę powiedzieć.
„Kiedy Bertulf zginie. Jak starość zmienia ludzi! On cały świat widzi w grobie”.
-Jesteś podobna do Joany, o której śpiewają: Piękna jak noc Joana, Stalowym Kwiatem zwana…
-Ona była brunetką. Z charakteru też nie jestem do niej podobna ani trochę. O nie.
-O tak – rzekł król. – Wróżbici oczywiście manipulują przepowiedniami, mimo to
w ostatecznym rozrachunku przeważnie dobrze wyczuwają fale czasu. Sens przepowiedni, sens waszego małżeństwa widzę w tym, że wybrano odpowiednią osobę do zakończenia spraw Królestwa. Jeśli spełnią się moje koszmary, będziesz ostatnią królową.
-Ależ ojcze…-  Izoldzie zabrakło słów.
-Chcę, aby to miało odpowiedni styl. Abyś z hukiem zatrzasnęła wieko. Nie musisz przysięgać, tylko, proszę, obiecaj mi.
„Sklerotyk. Dziad nad grobem” – pomyślała, ale czuła, jakby mrówki maszerowały po jej ciele, od kostek nóg aż na policzki.
-Obiecaj.
-Przecież to się nie stanie.
-Obiecaj mi.
-Przysięgam, tato.
-Dziękuję. Widzę, że jesteś wzburzona. Trudno. Lepiej żebyś zawczasu się przyzwyczajała.
-Mogę odejść? Idę potrenować, mam ochotę wybić komuś zęby.
Na ofiarę wybrała twardego przeciwnika. Nie wołała swego giermka Pauli ani Esi, nie poszła do salki treningowej w pałacu. Poszła do koszar gwardii gdzie zmusiła instruktora szermierki aby z nią walczył. Stanął naprzeciw ze znudzoną miną, drewniany miecz trzymał niby kwiatek który zamierza podarować damie, ziewnął następnie ostentacyjnie wgapił się w jej biust.  Zanim się ocknął i połapał jak głupie jest jego zachowanie, wbiła mu sztych miecza w dołek, gdy go sparaliżowało uderzyła po palcach aż upuścił broń, następnie łamiąc rycerskie zasady (przecież nie była rycerzem) rąbnęła go w golenie więc upadł rycząc z bólu i wściekłości. Przeczołgał się, podniósł broń, chwiejnie ale na serio stanął do walki. Gdyby zderzające się kije mogły jak stal krzesać iskry, hala stanęłaby w ogniu. Dokoła zgromadził się tłumek gwardzistów. Wreszcie, kiedy poobijani, zlani potem, stanęli po kolejnej paradzie naprzeciw siebie z uniesioną bronią, Izolda rzuciła miecz na posadzkę.
-Poddaję się. Mam kompletnie dosyć.
-Dziękuję – powiedział instruktor. – Dziękuję, że tak to pani zakończyła.
Żegnana brawami opuściła pomieszczenia zwane dormitorium gwardii.