Spryciarz z Londynu

Terry Pratchett kojarzy się, chyba nie tylko mnie, z cyklem fantasy „Świat Dysku” i może jeszcze z cyklem science fiction „Trylogia Nomów”,  chociaż, przyznaję się bez bicia, tego drugiego cyklu nie czytałem. Spodziewałem się więc, że „Spryciarz z Londynu”  też ma coś wspólnego z fantastyką. Jednak myliłem się.  „Spryciarz z Londynu” to mieszanka romansu i kryminału osadzona w realiach dziewiętnastowiecznego Londynu. To realistyczna opowieść o nastoletnim Dodgerze, chłopcu ze slumsów który nie zna swych rodziców. A co najmniej równorzędnym bohaterem tej powieści jest Londyn z  połowy XIX wieku. Zbieracze do których należy Dodger, penetrują kanały by zbierać pieniądze oraz wszelkie wartościowe rzeczy, które wpadły tam przez studzienki kanalizacyjne. Pewnej nocy Dodger ratuje z łap bandziorów młodą kobietę, która wskutek szoku zapomniała (lub tak udaje) swego imienia. Wobec tego, wybrano dla niej zastępcze imię Symplicja. Od tego momentu życie Dodgera radykalnie się odmienia. Walczy, zawiera znajomości w coraz wyższych sferach, broni Symplicji i choć zawodowi mordercy sieją grozę, uchodzi cało spod ich noży.
Ze sprawnością zawodową morderców jest kiepsko – choć się starają, wszystko partaczą.  Naprawdę dziwię się Ostremu Bobowi, że choć jego życie zależało od powodzenia akcji przeciw Dodgerowi i Symplicji,  działał tak umiarkowanie, łagodnie, a nie jak człowiek naprawdę zły i przebiegły. Mógł wysłać kilku zbirów by schwytali Dodgera i torturami wymusili na nim zeznanie, gdzie ukrywa się Syplicja. I byłoby po Dodgerze. Lecz wtedy skończyłaby się opowieść. Dlatego właśnie autor każe Ostremu Bobowi wysłać do akcji jednego, samotnego nożownika, który zamiast dźgnąć chłopaka w plecy gada i puszy się wystarczająco długo, by go Dodger załatwił.
Podobnie nielogicznie jest skonstruowana postać Salomona. To jubiler wyznania mojżeszowego, u którego Dodger mieszka, który jest dla chłopaka mentorem i autorytetem. Jedyny powód dla którego Salomon kwateruje w slumsach jest taki, by miał kto młodzieńca uczyć manier, czytania i pisania oraz zasad higieny. Innego powodu dla którego Salomon mieszka w najpodlejszej dzielnicy, autor nie przedstawia. A dziwna to zaiste kwatera dla mistrza w rzemiośle jubilerskim, dla mędrca o którym anegdoty opowiada król Szwecji, o którym słyszała królowa Wiktoria, którego zna Beniamin Disraeli  (późniejszy premier tak wybitny, że ma notkę w każdej encyklopedii).
A dlaczego koło powozu złoczyńców okropnie zgrzyta, choć, jak się okaże, dokuczliwą usterkę można usunąć jednym ruchem łomu? Dlaczego więc tak zgrzyta? Ano dlatego, by Dodger mógł go słyszeć kiedy trzeba.
Sztuczności wprowadzonych jedynie po to, by akcja jakoś się kleiła, jest wiele. W „Świecie Dysku” który cały jest sztuczny, takie sztuczności mnie nie raziły. Ale w powieści mniej więcej realistycznej, są rażące jak na mój gust. Lubię bowiem solidną robotę. Nawet jeśli powieść napisana jest lekkim stylem, to autor nie powinien lekko traktować logiki.
Autor naszpikował powieść znanymi postaciami. Oprócz wymienionego już Disraeli jest Karol Dickens, wspomina się o panu Babbage (którego zwą ojcem informatyki) są też inni.  Jest nawet Sweeney Todd, demoniczny golibroda ze znanego filmu. Moim zdaniem nie wyszło to powieści na dobre, gdyż jeszcze pogłębia wrażenie sztuczności, albowiem w życiu nie jest tak, że co się człowiek ruszy, to spotyka sławne osoby.
Polska to taki dziwny kraj, który przeważnie jest, ale czasami go nie ma. Salomon, Żyd Wieczny Tułacz, kupił w Polsce pastę do butów. To dziwne, bo Salomon, mądry gość, powinien był spostrzec, że Polska jest akurat w fazie nieistnienia.
Trudno wyczuć, kiedy dokładnie rozgrywa się akcja powieści, gdyż autor niezbyt dba o chronologię. Ale sam podaje, że jest to pierwsza ćwiartka panowania królowej Wiktorii. Przyjmując połowę ćwiartki, otrzymujemy mniej więcej rok 1850. O tej dacie świadczą również pewne inne fakty, np. (jak podaje autor) okładka „Puncha” autorstwa Tenniela. W takim razie, od bitwy pod Talaverą minęło czterdzieści jeden lat. Doprawdy, Sweeny Todd miał bardzo wiele czasu na zwariowanie. To tak, jakby w Warszawie fryzjer zaczął mordować ludzi w 1985 roku, wskutek ciężkich przeżyć w Powstaniu Warszawskim. Może możliwe, ale to na tej zasadzie, że nawet ogórek kiedyś zaśpiewa, choć z woli nieba prawdopodobnie nie może i to o żadnej porze.
Mąż Symplicji to syn księcia jednego z niemieckich państewek. Jeżeli rząd brytyjski nie odda Symplicji mężowi, grozi wybuch wojny, której wszyscy się obawiają. Ale z kim ta wojna? Rzesza niemiecka wtedy nie istniała, albowiem Pierwsza Rzesza skończyła się w 1806 roku, a Druga Rzesza powstała w roku 1871. Zatem, Imperium Brytyjskie, największe imperium jakie widział świat, obawiało się wojny z niemieckim księstewkiem. Nie sposób traktować tego poważnie. To wykracza poza ramy logiki i choćby nie wiem jak naciągniętego realizmu.
Wielodniowy, mocno nieświeży trup topielicy przechowywany w kanale, miał odgrywać świeże zwłoki zasztyletowanej księżniczki. Na taki pomysł wpadł Dodger. A przecież angielski dodger to polski cwaniak. Sądząc po absurdalnym pomyśle, raczej głupek.
I tak dalej, i tak dalej. Absurdów oraz bzdur w jakich wikła się akcja, jest w powieści wiele. Wyszukiwanie ich może być dość zabawne.

Obraz miasta pełni w powieści bardzo ważną rolę, Londyn jest jej drugim bohaterem. Żałosne położenie klas niższych opisane jest na podstawie źródeł z epoki – tak twierdzi autor w „Podziękowaniach, wpadkach i wymówkach” na końcu książki. Jednocześnie twierdzi, że trochę to położenie podkolorował, bo w rzeczywistości było jeszcze gorzej. W takim razie Londyn, wówczas najbogatsze miasto świata, było czymś na kształt obozu koncentracyjnego, było gorsze niż slumsy Kalkuty w których działała Matka Teresa, było gnojówką śmierdzącą odchodami, a zdemoralizowana ludność trudniła się żebractwem, złodziejstwem, prostytucją, brodzeniem w ściekach, oszustwami i morderstwami. Niby kwiatki na oborniku, kwitły na tej mierzwie ekskluzywne dzielnice nielicznych ludzi zamożnych. Ten apokaliptyczny – i sugestywny – obraz zaczął budzić we mnie wątpliwości. Nareszcie zorientowałem się, że autor jako standard dla całego miasta przedstawił obraz dzielnicy lumpów. Nie ma w powieści nawet wzmianki o zasadniczej, najliczniejszej grupie londyńczyków – o pracownikach najemnych zatrudnionych w fabrykach które stanowiły o potędze Imperium, w porcie, na kolei, w hurtowniach, dokach, stoczniach i niezliczonych małych firmach. Tak że, niestety lub na szczęście,  obraz miasta jest przejaskrawiony aż do zafałszowania.

Reasumując, jeśli ktoś lubi charakterystyczne dla Pratchetta żarty i sploty dziwnych wydarzeń, to się ubawi podczas lektury. Jeśli ktoś oczekuje czegoś więcej, to się wynudzi. Według mnie, powieść jest błaha, schematyczna, akcja nieprawdopodobna, bohaterowie wydumani, razem wziąwszy, szkoda czasu.