Powrót z gwiazd

Moja subiektywna opinia o „Powrocie z gwiazd” Stanisława Lema, napisana w dobie pandemii koronawirusa.

Wpływ pandemii na niniejszy tekst jest dwojaki.

Po pierwsze, nie mam w domu wymienionej książki. Aby coś przenikliwego, mądrego, dowcipnego albo choć na jakim takim poziomie o niej napisać, powinienem ją jeszcze raz przeczytać. Czytałem ją dawno, nawet bardzo dawno i nie pamiętam szczegółów wystarczająco dobrze. A wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach. Ale biblioteka jest zamknięta, a ja od tak dawna myślę o napisaniu tej recenzji, że, trudno się mówi, napiszę ją wreszcie, mimo wszystko.

Po drugie, pomysł aby cała ludzkość dała się potulnie okaleczyć (bo betryzacja to ewidentnie ciężkie okaleczenie) wydał mi się zbyt fantastyczny nawet jak na fantastykę. I właśnie dzięki covid 19 wymyśliłem, jak można by przeprowadzić betryzację.  Mianowicie, należałoby wmówić ludzkości  okropną globalną epidemię – dla mediów to nic trudnego, wmawiają ludziom nie takie rzeczy – wymyślić rzekomą szczepionkę i wszystkich zaszczepić, a w rzeczywistości zbetryzować. I już. Potem można się nawet przyznać, potulna ludzkość przecież się nie zbuntuje.

Teraz do rzeczy, czyli do „Powrotu z gwiazd”. Głównym motywem powieści jest wrastanie astronauty Hala Bregga w nowe dla niego społeczeństwo Ziemi, na której nie było go aż 127 lat. Najważniejszą cechą nowego społeczeństwa jest „betryzacja”. Nikt zbetryzowany nie może nawet wyobrazić sobie aktu szeroko rozumianej „krzywdy”. Krzywda nie musi być wynikiem złych intencji. Przykładowo, hokej wymarł, bo podczas meczu można niechcący oberwać kijem. Jest to przemoc zadana bez złych intencji, mimo to niewyobrażalna dla zbetryzowanych ludzi. Zatem, dotychczasowa tradycja i kultura lądują na śmietniku. Zdecydowana większość dzieł napisanych przed betryzacją podlega kasacji. „Tragedie tatrzańskie”, „Iliada”, „Odysea”, „Hamlet”, „W pustyni i w puszczy”, „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, „Biblia”, „Madonna sleepingu”, „Cyd”, „Inwazja Marsjan”, „Koran”, „Tomek na wojennej ścieżce”, „Mitologia grecka”, „Tristan i Izolda”, „Romeo i Julia” i tak dalej, bez końca.  Z filmów to nie ocalałaby nawet „Pszczółka Maja”. Wszystko won, wszędzie się zabijają lub próbują zabić, czasami torturują  albo ulegają wypadkom. Znikają choćby wzmianki o  kulturach  Papuasów i Dajaków – to łowcy głów przecież, znika cała krwiożercza kultura Azteków, znikają Fenicjanie do spółki z Kartaginą (ofiary dla Molocha), znika Rzym (gladiatorzy, wojny, krzyżowanie). Znikają niemal wszystkie religie – może buddyzm zostaje, nie wiem, nie znam się na buddyzmie. Ale i w nim są jakieś krwiożercze demony. Z historii Europy pozostają zaledwie strzępy. W ogóle, cała historia świata od pradziejów aż do momentu betryzacji, ulega wymazaniu.  Nikt nie wie, kto to Hitler. I bardzo dobrze. Ale nikt nie wie również, kim był, na przykład, święty Maksymilian Kolbe. Święty Franciszek też pozostaje nieznany. Wprawdzie on był łagodny, muchy by nie skrzywdził, ale chrześcijanin. A w chrześcijaństwie jest to całe biczowanie, krzyżowanie… Błłeee. Reasumując, ludzie zbetryzowani są odcięci od dorobku pokoleń w dziedzinie kultury, nie znają  tradycji i historii, nie rozumieją  dawnych bohaterów, nie znają Boga ani nawet pogańskich bogów. Po prostu, ci ludzie to jakieś pożałowania godne, hedonistyczne kukły.

Zbetryzowany świat to tyrania. Ktoś musiał ludzkość zbetryzować. Nie obeszło się przy tym bez przemocy. Nawet gdyby wmówić większości, że to niewinne szczepienia, to pozostaje nieufna mniejszość, która zawsze i wszędzie wietrzy spiski. Na pewno byłby zbrojny opór, demonstracje itp. Zresztą, w powieści są wzmianki o tym oporze. Ci od betryzacji musieliby łamać opór siłą, więc nie mogliby być zbetryzowani. Na pewno zakładano by, że zbetryzują się jako ostatni. Lecz kto by ich do tego zmusił, skoro jak Ziemia długa i szeroka, tylko oni potrafili zmuszać? Mogliby robić co chcą, a że natura ludzka jest jaka jest, to chcieliby robić sporo przeróżnych świństw. A ich ofiary mogłyby tylko skomleć i się podporządkować. Garstka nie zbetryzowanych zagarnęłaby nieuchronnie władzę nad światem. I tak zapewne się stało, Lem nie wspomina o żadnych wyborach, parlamentach czy samorządach. Jakaś władza musi być, lecz jest utajona, więc mafijna i tyrańska.

W świecie „Powrotu z gwiazd” trzeba zdawać trudne egzaminy, żeby uzyskać zezwolenie na posiadanie dzieci. Obecnie ludzie choć nie muszą zdawać egzaminów, choć się ich zachęca do posiadania dzieci na przykład za pomocą 500+, to i tak potomstwa mieć nie chcą. W każdym razie, w krajach bogatych. Nie ma podstaw by sądzić, że taka postawa zmieni się w przyszłości. Należy zatem przypuszczać, że w Europie oraz w wielu regionach poza naszym kontynentem,  prawie nikt nie przystąpi do egzaminu. Może znajdą się chętni do zdawania egzaminu z rodzicielstwa w krajach biednych? Lecz wydaje się, że w przyszłości biedy już nie ma, wszyscy żyją znacznie wygodniej, niż my teraz.  Jeśli jednak znajdzie się w przyszłości biedny kraj, to u biedaków oświata leży, więc większość zdających obleje. Zresztą, jak zbetryzowana kobieta może myśleć o dzieciach, skoro żaden robot nie zmusi dziecka, by się odpowiednio ułożyło. A dopuszczenie możliwości cesarskiego cięcia pogrąży ją w otchłani negatywnych odczuć nie do wytrzymania. Ludzkość wymiera. Lem o tym nie pisze, ale tak właśnie jest w świecie „Powrotu z gwiazd”. Świadczy o tym fakt, że ani razu nie ma mowy o dzieciach. Nie biegają, nie krzyczą, nie kupują lodów, Bregg Hal ich po prostu nie widzi, bo ich nie ma. Lem jako doskonały pisarz wyczuł, że dzieci nie pasują do obrazu świata, jaki stworzył.

Miłość a także seks to musi być w zbetryzowanej przyszłości coś naprawdę zabawnego. Bregg Hal kocha się z Eri względnie normalnie. No ale, Hal jest normalny z naszego punktu widzenia, zaś Eri jest czarująca, nieco uległa i delikatna. Motywowana uczuciem, potrafi nawet przełamać betryzacyjne ograniczenia, gdy ratuje Hala przed samobójstwem. W sumie, „normalna” para, całkiem sympatyczna. Ale gdy wyobrażę sobie „trójkąt” zbetryzowanych istot…

-Przepraszam, ta naga pani leżąca z panem w moim łóżku, to moja żona. Czy byłby pan uprzejmy z niej zejść?

-Oczywiście, jednak dopiero za jakieś dziesięć, może piętnaście minut, kiedy skończę. Czuję, że to już nie potrwa długo.

-No cóż, chętnie bym panu coś zrobił, ale że sama myśl o tym wywołuje u mnie skrajnie przykre odczucia, więc proszę sobie nie przeszkadzać. Poczekam, obejrzę wiadomości w TV…

Jednym słowem, masakra. Można ewentualnie odczytać przesłanie „Powrotu z gwiazd” jako ostrzeżenie przed eksperymentami społecznymi, lecz ja takiej intencji u autora nie wyczuwam. Hal Bregg czasami się zżyma na zastane porządki. Podobnie jego kumpel astronauta, Olaf. Lecz to bardzo słaby sprzeciw, dotyczący nielicznych sytuacji. Obaj wyraźnie akceptują ten koszmarny, okaleczony świat. Nasuwa to podejrzenie, że autor również go akceptuje. A ja nie. Moim zdaniem jest to okropna antyutopia, coś przerażającego, inwazja ludożerczych Marsjan to przy tym pikuś.