Maska

Zbiór opowiadań Stanisława Lema pod tytułem „Maska” przeszedł z upływem lat gruntowną metamorfozę. Mianowicie:

 „Maska” wydana w 1977 r. przez Wydawnictwo Literackie, zawiera następujące teksty:
Maska
Profesor A. Dońnda Ze wspomnień Ijona Tichego
Edukacja Cyfrania
Wierny robot widowisko TV
Wyprawa profesora Tarantogi widowisko TV
Dziwny gość profesora Tarantogi widowisko TV

„Maska”. wydana w 2010 r. przez wydawnictwo Agora, zawiera trzynaście opowiadań,  za wyjątkiem tytułowego całkiem innych niż w starszym wydaniu. Najlepszym z nich, według mnie, jest tytułowa
Maska. Historię opowiada maszyna katowska, stworzona aby doścignąć, osaczyć i zabić skazańca, który naraził się królowi.  Maszyna obdarzona jest inteligencją, samoświadomością, uczuciami identycznymi jak ludzkie, z tą jedynie różnicą, że musi zabić gdyż tak jest zaprogramowana. Tu właśnie pojawia się konflikt bo jako świadoma istota chce być wolna,  a program ją ogranicza. Maszyna jest płci żeńskiej, początkowo ucharakteryzowana na piękną dziewczynę. Zgroza, prawda? Podrywasz dziewczynę, a z niej wyłania się stalowy potwór i wbija ci żądło. Ten obraz może być alegorią niejednego związku. Szczęściem stan na dziś jest taki, że sztuczna inteligencja – w angielskim skrócie AI – to ściema. Sterowanie procesami technologicznymi w fabrykach, rozpoznawanie twarzy, głosu i pisma, systemy eksperckie – wszystko to nie ma z prawdziwą inteligencją nic wspólnego, wszystko to jest zaliczane do AI na siłę, żeby zapełnić pustkę.  Oglądałem kiedyś w TV eksperta od AI. Pokazywał japońskie sztuczne pingwiny, którym dzieci ubierały kubraczki.  Specjaliści od AI ogłaszają terminy gdy coś takiego powstanie, a gdy termin mija i nic, ogłaszają następny termin. Mam nie tylko nadzieję, lecz nawet przekonanie, że nie dopną swego. Nie chcę AI z wielu powodów. Ale w utworach Lema występuje ona masowo. Sporą część tekstu Maski zajmują dociekania machiny czym lub kim jest oraz czy jest dostatecznie wolna, aby sprzeciwić się swemu przeznaczeniu i nie zabić ściganego człowieka. Te rozmyślania wciągają – byłem ciekawy, jak się to skończy. Zabije, nie zabije? Ale tego nie zdradzę.
Szczur w labiryncie. Dwaj koledzy na wycieczce wpadają w labirynt, dziwne miejsce gdzie zdrowy rozsądek zawodzi, a wszelkie próby ustalenia co właściwie jest grane, spełzają na niczym.
Inwazja. Coś spada na Ziemię i to w dużych ilościach. Gruszkowate, dziwne obiekty leżą sobie i kompletnie nic nie robią prócz tego, że denerwują ludzi. Ignorują nawet ciosy zadane bronią atomową. Podobnie jak w poprzednim opowiadaniu, nie wiadomo, co jest grane.
Przyjaciel. Super inteligentny komputer chce zostać panem Wszechświata. Ale jego niedoczekanie. Szatański plan zawodzi. Omawiałem już dość szczegółowo to opowiadanie, gdyż jest pomieszczone również w innym zbiorze. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema jest tak, że grupuje się je raz tak, raz siak, coś doda, coś ujmie, da nowy tytuł i już mamy nową pozycję.
Inwazja z Aldebarana. Śmieszna historyjka o tym, jak pijany Franciszek Jołas rozgromił najeźdźców z Aldebarana, używając wyrwanego z ziemi drogowskazu. Rano wszelkie ślady po kosmitach rozszabrowali mieszkańcy pobliskich Mycisk. Bardzo mi się to opowiadanko podobało i nadal podoba. W liceum troszkę, odrobinkę go splagiatowałem,  gdy pani od polskiego zadała na klasówce temat „Co widział księżyc pewnej majowej nocy”.
Ciemność i pleśń. Jeszcze jedna wersja końca świata. Omawiałem już dość szczegółowo to opowiadanie, gdyż jest pomieszczone również w innym zbiorze – w Ciemności i pleśni, wydanym przez Wydawnictwo Literackie w 1988 roku. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema wydawnictwa postępują w ten sposób, że grupują utwory raz tak, raz siak, coś dodają, coś ujmą, wymyślą nowy tytuł i już serwują nam kolejną pozycję mistrza.
Młot. Astronauta bierze udział w eksperymentalnym locie. Innych ludzi nie ma na pokładzie rakiety.  Za towarzysza ma  uduchowiony komputer,  z którym prowadzi rozmowy aż nazbyt ciekawe. Albowiem maszynie tak się one spodobały, tak ją zaciekawiły, że zmieniła kurs z powrotnego na prowadzący w głąb kosmosu, by móc bez końca dyskutować. Gdy astronauta zorientował się co jest grane, rozprawił się z maszyną przy pomocy młotka.
Formuła Lymphatera. Lympater prowadzący badania nad sztuczną inteligencją, wpada na koncepcję umysłu czerpiącego wszelkie wiadomości bezpośrednio od cząstek elementarnych które przenoszą informację, więc trzeba ją tylko umiejętnie wyłuskać, żeby pozyskiwać wszelką mądrość oraz wiedzę. Lympater  realizuje swój pomysł lecz skutek wcale go nie cieszy. Koncept z uzyskiwaniem informacji, wykorzystany w opowiadaniu, jest podobny do sposobu, w jaki Trurl z Klapaucjuszem pokonali zbója Gębona w Cyberiadzie.
Pamiętnik. Monolog przemądrzałej nad istoty. W swych rozważaniach istota owa ujawnia motywy, dla których tworzy światy. Mianowicie, będąc doskonałością (w każdym razie ona tak uważa), pragnąć może tylko niedoskonałości oraz niewiedzy, dlatego tworzy spartaczone światy o których chce wiedzieć mniej niż by mogła.  Świetne opowiadanie, podszyte ironią.
Prawda. Naukowcy podczas analizy mikroskopowych obrazów plazmy, odkrywają kształtujące się w niej zaczątki życia  zbudowanego nie z białka, tylko właśnie z plazmy. Badania kończą się katastrofą. Według mnie, dość sztampowe i raczej nudne.
Sto trzydzieści siedem sekund. Kolejne opowiadanie które już omawiałem, gdyż jest pomieszczone w zbiorze Ciemność i pleśń. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema lecz również innych poczytnych pisarzy jest tak, że grupuje się utwory raz tak, raz siak, coś doda, coś ujmie, zmieni tytuł i już mamy nową pozycję.
Zagadka. Dysputa dwóch robotów – zakonników o tym, czy możliwe jest inteligentne życie oparte na białku, czy też głoszenie takiej teorii oznacza herezję. Przedziwny koncept robotów – zakonników już był wykorzystany przez Lema w opowiadaniu pod tytułem Podróż dwudziesta pierwsza, zamieszczonym w Dziennikach gwiazdowych.
Materac. W przyszłości, gdy techniki wirtualnej rzeczywistości osiągają doskonałość, może pojawić się wątpliwość, czy jesteśmy w wirtualnej, czy w prawdziwej rzeczywistości.  Bohater ma właśnie taką wątpliwość, gdyż nie zgadza mu się kolor materaca na wystawie. Jak sprawdzić, gdzie jest? Okazuje się – nie ma sposobu. Koszmar, prawda?

Opowiadania zebrane w tomie „Maska” są bardzo zróżnicowane. Nierówne, rzekłbym. Jedne słabe „Przyjaciel”, „Prawda”, „Ciemność i pleśń”, inne takie sobie, jeszcze inne świetne – „Maska”, „Pamiętnik”, „Inwazja z Aldebarana”. Oczywiście jest to moja subiektywna ocena. Jeśli ktoś ma inny gust, to co innego mu się nie spodoba. Ale coś powinno mu się spodobać.

Świat króla Artura Maladie

Przeczytałem wszystkie tomy opowieści o wiedźminie Geralcie. Wprawdzie nie przeczytałem od deski do deski, ale zapoznałem się z trylogią husycką. Widziałem na półce biblioteki lub księgarni, przekartkowałem,  znam z recenzji wiele innych dzieł Andrzeja Sapkowskiego. Znam poważnych facetów w wieku średnim grających w Wiedźmin 3: Dziki Gon, znam osoby które oglądały film i serial o wiedźminie  (choć ani jednej, której by się film podobał). Ale jakoś aż do teraz, umknęło mojej uwadze podwójne dziełko Świat króla Artura. Maladie. Książka została wydana dawno, dawno temu – w roku 2001. Ale dla mnie jest nowa – nigdy wcześniej jej nie czytałem. Rzuciłem się na tę pozycję niby tygrys na dziką świnię, albowiem temat mnie interesuje. Z tytułu można sądzić, że pierwsza część, o micie arturiańskim, zawiera panoramę świata w którym działał uwznioślony legendą, ale istniejący w realu Artur. Druga część to opowiadanie o miłości drugoplanowych postaci romansu Tristan i Izolda. Opowieść o Tristanie i Izoldzie od dawna mnie – to wyświechtane i pretensjonalne słówko lecz pasuje więc go użyję – fascynuje. Można przeczytać na tym blogu fragment mojej powieści Wiek żelaza. Jest tam Izolda, lubczyk i zakazana miłość. Tak nawiasem mówiąc, o nieudanej i kosztownej próbie wydania tej powieści napiszę za kilka dni. Natomiast mit o królu Arturze wydaje mi się wyeksploatowany, bo co i rusz w TV leci film w którym jakiś młodzian wyciąga miecz ze skały. Sztuczny mit, bo rycerze okrągłego stołu brylują w błyszczących płytowych zbrojach, a wieże zamków sięgają nieba. Tymczasem wiadomo, że w czasach gdy żył realny Artur, takich zbroi i zamków nie było. Ale właśnie świat w którym żył i działał realny król Artur, bardzo mnie interesuje. Jest to epoka schyłkowa, przejściowa, osnuta baśniami, kiedy o niej myślę, wydaje mi się dawniejsza niż wojna peloponeska, o której mamy dokładniejsze informacje. Lubię takie mroczne epizody, gdy główny nurt historii skręcał gdzie indziej, a dawna  potęga upadała i nikt tego porządnie nie opisał, bo niewielu to obchodziło. Co się działo w Babilonie od śmierci Aleksandra Macedońskiego do całkowitego  opuszczenia miasta? Co się działo w średniowiecznych Atenach? Co się działo w Rzymie, w tych stuleciach, gdy jego ludność malała od miliona do dziesięciu tysięcy? Co się działo w Brytanii gdy po opuszczeniu jej przez legiony w całkowity niebyt odchodzili Rzymianie a i z Celtów niewiele zostało? Historycy twierdzą, że właśnie w tej schyłkowej epoce działał król Artur. A właśnie, dlaczego imperium opuściło wyspę? Każdy rząd chce mieć jak najwięcej prowincji, ponieważ pieniądze płyną z nich do centrali. Wygląda na to, że z Brytanią było odwrotnie, jej obrona i administracja kosztowała więcej, niż wynosił przychód z wyspy. Ciekawe dlaczego, co się tam działo? Niestety, w książce jest bardzo skąpy opis świata w którym żył i działał Artur, czyli Brytanii w VI wieku. Najwięcej miejsca autor poświęcił dziejom chrystianizacji Brytanii i Irlandii. Opisuje działalność misjonarzy, zwłaszcza świętych Patryka i Kolombana. Z ich działalności wysnuwa przypuszczenie, że Artur mógł być chrześcijaninem. Ale według mnie to nie tak, Artur musiał być chrześcijaninem. Święty Patryk na wiek przed Arturem nawracał Irlandczyków, Kolomban nawracał Szkotów. Reszty Brytanii nie trzeba było nawracać, była nawrócona jak całe Imperium, pod którego władzą pozostawała do początków IV wieku. Nie słychać, by po wycofaniu legionów doszło do rzezi chrześcijańskich duchownych i burzenia kościołów. Przeciwnie, Gildas Mędrzec pisze o pogańskich kultach jako o czymś dawno minionym.  Może, jak twierdzi autor, druidzi kryli się jeszcze w niedostępnych zakamarkach. Cóż z tego, skoro główny nurt to chrześcijaństwo. Brytania delegowała emisariuszy na kontynent na synody, miała swych biskupów, przeorów i świętych. Artur na pewno był chrześcijaninem. Autorowi to nie odpowiada, ponieważ wywodzi mit Artura z pogańskiej mitologii celtyckiej. Wykazuje się przy tym podziwu godną wiedzą, niesłychaną  erudycją. Myślę, że przeciętny Celt mniej wiedział o swojej mitologii od pana Andrzeja Sapkowskiego. Tak więc, książka skupia się na rozwoju mitu od celtyckich początków do jego pełnego ukształtowania w średniowieczu. Przedstawia, jak mit służył kolejnym celom politycznym. Takie cele stawiała sobie również wersja kościelna, opracowana przez zakonników. Służyła ona do ustanowienia wzorca idealnego, chrześcijańskiego rycerza. Autor podkreśla, że takiego idealnego rycerza nie było. Pojęcie „cnoty rycerskie” wzięło się nie z rzeczywistości, lecz z kościelnej wersji mitu arturiańskiego. Jeśli pojawili się  idealni rycerze, to dlatego, ze naśladowali opracowaną przez Kościół legendę. Ja się z tym zgadzam, nie rozumiem jednak, dlaczego autorowi taka dydaktyka jakby się nie podobała, dlaczego autor obdarza kościelnych redaktorów mianem „zgorzkniałych cysterskich skrybów” i wyraźnie ich nie lubi. Lubi natomiast pogańskich Celtów. Sympatia autora jest po stronie pogan a przy okazji i heretyckich katarów, vel albigensów. Antypatią obdarza Kościół. Jego sprawa, ale gdy twierdzi, że legat papieski rozkazał po zdobyciu katarskiej twierdzy „zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich” to coś mi tu nie pasuje, bo to samo podaje się przy opisie zdobycia Jerozolimy przez krzyżowców. Albigensi uważali, że Szatan stworzył świat materialny więc należy go zniszczyć, aby uwolnić uwięziony w materii boski pierwiastek duchowy, a największe zło to przyjście na świat dziecka. A gdyby ta doktryna opanowała na wieki całą Francję? Francja to mocarstwo atomowe. Ciekaw jestem, jak wyglądałby świat, gdyby prezydent mocarstwa atomowego uważał, że ten świat należy zniszczyć? Fanem starych celtyckich wierzeń też nie jestem. Mam wrażenie, że autor idealizuje je, podobnie jak cały celtycki świat. Podobno władzę u Celtów sprawował zawsze najgodniejszy. Może, ale z reguły najgodniejszy był syn zmarłego króla – u Celtów istniały dynastie.  Składanie ofiar z ludzi przez palenie żywcem w wiklinowych koszach nie podoba mi się. Spółkowanie młodego króla z białą kobyłą uważam za godne nagany dręczenie zwierząt. Doszukiwanie się zaś wszędzie Wielkiej, Potrójnej, Białej Bogini uważam za przesadę. Podobno celtycka wersja imienia Ginewra oznacza białą zjawę a Ginewr było aż trzy, więc nawiązanie jest oczywiste… Biedny Artur, mnie aż ciarki przechodzą gdy wyobrażam sobie, że zostaję sam na sam w ciemnej sypialni z Białą Zjawą. Pomimo wymienionych ciekawostek omówienie mitologii celtyckiej które zajmuje sporo miejsca, jest, moim zdaniem, śmiertelnie nudne.

Reasumując:
Czego innego się spodziewałem, co innego dostałem. Ale to oczywiście nie jest wina autora lecz moja, przecież mogłem przeczytać omówienia, zanim wziąłem się za studiowanie księgi.
Z ideologią dzieła promującego – mam takie silne wrażenie – kulty inne niż chrześcijaństwo, się nie zgadzam.
Całość tekstu uważam za erudycyjną, zręcznie napisaną, lecz śmiertelnie nudną.

Drugą część, Maladie, omówię przy następnej okazji.