część IX

Pochwała z ust pięknej kobiety ucieszyła Gustawa. Może Helena nie była zbyt mądra, ale jaka śliczna! Wąchał jej perfumy, rejestrował każde przypadkowe zetknięcie się ich ciał i jeszcze do tego podziwiał wspaniały wystrój wnętrz.
-Nie wiem, czy zauważyłeś, że łazimy w kółko? – odezwała się Helena – Dzięki temu nasz pałac wydaje się większy i zyskał miano Labiryntu.
-Faktycznie, w tej sali już byliśmy – odparł Gustaw.
-W tej akurat nie. Ale to już koniec obowiązkowej wycieczki.
Orszak wszedł z korytarza do komnaty o podłodze ze szkła, pod którym pływały bajkowe, kolorowe ryby w kształcie igieł, motyli, latawców albo rozczapierzonych dłoni. Stamtąd weszli już prosto do sali bankietowej.
To dopiero był szok. Cudzoziemscy goście rozejrzeli się bezradnie. Nie było tu podkowy stołu zastawionego jadłem i napojami, ław  po jego bokach, u szczytu foteli o wysokich oparciach. Zamiast normalnego umeblowania stały tu donice z egzotycznymi roślinami tworzącymi jakby małe zagajniki. Pomiędzy nimi kryły się stoliki otoczone fikuśnymi krzesełkami. Potrawy zgromadzono w ogromnych ilościach na niziutkim stole przysuniętym do ściany na wprost wejścia. Piętrzyły się tam białe talerze ułożone na kształt baszt. Na stojaczkach czekały łyżki uszykowane niby wojsko do parady. Czekały też srebrne walce beczułek zaopatrzonych w kraniki do nalewania trunków.
Lecz nigdzie nie było służby
-Samoobsługa! – rzekł Zeila, rad z wrażenia. – Ta sala jest produktem naszej demokracji. Nie mamy jednego stołu, gdyż u nas nie może być mniej lub bardziej zaszczytnych miejsc przy stole. Albowiem hasło nasze brzmi: „równość, wolność, braterstwo”. Każdy obywatel może tu przyjść… – uśmiechnął się – w teorii. A my – zwrócił się do Olgi i Gustawa – chodźmy do stolika w kącie za palmą, gdzie będziemy mogli spokojnie negocjować. Ale po drodze weźmy coś z bufetu.
Napełnili swoje talerze sałatką, dziwnymi warzywami, położyli kilka plastrów wędlin.
-Pozwól kochana, że pomogę ci wybrać – rzekła Helena.
Położyła na talerzu Olgi dziwnego, morskiego stwora.
-Poco mu aż tyle nóg? – spytała zaniepokojona Olga.
-Odłamuje się po kolei i wysysa.
Olga zzieleniała. Wyglądała, jakby miała zemdleć.
Usiedli przy stoliku w kącie za palmą.
-Kochanie, czy mogłabyś zająć się panami setnikami? – zwrócił się Zeila do małżonki. – Oni wydają się zagubieni. Utknęli przy baryłkach z trunkami i nie wiedzą, co dalej.
-Jasne – zgodziła się Helena. Udała, że dzióbie ze swego talerzyka  mieszankę zieleniny. – Wiecie, zazdroszczę wam dalekiej podróży. Tak bym chciała wyrwać się w świat z domowej niewoli, rozwinąć skrzydła, odpocząć trochę od męża, dzieci… No nie, zagalopowałam się – zachichotała. – Dzieci nie mam, ale Luiza powtarza tak ciągle w tym serialu, co go wystawiają trzy razy na tydzień w amfiteatrze, więc się osłuchałam i mi się powiedziało. Wiecie, uwielbiam seriale. Co tydzień grają nowy odcinek w amfiteatrze, a ja żadnego nie opuszczę. – Wypatrzyła w sałatce kawałek czosnku, wydłubała go i wyrzuciła na posadzkę. – Fuj! No mówiąc prawdę, opuszczałam z przymusu podczas tej wojny, bo, wyobraź sobie Olga to okropne nieporozumienie, Mateusz mnie zmobilizował.
-Pewnie chciał, żebyś słuchała jego rozkazów – odparła Olga.
-Myślisz, że on taki zboczeniec? – Helena trzepnęła męża dłonią w ramię. – Mówiąc prawdę, urządził tak nie tylko mnie ale i niektóre inne dziewczyny też. Bo ja – wypięła dumnie biust widoczny w dekolcie – pochodzę z wojennego rodu, chociaż w naszej ukochanej demokracji nie należy się tym chwalić, oczywiście w czasie pokoju. Podczas wojny sami ci przypomną. Jest takie okropne prawo jeszcze z czasów królestwa. W każdym razie, zazdroszczę wam. Odpłyniecie hen, za morza, zobaczycie cudny Ofir…
-Może zobaczę, może nie – rzekł Gustaw, nie spuszczając oczu z dekoltu Heleny. – Jeszcze nawet nie zaczęliśmy negocjacji
-Och, w takim razie zaczynajcie  – westchnęła smutno Helena. – To takie nudne, ciągle te negocjacje. Wy jesteście czwarci, z tymi poprzednimi trzema Mateusz wciąż negocjuje, wyobraźcie sobie. Mówił mi, że z jednymi już prawie skończył.
-Aż tak się posunęły negocjacje? – spytał Gustaw.
-Aż tak – rzekła Helena. – Oni są gotowi ryzykować za niewielką stawkę,  byle  tylko zobaczyć Ofir. Babcia opowiadała mi bajki z tysiąca i jednej nocy o cesarzu Janie, który przebierał się za podróżnego i wędrował nocą po mieście… Tam jest cudnie – ożywiła się. – Tam szemrzą palmy w oazach i szumią w nich źródełka.  Albo odwrotnie, palmy szumią, źródła szemrzą, dokładnie nie pamiętam. Tam dziewczęta całymi dniami zajmują się opalaniem…
-Zabrzmiało to dość podejrzanie – zaniepokoił się Gustaw. – Co lub kogo one opalają?
-Siebie. Całymi dniami leżą na krawędzi szmaragdowych fal, w promieniach gorącego słońca, a delikatna, morska piana pieści ich stopy.  Ubrane są w strój toples, który polega na samych majteczkach.
-Naprawdę? – Gustaw upił łyk wina z pucharu. – U nas niestety ten interesujący strój się nie przyjmie. Za zimno.
-Ja czasem go zakładam w dobrze ogrzanej sypialni, czasem nawet z modyfikacją polegającą na braku majteczek.
-Helena – jęknął Zeila. – Idź pogadaj z setnikami, tylko bez szczegółów sypialnianych, błagam.
-Zaraz. Wiesz Olga, on zawsze próbuje się mnie pozbyć, ponieważ uważa, że za dużo gadam. A tymczasem, beze mnie by zginął. Ale dobrze, pójdę sobie. A wy mu się nie dajcie. On bez najemnych jeźdźców czyli bez was i tych co byli wcześniej, nic nie wskóra w sprawie Ofiru. Bo wyobraźcie sobie, wskutek różnych okoliczności otwarła się podobno droga do cesarstwa. Ja się na tym nie znam, on wam to wytłumaczy. Ale to daleko, na piechotę nie zajdzie, trzeba konno, a u nas są okręty, koni i jeźdźców mało, maluteńko. W całej Cyrene jest podobno ledwie kilkanaście kuców.
-Och, Helena, błagam – jęknął Zeila. – Umilknij, jak cię kocham.
-Ty mnie kochasz? – spytała szyderczo Helena. – Tak mówisz, a jak cię proszę że trzeba pomóc wujkowi Adamowi, to nie chcesz.  Wiecie, ja mam dziadecznego wujka bądź wujecznego dziadka, dokładnie nie pamiętam, u króla Filipa, we Vlachii.  Ten wujo-dziadek jest kochany, w zasadzie mu się wiedzie, podczas wojny był za stary do wojaczki więc wszystkiego dopilnował, myknął na czas do górskich kryjówek ze stadami, więc nic mu nie zginęło. Fajnie, co? Otóż nie do końca, teraz ma za dużo bydła, a zwłaszcza koni. Całą trawę mu wyżerają na pastwiskach. Trzeba ratować wujo-dziadka więc proszę Mateusza żeby kupił te marne trzysta koni za ćwierć ceny, oczywiście z jeźdźcami…
-Kochanie, jeźdźców nie da się kupić – jękną Mateusz. – Nie mów tak bo pomyślą, że jesteś zwolenniczką niewolnictwa.
-Użyłam – Helena zerknęła na Gustawa. – Jak to było? Podnośnika? Mam! Przenośni.
-Może raczej skrótu myślowego – podpowiedział Gustaw.
-Właśnie, ty to jesteś ekspertem od trudnych słówek. – Helena wstała od stołu. – To wy sobie negocjujcie, a ja sobie pójdę. Ojej, Olga, co robi homar w doniczce pod palmą? Pewnie upadł ci z talerza. Masz. – Helena położyła stwora przed Olgą. – Ale wiesz, to się chyba nie odłamuje nóg tylko rozcina pancerz? Spytaj Mateusza, ja dokładnie nie pamiętam.
-Nikt nie może mieć trzystu bojowych wierzchowców na sprzedaż za ćwierć ceny – rzekł Gustaw gdy Helena oddaliła się tak, że nie mogła go usłyszeć w panującym gwarze. – Takich cudów nie ma. Pana żona coś pokręciła.
-Często jej się to zdarza – przyznał Zeila. – Ale w zasadzie wszystko co powiedziała, to prawda. Muszę prowadzić negocjacje równolegle z kilkoma partnerami, takie mamy procedury. To się nazywa rozeznanie rynku. Potem wybieramy najkorzystniejszą ofertę.
Gustaw wyjął z kieszeni kaftana karteczkę i podał ją Zeili. Premier odczytał, zaśmiał się, podał Gustawowi swoją kartkę. Gustaw odczytał ją, wybuchnął śmiechem a kiedy się wreszcie opanował, wyjął z kieszeni kaftana ołówek, przekreślił to co napisał Zeila i sam coś napisał,
Podczas gdy oni tak negocjowali, Helena podeszła do trzech setników.
-Mąż kazał mi się wami zająć, bo wyglądacie na zagubionych – rzekła. – Boicie się odejść od tych beczek z wódką a niesłusznie bo jeśli zabraknie, obsługa doleje, wszystko uzupełni. Czujcie się swobodnie, bawcie się, nie bójcie się, to tylko raut.
-Raut? – spytał Onufry. – Jest to forma zabawy na północy nieznana. Co to takiego?
-Najprościej mówiąc, raut jest to uroczyste zgromadzenie osób obojga płci – rzekła Helena. – Takie, które nie zajmuje się ani tańcami, ani jedzeniem, ani nawet modlitwą, tylko siedzeniem. Mężatki przyprowadzają ze sobą mężów, niekiedy też asystę w formie wielbicieli. Młode laski przyprowadzają kochanków. Potem siada się przy stolikach grupami, znaczy się przyjaciółki, przyjaciele, kochankowie, kandydaci na kochanków, ważne jest, żeby mąż i żona nie byli w jednej grupie.  A potem wszyscy się bawią. Ale czym się bawią?… Sorry, ja nigdy nie mogłam wyjaśnić sobie tej kwestii. Musicie spytać Mateusza.
-Już wszystko rozumiem – roześmiał się Onufry. – A więc, bawmy się. Pani zdrowie, pani Heleno.
-Źle – odparła, patrząc na Onufrego z naganą. – Niedostateczny z republikańskich obyczajów. Macie mówić mi Helena. Ewentualnie Hela. Między sobą możecie mówić o mnie Piękna Helena, o to też się nie obrażę, ale w rozmowie ze mną, to byłoby za długo.
-W takim razie, Heluniu bądź tak dobra i zawołaj służącego żeby uzupełnił, bo w tej beczułce – Fryderyk postukał palcem w srebrzysty pojemnik – zabrakło tego, co w nim jest. Nie wiem co to, ale bardzo mi smakuje.
-W naszej Republice nie ma sług oraz panów – Helena spróbowała wytłumaczyć zawiłości republikańskiego ustroju. – Wszyscy jednako zasługujemy na szacunek. Są niżsi funkcjonariusze administracji publicznej obsługujący kompleks reprezentacyjny, którzy odrabiają właśnie płatne nadgodziny. Ale gdzie odrabiają? Nie widzę żadnego. Aha, jest jeden. – Podniosła rękę, pstryknęła palcami. – Hej, chodź pan tu! – zawołała. – Gdzie wy się wszyscy wałkonicie?! W pracy jesteście, nie na zabawie! To znaczy na zabawie też, ale w pracy! Migiem, uzupełnij pan koniak w pojemniku. Co to jest, że zabrakło? Chcesz pan dostać po premii albo wylecieć z pracy? No już, migiem, do roboty!
Funkcjonariusz administracji obsługujący kompleks reprezentacyjny odbiegł truchtem, podeszli natomiast Olga z Gustawem.
-Wynegocjowana kwota – dowódca podał karteczkę pierwszemu z brzegu Fryderykowi. – Czy rada oddziału ją akceptuje?
Fryderyk podał kartkę Augustowi, ten Onufremu. Skinęli głowami.
-Łucji nie ma – zauważyła Olga.
-Wyszła gdzieś z tym oficerem marynarki – rzekł Onufry.
-Długo ich nie ma – zachichotała Helena. – Ciekawa jestem, co za magiczne cuda ona mu pokazuje?
-W tej sprawie jednomyślność nie jest wymagana – rzekł Gustaw. – Głos Łucji nawet gdyby negatywny niczego nie zmieni, więc, przybite.
Raut kończył się pomału, goście wychodzili parami albo w grupach, Kozę wyniesiono taki był pijany. Na dziedzińcu czekały pojazdy. Najemnicy odnaleźli karetę która ich tu przywiozła. Zaprzężona była w cztery brązowo – złote konie. Gdy podeszli, na jej dachu, z przodu, zapalił się jaskrawy reflektor. Wsiedli. Woźnica tradycyjnie strzelił z bata. Cuganty ruszyły z impetem. Popędzili w dół, z Wielkiej Bergamy ku miastu, nad którym stała łuna świateł.
-Taki stan jak teraz, na dłuższą metę jest nie do utrzymania – odezwała się Olga.
Gustaw ujął jej dłoń.
-Pamiętaj, mój skarbie…
Siła bezwładności rzuciła Gustawa na kolana Augusta. Kobiety wylądowały na Onufrym. Przenikliwy zgrzyt szczęk hamulcowych trących o obręcze kół towarzyszył gwałtownemu hamowaniu. Stary setnik jęknął, zabrakło mu tchu, jednak fasonu nie stracił:
-To normalne – wysapał. –  Kobiety na mnie lecą. Ale opanujcie się trochę, nie aż tak namiętnie, nie tak gwałtownie…
Łucja wstała, opierając się o jego ramię.
-Dlaczego stoimy? – zdziwiła się. – Co to było?
Ktoś zastukał w szybę drzwi. Woźnica.
-Nic się państwu nie stało? – spytał. – Ja przepraszam, musiałem hamować, jakiś głupek wylazł mi na drogę.

***