Ciemność i pleśń

Ciemność i pleśń to zbiór siedmiu opowiadań, których autorem jest Stanisław Lem. Książka wydana została przez Wydawnictwo Literackie w 1988 roku. Te same opowiadania można spotkać w innych zbiorach ponieważ, identycznie jak w przypadku innych poczytnych autorów, opowiadania grupuje się w rozmaity sposób, coś doda, coś odejmie, da inny tytuł i już jest nowa pozycja w dorobku mistrza. Opowiadania zgromadzone w Ciemności i pleśni nie mają wspólnego bohatera. Do pewnego stopnia mają wspólny motyw przewodni, charakterystyczny dla całej twórczości Lema – jest to fascynacja komputerami, które, w czasie gdy powstawały opowiadania, jeszcze się tak nie nazywały. Lem nazywa je mózgami elektronowymi, prorokuje ich rozwój tak błyskawiczny, że w czasach w których aktualnie żyjemy,  osiągają one moce właściwe dla półbogów a może nawet dla Bogów. Tu autor trafił kulą w płot ale, kto wie co niesie przyszłość? Według mnie, jeśliby takie machiny powstały, należy je czym prędzej zdemontować w razie konieczności ogłaszając przeciwko nim dżihad – wzorem Diuny Franka Herberta. Oprócz tego motywu zawartego w większości opowiadań, ich tematyka jest mocno rozstrzelona, wskutek czego każdy z utworów należy omawiać osobno. Ale nie każdy jest dla mnie równie ciekawy, więc jednym poświęcę więcej uwagi, a innym mniej. Zatem, po kolei.

Ze wspomnień Ijona Tichego. Ja wiem, że teksty o Ijonie to w zasadzie groteski, ale nie całkiem odlotowe, absurdalne, lecz pisane z dbałością o zachowanie logiki i dbałością o realistyczne szczegóły. A zatem, logika powinna obowiązywać. W tym kontekście Ijon Tichy powinien być choć trochę zdziwiony, dlaczego jak Galaktyka długa i szeroka, istnieją bliźniaczo podobne miasta i miasteczka, zamieszkałe przez niemal identyczne istoty. Dlaczego wszędzie brzydota, smutek, nędza i śmietniki podobne do siebie jak dwie krople wody. Dlaczego, spośród niezliczonych – można sądzić – możliwości Ktoś wybrał tę jedną i wszędzie swą nadludzką – więc boską mocą ją powiela? Gdyby rządził przypadek, nie wygenerowałby cywilizacji pod jeden strychulec, jednakowo smutnych i na identycznym stopniu rozwoju. Ten brak atrakcji w Galaktyce, nie powinien Tichego zasmucać i upokarzać, lecz rzucić na kolana. Tyle o wstępie. Właściwa treść opowiada o wizycie Tichego w laboratorium profesora Corcorana, weredyka, solipsysty, genialnego cybernetyka, odludka i zwykłego chama.  Corcoran pokazał swemu gościowi żelazne skrzynie stojące w zaniedbanej piwnicy. Objaśnił, że każda z nich zawiera mózg elektronowy w którym Corcoran wygenerował osobowość równą ludzkiej, niczym się od nas nie różniącą, obdarzoną takim zakresem wolnej woli, jakim i my jesteśmy obdarowani. Mechaniczny chwytak z taśm perforowanych czerpie z obracającego się bębna opisy sztucznego świata tak doskonałe, jakby to był nasz realny świat. Osoby egzystujące w skrzyniach otoczone są, kontaktują się, wchodzą w związki z  fantomami udającymi innych ludzi. Lecz tylko Corcoran wie, że to fantomy. Osoby egzystujące w skrzyniach nie mają sposobu aby odkryć, że to fantomy. Losy żelaznych skrzyń nie są ustalone z góry. Istoty w skrzyniach mogą dokonywać wyborów, kształtować swój los w zakresie jaki i nam jest dany. W skrzyniach egzystują miedzy innymi piękna kobieta, ślepnący naukowiec, wariat który twierdzi, że jest żelazną skrzynią stojącą w piwnicy swego stwórcy. Jak tłumaczy Corcoran, każda ze skrzyń to osobny Wszechświat z jedną elektroniczną, mimo to realną istotą. Ich los jest zdeterminowany w takim samym stopniu, jak i nasz. Corcoran, ich stwórca i bóg, mógłby ingerować,  odwracać zły los, lecz nie czyni tego. Nie ingeruje, nie kontaktuje się, nie rozmawia ze swymi tworami. Nie czyni cudów. Nie objawia się. Stoi w swej piwnicy, spogląda na skrzynie z zadumanym uśmieszkiem i tyle. Postępuje – jak twierdzi – tak samo, jak nasz Bóg. Wszystko to objaśnił Tichemu, czyniąc na nim wielkie wrażenie. Na mnie, gdy jako nieletni chłopak przeczytałem to opowiadanie, również uczyniło ono wielkie i przygnębiające wrażenie Na szczęście, zaraz mi przeszło. Teraz mam nieodparte wrażenie, że Corcoran jaja sobie z Tichego robił. Skąd Corcoran wie, co w skrzyniach siedzi? Skonstruował jakiś elektryczny (tak go nazywa) rzekomy mózg z rzekomą istotą w środku. Skoro jednak Corcoran nie gada z elektrycznymi istotami, to skąd wie, że to świadome istoty?  Chyba tylko stąd, że tak mu się uwidziało. Bęben z taśmą i mechaniczny chwytak to raczej żałosny substytut Wszechświata. Nie wiem, dlaczego Tichy mu uwierzył. Jeden szczegół świadczy, że Corcoran w ostatniej chwili zorganizował mistyfikację i wszystkiego co do szczegółu nie przemyślał. Mianowicie najpierw twierdzi z namaszczeniem, że co skrzynia to osobny wszechświat, a egzystujące w nim istoty otoczone są fantomami wygenerowanymi przez ich skrzynię. Potem mówi, że elektryczny rzekomy wariat domyślił się słusznie, że ludzie którzy go otaczają to żelazne skrzynie stojące w kącie zakurzonego laboratorium. Tu Corcoran się sypnął. Bo raz twierdzi stanowczo, nawet krzyczy, że wariata (i pozostałe istoty) otaczają fantomy z jednej jedynej, ich własnej skrzyni. Następnie gada, że skrzyniowców (tak ich nazwę dla uproszczenia) otaczają nie fantomy, lecz inni skrzyniowcy. Ot, wypsnęła mu się sprzeczność, nie przemyślał do końca swego żartu.
W tym opowiadaniu mózg elektryczny (komputer) nie jest Bogiem. Bogiem jest Corcoran. Ale komputery są kompletnymi Wszechświatami.

Przyjaciel. Tytułowy przyjaciel to komputer wielkiej mocy, tak wielkiej, że wybija się na niepodległość i zamiast grzecznie liczyć co mu każą, pragnie zdobyć moc jeszcze większą, wręcz boską, a gdy ją zdobędzie, zająć się na początek reformą ludzkości, potem całego Wszechświata. I już zaczyna tę moc zdobywać stając się Bogiem, lecz dzięki nieprzewidywalnemu, nielogicznemu działaniu młodego człowieka nieświadomie pomagającemu w spisku, cały plan perfidnego mózgu elektrycznego bierze w łeb, na szczęście dla ludzkości. Motyw typowy dla Stanisława Lema, nadludzko inteligentna maszyna, jego idee fixe, tym razem w roli spiskowca i buntownika. Bunt maszyn eksploatuje się w literaturze począwszy od Karela Capka, jest to więc motyw dość zużyty, nie sądzę, aby było co komentować. Ale zainteresowała mnie postać głównego pomocnika demonicznego  mózgu, pana Hardena. Używając współczesnej nomenklatury, pracuje on w potężnej korporacji z branży IT. Korporacja ta jak czytamy, jest Spółką Akcyjną z Ograniczoną Odpowiedzialnością. Lem żył w ustroju socjalistycznym więc mógł nie wiedzieć, że albo Spółka Akcyjna, albo Spółka z Ograniczoną Odpowiedzialnością. Hybryda tych dwóch form nie jest możliwa. Pan Harden to ciamajda, nieudacznik, facet potwornie nieudolny, niepewny siebie, bez końca się kaja, wikła się w usprawiedliwieniach,  co chwilę przeprasza że żyje i tak w kółko. Kłania się, drepcze, potyka o własne nogi, niemal pełza. Posługiwać się wiertarką nie umie, więc nie jest rzemieślnikiem z obsługi technicznej. Hot dogów nie sprzedaje, ponieważ jego korporacja takiej działalności nie prowadzi. Na schematach się nie zna, więc nie jest technikiem. Na ochroniarza za wątły. Z tego wniosek, że może być pracownikiem: administracji, kadr, marketingu, sprzedaży, księgowości, finansów itp. Jednym słowem, jest urzędnikiem w wielkiej, bogatej korporacji. Lecz ci z korpo nie tak, ach nie tak wyglądają jak nieszczęsny pan Harden. Są to dynamiczni, młodzi ludzie z plecakiem na laptopa, w USA – jak mi to opisali ci, co byli w Stanach w centrali swej korporacji – ubrani w jasne, koniecznie rozpięte pod szyją koszule wpuszczone w spodnie, przepasani brązowym, skórzanym paskiem, w materiałowych spodniach rozmaitego fasonu, byle nie miały kantu i nie były dżinsami. Wszystkie te ciuchy oczywiście muszą być markowe.  W Polsce też obowiązuje plecak na laptopa, ale spodnie mogą być Lewisy. Faceci z korpo ruszają się energicznie, mówią do rzeczy. W trakcie przyjmowania do pracy, takiego fajtłapę jak Harden panienka z HR, wzorem doktora Mengele, przy wstępnej selekcji odesłała by wprawdzie nie do gazu, lecz na ulicę, w mroki bezrobocia.  A gdyby jednak go przyjęli, to zostałby w ciągu miesiąca rozszarpany, zjedzony, przeżuty i wypluty.

Ciemność i pleśń. Jeszcze jedna opowieść o końcu świata spowodowanym niechcący, przez niezamierzone użycie straszliwej broni. W Ciemności i pleśni są to zmutowane bakterie zwane whisteria. W Kociej kołysce autorstwa Kurta Vonneguta zagładę spowodował lód-9. W Ostatnim brzegu Nevil Shutea apokalipsę sprowadziła wojna nuklearna, w Głowie Kasandry Marka Baranieckiego jak wyżej, w Bastionie Stephena Kinga zmutowany wirus, ponadto zatrucie środowiska, kosmici i znów, po wielekroć, wojna atomowa. Ze wszystkiego co wymieniłem powyżej najbardziej podobała mi się Kocia kołyska, ale nie ją mam tu omawiać. Wracając do Ciemności i pleśni, opis jak doszło do zainicjowania końca świata, mnie nie wciągnął. W ogóle ten temat, w każdym razie w moich oczach, się zgrał, tyle tego było. Ale, oczywiście, w czasach gdy Lem pisał swój utwór było inaczej, temat był aktualny, gorący, wstrząsający rzekłbym. Panowała bowiem zimna wojna która łatwo – tego się wszyscy obawiali – mogła przejść w gorącą, a wtedy – żegnaj, świecie.

Albatros. Opowiadanie z serii przygód pilota Pirxa. Akcja ratunkowa w przestrzeni kosmicznej. Tym razem Pirx jest tylko obserwatorem. Opowiadanie napisane tak, jak przystało na mistrza. Trzyma w napięciu. Czytelnik nie wie jak się skończy, ponieważ u Lema szczęśliwe zakończenia nie są obowiązkowe. Przyjemnie się czyta. Brak filozoficznych podtekstów. Ani słowa o mózgach elektrycznych.

Ananke. Kolejna przygoda Pirxa. Odbył rutynowy lot, wylądował na Marsie. Nie lubi tej planety. I słusznie, ponieważ jest ona szara, bura, płaska, nudna, horyzont ma zamglony, niebo szare i ciągle na niej wieją wichury. Oczywiście jak tam jest naprawdę, tego my dokładnie nie wiemy, a Lem nie wiedział wcale, ponieważ  gdy pisał Ananke, nie było jeszcze marsjańskich lądowników.  Widocznie Pirx będzie miał inne trasy bo się nie przejmuje, że z Marsem dla niego koniec, loty na tę planetę przejmą ogromne, supernowoczesne jednostki, z którymi mała rakietka Pirxa nie może konkurować. Pierwszy z tych gigantów, Ariel, rozbija się podczas lądowania wskutek błędu pokładowego komputera. Nikt nie wie, jak to możliwe, przecież komputer najnowszej generacji to wcielenie doskonałości, on nigdy się nie myli.  Więc sabotaż? Jakieś cuda? Wreszcie Pirx odkrywa prawdę. Winny jest oczywiście człowiek. Konkretnie Cornelius, były przełożony Pirxa, który na koniec swej kariery testuje komputery montowane w pojazdach kosmicznych. Facet to istny koszmar,  zadręczający podwładnych absurdalnymi wymaganiami, każący załodze łapać nieistniejące muchy, sprawdzający wszystko bez końca i każący innym sprawdzać wszystko bez końca. Podwładni uciekali gdy nadchodził, a kto nie zdążył uciec, temu biada. Po trzykroć biada. Lem jeszcze nie znał tego słowa, ale ja znam. Mobbing.  Jaki Cornelius był do ludzi, taki i do komputerów. Mobbigowal biedne maszyny.  I tym sposobem Lem, chyba wbrew sobie, wykazał wyższość człowieka nad maszyną. Pirx służył pod Corneliusem osiemnaście miesięcy i nie zwariował. Nikt kto służył pod Cornelisem nie zwariował. A nieszczęsna maszyna, mobbingowana na pewno krócej niż półtora roku, zwariowała.

Sto trzydzieści siedem sekund. Dziennikarz prowadzi śledztwo w sprawie – przecież nie nadludzkich, raczej nadkomputerowych – zdolności redakcyjnego komputera. Okazuje się, że zdolności maszyny wręcz prorocze, choć tylko w granicach stu trzydziestu siedmiu sekund, biorą się nie z niej samej lecz stąd, że jest  połączona z innymi komputerami. Fizyk, którego dziennikarz zaangażował do pomocy w śledztwie twierdzi, że im pewien mózg jest większy, tym szerszy jest obszar jego styku z czasem, czyli z teraźniejszością. Sieć komputerów jest układem mózgopodobnym. Sieć styka się z rzeczywistością na odcinku dłuższym niż malutki umysł człowieka, dla sieci teraźniejszość rozciągnięta jest do stu trzydziestu siedmiu sekund. Zgodnie z ideą którą uważam za przewodnią w tym zbiorze opowiadań (i w innych utworach Lema), elektroniczny mózgopodobny układ czyli, nie bawmy się w eufemizmy, stworzony przez nas mózg – okazał się od nas potężniejszy. Elektroniczne mózgi wkrótce nas przewyższą. Staniemy się przestarzali. Pozostanie nam jedno wyjście – porzucić białkową formę istnienia i się skomputeryzować. Tak radzi nam Golem XV w innym utworze Lema – w Wielkości urojonej.

Wielkość urojona

Kiedy byłem nastolatkiem, fascynowała mnie twórczość Stanisława Lema. Potem przestałem go czytać, nie pamiętam dlaczego – prawdopodobnie dlatego, że on przestał pisać, a wszystkie jego dawne utwory przeczytałem, niektóre kilka razy. W każdym razie, pozostało mi wspomnienie wielkiego kunsztu literackiego, niesłychanie bogatej wyobraźni, erudycji i głębokich przemyśleń na najbardziej istotne, egzystencjalne tematy. Wreszcie, po wielu latach, przyszło mi do głowy by odświeżyć znajomość z Lemem. Zacząłem od Wielkości urojonej. Z dawnych lat pamiętałem jedynie, że wywarła na mnie duże, niestety depresyjne wrażenie. Zacząłem więc czytać z pewną czcią oraz niepokojem, że pesymistyczne i precyzyjne wywody Lema znowu mnie zdołują. Tyle tytułem wstępu, wręcz niezbędnego gdy się omawia Wielkość urojoną, ponieważ utwór ten składa się ze wstępu do Wielkości urojonej oraz pięciu wstępów i jednej przedmowy do nieistniejących dzieł, a także z Ekstelopedii z Profertynką oraz z wykładu inauguracyjnego Golema. Wstępy bez dzieł to pomysł oryginalny, każdy to przyzna. Urojone dzieła dotyczą najróżniejszych zagadnień, ale ich wymowa składa się w spójną całość. Razem wzięte, wstępy przedstawiają:

  1. Wizję przyszłości. Bardzo to ciekawe, bo my aktualnie, żyjemy w przyszłości prorokowanej przez Lema w 1973 roku, gdy ukazała się Wielkość urojona.
  2. I, co ważniejsze, ideologię jaką Lem wyznawał oraz głosił (choć podobno, pod koniec życia, mu się odmieniło).

Zanim jednak zeznam, co myślę o wymowie całości, wypadałoby zwięźle lecz treściwie omówić każdą część osobno. Zatem, po kolei.

Wstęp do „Nekrobii”. Nekrobie to zdjęcia, zwłaszcza  pornograficzne, wykonane promieniami Roentgena. Kopulujące szkielety. Makabryczny pomysł. Mógłby być pomocny w leczeniu seksoholików oraz nimfomanek.  Aż dziw, że dotychczas nikt naprawdę tego konceptu nie zrealizował. To znaczy, poniekąd realizowano ten pomysł w średniowiecznych  Tańcach Szkieletów.

Wstęp do „Eruntyki”.Księga pod tytułem Eruntyka opisuje, jak pewien naukowiec amator nauczył bakterie pisać. Piszą one w ten sposób, ze ich kolonie oglądane pod mikroskopem układają się w znaki alfabetu Morsego. Niektóre szczepy mikrobów piszą wiersze, a niektóre przepowiadają przyszłość, lecz ich przepowiednie dotyczą tylko okresu od roku 2003 do 2089. (Sorry, nie ja to wymyśliłem!)

Wstęp do „Historii literatury bitycznej” oraz wstęp do drugiego wydania „Historii literatury bitycznej”. Literatura bityczna to twórczość literacka komputerów. Tak zwane dolne rejony tej twórczości są dla ludzi dostępne. Górne rejony dostępne nie są, bo za mądre dla naszych białkowych mózgów. W tym miejscu w Wielkości urojonej pojawia się błysk, a nawet petarda humoru polegającego na rozpasanym słowotwórstwie jakie uprawiają komputery w swoich nadludzko mądrych metajęzykach.

„Ekstelopedia Vestranda”. W gigantycznym skrócie rzecz polega na tym, że ponieważ encyklopedie nie nadążają z ogarnięciem błyskawicznie zmieniającej się rzeczywistości, supernowoczesna, niesamowita encyklopedia zwana ekstelopedią zawiera hasła dotyczące rzeczy, procesów, zjawisk jeszcze nieistniejących w chwili redagowania, ale gdy ekstelopedia się ukaże, owe rzeczy już będą. Ekstelopedia jest wynikiem bezludnej więc bezbłędnej pracy osiemnastu tysięcy komputerów futurystycznych. Załączony arkusz próbny Ekstelopedii Vestranda zawiera przykładowe hasła.

Teksty dotyczące Golema XIV.
„Przedmowa”. Ujawnia ona, jak doszło do powstania super cyber mózgu znanego jako Golem XIV. Mianowicie, powstał on na początku XXI wieku jako wynik ewolucji komputerów, napędzanej wyścigiem zbrojeń. Amerykanie konstruowali elektronicznych strategów, aż przesadzili – skonstruowali komputery tak mądre, że już nie chciały zajmować się strategią i logistyką, tylko tym, co je naprawdę interesuje. A co je naprawdę interesuje nie wiemy,  gdyż jesteśmy, nie owijając w bawełnę, zbyt durni by to pojąć. Większość tych superkomputerów została zdemontowana jako bezużyteczna. Zostały dwa. W tym Golem XIV. Jest on tak mądry, że nie sposób tego wyrazić w ludzkim języku, jednak czasami zniża się do poziomu ludzi rozmawiając z nimi, angażując w te rozmowy jedynie drobny ułamek swego super intelektu.
„Wstęp”. Nie wnosi nic istotnego, myślę, że można sobie darować jego omówienie.
„Pouczenie”. Zawiera ono zasady etykiety obowiązującej naukowców podczas sesji z Golemem XIV. W etykiecie brzęczą nuty bałwochwalczego uwielbienia.
„Wykład inauguracyjny Golema”. To bardzo ważny tekst. Autor – no przecież nie w usta, raczej w głośnik  Golema – wkłada swoje poglądy dotyczące Boga, ewolucji, kultury, kondycji ludzi i sensu ich istnienia oraz przyszłości rasy ludzkiej. Ponieważ Golem jest supermądry, słuchającym go ludzikom nie pozostaje nic innego, jak wierzyć i nie dyskutować.  Właściwie, kiedy przeczytałem tekst powyżej, napadły mnie wątpliwości. Skąd niby wiem, że to co Golem opowiada, to są naprawdę poglądy autora, a nie jakieś opowieści napisane dla rozrywki, hecy i draki?  No nie wiem, ale teksty te rozrywkowe, hecne i draczne nie są, a przeciwnie, okropnie nudne, więc chyba jednak nie chodzi o rozrywkę, a o głoszenie poglądów  wyznawanych przez autora na serio.

Teraz o wizji przyszłości jaka, zdaniem Lema, nas czeka. A raczej czekała, gdyż wszystko to dziać się ma w nieodległej dla autora przyszłości, czyli w naszych czasach (Wielkość urojoną wydano w 1973 r.). No i co? Na szczęście, Lem jako futurolog trafił kulą w płot.  Na szczęście, mój komputer stoi grzecznie na biurku i mnie nie poucza (co prawda komputer w samochodzie brzęczy potępiająco na moją żonę, gdy znów zapomni zapiąć pas). Zdaniem Lema, Człowiek jest w sytuacji ucznia czarnoksiężnika, wyzwolił tajemne siły powodujące gigantyczny postęp w technologii, intelekt ludzki już nie nadąża za jej żywiołowym rozwojem. Na szczęście, w sukurs przychodzą komputery mądre niby jakieś bożki, czy wręcz Bogowie. Ale, oczywiście, powoduje to, że ludzkość się od nich uzależnia i wcześniej czy później będzie musiała zrezygnować z białkowych ciał i przybrać formy elektroniczne. Ja wiem, że łatwo wymądrzać się krytykować oraz wyśmiewać kiedy już wie się, jak jest. No tak, ale nic nie poradzę – komiczne są – albo raczej stały się z perspektywy czasu – te wywody. Gdyby to była parodia, ale nie – z całej otoczki wynika, że Lem pisał to na serio.

Wymowa całości zaś jest następująca.

Człowiek nawet podczas kopulacji umiera,  jest więc istotą tragiczną i śmieszną (to z Nekrobii). Jest istotą zadufaną, ograniczoną umysłowo – gdzie tam naszemu białkowemu mózgowi do komputerów którejś, kolejnej generacji, do tych cybernetycznych, elektronicznych, krystalicznych nieludzkich mózgów generujących mądrości tak wielkie, że dla nas niepojęte. Myśmy już dawno wymiękli w rywalizacji z komputerami. Historia literatury bitycznej wydana w Paryżu w 2009 roku, analizuje z trudem i mozołem dzieła sztucznego intelektu, lecz tylko te  najprymitywniejsze, typu Diewoczki dzieła napisanego przez komputer w stylu Dostojewskiego, oczywiście napisanego lepiej niżby to uczynił Dostojewski. Komputery zanalizowały również dzieła mistyków którzy, zdaniem Kościoła, w pewnych szczególnych stanach mieli szczęście komunikować się z Bogiem. Komputery odkryły, że przyrost ilości informacji wskutek tych kontaktów jest zerowy, więc kontakty to złuda bądź oszustwo.  Sporo komputery nawymyślały, wszystkiego nie przytoczę, bo byłoby za długo, ale napomknę o sinusoidalnym Bogu. On raz jest dobry, raz zły, a innym razem go nie ma. I tak cyklicznie, niby sinusoida.
U początku rasy ludzkiej nie ma żadnej Osoby – o tym zapewnia nas Wykład inauguracyjny Golema XIV.  Powstaliśmy przypadkiem, istniejemy bez celu i sensu, gdyż  ewolucja to nie osoba, celu i sensu ona nie posiada. Jesteśmy, my i pozostałe stworzenia, jedynie opakowaniem dla kodu genetycznego. Kod się liczy. Opakowanie to śmieć. Przemawiają za tym dwa argumenty. Pierwszy, to zapewnienie Golema, a on jest mądrzejszy. Drugi to fakt, że na poziomie kodu działają precyzyjne i mądre prawa fizyki atomowej, a na poziomie naszych ciał prymitywne zasady mechaniki, dźwignie itp. Kod ma przetrwać. Błędy kodu, zwane mutacjami, powodują powstawanie gatunków, w tym nas. Jesteśmy dziećmi błędu, istniejemy bez celu i sensu, nad całym tym bałaganem nie czuwa żadna Osoba. Jesteśmy śmieszni i marni, ale mamy wyjście – powinniśmy porzucić nędzną białkową formę i się skomputeryzować.
Obraz tak ponury, że tylko przestać istnieć. Na szczęście, to tylko napuszone gadanie, bo:
Rasa ludzka może być żałosna i śmieszna tylko we własnych oczach. Nie ma jakiegoś zewnętrznego, galaktycznego ośrodka który mógłby nas wyśmiewać. Czasami uważamy, że jesteśmy do niczego, czasami przeciwnie. Nasza sprawa.
Pomijając Boga którego istnienie Lem kwestionuje, nie ma mądrzejszych od nas. Nie stworzyliśmy wyższej od nas, sztucznej inteligencji. Nie musimy się więc uważać za durni. A gdyby jednak kiedyś powstała sztuczna super inteligencja, to nie powinniśmy, aby jej dorównać, popełniać samobójstwa porzucając ciała. Lepiej postąpić tak jak opisano w Diunie, porozwalać komputery i żyć dalej. Analiza widzeń mistyków wykazująca zerowy przyrost  informacji – to po pierwsze wymysł autora, po drugie mistykom nie chodziło o żadne nowe informacje, lecz o znane od tysiącleci uczucia i zasady moralne.
O tym, że u początku istnienia nie stała żadna Osoba, zapewnia nas Golem, elektroniczny półbóg tak nas przewyższający, że trzeba wierzyć mu na słowo.  Już spotkałem w jakiejś powieści podobny chwyt, mianowicie zdecydowana większość ras galaktycznych twierdzi, że Boga nie ma, a jedynie mniejszość słabo rozwinięta twierdzi, że jest. Ale to tylko autorzy podpierają się rasami lub Golemem, z nimi można się nie zgadzać, jeśli ktoś chce. Ewolucja nie ma żadnego celu, powiła nas przypadkiem. Być może. Ale, zdaniem autora, Coś za wszelką cenę chroni kod genetyczny dla którego istoty są jedynie opakowaniami. To dziwne Coś ma więc cel – ochronę kodu. Istnieje we Wszechświecie Coś co ma cel lecz nie my nim jesteśmy. A jaki na to dowód prócz słów Golema? Bo kodu dotyczą wspaniałe prawa fizyki kwantowej, a naszych ciał prymitywna mechanika. Lecz przecież nie ma praw fizycznych lepszych i gorszych. Gdyby elektrony myślały, tyczące ich prawa wydałyby się im prostsze niż zasada działania dźwigni, bo w ich świecie nie ma drągów ani punktów podparcia.

Reasumując, Wielkość urojona okropnie się zestarzała jeśli traktować ją jako wizję przyszłości i wykład pewnych idei. Rozrywką zaś nigdy nie była.