część XIX

-Skąd ta rozpacz? – spytał Świątecki.
XX zastanowiła się chwilkę i nie znalazła powodu aby szczerze nie opowiedzieć jak sprawy stoją. A raczej, jak sprawy leżą wykończone niby Eskimosi na Saharze. W tej sytuacji każda pomoc cenna. Mówiono o Świąteckim  że jest  inteligentny (co prawda, to Ada tak mówiła więc mogła przesadzać), że zakochany na zabój  w szefowej, więc może doradzi coś, jakoś zadziała, będzie tak czy inaczej pomocny? Opowiedziała mu, że Ada nic nie powie bo śpi pogrążona w śpiączce farmakologicznej, kość pamięci z tajnymi informacjami zaginęła, pewnie ukradł ją zamachowiec. Wskutek tego one nic nie wiedzą o organizowanym zamachu na Adolfa, o lokalizacji arsenałów, są jak te ślepe kocięta.
-Niech diabli porwą  przesadne tajemnice służbowe wskutek których nie wie lewica co czyni prawica – stwierdziła, potrząsając ramionami. – Potrzebna jest nam kość. Tak pragnę kości, jak suczka przez kwartał karmiona wyłącznie ryżem.
Mateusz roześmiał się mimo woli. Pytająco uniósł brwi.
-Kość? – spytał.
-Pamięć operacyjna, dysk zewnętrzny, pamięć RAM – wyjaśniła XX, nic Świąteckiemu nie wyjaśniając. –  Jednym słowem małe coś, w czym zapisano wiele informacji. Doszłyśmy do oczywistego skądinąd wniosku, że ta plugawa świnia która napadła Adelę, zrabowała to coś.
-Ja prawdopodobnie odkryłem kim jest ta plugawa świnia – stwierdzi Mateusz. Jak mógł się spodziewać, wywołał powszechne ożywienie.
-Naprawdę? – spytała XX. – To czemuś nam jeszcze tego nie powiedział?
-Powiem oczywiście, ale niestety nie jestem pewien, nie wszystko wiem. Zwłaszcza dwóch kwestii nie potrafię nijak wyjaśnić. Po pierwsze, może wy mi powiecie, czy, skoro z Herdegenami to lipa, Ada mogła mieć taki niewielki obraz Rembrandta?
-Jak najbardziej miała – potwierdziła XX. – To była część legendy o Herdegenach.
Mateusz skinął głową, widocznie potwierdziły się jego przypuszczenia.
-Ale mam jeszcze drugi problem którego nie potrafię rozgryźć i to mnie dręczy ponieważ zakłóca klarowność obrazu – powiedział, rozkładając ręce. – Nie wiem, kto zawiadomił policję o morderstwie. Nasuwa mi to podejrzenie, że działa tu jeszcze jakaś zakulisowa siła a to mogłoby zaburzyć cały łańcuch poszlak który ułożyłem.
-Ten i podobnej rangi problemy rozwiązujemy od ręki – roześmiała się XX. – Oczywiście zadziałała tu potężna a raczej gruba siła, mianowicie Jarczykowa. Przy takim lokalu jak ten na Długiej, musi być pobieżnie wtajemniczony godny zaufania stróż czy dozorczyni. Jarczykowa jest godna zaufania, dość skrupulatna, w ważnych sprawach dyskretna, prawie ideał chociaż ma tę irytującą wadę, że jest cholernie uparta. Kiedy przyjechałyśmy tamtej nocy na Długą do szefowej dlatego właśnie, że tamtej  nocy miał odbyć się  planowy przerzut, zastałyśmy otwartą bramę. Do podstawowych obowiązków dozorcy należy zamykanie bramy na noc. Zastukałam do Jarczykowej żeby ją opieprzyć, ale ona przysięgała, że bramę zamknęła. Nie uwierzyłam jej, teraz wiem, że to zamachowiec sobie bramę otworzył. Po niesłusznym opieprzu Jarczykowa zamiast iść spać stanęła sobie przy oknie i pewnie rozmyślała, jaka ja jestem wstrętna. Wtedy zobaczyła, jak z rynny niby zeskakuje, niby spada jakiś osobnik i kulejąc zwiewa w stronę Pędzichowa. Potem widziała jak znosimy z piętra obandażowaną Adę przywiązaną do noszy, w marnym świetle korytarza wyglądało to wprost upiornie, jak upychamy ją w samochodzie. Przytrzymała mnie za łokieć i powiedziała, że widziała jak uciekasz po rynnie. Przekonywałam ją, że my widziałyśmy tego osobnika z bliska i choć był zamaskowany, to różnił się od ciebie wzrostem i budową, ale jej nie przekonasz. Jak grochem o ścianę. Mówiła, że musi zawiadomić policję, bo taki ma obowiązek. O nas nie powie, ale zgłosi, ze coś się stało, bo przecież jeśli kilka dni wszyscy będą szukać panny Ady, to policja nareszcie wejdzie do mieszkania, zobaczy, że coś tam się działo i będzie miała pretensje do dozorczyni że nie wie, co się wyprawia w kamienicy. Wyrwałam się jej, powiedziałam, że pogadamy za godzinę. Po przerzucie wróciłyśmy. Szukałyśmy kości z danymi w mieszkaniu, potem przeskanowałyśmy dom od krokwi dachu po podłogi w piwnicach. Zaglądałyśmy do mieszkań przez balkony i schody przeciwpożarowe. Jarczykowa była od tego w dodatkowych nerwach. Czyściłyśmy mieszkanie Ady z różnych fantów, choćby z alarmu w oknie. Skończyłyśmy po dwunastej. Kazałam Jarczykowej na wszelki wypadek odczekać jeszcze dwie godziny potem jak chce to niech zgłasza, ale nie osobiście na policji bo wtedy się jej uczepią, tylko anonimowo, z poczty, przez telefon. I niech nie opowiada, że ty masz coś z tym wspólnego.
-Nie posłuchała – mruknął Mateusz. – Rozpowiada na mieście, żem zabił Adę.
-Prywatnie tak mówi nie do policji, a to już coś. Teraz nareszcie objawisz nam, kto twoim zdaniem jest tym draniem?
-Do rymu ci się powiedziało – zauważyła Gabriela. – Słuchamy – zwróciła się do Mateusza. – Kto jest tym dywersantem oraz śmieciem?

część XVIII

 -A ja owszem, znam – pochwaliła się XX
-Ja też – dodała Jolka.
-Zapewniam cię, że jest żywa choć niezdrowa – rzekła XX.
-Naprawdę?! – Mateusz poderwał się, od gwałtownego ruchu łupnęło mu w głowie  więc jedną ręką złapał się za ciemię, drugą przytrzymał się stołu.
-Naprawdę. Ktoś chciał ją zabić dźgając nożem. Byłoby mu się udało, gdybyśmy akurat nie nadeszły. Nie spodziewał się drań nikogo w środku nocy, więc był zaskoczony. Niestety, my też dzięki czemu zwiał przez okno po rynnie. Byłybyśmy go zastrzeliły albo złapały, gdybyśmy nie musiały ratować Ady. Każda sekunda była cenna, szczęściem miałyśmy zestaw medyczny, wszystko prędko, dosłownie w ostatniej chwili udało się nam przerzucić ją do OS dzięki temu, że akurat był planowy przerzut. Z lasu helikopter przewiózł ją prosto na salę operacyjną więc wyżyje, choć jest w śpiączce.
-Bogu niech będą dzięki! – Świątecki roześmiał się. – Prawdę mówisz? Nie kłamiesz?
-Jak mamę kocham.
-Do jakich os żeście ją wrzuciły i co ją niby zabrało z tego lasu?
XX podeszła do komody, wysunęła szufladę, wyjęła z niej dość grubą, czarną płytkę.
-To jest kalkulator – rzekła. – Taki egzemplarz pokazowy dla niedowiarków. Dość skomplikowany, oprócz dodawania i mnożenia ma  różne sinusy, cosinusy, logarytmy itp. Jesteś inżynierem, poznasz się na tym. Zobaczysz, że w waszym świecie nie ma czegoś choćby zbliżonego do tego cacka. To zastępuje liczydło, kręciołek, suwak logarytmiczny, tablice trygonometryczne, a nawet potrafi jeszcze więcej. Proste w obsłudze, naciskasz co trzeba, i tyle. Masz, zapoznaj się, wtedy łatwiej ci będzie uwierzyć, że jesteśmy dziewczyny z innego świata. Tutaj jest świat który nazywamy TT, my jesteśmy z OS. Ale to nie są zupełnie obce światy. One są powiązane. Jakby sprzężone ze sobą.
Świątecki badał kalkulator i coraz większe zdumienie malowało się na jego twarzy.
-No cóż, to bajka jak z komiksu – rzekł. – W którą chyba muszę uwierzyć – dodał po pewnym czasie. –  Takiej maszynki na pewno nie mają nawet w Ameryce. Jest niesamowita. Czy chcesz powiedzieć, że Ada z wami współpracowała?
-Nie – odparła XX. – Ona jest jedną z nas. Konkretnie, naszą szefową.
-To już przesadziłaś – roześmiał się Mateusz. – Przecież to Adela Herdegen, całe jej życie, od małego, jest dobrze znane, pochodzi z bardzo znanej  kiedyś rodziny!
-Czyżby? – spytała XX – A kto tu znał Adelę Herdegen zanim przybyła do Krakowa? Tylko Słabikowski i pani Iwańska. W każdym razie, tak twierdzą. Ludzie potwierdzą nie takie rzeczy, jeśli mają interes. Słabikowski robi to dla pieniędzy, pani Iwańska dla Polski. Bo my chcemy dobrze dla tutejszej Polski. Okazuje się, że co dobre dla Polski to dobre dla całego TT, a co dobre dla TT to dobre dla OS. Ada, która naprawdę nazywa się Dominika Dzięgiel, już dawno by ci wszystko powiedziała, gdyby nie pewien problem, który ją dręczy. Jeśli z tego powodu ją porzucisz, to jesteś jeszcze większym dupkiem, niż mogę sobie wyobrazić.
-O co chodzi? – spytał. Najeżył się wewnętrznie, otoczył wałem sztucznej obojętności, by być gotowym na wszystko. Prawdopodobnie zaraz potwierdzą się najgorsze przypuszczenia, z jakimi szedł do tego lokalu. – Mówże wreszcie, głowa mnie boli od czekania – oburącz złapał się za głowę. – I od tego, że ta dzierlatka walnęła mnie patelnią.
-Walnęłam, bo miałeś rewolwer – odparła Jolka.
-Nie mam pretensji – rzekł Mateusz. – Powiecie mi nareszcie, jaką tajemnicę ona przede mną ukrywała, czy nie powiecie?
-To bardziej cię interesuje niż fakt, że pochodzimy z innego świata? – zdziwiła się Gabriela.
-W tej chwili, właśnie tak.
-Najlepszy moment by Ada, zostańmy już przy tym imieniu, przybyła do Krakowa, to podjęcie studiów – stwierdziła XX. – Dawny świat przedmaturalny zostaje gdzieś daleko, tu jest nowa, nieznana, jak wiele podobnych panienek. Oczywiście takich smarkul zaraz po maturze nie wysyła się na misje w obce światy. Musiano Adę odmłodzić, w rzeczywistości jest od ciebie o rok starsza. To właśnie ją dręczy.
-Że co? – Mateusz wybuchnął śmiechem, ale zaraz znowu złapał się oburącz za obolałą głowę.
-Tak właśnie, dręczyła się, że jest taka stara. Ty nigdy nie zrozumiesz kobiety. Byłaby już dawno cię wtajemniczyła, gdyby nie ten problem. Skoro sprawa się wysypała, to możemy spokojnie cię wtajemniczać. Na początek pasowałoby ogólnie, o tych przesunięciach między światami. Tylko że, ja nie jestem w tym zbyt biegła. To może któraś?
-Ja – zgłosiła się Mańka. – Kto chce niech słucha, Zwłaszcza nasz gość i Cesia, która też nie ma o tym pojęcia.
-I ne chac  imeć – jęknęła Cesia. – Ale zimko, słuszaju.
-Kiedy przenosi się materia, w szczelinach pomiędzy światami następuje załamanie czasu. Stąd przesunięcia czasowe które nas spotykają, stąd i oddziaływania jakie przenosimy są przesunięte. Kiedy się przenoszą niematerialne wpływy, załamania czasu nie ma. Czy to jasne?
-Niezupełnie – odparła Elżbieta.
-Nerozumim ja tobe nick a nick – stwierdziła Cesia.
-Czy to po chorwacku? – spytał Mateusz.
-Po wielecku – Mańka wyręczyła Cesię w odpowiedzi.
-Wieleci, to chyba wczesne średniowiecze. Czy ona jest ze wczesnego średniowiecza?
-Ceż za bibecny hluptak, posechnout sranda – odparła Cesia.
-Cicho tam, oboje – poprosiła stanowczo Mańka. – Słuchajcie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzać. Ty Elżbieta pochodzisz z OS z dwa tysiące trzydziestego trzeciego roku. Wylądowałaś w TT w trzydziestym dziewiątym. Twoje czyny tutaj, czyli oddziaływania OS na TT, są przesunięte o dziewięćdziesiąt cztery lata. Działając teraz w TT, wpływasz na przyszłość TT. Jasne?
-Tak, to nam wolno – przyznała Elżbieta.
-Skutki wciąż widać w dwa tysiące trzydziestym trzecim w TT, a ten rok w sposób równoległy, bez przesunięcia, oddziałuje wpływami niematerialnymi na dwa tysiące trzydziesty trzeci w OS. Nie ma tu żadnej pętli czasowej.  To samo dotyczy dwa tysiące trzydziestego czwartego i tak dalej. To twoja przyszłość, którą wolno kształtować w miarę sił.  Nie ma pętli. Ale twoje tegoroczne działanie tutaj wpłynie na tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty w TT, on wpłynie na trzydziesty dziewiąty w OS, na czterdziesty w TT który wpłynie na czterdziesty w OS, i tak dalej. A te wszystkie lata w OS to twoja przeszłość. Jest pętla?
-Jakby była – przyznała z wahaniem Elżbieta.
-No właśnie – przytaknęła Mańka. – Ale nieostra i nieoczywista, więc, do pewnego stopnia, dozwolona. W przeciwnym razie nie mogłybyśmy tutaj nawet palcem ruszyć. Światy się rozdzieliły, się różnicują, związki coraz dalsze, wpływy coraz słabsze, wobec tego coraz więcej nam tu wolno. Ale, niestety, wpływy wewnątrz triady zawsze pozostają.
-Dlaczego niestety? – spytała Elżbieta.
-Ponieważ ten świat czeka katastrofa. Ulegnie zepsuciu. Wpływy jakimi zionie TT na OS w dwudziestym pierwszym wieku może nie są silne, ale bardzo niebezpieczne, to istny koszmar. Prawdopodobnie, ponieważ tutaj Roosvelt przegrał z Landonem który jest izolacjonistą, USA nie przystąpią do wojny. Hitler zwycięży i, same wiecie…
Mateusz zacisnął dłonie na krawędzi stołu. Odwrócił twarz ku Mańce.
-Nie wierzę. Bóg nie dopuści. Czy jesteśmy na to skazani, według ciebie?
-Nie jesteście skazani – odparła XX. – Właśnie na tym rzecz polega, że próbujemy wpływać na przyszłość tego świata. Co jest normalne, bo nawet mrówka w jakimś maleńkim stopniu wpływa na przyszłość. Złe oddziaływania TT na OS które już zaszły są faktem. Lecz jeśli dobrze zadziałamy,  one w przyszłości zamiast potężnieć znikną, a właściwie oddziaływania pozostaną lecz nie złe a takie sobie, neutralne. A te złe wpływy które zaszły okażą się błędem pomiarowym, nieporozumieniem, przelotnym efektem czegoś nieistotnego. Dlatego nasza misja jest dla nas bardzo ważna, zwłaszcza że wy też odkryjecie kiedyś przejścia między światami. Jeżeli wtedy będzie panował u was morderczy, zwyrodniały reżim, możemy się spodziewać najazdu na OS szczególnie wrednych agentek.
-Czy między światami mogą podróżować wyłącznie kobiety?
-Z różnych względów, tak – odparła XX. – Od niemal dwudziestu lat dziewczyny pracują nad powstrzymaniem Hitlera. W dwa tysiące dwudziestym Marta Kądziołek, z narażeniem życia, na chybił trafił, jako najprawdopodobniej pierwszy człowiek w historii triady, została przerzucona między światami z OS do TT. Przy bezpośrednim przerzucie przesunięcie wynosi dziewięćdziesiąt dziewięć lat, więc wylądowała tu w dwudziestym pierwszym, tuż po wojnie bolszewickiej…
-Zaraz, zaraz – zdziwiła się Elżbieta. – Przecież polskie przerzuty trwają od trzydziestego, dzięki Marioli Rakszas, której równanie demona drugiego stopnia pozwala obejść blokadę nałożoną na nas przez ONZ…
-Czyli przez Ruskich, Amerykanów i po części Niemców – uzupełniła Mańka.
-Skąd wyście ją wytrzasnęły? – zdziwiła się XX – Byłam pewna, że wszystkie nasze dziewczyny znają taką bohaterkę, jak Marta Kądziołek. Jak możesz o niej nie wiedzieć?
-Ona choć ma braki w szkoleniu teoretycznym, jest mniej więcej w porządku – zapewniła Mańka. – Słuchaj Ela, chodzi o to, że Martę przerzucono legalnie w dwa tysiące dwudziestym, jeszcze przed blokadą. Potem opadł szlaban i dopiero po dziesięciu latach przełamała go Mariola Rakszas, jej równanie demona, nasze tajne przerzuty, i tak dalej… Mówi się, że Marta nieźle tu narozrabiała?
-O tak. Wtedy TT był tak blisko OS, że ledwie nas tolerował. Marta nie mogła zorganizować spisku na Hitlera gdy był jeszcze kiepskim malarzem, nie mogła pracować w Polsce…
-Jak to działa, taka blokada?
-Różnie. Straszny lęk, pewność, że zaraz się umrze, dziwne i niebezpieczne przypadki. Senne koszmary a nawet halucynacje na jawie. Wszystko to odpychało Martę jak najdalej od obiektu który chciała zmienić, czyli od tutejszej Polski, wtedy tak mocno powiązanej z naszą, że niemal tożsamej. Uspokoiło się dopiero na antypodach, gdzie znalazła się z pewnym facetem, którego sobie upatrzyła.
-Upatrzyła? – roześmiały się Ela i Cesia. – Ciekawe, co miał takiego niezwykłego?
-Nie, źle myślicie. Upatrzyła go do celów służbowych. Benedykt Mórańka mu było.
-Wojewoda zamorski – wtrącił się Mateusz.
-Tak – potwierdziła XX. – On miał dziewczynę którą kochał i tylko na niby ożenił się z Martą, która błyskawicznie zrobiła z niego multimilionera. Nie było to trudne, skoro miała tabele z przyszłymi notowaniami giełdy i kursami walut. Zainwestować majątku w Polsce ani nawet w Europie się nie dało, więc Marta wpadła na pomysł, aby załatwić ojczyźnie kolonie. Przygotowała ekspedycję, którą RP uznała za swoją. Teraz to urzędnicy marudziliby pewnie ze dwa lata zanimby uznali, ale wtedy RP była młodziutka, a urzędnicy entuzjastyczni. Ekspedycja zajęła dla RP bezpańskie wyspy Balleny, w dziewięciu dziesiątych pokryte lodem, a potem atol Minerwa który wynurza się z Pacyfiku tylko podczas odpływu. Nikt tu o nim nie wiedział oprócz Marty która wiedziała, bo w OS była głośna swego czasu afera z samozwańczą mikrorepubliką Minerwy. Zainwestowali ogromny kapitał w nadsypanie i rozbudowę Minerwy. Zaczęli od solidnego schronu przeciw cyklonom na płyciźnie, sprowadzali całe okręty piasku z Australii, gdzie pojawił się ląd sadzili palmy, gdzie było płytko sadzili namorzyny, budowali falochron wokół laguny, domki na palach, nabrzeża na palach, zbudowali wielką barkę – cysternę na deszczówkę. Teraz Minerwa przypomina normalny, niewielki atol. Na Ballenach jest stacja polarna w której mieszka zazwyczaj dziesięciu polarników. Coś tam badają, polują na foki, prowadzą fikcyjny urząd pocztowy. Największy numer wykonał Mórańka już po rozwodzie z Martą. Wynajął od Liberii na dziewięćdziesiąt dziewięć lat w imieniu RP, półwysep Robertsport pomiędzy jeziorem Piso i Atlantykiem i założył tam osadę Nowy Gdańsk. Wtedy Sejm utworzył województwo zamorskie, a Mórańkę mianował wojewodą zamorskim. Województwo jest wątlutkie, nie przynosi zysków, za to wewnętrzny efekt propagandowy jest świetny, zewnętrzny również, albowiem żeby liczyć się na arenie międzynarodowej, koniecznie trzeba mieć jakąś kolonię.
-No – poświadczyła Jolka. – Ach co to był za rozwód, Benedykta z Martą, o jej. No bo najpierw było to białe małżeństwo, a sympatia Benka, Marysia, była jego kochanką. Potem małżeństwo zrobiło się aż czerwone, takie było gorące. Rozwścieczyło to Marysię która próbowała zabić ich w Gwatemali, potem Matra przeszła na hinduizm żeby móc się rozwieść i zostać żoną nababa Hajdarabadu, potem…
-No dobra, kiedy indziej dokończysz – przerwała jej XX. – W każdym razie, dziesięć lat tu rozrabiała, bo tyle trwała przerwa w przerzutach. Wreszcie dziewczyny ją złapały  i siłą wysłały do OS. Powiem wam, że patrząc z perspektywy to były piękne czasy, nie tak jak teraz – czarna dupa, jak mówią osoby źle wychowane a nawet ja, w chwilach rozpaczy.

część XVII

Jak zasnąć, skoro myśli wciąż wirują w głowie, a upierdliwe sumienie przypomina: „nie zabijaj!”. W tej sytuacji sama herbata nie wystarczy. Musi być solidnie wzmocniona. Poszedł do kuchni, sięgnął do kredensu, zamiast ćwiartki spirytusu wyjął coś dziwnego. No tak, pomyłka, to jest azotan srebra. „Jeszcze to mi zostało do zrobienia” – przypomniał sobie. – „No szlag, już nie chcę niczego badać, nie chcę, żeby coś się zmieniało. Nie chcę, ale muszę.” Przyniósł do kuchni „Pamiętnik”. Ostrożnie, czystą ściereczką nasączoną azotanem, przecierał go nad zlewem. Na szczęście kartki nic nie ujawniły. Za to okładki – tak. Dopiero teraz zorientował się, że obie są za ciężkie. Nożem przeciął niebieski papier w który były obłożone. Pod papierem zobaczył przyklejone plastrami do okładek dwa klucze. Oba płaskie i lekkie, do patentowych zamków. Przy kluczu umocowanym do przedniej okładki nie było żadnego podpisu. Natomiast pod tym umocowanym z tyłu, był na okładce napis: „Bernardyńska 5/4. Bramę otwiera szarpnięcie klamki w górę, potem dwa naciśnięcia w dół.”
-Taka sprawa – syknął przez zęby Mateusz.
Znowu wszystko stanęło na głowie. W tym lokalu mógł być klub dewiantów, skrzynka kontaktowa wywiadu, diabli wiedzą co. Klucza do mieszkania przyjaciółki nie ukrywa się w ten sposób.
Zdjął koszulę żeby się nie pobrudziła, sięgnął w głąb popielnika, wyjął zawiniątko z rewolwerem. Ubrał się, włożył broń do wewnętrznej kieszeni marynarki, schował do kieszeni spodni tajemniczy klucz i wyszedł gotowy na wszystko.
Peryferyjna ulica Kościuszki była oświetlona bardzo marnie nielicznymi latarniami. Pod jedną z nich stała dziewczyna, która zaproponowała Mateuszowi swe usługi. Nie odpowiedział jej więc urażona posłała za nim wiąchę bluzgów. Chociaż chciał iść coraz to bardziej opieszale hamowany  wrażeniem, że zmierza do jaskini potwora, szedł energicznym krokiem. Brzegiem Wisły, podnóżem Wawelu, w poprzek  Rybaków. Wszedł w Bernardyńską. Uliczka była pusta, pogrążona w głębokim cieniu wawelskiego wzgórza. W koło ani żywego ducha. Gdy spojrzał na fasadę kamienicy numer pięć spostrzegł, że przez oświetlone okno nakryte łukiem, obramowane kaskadami pnączy, ktoś zerka. Poszedł dalej a gdy był pewny, że ten ktoś już go nie widzi, przypadł do ściany, rozpłaszczył się na niej niby flądra i szorując plecami po murze, podkradł się pod bramę. W ten sposób dla patrzącego z góry przez okno był niewidzialny. Poszarpał klamką w górę i dwa razy w dół. Za drugim razem mu się udało.
Na parterze były dwa lokale.  Na piętrze też. Bardzo ostrożnie przekręcił klucz w zamku i uchylił drzwi mieszkania numer cztery. Nic nie zgrzytnęło, nie zaskrzypiało. Nadstawił uszu – cisza. Westchnął z nerwów i wślizgnął się do przedpokoju. Był ciemny, ale zza uchylonych drzwi na wprost padało światło. Ujął w dłoń odbezpieczony rewolwer, cichutko, wstrzymując oddech przeszedł tych kilkanaście kroków, lewą ręką otwarł drzwi. W dużym salonie dość mrocznym ponieważ świeciły tylko dwa słabe kinkiety, pod ścianą przeciwległą do wejścia, na kanapie przy stoliku, siedziały trzy panie. Kolejna stała patrząc w okno, odwrócona plecami. Dość daleko od nich, jasno oświetlone pobliskim kinkietem, stały oparte o ścianę dwa pistolety maszynowe. Mateusz zmarszczył czoło. Mocniej ścisnął broń. Posłyszał delikatne skrzypienie zawiasów drzwi naprzeciw. Spojrzał tam. Z drzwi wyszła zgrabna ruda dziewczyna. W wyciągniętej ręce trzymała pistolet.
-Tylko spokojnie, panie Świątecki – rzekła.
Jej usta uśmiechnęły się, a oczy pozostały czujne i zimne.

*****

Jolka zebrała naczynia na tacę i wyszła do kuchni, aby przynieść kawę i ciasteczka.
-Ja idę po koniak – oświadczyła XX, wywołując ogólny aplauz.
Wyszła do drugiego pokoju, tego w amfiladzie.
Siedziały odprężone bo miały ciepło i bezpiecznie, a że wszystko jest do dupy to normalne, coś się może poradzi, jakoś to będzie. Elżbieta wstała, podeszła do okna, leciutko uchyliła ciężką kotarę. Wyjrzała na nocny świat. Niespodziewanie zabrzmiał cichutki dzwonek zamontowany w jakimś meblu. Rozejrzały się w lekkim popłochu, nie wiedząc co to znaczy.
Z przedpokoju wszedł facet w marynarze i kapeluszu, w łapsku trzymał ogromny rewolwer. Wypisz wymaluj, wkurwiony Al Capone.
-O panie święty – szepnęła Gabriela, rozglądając się za swym peemem. Niestety stał oparty o ścianę daleko, niemal w rogu, pod kinkietem. Ten Mańki też tam był.
Elżbieta jęknęła. Cesia zaklęła po wielecku.
Z pokoju w amfiladzie wyszła XX. W wyciągniętej ręce trzymała pistolet.
-Tylko spokojnie, panie Świątecki – rzekła,
Stali naprzeciw siebie nerwowo przełykając ślinę i celując, ona w szeroką klatę Świąteckiego,  on w jej zdecydowanie ponętny biust.
Z przedpokoju przez otwarte drzwi za plecami intruza, wyszła cichutko Jolka. W obu rękach trzymała wielką patelnię. Z całej siły przyłożyła mu w ciemię. Miał szczęście, że ochronił go kapelusz, mimo to stracił przytomność, padł na parkiet jak ścięty. Jolka wyjęła mu rewolwer z garści. Gabriela z Mańką uzbrojone w swe peemy pobiegły zobaczyć, czy jeszcze ktoś nie wlazł do mieszkania. Zamknęły drzwi wejściowe, podparły je szafką na buty. Jolka wyszła, wróciła z mokrą szmatą, zdjęła Świąteckiemu spłaszczony kapelusz i położyła mu na głowie zimny, mokry kompres . Elżbieta pochylała się nad mężczyzną. Cesia siedziała na kanapie jak sparaliżowana.
Świątecki otworzył oczy.
-Panie Boże, ratuj – wyjęczał. – Dlaczego ona ma różowe czułki na głowie?
-Dlaczego żeście mi nie powiedziały?! – wykrzyknęła Elżbieta zrywając je z czoła.
-Ja myślałam, że zostawiłaś je specjalnie – oświadczyła XX
-Ja też – odparła Mańka z łobuzerską miną.
Świątecki próbował wstać, jednocześnie trzymając się za głowę. Nikt mu nie zabraniał, przeciwnie, pomogły mu usiąść na krześle, więc troszkę się wyluzował pomimo celujących w niego dwóch peemów i jednego pistoletu. Zwłaszcza, że trzymały je ładne kobiety. Niektóre nawet piękne.
-Na pewno znacie Adelę Herdegen – rzekł.
-Ja nie znam – odparła Elżbieta.
-Nie znam – oświadczyła Gabriela.
-Mhm, nie – Mańka zaprzeczyła ruchem głowy.
Cesia powiedziała coś po wielecku, kręcąc przecząco głową.

część XVI

TT, według miejscowej rachuby czasu pierwszego września 1939 r.

Tak, na wszystko co zapisano w „Niepamiętniku”  należy spojrzeć z nieco innej strony. „Ale karą i tak będzie śmierć” – pomyślał zawzięcie. Wstał, machinalnie nakręcił zegar stojący obok książek na komodzie, który zatrzymał się na godzinie za pięć dwunasta. Usiadł, podparł głowę rękami i długo szklanym wzrokiem gapił się w ciemność za oknem. Gipsowy wieszcz w filcowym kapeluszu przyglądał mu się  ironicznie, litując się nad jego głupotą. „Masz rację, stary – zgodził się z nim w myślach Mateusz. – Jestem idiotą niebezpiecznym dla otoczenia.” Zajrzał do monografii o  Rembrandcie. Przekartkował ją, popatrzył. Skinął głową, potakując swym myślom. Zaparzył herbatę i usiadł z kubkiem przy stole, gryząc suchą bułkę  znalezioną w kredensie. Wszystko już było jasne, pozostała akcja, z którą musi zaczekać do rana, kiedy zorganizuje rower. Teraz nie pozostało już nic do zrobienia ani do przemyślenia, więc najlepiej byłoby położyć się  spać.

*****

            Nagle woda stała się głębsza. Zatapiając Elżbiecie czubek nosa wywołała u niej sporą panikę.  Próbowała wstać używając Mitzi jako podpórki. Mitzi próbowała wstać czepiając się Elżbiety. Pewnie byłyby się potopiły, gdyby ktoś nie złapał Elżbiety za ramiona.
-Spokój, dziewczyny, już po wszystkim – rozległ się dobitny szept Gabrieli. – Przeszłyśmy. Przestańcie się obściskiwać niby dwie lesby, wstańcie spokojnie i do brzegu. Gdzie?! Nie tam, brzeg jest w drugą stronę.
To nie było jezioro lecz rzeka, o leniwym ale wyraźnym nurcie. Tyle Elżbieta spostrzegła i jeszcze, że jest jej cholernie zimno w niezmiernie kusym stroju. Poza tym, było ciemno. Ale kiedy brnęła tam, gdzie kazała Gabriela, zobaczyła ciemny zarys wysokiego brzegu na tle rozgwieżdżonego nieba.
-Gggdzie do chcholery jjjesteśmy? – spytała, szczękając zębami.
-Nnnie wwiem – odparła Gabriela.
Nawet jej było zimno choć miała mundur polowy nie całkiem przemoczony, a mokre, na pół nagie Elżbieta i Mitzi trzęsły się po prostu jak galareta. Przytuliły się wszystkie do siebie i stały tak chwilę, aż zrobiło im się odrobinę cieplej.
-Nie wiem – powtórzyła Gabriela już normalnie, bez szczękania. – To może być którykolwiek nasz punkt przerzutowy w którymś z trzech światów…
-Trzech? – spytała zdziwiona Elżbieta.
-Tak – potwierdziła Gabriela. – Jest jeszcze Ten Trzeci, nie wiesz o nim bo to bardzo ściśle tajne, dlatego, by się ruskie bladzie i amerykańskie dziwki o nim nie dowiedziały, bo one o nim nie wiedzą, w każdym razie, tak nam się zdaje. Zdaje mi się też, że właśnie w nim żeśmy wylądowały. Może być kiepsko, bo wprawdzie diewoczek i kowbojek tu nie ma, ale i tak jest tu raczej nieciekawie. Ale, tak czy owak, zawsze w pobliżu punktu przerzutowego jest baza, czyli meta względnie melina. Czekajcie tu, ja wdrapię się na górę i się rozejrzę.
Usiadły, przytuliły się, a koleżeńska Mańka ściągnęła kurtkę moro i jakoś się nią próbowały okryć, wszystkie trzy. Mitzi próbowała coś powiedzieć, o coś spytać, ale tylko szczękała zębami. Gabriela wróciła po kwadransie.
-Tak jak myślałam, jesteśmy w TT – rzekła. – W tutejszym Krakowie, pod Wawelem, na brzegu Wisły pod Smoczą Jamą. Przesunięcie czasowe pomiędzy OS a TT wynosi minus dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ale za pośrednictwem RU co właśnie nas spotkało, wynosi minus dziewięćdziesiąt cztery  lata. Wylądowałyśmy więc w roku… – Gabriela umilkła, rachując w myślach.
-Wylądowałyśmy w tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiątym roku – odezwała się Elżbieta. – O rany, czy tu też wybuchnie wojna?
-I to jaka! – odparła Gabriela. – Jesteśmy tego pewne, ponieważ historie OS i TT zaczęły się różnicować dopiero w latach dwudziestych dwudziestego wieku. Przedtem były identyczne, więc, być może, nie było wcześniej trzech światów a jedynie dwa, RU a także OS z TT, stanowiące jedność. Są na ten temat różne teorie, ale praktycznego znaczenia to nie ma…
Chciała więcej powiedzieć, lecz wtedy rozległ się histeryczny pisk Mitzi:
-Co to wszystko, kurwa, znaczy?!
-To, co słyszałaś – odparła sucho Gabriela. – Wylądowałaś w innym świecie z gromadką tajnych agentek z jeszcze innego świata. I nie histeryzuj mi tu, bo nie mam czasu na uspokajanie, więc cię tu zostawię.
-Wiedźma – odparła Mitzi zupełnie spokojnie.
-Gabi, bądź dla Mitzi wyrozumiała – poprosiła Elżbieta z nutką stanowczości. – Ona uratowała mi życie, kopiąc w dupę Drożko Wicana.
-Tak? – roześmiała się Gabriela. – No to szacunek, dzielna Mitzi.
-Nie mów tak co mnie – odparła dziewczyna. – To pseudonim sceniczny. Naprawdę na imię mam Czesława, czyli Cesia. I chodźmy stąd do tej bazy, bo zamarznę.
-Dobrze, że noc – odezwała się milcząca aż dotąd Mańka. – W dzień wzbudziłybyśmy niezłą sensację. Zwłaszcza to jedno różowe skrzydełko. Żebyś Ela miała oba, wyglądałabyś jak wielka, różowa, wkurzona ważka. A z jednym to już nie wiem na co wyglądasz.
-To mi je odłam – poprosiła Elżbieta.
-Bez skrzydełek nadal wyglądamy dziwnie, oględnie mówiąc – oceniła Gabriela.
Zdjęła kurtkę i okręciła w nią pistolet maszynowy. Mańka uczyniła to samo.
-Dziewczyny, od tej pory ani słowa po wielecku – zarządziła Gabriela. – Cesia, jeśli nie znasz polskiego, to się lepiej nie odzywaj.
Wdrapały się na wysoki, stromy brzeg. Gabriela prowadziła przez bezludny na szczęście, słabo oświetlony bulwar. Mańka po drodze wyjaśniała półgłosem obu dziewczynom różne aspekty teorii wielu światów. Nawet dla Elżbiety były to nowe rzeczy, a dla Cesi wręcz szokujące. Rozumiała Mańkę ponieważ biernie znała język polski chociaż w nim nie mówiła. Słuchała z osłupiałą miną.
-Światy tworzą triady związane ze sobą i oddziałujące na siebie wskutek przepływu energii, materii i informacji – mówiła Mańka. – Im ściślej związane, tym oddziaływania silniejsze. Wskutek tego te najściślej związane ze sobą światy są identyczne, czyli, w zasadzie, tworzą jedność. Ale jedność w końcu się rozdwoi, potem roztroi, bo musi być triada.
-Ile jest triad? – spytała wstrząśnięta i oszołomiona Elżbieta.
-Od jednej, do około tysiąca – odparła Mańka. – Tak liczą, a wynik zależy od tego, jaką się przyjmie stałą Hubblea. Niestety ona nie jest ściśle ustalona tylko szacunkowa, jak kiedyś ściśle ją wyznaczą, to się okaże.
-Ja wolałabym żeby była jedna, bo co za dużo, to niezdrowo – rzekła Elżbieta.
-Ja też wolałabym – przyznała Mańka.
-Leno jezda, az  to hrom! – stwierdziła Cesia.
-Ciii, miałaś nie gadać po wielecku, więc nie gadaj tylko słuchaj – uciszyła ją Mańka. – Oprócz prostych w zasadzie oddziaływań fizycznych wpływających na historię naturalną, dzieje istot rozumnych w jednym świecie triady wpływają w jakiś sposób na dzieje w dwu pozostałych światach – kontynuowała Mańka. – Im ściślejszy związek tym wpływ silniejszy, a że nie można zmieniać historii własnego świata, pętle czasowe są zakazane co już kiedyś wyjaśniła Mariola Rakszas, Kąkol, Kunderlek, czy jak jej tam naprawdę, to przed dwudziestym wiekiem nie mogłyśmy tu działać wcale, od lat dwudziestych tego wieku mogłyśmy bardzo delikatnie, teraz chyba dość mocno, a później, kiedy światy i ich historie oddalą się jeszcze bardziej, to hulaj dusza, ale niestety wpływy wewnątrz triady zawsze zostają, dlatego…
-Już jesteśmy na miejscu – przerwała jej  Gabriela.
Znalazły się w uliczce nad którą z lewej strony górowało czarne, majestatyczne wzgórze Wawelu. Z prawej strony stał rząd kamienic. Ta przed którą się zatrzymały, miała okna zakończone łukami wpuszczone w głębokie wnęki, co ujawniało, że dom ma grube mury. Fasadę porastały pnącza. Okna parteru były wysoko, duże okna piwnic zabezpieczały kraty, solidna brama zamknięta. Włamać się nie dało, pozostawało stukać do bramy. Ale Gabriela miała uniwersalny klucz, otwierający wrota baz. Otwarła nim bramę, potem drzwi mieszkania na piętrze. Chwilkę macała na ścianie przy drzwiach, wreszcie znalazła, przekręciła wyłącznik zapalając światło. Znajdowały się w dużym przedpokoju. Z lewej strony były drzwi do dwóch pomieszczeń, z prawej do trzech i jeszcze jedne na wprost wejścia. Gabriela widocznie spostrzegła ustalony znak, bo rzekła półgłosem:
-Ktoś tu jest. Uważajcie dziewczyny, żeby nie doszło do nieporozumienia, bo one na pewno też mają broń.
Stanęła pośrodku przedpokoju. Głośno wyrzekła coś kompletnie niezrozumiałego.
– Ne rozumim ja tebe – zdziwiła się Cesia. – Ceż ty żekla?
-Standardowe hasło – uśmiechnęła się Gabriela. – Mogę ci zdradzić, bo i tak nie powtórzysz. „Pozdrawiam ciebie i twoje wielbłądy” w języku suahili. Mówią, że powinno być „twoje okręty”, bo Suahili to cywilizacja morska, ale skoro tak to ułożyli…
Rozczochrana, zaspana blond głowa ukazała się w szczelinie półotwartych drzwi z prawej strony.
-O rany! – wykrzyknęła głowa. – Z cyrku wodnego was wypuścili? Zaczekajcie, tylko coś na siebie włożę. – Wyszła po chwili w szlafroku. Wiek niewiele ponad trzydzieści, dość wysoka, postawna. Wyciągnęła szczupłą dłoń z dużym pierścieniem, bardzo przydatnym do łamania szczęk. – Iksiks jestem – przedstawiła się. – Pisze się to i wymawia jak dwa duże X, bez żadnej przerwy między nimi. Takiego pseudonimu używam w tym świecie, albowiem jakiś psychopatyczny dowcipniś zaopatrzył mnie w papiery na nazwisko Xymena Xenia Wądół.
Uścisnęły sobie ręce, przedstawiając się. Po chwili z sąsiednich drzwi wyszła nieco młodsza dziewczyna w nocnej koszuli. Tarła dłońmi zaspane oczy.
-Hej – powiedziała.
Weszły za XX przez drzwi na wprost. Zobaczyły salon a w nim dużą szafę, komodę, kredens, wszystkie te okazałe meble pokryte orzechowym fornirem, z gałkami wyglądającymi jak bursztynowe. Pośrodku stał duży okrągły stół otoczony krzesłami, mniejszy kwadratowy stolik umieszczono przed kanapą, a po jego bokach dwa fotele. Na wprost wejścia były drugie drzwi, najpewniej do drugiego pokoju.
-Przebierzcie się – XX skinęła głową w stronę szafy. – Jolka w tym czasie przygotuje kanapki, kawę, herbatę a ja napalę w piecu łazienkowym.
Wyszły obie z Jolką do przedpokoju, a podróżniczki między światami w mgnieniu oka pozbyły się złachmanionych, wilgotnych  ciuchów i rzuciły się do szafy. Wybrały sobie bieliznę i spódnice, spodni nie było, widocznie TT nie uznawał kobiet w spodniach. Elżbieta wybrała zapinaną koszulę w drobną kratkę, pozostałe bluzki wciągane przez głowę, zmarzluch Cesia dodatkowo pulower.
Jolka wróciła z tacą. Ustawiła na stoliku szklanki z herbatą, kanapki, talerzyki, cukiernicę. Zebrała brudne ciuchy.
-Nieźle żeście się uszlajały – rzekła. – Z tych seksownych tiulów nic nie będzie, lepiej je spalę w piecu łazienkowym.
Wyszła, minąwszy w drzwiach XX.
-Napaliłam w piecu, za godzinę będzie gorąca woda do kąpieli – pochwaliła się XX.- Tymczasem siadajcie, jedzcie i pogadamy.
-Jak u was jest? – spytała Gabriela, sięgając po szklankę.
-Do dupy – odparła zwięźle XX.
-To jak wszędzie. A konkretnie?
-Konkretnie, to jesteśmy bardzo zmartwione, kompletnie zdezorientowane, ponieważ szefowa Dominika Dzięgiel została ciężko ranna. Udało nam się szybko przerzucić ją do OS, operowano ją bez zwłoki, więc wyżyje. Jeszcze długo ma pozostać w śpiączce farmakologicznej, a tylko Dzięgiel zna ściśle tajne plany zamachu na Hitlera. Tylko Dzięgiel zna położenie ważnych arsenałów i skrytek bankowych. Zaszyfrowane informacje powinny być ukryte w jej mieszkaniu, niestety pieprzony zamachowiec je ukradł.  Kość z danymi jest zespolona z mikro nadajnikiem, przeszukałyśmy czujnikiem cały dom, nigdzie nie ma sygnału nadajnika. Mam nadzieję że nieprędko złamią szyfr więc wszystko powinno być jeszcze na swych miejscach, tylko co nam z tego, skoro nie wiemy, gdzie są te miejsca.
Nowo przybyłe dziewczyny słuchały o tych nieszczęściach kiwając potakująco głowami i zajadając kanapki.

część XV

RU, według miejscowej rachuby czasu drugiego sierpnia 2033 r.

-Dziewczyny, pospieszcie się! – nawoływał podekscytowany osobnik przypominający młodego Hitlera, ubrany w różowy garnitur i różową koszulę, jedynie buty miał zielone. – Autokar już czeka! Ruchy, ruchy!
Stał pod dużym walczakiem, z którego sterczały króćce z kołnierzami. Niegdyś przykręcone były do nich rury. W nieczynnej hali fabrycznej rdzewiało jeszcze kilkanaście podobnych kotłów. Obok poziomego zbiornika ozdobionego wyblakłym napisem „Uwaga! Wysokie ciśnienie!”  stało osiem łóżek zaścielonych falbaniastą różową pościelą. Na środkowym coś się poruszyło pod kołdrą która zleciała wreszcie na podłogę, odsłaniając ciało dwudziestoletniej blondynki. Dziewczyna przeciągnęła się i leniwie sięgnęła po różowe majtki leżące na różowej szafce.
Za sypialnią znajdowały się trzy ubikacje, dwie łazienki oraz kuchnia, zupełnie normalne tyle tylko, ze bez ścian i sufitu. W wannie pluskała się brunetka, od czasu do czasu wysuwając w górę z piany zgrabną nogę. Obok jej koleżanka z błogą miną brała prysznic, polewając niczym nie osłonione wdzięki. Cztery dziwnie ubrane kobiety kręciły się po kuchni. Jedna siedziała na sedesie, czytała kolorowy magazyn i chichotała. Wielkie, różowe, sztuczne pajęczyny rozpinały się nad nimi pod stropem.  Tam gdzie nie sięgał blask reflektorów,  z powodu bardzo brudnych okien panował półmrok, w którym pajęczyny fosforyzowały nieprzyjemnym, zielonym światłem.
Elżbieta ubierała się pod kołdrą, do ubikacji chodziła o północy kiedy była najmniejsza oglądalność, nie uczestniczyła w seksie lesbijskim w porze największej oglądalności ani w ogóle nigdy, do wanny wchodziła osłonięta prześcieradłem. A jednak pomimo tak nagannego zachowania, nie wiedzieć czemu podczas głosowań telewidzów otrzymywała najwięcej punktów. Chociaż prawdopodobnie było to fałszerstwo dokonywane przez Drożka i Tripa którzy chcieli aby wygrała, ponieważ mieli podzielić się jej nagrodą. Może tak, może nie, bo kto wie co obiecały im inne dziewczyny, może jeszcze więcej? W każdym razie, Elżbieta była na czele stawki. Między innymi dlatego rywalki jej nienawidziły i pewnej nocy trzy najbardziej zawzięte chciały zrobić jej kocówę ale spuściła im takie lanie, że więcej nie próbowały.
-No szybciej, dziewczyny! – rozdarł się różowy Hitlerek. – Dzisiaj rywalizujecie w plenerze, a za trzy pierwsze miejsca jest całe mnóstwo punktów! I mówię wam, mam przeczucie, kto znowu wygra…
-Ja też wiem – ziewnęła blond Mitzi, która już ubrała majtki i wciskała się w gorset czerwony w czarne kropki, gdyż udawała biedronkę. – We wspinaniu się na drzewa, ryciu nor i innych zajęciach terenowych, najlepsza jest zawsze ta potworzyca z Odwróconego Świata.
Elżbieta w kuchni przy stole kroiła ogórek. Przebrana była za osę. Miała  gorset w czarne i żółte pasy z bardzo dużym dekoltem, wcięty w talii. Na plecach przymocowano do niego dwie pary niewielkich skrzydełek, przeźroczystych i błoniastych, jak to u błonkoskrzydłych. Miała różową spódniczkę z kilku warstw usztywnionego tiulu, sterczącą mocno na boki a bardzo słabo w dół tak, że ledwie osłaniała biodra. Poniżej różowy pas do pończoch, różowe atłasowe majteczki, pończochy z różowej siatki. Obróciła ku Mitzi głowę z różową opaską ozdobioną różowymi czółkami i wznosząc do góry nóż, rzekła:
-Aha, już wiem dlaczego świat nagle wypiękniał. Dlatego, że Mitzi nareszcie zasłoniła obwisłe cycki.
-Zdaje ci się, bo masz zeza! – wrzasnęła Mitzi.
-Cisza!! – wrzasnął Hitlerek jeszcze głośniej. – Uwijać się, która nie będzie gotowa za pięć minut, ta zostaje! Zapamiętajcie to, bo nie będę powtarzał!
Dziewczyny poderwały się do bardziej energicznych działań i po niecałym kwadransie wymaszerowały z hali na światło dnia, a konkretnie, na opuszczony, zaśmiecony, pokryty plamami dziedziniec, gdzie ze szczelin pomiędzy betonowymi płytami wyrastały chwasty. Stał tam piętrowy autokar, którego dolny pokład już zajęła ekipa techniczna. Elżbieta weszła na górę, usiadła przy oknie. Mitzi weszła za nią, rozejrzała się – niestety wieczorem pożarła się ze swą najlepszą przyjaciółką Suzi która usiadła obok Kici, więc Mitzi z miną wyrażającą niesmak usiadła obok Elżbiety.
Opuszczona hala postindustrialna w której kręcono reality show „Pająk Dżony szuka żony” znajdowała się na przedmieściach Radogoszczy, więc autokar po kwadransie znalazł się na terenach wiejskich, gdzie pola kukurydzy i (prawdopodobnie, bo na pewno to Elżbieta nie wiedziała) buraków cukrowych ciągnęły się po zamglony horyzont. Mitzi zamknęła oczy i udawała, że śpi. Elżbieta uczyniła to samo i po chwili zasnęła naprawdę. Obudziła ją zmiana tonu mruczącego silnika. Otwarła oczy – autokar zatrzymał się w lesie. Lekka mgła ustąpiła, dzień był piękny, las wyglądał wesoło. Hitlerek wylazł po schodkach z dolnego pokładu.
-Zaczynamy rywalizację w terenie – rzekł. – Walczycie panie w dwuosobowych zespołach, tak jak siedzicie.
-Ja z nią nie będę w jednym zespole! – obudziła się Mitzi.
-Będziesz – rzekł Hitlerek z dziwnym uśmieszkiem. – To właśnie fajnie wyjdzie, dwie największe nieprzyjaciółki zmuszone do współpracy. Będzie na co popatrzeć. Wysiadacie w lesie, w odstępach mniej więcej kilometrowych. Idziecie kierując się strzałkami. Który zespół nie dotrze do celu w przeciągu czterech minut, jest na dobre zdyskwalifikowany i opuszcza program. Każdej dwójce towarzyszy kamerzysta. Helojza z Alunią, wy pierwsze. Wysiadacie.
Elżbieta i Mitzi wysiadły na końcu. Towarzyszył im facet uzbrojony w dwie kamery. Jedną normalną i drugą miniaturową, przymocowaną do opaski nad czołem. Biała strzałka wymalowana na drzewie wskazała im ledwie widoczną ścieżkę wydeptaną w poszyciu. Szły od strzałki do strzałki, szybko, żeby zmieścić się w czasie. Za nimi człapał milczący kamerzysta. Po trzech minutach znalazły się na brzegu jeziorka otoczonego lasem. Elżbieta poznała je od razu – w tym miejscu było przejście do OS. Serce podeszło jej do gardła. To nie mógł być przypadek. Za jej plecami coś upadło w zarośla obok ścieżki – kamera. Pewnie atrapa. Pseudokamerzysta złapał Elżbietę za włosy, obrócił, uderzył ją w dołek aż usiadła na ścieżce skurczona i bez tchu i zanim się spostrzegła, już założył jej na przeguby plastikowe kajdanki. Mitzi wrzasnęła. Refleks miała znakomity, w mgnieniu oka rzuciła się do ucieczki. Dwóch łysych facetów wychynęło z leśnego poszycia i wesoło pohukując, bez pośpiechu, rozkoszując się takim polowaniem, pobiegło za dziewczyną. Z lasu wyszło jeszcze trzech. Ci, razem z kamerzystą, złapali Elżbietę pod pachy i za nogi i ponieśli w głąb lasu. Niedaleko. Do przesieki, na której niegdyś parkowała Gabriela. Teraz parkował tam ciężarowy furgon. Z boku skrzyni ładunkowej otwarły się przesuwne drzwi, przez które porywacze wrzucili Elżbietę do wnętrza. Nie byli delikatni więc potłukła się trochę i całkiem oszołomiona leżała na blaszanej podłodze. Po chwili Mitzi z krzykiem: – ostrożnie, głupie sukinsyny! – wylądowała obok niej. Ktoś pochylił się nad nimi. Drożko, uśmiechnięty szyderczo.
-Suko, małpo przeklęta – z nienawiścią kopnął Elżbietę w żebra, aż z jękiem obróciła się na podłodze. – Koniec waszych przeklętych rządów. Zielone ludziki z Unii Kontynentalnej już robią porządek w Radogoszczy, a ja zrobię porządek z tobą, ty…
Wican przerwał, ponieważ ktoś wsadził łysą pałę przez drzwi i powiedział:
-Szefie, zwałka jak nie wiem co! Jest komunikat, że Polacy i Nowogrodzianie przebrani za Polaków udzielają Wielecji bratniej pomocy. Unioniści przebrani za nas czyli za powstańców, spierdyczają przed nimi na zachód.
-Czy ja cię o coś pytałem? – ryknął Wican. – Zamknij się i zjeżdżaj. Zresztą, zaczekaj. Kiedy oni tu będą?
-Bo ja wiem? – zastanowił się łysy. – Opór jakiś jest i dopiero co przeszli granicę, więc za jakieś pięć albo sześć godzin.
-To aż nadto – ucieszył się Wican. – Zdążymy załatwić sprawę z tymi tutaj, obadać przejście jeśli starczy czasu, odpalić graty i spokojnie się ewakuować. Małpa, chodź tu.
Z kąta do którego wzrok Elżbiety nie sięgał, wylazł na środek czarnoskóry osiłek. Miał dredy do ramion, plemienny tatuaż na szczękach i nosie, ubrany był w dżinsy do kolan oraz pomarańczowy podkoszulek z napisem „Czy lubisz brutalne pieszczoty?”. Niósł skórzany kuferek, postawił go na podłodze i ukląkł obok niego.
-Wszystko nam powiesz – rzekł Wican stając nad Elżbietą. – Na początek to, gdzie dokładnie jest przejście, jak przechodzicie na drugą stronę i w ogóle, wszystko na ten temat. Potem mam jeszcze kilka innych pytań. Jeśli opowiesz bez nalegania, wszystko odbędzie się humanitarnie. Zastrzelimy cię, i już. Jeżeli będziesz oporna, czeka cię śmierć w męczarniach. Trzy godziny tortur, na więcej niestety nie mam czasu, ale to będą godziny gorsze niż wieczność w piekle. Małpa, pokaż jej.
Murzyn rozpiął zatrzask kufra i z uśmiechem wyjął jakiś kolczasty przedmiot. Elżbieta nie zdołała mu się przyjrzeć, miała rozbiegany wzrok i nie potrafiła go skoncentrować.  Jej mięśnie napięły się, aż skurcz złapał ją w łydki. Trzęsła się ze strachu, a jednocześnie miała uczucie, że jej to nie może dotyczyć, że to opowieść o kim innym. Czarny osobnik wyjmował tymczasem i ustawiał rzędem kleszcze, miniaturową wiertarkę, jakieś szpikulce, kolekcję noży, buteleczkę z której uronił kroplę a ona pieniła się na podłodze.
Elżbieta trzęsła się. Nie wiedzieć dlaczego, przecież nie ze strachu, nie bała się bo to nie mogło być naprawdę, to tylko sen.
-Wszystko, wszystko powiem – wyjąkała.
-Ja myślę – roześmiał się Wican. – Ale skoro już wyjął narzędzia, potorturuje cię troszkę, tylko tak, żeby zademonstrować możliwości. A ciebie Mitzi, skoro już chłopcy się zabawią, sprzedamy do jakiegoś egzotycznego burdelu.
-Nieee, proszę! – zawyła Elżbieta, i raptem umilkła.
Umilkł rechot Wicana. Ucichły przekleństwa miotane przez Mitzi. Wszyscy nadstawili uszu, nawet czarny, choć – Elżbieta zauważyła to dopiero teraz – jednego ucha nie miał.
Z daleka i coraz bliżej dobiegał gwałtowny terkot pistoletów maszynowych. Łup! Łup! zabrzmiały wybuchy granatów.
-Małpa, zabij sukę! – rozkazał Wican.
Ale czarny już zeskoczył na glebę, zamierzając niezwłocznie dać nogę. Wican podniósł nóż i zbliżył się do Elżbiety. Mitzi leżąc na plecach ze związanymi rękami podstawiła mu nogę. Potknął się, pochylił. Podciągnęła kolana pod brodę. Prostując nogi kopnęła go w tyłek, bo akurat tam dosięgła. Podparł się ręką w której miał nóż i nadział się na niego. Terkot broni maszynowej, przekleństwa i wybuchy rozbrzmiewały już nieopodal furgonu. Ktoś uruchomił silnik próbując ruszyć. Całkiem już bliska seria przerwała te próby. Kilkanaście sekund później dwie niewysokie sylwetki w łaciatych mundurach polowych zręcznie wślizgnęły się  na pakę.
-Gabriela, Mańka, kocham was – pisnęła Elżbieta tak cicho, że chyba nikt nie usłyszał. Nie mogła dobyć tchu.
Mańka rozcięła nożem plastikowe kajdanki Elżbiety. Gabriela uwolniła Mitzi.
-Zdążyłyśmy – powiedziała Mańka z dumną radością. – Gdybyś dała się zabić, to chyba bym cię zabiła.
Elżbieta poczuła straszny ból w zdrętwiałych rękach, kiedy podparła się nimi wstając niezdarnie. Ale kiedy już stała, zapomniała o wszelkich bólach. Jednym susem dopadła Wicana. Na szczęście żył, choć był dość ciężko ranny. Zaczęła go kopać, kopać z furią.
-Zdrowa reakcja – skomentowała Mańka. – Nie ma to, jak odreagować.
Elżbietę wreszcie noga rozbolała tak, że musiała przestać.
-Co z nim zrobimy? – spytała.
-Zostawiamy, niedługo sam zdechnie – zdecydowała Gabriela. – Dość marudzenia. Spadamy, robi się coraz goręcej.
Rzeczywiście, palba wciąż przybierała na sile. Zeskoczyły na trawę. Widok zasłaniały krzaki, nic nie widać prócz stokrotek i listków, ale przez te listki spomiędzy drzew leciały zbłąkane kule. Do wybuchu granatów dołączyły potężniejsze wybuchy, jakby armaty, moździerze, czy jak tam zwą te ustrojstwa.
-Działka czołgowe – mruknęła Gabriela. – Spadamy, ale w którą stronę? Gdzie nasi?
-Co się dzieje? – spytała Elżbieta.
-Bunt, inspirowany, wsparty przez Unię – rzekła pospiesznie Gabriela. – W skali ogólnej, Fruzia ma znacznie więcej zwolenników niż przeciwników, ale przeciw niej te zielone ludziki z Unii Kontynentalnej, ale znowuż Polacy z bratnią pomocą tuż, a za nimi stoi Nowogród Wielki.  A to tutaj to istna kaszanka i chaos, oni tu mają duże siły, ledwie żeśmy się przebiły z plutonem piratów-komandosów których Fruzia wyrwała sobie spod serca bo u niej w mieście też gorąco, ujawniły się różne klany, nawet muzułmanie, ale jak służby cokolwiek poniewczasie doniosły, że ciebie porywają, no to, jesteśmy…
-Dzięki – powiedziała Elżbieta. – Och, kurwa! – wykrzyknęła.
Była to niecenzuralna reakcja na świst kuli przelatującej koło ucha. Ryk motoru, trzask drewna, donośne klekoty rozległy się z lewej strony. Z gęstwiny na drogę wyjeżdżał czołg, łamiący młode drzewa.
-Nasz?
-Skądże!
Pobiegły w prawo. Stanęły, bo drugi pancerny kolos wyjechał z jakiejś przecinki na drogę i obracał wieżyczkę w ich stronę. Na dobitek, nad bujnymi paprociami, poniżej koron drzewek, zauważyły pstre kolory. Gangsterzy Gęstej Sieci w krzykliwych ubraniach, z maszynkami w łapach. Aż zawyli z uciechy, widząc kobiety.
-W nogi, nad jezioro! – rozkazała Gabriela. – Tylko przerzut nas uratuje.
Pobiegły.
-Nie przygotowany? – wydyszała Elżbieta, biegnąc obok Gabrieli. – Bez współdziałania z drugiej strony?
-Bez. W trybie awaryjnym, byle jak, byle prędko. Może przeżyjemy.
-Pięknie, do cholery – parsknęła Elżbieta. – Gdzie nas wyrzuci?
-Nie wiem.
Wbiegły w płytkie wody śródleśnego jeziora.
-Kładźcie się obie w wodę, zamknijcie oczy, módlcie się, ani drgnąć, jakby was nie było – rozkazała Gabriela. – Ja z Mańką inicjujemy przejście.
Elżbieta usiadła w wodzie, położyć się nie mogła, jednak było za głęboko. Zamknęła oczy i zaczęła się modlić. Szczękająca zębami Mitzi przytuliła się do niej. Kucały objęte jak siostry, wstrząsane dreszczami. Elżbieta miała zamęt w głowie, jeszcze większy niż pamiętała z poprzedniego przejścia. Gabriela mamrotała jakieś gusła, formuły albo przekleństwa, rozległ się przenikliwy wizg i coś jakby seria wystrzałów, mogły to być wystrzały, jeśli bandyci dotarli nad jezioro.

część XIV

 „Niepamiętnik” czy uderzenie pałą w łeb – wszystko jedno, efekt taki sam. Mateusz odpłynął, świadomość na kilka uderzeń serca opuściła go.   Kiedy pozbierał się jako tako, nie wiedział, co ma robić. Zastrzelić Borowskiego – oczywiście, tak, jak najbardziej. Broń jest, maska jest, pozostaje zdobyć środek transportu, można kupić za wszystkie oszczędności dekawkę jeszcze na chodzie, ale bezpieczniej ukraść rower. Po fajrancie wszyscy domownicy u Borowskich gromadzą się na obiedzie. Wtedy napad niby to rabunkowy, sprowokować Borowskiego, to chojrak, łatwo da się podpuścić i cyk, nie ma gościa. Zimny trup, z kulą w sercu. Resztę towarzycha zamknąć w komórce, starych Borowskich jeszcze nie ma, więc Słabikowski, kucharka, pokojówka, może jakiś gość, nieważne, sterroryzowani morderstwem łatwo dadzą się zamknąć.  Telefon rozwalić i chodu. Wszystko pięknie, ale to dopiero jutro. A teraz, w tej chwili, co? Rąbnąć łbem o ścianę – można, ale to nic nie zmieni, jedynie tynk się odłupie. Upić się – nie, to byłaby ucieczka w alkoholowe stany nieświadomości, dezercja po prostu. Z tego wszystkiego, wziął z kuchni kubeł i poszedł wyrzucić śmieci. Kiedy wracał, wyjął ze skrzynki list od ojca. Szybko przebiegł spojrzeniem treść – starszy pan stwierdzał, że list Mateusza który otrzymał, jest bardzo niejasny,  sygnalizuje, że coś złego się stało nie tłumacząc jasno co, mianowicie. Dlatego starszy pan weźmie urlop tak szybko, jak to możliwe i przyjedzie. Ale bardzo szybko to niestety, nie będzie.
-Jasne – mruknął Mateusz. Rozumiał że ojciec, naczelnik wydziału w przygranicznym starostwie, ma teraz w pracy okropny młyn.
Wyciągnął rękę, walczył chwilę ze sobą, bał się choćby dotknąć „Niepamiętnika” a co dopiero brać się za czytanie! „Nie przesadzaj” – rzekł w myślach sam do siebie. – „Przecież mogło być gorzej. Z dwojga złego lepiej, że okazała się kurwą niż zdrajczynią, jakąś niemiecką dywersantką.” Przemógł się, otwarł przeklęty notes i rozpoczął czytanie z uczuciem, że włazi na pole minowe.

AB jest cwańszy i bardziej szalony, niż myślałam. Gdy miałam zakryte oczy w tej chatce pszczelarza, musiał zrobić odciski kluczy do mego mieszkania. Klucze miałam w torebce, może w obejściu były jakieś resztki wosku, może miał odpowiednią substancję przy sobie, może odrysował wykrój klucza – w końcu jest inżynierem – w każdym razie, zrobił co trzeba i dorobił sobie klucze do mego mieszkania. Wlazł do mnie późnym wieczorem, przyprawiając mnie niemal o zawał serca gdy posłyszałam, że ktoś łazi w przedpokoju. Pomyślałam,  to musi być któraś laska z kręgu najbliższych z czymś pilnym, bo niby kto? Duchy? Tylko dzięki takiemu tłumaczeniu nie wykorkowałam ze strachu. Zamiast wpaść w furię, roześmiałam się z ulgą gdy zobaczyłam, że to tylko AB. Ale on się nie śmiał. Przylał mi kilka razy otwartą dłonią, zmusił bym z nim wyszła, wywiózł gdzieś – nie wiem jaka to była ulica, chyba Zabłocie  – do jakiegoś pustego magazynku, może specjalnie wynajętego a może to było w fabryce jego rodziców. Tam zdarł ze mnie ubranie, związał mi ręce liną którą przerzucił przez belkę pod sufitem tak, że stałam na palcach wyprężona jak struna. Wychłostał mnie całym zestawem narzędzi. Wrzeszczałam, ale on się śmiał i mówił, że nikt nie usłyszy. Potem mnie odwiązał, wziął na kozetce w kantorku, potem znowu pobił i powiedział, że on nie jest takim durniem jak Adam J., wcale się nie zabije gdybym chciała uwolnić się od niego. O nie, on siebie nie zabije. On zabije mnie. Bardzo mi się to nie spodobało. Potem naopowiadał okropnych świństw, co zamierza ze mną zrobić. Fantazje, nie odważyłby się na coś takiego, ani ja bym się nie zgodziła. Najbardziej podniecająca była opowieść o tym jak urządza przyjęcie, ja podaję do stołu zupełnie naga, nikt z gości nie ma prawa mnie dotknąć, ale ile chcą, tyle mogą oglądać na moim ciele ślady chłosty. Jak na inżyniera, AB ma bujną wyobraźnię.

          -Suka – jęknął Mateusz. Już rozumiał, dlaczego „Niepamiętnik” został tak wymyślnie ukryty. – Suka – powtórzył. – Szmata. Masochistyczna nimfomanka.
Prawie płakał. Gdyby nie to, że był twardym facetem, a twardzi mężczyźni przecież nie płaczą, to można by powiedzieć, że właśnie płakał. Czuł się podle, kompletnie zdołowany, upokorzony, głupi rogacz bez bujnej wyobraźni. A najgorsze było to, że już jasne – ona nie żyje. A jeszcze gorsze to, że mimo wszystko, wciąż ją kochał.
Wstał, podszedł do pieca. Przyłożył mu z byka. Uderzył pięścią w ścianę. Klął dobry kwadrans. Nie wiedział, czy pojedzie zabić Borowskiego za to, że rżnął Adę, czy za to, że ją zarżnął. Ciało wywiózł, zakopał, może utopił. Tak czy owak, za wszystkie te czyny odpowiednią  karą jest śmierć. Najlepiej długa i bolesna, a nie taka prędka, od kuli. Ale cóż, nigdy nie jest tak, że ma się wszystko wedle życzenia. „Przecież nie muszę w serce – ucieszył się raptem. – Mogę w brzuch, wtedy śmierć jest w sam raz, długa i bolesna.”
Usiadł za stołem i położywszy ciężką rękę na przeklętym  „Niepamiętniku”, zgrzytając zębami, zapatrzył się w pociemniałe już okno. Z wolna zaczynał rozumieć, że na wszystko to należy spojrzeć z nieco innej strony. Ale karą i tak będzie śmierć.

***

 

Gra w kości

tytuł : Gra w kości

autor: Elżbieta Cherezińska

Bardzo fajna książka, ale ma jedną podstawową wadę: nie jest to pozycja z gatunku fantastyki lecz powieść historyczna. Święty Wojciech, Bolesław Chrobry, cesarz Otton. Ponieważ nie jest to powieść SF ani fantasy, nie napiszę recenzji a jedynie tę krótką notkę, w której jeszcze raz podkreślę, że mi się podobało. O tymże okresie pisał Teodor Parnicki w Srebrnych orłach, które podobały mi się jeszcze bardziej. Parnicki jest trochę zapomniany jak mi się zdaje, a pisał świetne książki, zwłaszcza te pierwsze, Aecjusz ostatni Rzymianin i  Srebrne orły. Późniejsze jego książki są trudne w odbiorze, przekombinowane, a także  – to zerżnąłem z Wikipedii – autotematyczne, erudycyjne i wymagające wytrwałego odbiorcy. A ja je przeczytałem! No nie wszystkie, ale Koniec Zgody Narodów i pierwszy tom Twarzy księżyca. Te jego późniejsze książki sterowały jakby w stronę SF – na przykład w Końcu Zgody Narodów wielką rolę odgrywał parowiec tak właśnie nazwany, który w IV wieku pne. pływał sobie po rzece w Azji Środkowej, w hellenistycznym królestwie Baktrii. W każdym razie, jego książki czytałem bardzo dawno (one naprawdę wymagają sporego  zużycia energii, teraz bym już chyba nie dał rady) a jednak je pamiętam. zapadają w pamięć, a to bardzo dużo w potopie nijakości.

część XIII

Raz czy dwa razy już spotkałam AB na Grzegórzeckiej kiedy wracałam ze szkoły, mówił mi wtedy, że załatwiał jakieś sprawy u Zieleniewskiego. Dlatego wcale się nie zdziwiłam, kiedy jego samochód zatrzymał się koło mnie przy krawężniku, tuż po tym, jak wyszłam na ulicę z za ogrodzenia wokół szkoły. Wysiadł i tak do mnie mówi, patrząc na mnie nad dachem samochodu:
-Cześć. Wsiadaj. Podwiozę cię gdzie ci pasuje, a może wstąpimy na kawę?
-Chętnie skorzystam – tak mu odpowiedziałam. – Podrzuć mnie w stronę domu, a co do kawy, to może innym razem.
-Może jednak dzisiaj, skoro już żeśmy się spotkali – nalegał. – Wiesz, mam ci coś do powiedzenia.
-Co? – zdziwiłam się.
-Tak na ulicy, to nie powiem – upierał się. – Wsiadaj, porozmawiamy w spokoju, tylko nie mów, że ci się spieszy.
Faktycznie, nigdzie mi się nie spieszyło. Mój narzeczony wyjechał na kilkudniową delegację o czym AB musiał wiedzieć gdyż razem pracowali, zakupy miałam porobione, MS nie chciała nigdzie ze mną iść ponieważ umówiła się z jakimś – podobno fascynującym – chłopcem, w rezultacie nie miałam nic innego do roboty, niż  czytanie książki. Pomyślałam, że z tego AB miły chłopak który chce mi coś ważnego powiedzieć, więc się zgodziłam. Ku memu zaskoczeniu AB zawrócił pod Halą Targową, dodał gazu, pędzi Grzegórzecką jakby poza miasto, skręca  w Fabryczną, mija Monopol, skręca w Mogilską i pędzi w stronę Czyżyn! Poważnie się zdziwiłam, potem zaniepokoiłam, pytam go o co chodzi, nareszcie zaczęłam wrzeszczeć, a on nic! Dopiero gdy wyjechaliśmy na szosę za fortem Pszorna, tak do mnie mówi:
-Pewnie wiesz, że świętej pamięci, o ile takie określenie pasuje do samobójcy, Adam J. to nasz powinowaty?
-Oczywiście – odpowiadam. – Dzięki temu załatwił u was posadę dla mego brata-kuzyna.
-Ale nie wiesz, że Adam J. zostawił list pożegnalny? – Widząc, że okropnie się zdziwiłam, tak mówi: – Włożył go do książki w bibliotece, widocznie mało poczytna ta książka bo dopiero niedawno ktoś ją wyjął z półki, wtedy wypadł z niej  ten list. Już cała rodzina o nim wie, krewni, powinowaci, przyjaciele rodziny, każdy pod pieczęcią wielkiej tajemnicy, więc i ja się wreszcie dowiedziałem.
-I co tam jest napisane? – spytałam, szczerze zainteresowana.
-Tam jest napisane… – zaczął cedzić przez zęby AB, dodając gazu choć i tak już pędził. – Tam jest napisane, że jesteś dziwką i masochistyczną nimfomanką, że perfidnie go uwiodłaś i skłoniłaś do występków dość szczegółowo opisanych, że nie może tego znieść i się zastrzeli.
Nic na to nie powiedziałam, nie mogłam, tak mnie zamurowało.
-Nic nie mówisz, więc się zgadzasz, co? – tryumfował AB uśmiechając się wariacko.
-Ty chamie, ty durniu! – rozwrzeszczałam się i zaczęłam go tłuc pięściami ale zaraz przestałam bo on nie zwalniał, a kiedy go walnęłam to niewiele zabrakło by wpadł na drzewo. – Na szczęście ma mnie kto bronić, powiem narzeczonemu to wyzwie cię na pojedynek i zastrzeli jak psa!
Mogło się tak zdarzyć ponieważ mój świetnie strzela, natomiast AB jest lekko zezowaty. Ale groźba nie podziałała, nie wystraszył się, tylko roześmiał szyderczo:
-Wątpię, żebyś się zdecydowała powiedzieć mu prawdę o tych figlach z nieszczęsnym Adamem J. O naszych dzisiejszych figlach też nie wiem, czy się zdecydujesz wszystko zdradzić…
-Co ty kombinujesz? – spytałam naprawdę przerażona. – Czego chcesz?
-Chcę prosić cię o rękę. W Czyżynach jest kościół, zmuszę księdza, żeby od ręki dał nam ślub. Zgadzasz się?
-Nie!
-W takim razie, zamierzam cię zgwałcić.
Znowu mnie zamurowało, więc dopiero po chwili odparłam, na pozór zupełnie spokojnie:
-Zapłacisz za to własnym życiem.
-Być może. Co z tego, dla mnie wszystko jest niczym, poza jednym: muszę cię mieć. Ale zanim cię wezmę, zostaniesz ukarana.
-Za co niby chcesz mnie karać, ty idioto?
-Za wszystko. Za całe zło, jakie wyrządzasz mężczyznom. Zobaczysz, powinno ci się spodobać, ponieważ jesteś rozwiązłą, masochistyczną dziwką.
Wtedy tak mu przyłożyłam w ryja, że stracił panowanie nad kierownicą i o mało nie zginęliśmy rozsmarowani na drzewie. To ostudziło moje bokserskie zapędy. Po chwili AB skręcił z szosy w polną drogę, która obok lasku i bagienka z oczkiem wodnym wspinała się na szczyt wzgórza. Stała tam opuszczona chata, otoczona wymarłymi ulami rozstawionym w zdziczałym sadzie. W koło ani żywego ducha, nic tylko pola no i ten las z bagienkiem. Musiało to być gdzieś w okolicach jego rodzinnego domu, dlatego znał ten zakątek. Mógł tu zrobić ze mną wszystko. Bałam się jak diabli. AB musiał spostrzec, jaka jestem przerażona, ponieważ rzekł:
-Nie trząś się tak, do paniki nie ma powodu. Nie zamierzam cię kaleczyć ani tym bardziej zabijać. Trochę seksu na pewno cię nie zabije, masz w tym wprawę, ty dziwko, no nie? Ledwo wyrosłaś z pieluch rżnęłaś się z tym durnym Adamem J,. potem z JM, z MS, diabli wiedzą z kim jeszcze po drodze, a ze mną to nie łaska? Co to, gorszy jestem? Właśnie, że jestem najlepszy o czym zaraz się przekonasz, zwłaszcza, że dzięki staremu durniowi J. już wiem, jak ci dogodzić.
Wysiadł z auta a ja odetchnęłam przez sekundę łudząc się nadzieją, że się wygadał, a teraz pójdzie sobie. Gdzie? Cholera go wie. Może utopić się w tym stawie albo powiesić na jabłoni. Ale nie, on otworzył drzwi z mojej strony i ciągnąc mnie za włosy i za rękaw wywlókł mnie z samochodu, wykręcił mi ręce i zaprowadził do tej chaty. Tam, no cóż, chociaż uciekałam i próbowałam się zasłaniać zmurszałym taboretem, sprał mnie paskiem od spodni. Kazał mi się rozebrać. Nie posłuchałam. Znowu mnie sprał próbując zmusić do posłuchu. Kazał mi się rozebrać. Nie posłuchałam. Zbił mnie jakimś kijem. Kazał… Nie wiem ile razy się to powtórzyło, ale za którymś razem, jęcząc z bólu i wstydu, rozebrałam się do naga, tak jak kazał. Wtedy z zawziętą miną przełożył mnie przez kolano. Byłam już całkiem złamana i nie stawiałam oporu. Wlepił mi ze sto klapsów gołą ręką. Potem mnie wziął na brudnym, skrzypiącym stole. Co się w ciągu tych okropnych scen działo w mojej psychice, tego sama nie jestem w stanie sobie odtworzyć i uświadomić, muszę to jakoś ogarnąć, przypomnieć sobie, przeanalizować i uwyraźnić tak, bym była w stanie to opisać. Na razie nie jestem w stanie. W każdym razie, powróciły wszystkie te dziwne dreszcze jakie czułam gdy mnie karał Adam J., były takie same, tylko sto, nie, raczej dwieście razy mocniejsze! W każdym razie, w pewnej chwili byłam gotowa lizać tego AB po nogach, gdyby akurat chciał. Ale kiedy znów spytał, czy wyjdę za niego, roześmiałam się szyderczo i odparłam stanowczo:
-Nie! Mogę się z tobą spotykać pod warunkiem, że narzeczony o niczym się nie dowie. Jeśli się dowie, wyjadę z Krakowa, właściwie nic mnie tu nie trzyma. Wyjadę i obaj mnie na zawsze stracicie.
-Chyba muszę się z tym pogodzić – rzekł AB. – Co nie zmienia faktu, że za sprzeciw należy ci się dodatkowa kara.
Próbowałam coś mówić, jakoś się bronić, ale on był naprawdę wściekły, silny i ubrany, a ja przestraszona, bezradna i naga. Nie było między nami żadnej proporcji w tej walce. Związał mnie jakiś sznurkiem znalezionym w kącie,  zakneblował, wstyd powiedzieć, moimi własnymi majtkami, zasłonił mi oczy chustką do nosa i krawatem. Przywiązał mnie do nogi od stołu i poszedł sobie. Słyszałam, jak skrzypi podłoga gdy idzie do wyjścia i słyszałam jak skrzypnęły zardzewiałe zawiasy drzwi. Przeraziłam się okropnie, że mnie porzucił i odjechał. Odetchnęłam z ulgą gdy zamiast odgłosu zapalanego silnika, znowu posłyszałam to skrzypienie, gdy wracał do izby. Coś robił przez jakiś czas, nie wiedziałam co. Wreszcie odsłonił mi oczy. Już wiedziałam, co robił: kilka witek wyciętych w sadzie, związał w zgrabną, gustowną rózgę. Sprał mnie nią ze szczególnym uwzględnieniem piersi. Potem mnie rozwiązał i wziął po raz drugi. Potem ubrałam się, wsiedliśmy do samochodu i jakby nigdy nic, wróciliśmy do Krakowa.

Rod Rees „Zima”

tytuł: Zima

seria Demi-Monde

autor Rod Rees

Na okładce reklamują, że „to najbardziej deliryczny wirtualny świat jaki wykreowano od czasu Matrixa”. Być może. ale ja nie gustuję w wirtualnych światach, za wyjątkiem Matriksa właśnie.  Jednak „Zima” ma cechę która dodaje jej nieco uroku w moich oczach – jest tam silny wątek polski, Polacy robią to, co lubią najbardziej – walczą o wolność z nawałą wrogów, w sytuacji jak się zdaje, całkiem beznadziejnej. Jeśli chodzi o polskie wątki to najfajniejszy moim zdaniem  jest w „Pomniku cesarzowej Achai”. Krążownik, lotniskowiec, niszczyciele pod polską banderą  prujące dziobami fale oceanu gdzieś na krańcach Wszechświata – po prostu cudne. Ale  „Pomnik” ma tomów pięć, „Achaja” trzy, a w księgarniach pojawił się „Virion”. Zrecenzować coś tak potężnego, o jej, to naprawdę wyzwanie.  Natomiast „Zimę” Roda Rees zrecenzować można jednym słowem – błahostka. Szkoda papieru, farby drukarskiej i pomimo, że sztuczni nasi dzielnie tam walczą – czasu na czytanie. Zresztą, może jestem uprzedzony, bo, jak już wspomniałem, nie przemawiają do mnie wirtualne światy zamknięte w komputerze. Być może młodsze pokolenia wychowane na grach komputerowych odbierają to inaczej, ale ja nie potrafię przejmować się cyfrowymi światami, wirtualnymi istotami, stworzonymi przez programistę. Żebym mógł przejmować się losem świata i zamieszkujących go istot, świat w założeniu musi być stworzony przez Boga.