część XII

Po dzwonku na dużą przerwę kazałam zostać w klasie Piotrkowi N. by go opieprzyć za to, że na lekcji strzelał ryżem do Rafała B. Piotrek przyniósł do szkoły taką szklaną rurkę do której wkładał ryż i dmuchał.  Opieprzałam tego N. bardzo sugestywnie, gdyż od rana byłam nie w humorze, a Piotrek zamiast okazywać adekwatną do przestępstwa skruchę, jeszcze się stawiał żądając oddania rurki. Twierdził, że to część jakiejś aparatury z apteki jego ojca. Tak mnie rozzłościł że niewiele brakowało, by wylądował u dyrektora. Jednak w końcu go spacyfikowałam, wywołałam w nim poczucie winy (oczywiście udawane) i zresocjalizowanego w ten sposób, odesłałam na przerwę. Wyszłam z klasy dosyć podenerwowana, idę w stronę pokoju nauczycielskiego, aż raptem widzę scenkę prawie jak z obrazu Kossaka pod tytułem „Czwartak i dziewczyna pod drzwiami chaty”. Różnica taka, że zamiast żołnierza jest mój kuzyn z którym mnie łączą takie więzy jak z bratem, wiejską krasawicę odgrywa MS, zaś drzwi chaty zastąpione są drzwiami od pokoju nauczycielskiego. Niewątpliwie kuzynek przyszedł tu w jakiejś ważnej sprawie i czekał na mnie. Jego widok może nawet by mnie uśmierzył, ale nie towarzystwo w jakim go spotkałam! MS szczerzyła do niego zęby i normalnie się mizdrzyła. Niestety, jest względnie ładna. Kuzynek sprawiał wrażenie zachwyconego. Widząc mnie, MS zaćwierkała „do widzenia panu”, mnie pomachała ręką i odeszła korytarzem kręcąc pupą, a on się za nią gapił. Nawet mnie nie zauważył. Dopiero kiedy podeszłam bardzo blisko spojrzał na mnie z takim uczuciem,  kieby na żerdź w płocie. Następnie wycedził: „Czeeeść. Słuchaj Ada, pożycz mi dwie stówy na dwa tygodnie.”  Dotychczas kiedy prosił pożyczałam mu, gdyż trzeba sobie pomagać. Zwłaszcza, że zawsze oddawał w terminie. Ale akurat byłam taka wściekła, że palnęłam bez zastanowienia: „Nie mam. Właśnie chciałam od ciebie pożyczyć trzysta złotych.” Zdziwił się poco mi aż tyle. Mogłabym spytać go o to samo, lecz ja i bez pytania dobrze wiem, na co chce wydać te dwieście złotych. Mianowicie, niejaka von K. jest bardzo  wymagająca (tak naprawdę, ona nie ma  „von” przed nazwiskiem, to ja ją tak nazywam). Kiedy mój kuzynek odszedł dosyć zmartwiony, a ja zdążyłam ochłonąć, poczułam się koszmarnie, lecz było już za późno. Takim oto sposobem wyszło na jaw, że w dodatku do moich wszystkich niewyobrażalnych wad, jestem złośliwa oraz skąpa. Kiedy już przyznałam się do  kolejnych wad mego poplątanego charakteru, odłożyłam pióro i chciałam zamknąć Niepamiętnik. Ale zreflektowałam się, że to nie miałoby sensu. Przecież kiedy rozpoczęłam pisanie tajnych notatek, postanowiłam być szczera. Szczera aż do bólu, więc znów sięgnęłam po pióro i chociaż wprost trzęsę się ze wstydu i zgrozy, wyznam jakie było drugie dno sceny. Co mnie tak poruszyło. Dlaczego byłam wściekła.  Ano dlatego, że kuzynek  puszył się przed nią niby paw, już zaczynał się pomiędzy nimi delikatny, niezobowiązujący flirt, który gdyby się rozwinął, Bóg wie do czego mógłby między nimi doprowadzić. Jednym słowem podobała mu się co mnie rozwścieczyło, a nie chodzi mi teraz o jej podstępny charakter – gdyby na miejscu MS była jakakolwiek inna kobieta, byłabym równie rozzłoszczona. Tak, tak, tak! Jestem o mego prawie-brata zazdrosna. Podoba mi się jako facet i w głębi duszy nie traktuję go tak do końca jak brata do czego jestem zobowiązana. Długo nie chciałam przyznać się do tego przed samą sobą i dopiero kiedy ujrzałam go jak zaleca się do mej największej (nie)przyjaciółki, prawda w całej swej jaskrawej zgrozie stanęła mi przed oczami. I kiedy teraz wracam pamięcią do różnych scen które się pomiędzy nami rozegrały, zrozumiałam, że brzmiała w nich nutka erotyzmu. Nie były tak do końca siostrzano – braterskie. Nieświadomie i, przysięgam, mimowolnie dawałam mu jakieś znaki… Czuję płomień zgrozy kiedy to piszę, bowiem mój prawie-brat jest dla mnie bratem, a moje nieposkromione żądze na granicy nimfomanii mogłyby wiele zepsuć. Boże, czemuś mnie taką stworzył? Ja wiem, że to grzech, lecz nic na to nie poradzę: podobają mi się faceci.

Świątecki westchnął, podrapał się w głowę i rzekł:
-To dobrze, gorzej by było kochana gdybyś gustowała w kobietach, co ostatnio podobno robi się modne.
Przebiegł wzrokiem jeszcze kilka stroniczek tekstu napotykając w nim coraz to bardziej niepokojące nuty, aż natknął się na scenę, od której na głowie włos mu się zjeżył, ciśnienie krwi podskoczyło, tchu zabrakło, a oczy niemal wyskoczyły mu z orbit.

Panie i panowie, powtórzę to, co napisałem już pod XII fragmentem „Zgadnij kochanie, co czeka pod skałą”. Mianowicie, muszę troszkę zwolnić tempo zamieszczania kolejnych części „Zgadnij kochanie, co czeka pod skałą” i „Ada to nie wypada”, gdyż nie mogę wystrzelać całej amunicji – to znaczy, nie mogę wydrukować całości tekstów, ponieważ zamierzam je wydać. A właśnie tak, mam niewzruszony zamiar założyć własne (z konieczności malutkie, ale zawsze trzeba mieć nadzieję, że urośnie) wydawnictwo.  Do tego – wiekopomnego niewątpliwie – momentu chcę dla podtrzymania Państwa uwagi zamieszczać kolejne fragmenty, a ponieważ ich ilość jest ograniczona, muszę czynić to nieco rzadziej niż dotąd. Ale  blogu nie zaniedbam, dołożę starań aby codziennie dodać (interesujący oczywiście) wpis w działach Recenzje, Przeczytane, Różne.

część XI

 

Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal, gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal. Tak właśnie było gdy spływałam kajakiem przepiękną Czarną Hańczą w bardzo miłym towarzystwie (nie, nie ja i on tylko cała gromada kupli i kumpelek), ale już się skończyło. Wczoraj wróciłam z wakacji. Pojutrze idę do szkoły. Ach, ach, co to będzie?

No właśnie już minęło pojutrze, a nawet trzydzieści kolejnych dni, odkąd jestem nauczycielką! Uff, najtrudniejsze mam już prawdopodobnie za sobą, jakoś się wstępnie zaaklimatyzowałam.  Poszło mi względnie łatwo, jak sądzę dlatego, że grono pedagogiczne jeszcze nie zdążyło zżyć się przez całe lata i przez to stać się bardziej hermetyczne. Dziewiąte Państwowe Gimnazjum i Liceum imienia Romualda Traugutta jest nowe,  najmłodsze ze szkół średnich w Krakowie. Mieści się w robotniczej dzielnicy Grzegórzki. Dlatego właśnie załapałam się tu na etat. W bardziej renomowanych szkołach, w takim Nowodworku czy Sobieskim, nie przyjęliby mnie nawet na zastępstwo z powodu moich niesłychanych wad: młoda, bez doświadczenia i w dodatku, baba. No po prostu, same wady. A tu, udało się!

Dziwię  się jak szybko czas zatoczył koło. Znowu siedzę w klasie – lecz teraz po przeciwnej stronie. W gronie pedagogicznym przeważają oczywiście mężczyźni. Bardzo różni wiekiem  i urodą, od prastarego łacinnika Alberta Fąfary począwszy, na przystojnym historyku Okrajskim skończywszy. Część nauczycielek to babcie, z trudem przyzwyczajam się myśleć i mówić o nich „koleżanki”. Ale jest też kilka młodych dziewczyn, które  rok czy dwa lata temu rozpoczęły w tej szkole karierę zawodową. Spośród koleżanek najsympatyczniejsza wydaje mi się Marianna Rzepecka. Najokropniejsza zaś jest Małgośka Synogarlicka. Z łagodną synogarlicą nie ma nic wspólnego. To wścibska plotkara próbująca mnie zdominować ponieważ uczy już drugi rok i z tego tytułu usiłuje mnie pouczać jako doświadczony pedagog. Z wyglądu jest niebrzydka. Niektórzy mogliby powiedzieć, że nawet dość ładna. Ale nie ma co owijać w bawełnę – ja jestem ładniejsza. I dlatego ona mnie nie lubi. I o to jej chodzi. Jednym słowem, masakra. A tak poza tym, to jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Wszędzie chodzimy razem i śmiejemy się sześćdziesiąt razy na godzinę. Z nią najfajniej wymienia mi się takie cienkie, aluzyjne, subtelne złośliwostki. Kiedyś żeby mi zaimponować powiedziała, że jej rodzina jest blisko skoligacona z hrabiostwem Z. Ja zamiast się roześmiać powiedziałam jej, że właściwie, to ja jestem hrabiną ponieważ Herdegenom przysługiwał taki tytuł, a ja jestem ostatnia. Jak nie wierzy, niech sprawdzi w Almanachu Gotajskim. Ona mi na to, że już sprawdziła, snobka jedna. Ja jej na to, że mnie nie zależy, to już przedawnione, mamy republikę przecież i, że muszę czym prędzej zmienić nazwisko, wyjść za mąż, bo nad moim Bóg zawiesił klątwę za jakieś nie znane mi grzechy przodków. Wszyscy nasi giną, giną nawet nasi dalsi krewni – patrz wujek Adam J. On sam był sobie winien, ale nie mogę się oprzeć myśli, że ja też nie byłam w porządku, przecież mogłam mu się przeciwstawić, zresztą, pewnie wysyłałam mu podświadomie jakieś sygnały, skoro się ośmielił… Zdarzyło się to w wakacje, rok przed maturą. Pani J. wybierała się do sanatorium na leczenie, gdyż udawała, że jest słabego zdrowia.Nawet kiedy żona była w domu, J. niewiele się hamował. Jakiś rok wcześniej zobaczyłam przypadkiem, jak wszedł do kuchni, gdzie kucharka wałkowała ciasto na pierogi. Tak po prostu podwinął jej kieckę, i… Doznałam wstrząsu. Od tamtej pory bałam się go. Nawet w Krzemieńcu, w moim łóżku, niekiedy myślałam o nim ze strachem. Tego lata odliczałam dni do wyjazdu ciotki J. niby do jakiegoś kataklizmu, bo jej mąż coraz nachalniej próbował wkładać mi rękę tu i ówdzie. Naskarżyć pani  nie mogłam, gdyż nazwałaby mnie wstrętną kłamczuchą i wzięła stronę męża. Oni wyrobili we mnie takie przekonanie, że jestem na ich łasce, że jak zechcą, mogą odesłać mnie do obory bym została dziewką od krów. Oczywiście prawda była inna, lecz ja nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wobec potęgi państwa J. bez znaczenia wydawał mi się daleki wujek Kleofas, odległa pani Katarzyna z Krakowa, dziecinny Tomek jeszcze nie w pełni samodzielny. Nie wiedziałam, że podtrzymuje moją pozycję przemożna siła jaką jest opinia środowiska.  Nie odsyła się do krów córki mojego ojca. Gdyby J. próbowali mnie zdeklasować – marne ich widoki. Ale ja o tym nie wiedziałam. Może coś przeczuwałam. Może dowiedziałabym się, gdybym przeanalizowała sytuację. Ale… to było takie… okropne i hipnotycznie paraliżujące – czekać aż ciotka J wyjedzie, a ja pozostanę na łasce jej wstrętnego, łysego męża. Kiedy opadł kurz z drogi wzniecony powozem pani J, poczułam jak miękną mi kolana. Spodziewałam się wzmożonych ataków łysego satyra. Jednak nie spodziewałam się starannie przygotowanej akcji jaką rozpętał. Niewykluczone, że inspiracją dla niego były artykuły o sfingowanych procesach pokazowych u bolszewików. Normalnie, sfingował mój proces. Wyliczył mnóstwo przeważnie wydumanych albo wyolbrzymionych win, oświadczył, iż jego żona popełniła błędy wychowawcze gdy z powodu miękkiego, czułego serduszka brała mnie w obronę, co nie wyszło mi na dobre. Słuchałam własnym uszom nie wierząc i szybko nabierałam pewności, do czego to wszystko zmierza. Poczułam okropny strach oczekując, aż objawi wymiar kary. Gdyby powiedział, że mi daruje, chyba bym go zabiła. Nie darował. I wszystko było zgodne z przyjętym obyczajem. Miał prawo, jako opiekun odpowiedzialny za moje wychowanie. Mało tego, miał obowiązek. Zaprowadził mnie do gabinetu. Musiałam wyglądać dziwnie. Zaskakująco. Na pewno moje usta nie wygięły się w żałosną  podkówkę, lecz rozchyliły w wyrazie ekscytacji. Czułam, jak twarz barwi mi rumieniec wstydu. Podniecenia. Mój obleśny wujek nie wierzył własnym oczom więc myślał, że źle interpretuje moje pąsy, westchnienia nad którymi nie mogłam zapanować. „Za późno na wstyd. Trzeba było nie broić” – powiedział.

Opuściłam skromnie oczy. Z bolesną minką zsunęłam majtki, podwinęłam granatową spódniczkę i oparłam się o biurko.

Satyr który przeleciał chyba wszystkie kuchty w okolicy, wyglądał na spłoszonego.

-No, może nie aż tak mnie rozgniewałaś – wybulgotał.

-Mam ubrać majtki?

Zamiast odpowiedzi poczułam, jak pas spada na moje pośladki. Bardzo mi się to spodobało. Przecież byłam winna, a przez karę stawałam się niewinna. Wujek naprawdę się starał. Sapał głośno i bił coraz mocniej. Z jednej strony źle, bo bolało, z drugiej – jeszcze nikt odkąd pamiętam, nie poświęcał mi aż tyle uwagi. No i, co tu kryć, nakręcało mnie, że mogłam okazać mu uległość. Byłam z tego powodu w siódmym niebie. Nie przestawał i na serio zaczęło mnie boleć, więc zaczęłam go nienawidzić. Wtedy przestał. „Mała dziwka” – wysyczał.

Tak jakoś to było. Może czas dobarwił tę scenę, być może zachowywałam się znacznie skromniej. Kto wie.

Ten pierwszy raz, raczej mnie głaskał niż bił. Kiedy skończył, czegoś mi brakowało. Właśnie zakończenia. Nie wiedziałam na czym miałoby polegać. Pochlipując udałam się do mego pokoju. Do mego sanktuarium gdzie przechowywałam nieliczne pamiątki po rodzicach wyniesione przez nianię z pałacu, gdzie pod szafą ukrywałam książki których treść bez wątpienia przyprawiłaby starych J. o apopleksję i w konsekwencji – o zgon.

Wyszło na jaw, że bardzo niegrzeczna ze mnie dziewczyna. W ciągu pięciu tygodni jakie zostały do końca wakacji i powrotu pani J., dostałam lanie chyba z dziesięć razy. Z tego oficjalnie, niejako w majestacie prawa, może raz na dwa tygodnie. Pozostałe to były prywatne chłosty, bez specjalnych uzasadnień czy pretekstów, odbywające się z dala od świadków, przeważnie nocą. Kiedy przekonał się że jestem uległa, kazał mi rozbierać się do naga.  Za każdym razem coraz to nowe obszary mego ciała padały ofiarą jego furii. Gdybym się sprzeciwiła, na pewno wycofałby się albo choć pohamował ekspansję. Ale ja się poddawałam, więc w końcu lał mnie wszędzie, nawet w piersi.

Mimo upałów chodziłam bardzo skromnie osłonięta, siadałam na brzeżku krzesła,
a ciało szczypało mnie już nieustannie przypominając, że jestem wydana na pastwę tego satyra. Trzęsłam się z podniecenia i nie widziałam, czego jeszcze chcę. Aż dowiedziałam się w stodole, pewnej nocy, kiedy nareszcie mnie wziął. Możliwymi następstwami jego gwałtownego czynu nie przejmowałam się wcale. Wtedy wciąż jeszcze sądziłam, że bociany trudnią się przynoszeniem dzieci. On też się nie przejmował, gdyż oszalał na moim punkcie. Kiedy wyjechałam do szkoły to płakał, nikt nie wiedział, dlaczego.

Trzy miesiące po moim wyjeździe stary, nieszczęsny wujek Adam J. zastrzelił się. Ale to może nie z powodu tęsknoty oraz opętania żądzą, lecz z przyczyny kłopotów finansowych.

Świątecki zamknął „Niepamiętnik” i rozważał to, co przeczytał. Przede wszystkim, gdyby mógł, udusiłby tego J. gołymi rękami, ale cóż, J. sam się zastrzelił. I dobrze. Po drugie, „Niepamiętnik” odsłaniał dziwne tajniki duszy kobiety o której przestawał myśleć, że zna ją na wylot. Ada nie była taka jasna i przejrzysta, jak kiedyś mu się zdawało. Od pewnego czasu słusznie podejrzewał, że jej przeszłość kryje jakąś tajemnicę. Ale, czy tylko tę jedną? Raptem uświadomił sobie – i aż zatrząsł się na tę myśl – że Ada będzie czuła się upokorzona. Może mu nie wybaczyć wtargnięcia w najintymniejsze rejony nie tylko wspomnień, ale i, co tu kryć,  pewnie ukrywanych chęci? Gdyby sama się odsłoniła… Ale tak, jak on to zrobił – to może być koniec. Trudno. Co się stało, to się nie odstanie. Zresztą, nie ma wyjścia. Musi brnąć dalej, a na pewno jeszcze czegoś się dowie nie z godnego potępienia wścibstwa, tylko z konieczności. Do cholery, musi coś wiedzieć, czegoś się uchwycić, żeby ją ratować. Do tej pory, z tych wszystkich rozmów coś tam wyłuskał, z jednej to, z drugiej tamto, coś mu majaczy, ale to mało, wszystko mało, nie wystarczy do tego żeby uderzyć, walnąć, przeciąć tę sprawę niby Aleksander węzeł gordyjski. Potrząsnął znużoną głową, przetarł oczy i otwarł „Niepamiętnik”.

część X

„A to ki czort, ten Adam X?” – spytał w myślach Mateusz gipsowego wieszcza. Nie uzyskał odpowiedzi. „Pozostaje czytać dalej, a sprawa – i jeszcze kilka innych, mam nadzieję – się wyjaśni”. Przebiegał oczami dość chaotyczne i przeskakujące w czasie notatki, niekiedy suche, niekiedy barokowo rozbudowane. I choćby  Homer do spółki z  ze Słowackim próbowali napisać coś ciekawszego, to by im się nie udało, ponieważ tekst „Niepamiętnika” dotyczył istoty na której najbardziej w całym Wszechświecie Mateuszowi zależało. Lecz tekst nic nie wnosił do rozwiązania sprawy. I dlaczego, na Boga, został ukryty w kasie pancernej? Odpowiedź musi być na następnej, a jeśli nie na następnej, to na kolejnej stronie.

Gdyby nie ja, pewnie znaleźliby inny powód by wziąć się za łby. Być może. Ale to właśnie ja jestem powodem i całe miasto o tym wie – ponoć są nawet jakieś wzmianki w kartotekach policyjnych… Kłamię jak najęta kiedy z zaambarasowaną minką zwierzam się przyjaciółkom, iż wojna Triady z Falangą jest dla mnie krępująca, bolesna, uciążliwa i nic, tylko wyglądam jej końca. No skądże! Każda dziewczyna na moim miejscu czułaby dokładnie to, co ja: dumę, pychę, euforię. Mnie nazywają Ada Trojańska. Bardzo mi to pochlebia. Przyjaciółki pocieszają mnie obłudnie i współczują, a tak naprawdę, wyglądają jak gromada Chinek. Wszystkie już zżółkły z zazdrości! Gdy pojawiam się w auli, każdy krok sprawia mi wprost fizyczny wysiłek – moje nogi muszą rozrywać lepką pajęczynę spojrzeń, biust uciska mi przestrzeń wprost gęsta od zainteresowania, czuję spojrzenia prześwietlające mnie na wylot. Niesamowite, jakbym była jakąś tajną gwiazdą, bo przecież jawnie nikt się do mnie nie pcha. Czasem w kawiarni ktoś przy sąsiednim stoliku pokazuje mnie znajomym. Dzisiaj MW, wyglądający upiornie z podbitym okiem i spuchniętą wargą, oświadczył mi, że  gdybym była mniej piękna, to aż tak by mu Falanga nie przeszkadzała… Piękna! Co za słowo! Niby znaczy to samo co ładna, śliczna, a jednak sprawia całkiem inne wrażenie. Bardzo miłe. W ogóle miły z MW chłopak, lecz od jakiegoś czasu moje serce i myśli bez reszty zajęte są czym innym…

„Ciekawe, czym?” – pomyślał Świątecki, lecz już się tego nie dowiedział. Po chwili jego znużone oczy same się zamknęły.

TT, według miejscowej rachuby czasu trzydziestego pierwszego sierpnia
1939 r.

Leżał w łóżku gdy zbudził go dzwonek do drzwi. Zasnął przy stole, więc musiał w którymś momencie nocy przenieść się do łóżka metodą lunatyka. Otworzył – to listonosz przyniósł telegram. Wezwanie na policję, na dzisiaj,  o dziesiątej.
-Panie, czy to można tak z godziny na godzinę? – spytał Świątecki. – A gdybym tak wyjechał?
-Pewnie można, skoro jest – odparł filozoficznie pocztowiec. – Normalnie takich rzeczy nie widziałem. – Poprawił służbową czapkę. – Teraz wszystko jest możliwe. Wojnę czuję w kościach.
Mateusz w kościach czuł zmęczenie. Do przesłuchania pozostało mu trochę czasu, akurat żeby odwiedzić aptekę Ferenca gdzie kupił pervitin. Połknął tabletkę, popił wodą. Poprosił o azotan srebra.  „Chcę tego żeby mieć pewność jeszcze większą niż mam teraz i skończyć z podejrzliwością.” – myślał. Wściekły był na siebie o tę podejrzliwość.  Odczuwał ją jak zdradę. Bolała go. Wstydził się jej. Musiał choć częściowo odsłonić się przed Ferencem, który nie był skory do wydania azotanu srebra, trucizny powodującej oparzenia. Wreszcie uległ.  Wręczył Świąteckiemu fiolkę kręcąc głową i powtarzając:
-Wiem, wiem, dla twojego prywatnego śledztwa. Ale powiedz, co ci się śni? Tajne listy miłosne, co? Małopolski Otello od siedmiu boleści. Idź się leczyć, chłopie.        Mateusz wyszedł z apteki rozpalony jakby był w gorączce, rozmyślając co to będzie, jeśli Adela okaże się zdrajczynią, niemieckim szpiegiem. Powinien ją znienawidzić, a czuł, że mimo to będzie ją kochał.
Nieco spóźniony wbiegł w bramę komendy i zatrzymał się tam. Zimny pot go oblał, włosy stanęły mu dęba. „Mogą u mnie zarządzić rewizję! Kto wie, co przyjdzie do głowy tym palantom. Wtedy niechybnie znajdą rewolwer.” Nie wiedział co ma zrobić. Może zawrócić i schować gdzieś nad Wisłą? „No to co, jeśli nawet znajdą” – pomyślał. –  „Ktoś go ukrył, a ja nie mam o tym pojęcia. Przecież kawalerkę wynajmuję od kwietnia, nie paliłem w piecu.”
Pokazał wezwanie przodownikowi zasiadającemu w dyżurce, wysłuchał informacji gdzie urzęduje komisarz i zastukał w drzwi wskazanego gabinetu.
-Gratuluję awansu, panie komisarzu – rzekł na powi
-Podkomisarzu, mówiąc ściśle – sprostował Kowalski. Wyglądał na cholernie zmęczonego. Machnął ręką zapraszając Świąteckiego, by usiadł. – Coś pan zataił, panie inżynierze Świątecki – odezwał się ponuro. – Dlaczego?
-Nic nie zataiłem – odparł Mateusz z przekonaniem i kiełkującą złością. Kowalski wyraźnie czepiał się go, próbował w coś wrobić.
-A jednak, mamy zeznanie świadka. Panna Adela jakiś czas temu wyznała swej przyjaciółce, że przechowuje w mieszkaniu rzecz o dużej wartości którą zamierza sprzedać byście po ślubie mieli, jak się wyraziła, „lżejszy start”. My nic cennego nie znaleźliśmy. Zatem, ta rzecz musiała zostać zrabowana. A pan to zataił.
-Nieprawda.
-A jednak – upierał się podkomisarz, świdrując Mateusza wzrokiem.
Świątecki najchętniej walnąłby pięścią w blat, tak by podskoczyły trzy ołówki, nóż do papieru, stara obsadka, kałamarz, , kartonowa teczka, a także by rozsypała się piramida niedopałków w popielniczce, paskudząc wszystko popiołem.  Oczywiście nie uczynił tego, tylko odpowiedział względnie spokojnie:
-Najcenniejszą rzeczą jaką Ada posiada, jest zaręczynowy pierścionek z brylantem który jej ofiarowałem.
-Musiało być coś jeszcze cenniejszego, wartego tyle by liczyło się w budżecie nieźle zarabiającego, póki co bezdzietnego małżeństwa.
-Nic nie wiem o czymś takim – odparł stanowczo Mateusz. – Moim zdaniem ta przyjaciółka Ady która wam o tym opowiedziała, źle zrozumiała słowa mojej narzeczonej albo je dobarwiła, albo jest mitomanką. Albo wreszcie, Ada ukryła przede mną tę cenną rzecz  by sprawić mi miłą niespodziankę. W każdym razie, nic naprawdę wartościowego to być nie może.
-Dlaczego?
-Ponieważ ona żyje z pensji nauczycielki liceum i ewentualnie z korepetycji jeśli jakieś złapie. Nie ma żadnego majątku ani bogatych krewnych, ściśle mówiąc, prawie wcale nie ma krewnych.
Kowalski niecierpliwie machnął ręką.
-To wszystko co ma pan do zeznania w tej kwestii? Jeśli tak, to niech pan tego posłucha. – Otwarł kartonową teczkę leżącą na biurku, wyjął z niej maszynopis. – Jest to notatka służbowa dotycząca ogromnej awantury czy ściśle mówiąc bijatyki, jaka miała miejsce dziewiątego marca tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku, w Lasku Wolskim na wielkiej łące zajmującej zbocze niżej Panieńskich Skał, między Zielonym Dołem a restauracją Bisanza. O tej porze roku było tam bezludnie. Policja przyjechała poniewczasie. Nikt nie złożył skargi o pobicie. Nikt nie został zatrzymany. Tym niemniej, drogą rozpoznania operacyjnego ustalono nazwiska wielu uczestników zdarzenia. Pan tam był między innymi. Przyczyna bójki – choć ze względu na skalę to raczej określenie bitwa tu pasuje – jest niejasna. Z jednej strony jakby ONR Falanga, choć nie do końca, niektórych falangistów ponoć tam nie było gdyż oświadczyli, że nie będą walczyć w prywatnej sprawie wodza. Ci z przeciwnej strony pewnie nie lubili Falangi skoro się z nią tłukli, ale przeważnie politycznie niezaangażowani, nie należący do żadnej partii. Podobno chodziło  o pannę Adę?
-Zaraz tam, bitwa – Świątecki skrzywił się lekceważąco. – Bez przesady.
-Są tu jeszcze wzmianki o kilku innych mordobiciach – naciskał Kowalski. – O pannie mówiono Adela Trojańska, to dość wymowne, nie?
-Chodziło między innymi o Adelę – przyznał Mateusz.
-Obiecała poślubić zwycięzcę niby jakaś średniowieczna królewna?
-Nie, choć tak to może wyglądać. Wybrała mnie, przez to Marchwicki z Falangi ją napastował, nachodził i ogólnie narzucał się, więc my broniliśmy jej, on z zazdrości i przez zemstę chciał nas pobić, oczywiście zwłaszcza mnie. Miał pewnie nadzieję, że gdy zademonstruje męstwo oraz władzę, to zaimponuje dziewczynie. Kobiety pono kochają zwycięzców.
-Zatem, pana zdaniem Marchwicki powodowany zazdrością mógłby zamordować Adelę Herdegen?
-O mój Boże, mówi pan o morderstwie?!
Mateusz zbladł. Cała krew spłynęła mu do nóg, serce szarpnęło się, w oczach mu pociemniało. Wprawdzie taka myśl czaiła się gdzieś na obrzeżach jego świadomości, ale co innego mglista hipoteza wypierana i tłumiona, co innego słowo głośno wypowiedziane przez funkcjonariusza policji.
-Hipotetycznym zaledwie. Nie ma ciała, więc jest coś więcej, niż nadzieja.
-On chciał jej imponować, a nie mordować. Moim zdaniem, to nie on ani nikt inny, bo sam pan powiedział, że nie ma ciała!
-Dokładnie – mruknął komisarz. – Tak tylko zapytałem. Ludzie gubią się, potem odnajdują cali i zdrowi, tak najczęściej jest. To na dzisiaj wszystko. Żegnam.
Świąteckim wstrząsnęło wypowiedziane przez Kowalskiego słowo „morderstwo”. Wyobraził sobie, że jest mrówką biegającą po jajku która czuje, że wewnątrz coś jest, i to sporo, ale nie może przebić gładkiej, białej, twardej skorupy.  Wreszcie marząc o jakimś świdrze który przebiłby się w głąb sprawy, poszedł sprawdzić, czy nie znajdzie go w agencji  OKO.
Detektyw siedział za biurkiem, na którym w popielniczce tliła się fajka.
-Już pan chce rezultatów? – spytał. – Mam znaczne braki kadrowe, a jednocześnie wystąpiło nasilenie prac w śledztwach o zdradę małżeńską,  bo skoro mężowie zamieszkali w koszarach, to ich żony dopiero teraz  naprawdę się rozkręcają. Co się tyczy spadku po Kleofasie Herdegenie, sprawy w ministerstwie na Wierzbowej  bardzo się skomplikowały. Rejestr spraw spadkowych zgłaszanych ze Stanów jest niekompletny, gdyż podmorski kabel na dnie Atlantyku tak spuchł od przetłaczanych nim rozmów, że ocean wystąpił z brzegów. Trochę to musi potrwać…
-Podusimy się jak ślepe kociaki w worku. – Mateusz podszedł do okna. – Mogę?
Otwarł je na oścież wypuszczając tuman fajkowego dymu na ulicę. Kłusował tam trotuarem młody andrus niosący siatkę. Za nim człapała jego kobieta dźwigająca dwie torby.
-Spieprzaj, Kaśka! – krzyczał andrus. – Czy myślisz, że ja jestem wielbłądem?!
-Oj, ale z niego cham – stwierdził detektyw. – On niesie jedną torbę, jego konkubina dźwiga dwie, a on jeszcze na nią wrzeszczy. – Wsadził cybuch do ust i wypuścił z fajki kłąb dymu. – Wracając do naszej sprawy, mój człowiek przeprowadził rozmowę z panią Anielą Bławadzką, zna pan taką?
-Słabo. Ada jest z nią bliżej. Ja widziałem Anielę jakieś trzy lata temu, na pogrzebie Nowokuńskiego, być może słyszał pan, inżyniera który zginął w Tatrach…
-Oczywiście, że słyszałem – odparł detektyw. – Nowokuński konstruował silniki lotnicze. Razem z nim w przepaść wpadły znajdujące się tylko w jego głowie plany silnika o nazwie jakiegoś zwierza morskiego
-Narwal – podpowiedział Świątecki. – Jak znaleźliście Anielę?
-Mamy sposoby. Pani Aniela twierdzi, że panna Ada pisała powieść, romans, taki dość ostry, niby „Dzieje grzechu” z odniesieniami do rzeczywistości. Takie odniesienia w pikantnym sosie mogłyby kogoś zdenerwować…
-Nic o tym nie wiem – zdziwił się Świątecki.
-Ha, patrz pan! – wykrzyknął detektyw, wskazując okno. Przebiegał tam truchtem zgarbiony andrus, dźwigając na plecach niewielkie biurko. Detektyw uśmiechnął się, pyknął z fajki i rzekł: – Jeśli panna dała komuś do przeczytania rękopis, dowiemy się o tym. Muszę powiedzieć, że sprawa mnie zaintrygowała. Wiem że dobrze się skończy i zapewniam, że skierowałem do niej najlepsze siły, między innym agenta o fałszywym oczywiście nazwisku Bałabazy, który udaje domokrążcę. Otóż kiedy Bałabazy tak domokrąży, spotyka osoby o dziwnych zainteresowaniach, wysłuchuje różnych historii,  między innymi o panu. Otóż Bałabazy  wykrył, że feralnej nocy nie mógł pan zrobić krzywdy pannie Adzie, ponieważ przebywał pan w Krzesławicach.
-Ha, o tym, to ja wiem!
-Teraz i ja o tym wiem – stwierdził detektyw. – To mi ułatwia, bo najgorzej gdy nie wiadomo, na czym się stoi.
Za oknem przeszedł andrus, przytulający do piersi nocną szafkę.
-Nieźle jego Kaśka go dojechała! – roześmiał się detektyw. Wstał. – No cóż, skontaktujemy się za kilka dni. Zapewniam, że cały czas działamy i wszędzie wypytujemy, czy ktoś panny ostatnio nie widział.
Rozczarowany Świątecki wstąpił do sklepu, kupił chleb, kiełbasę i ćwiartkę spirytusu. Schował to wszystko w kredensie wraz z ampułką od Ferenca, umył ręce i zabrał się za czytanie „Niepamiętnika”.

 

Patrol zmroku

Dawno temu czytałem dość rewelacyjny „Dzienny patrol”, teraz skończyłem czytać „Patrol zmroku” Siergieja Łukjanienko. Ten sam świat, widziany jakby z drugiej strony. Już nie ma zaskoczenia dziwnością świata, gdzie we współczesnej Moskwie żyją fantastyczne stwory. Zaskoczenia nie ma, ale książka OK. W ogóle, rosyjska fantastyka na ogół jest OK. Radziecka też taka była – patrz bracia Strugaccy, Kir Bułyczow. Zdarzają im  się jednak rozwiązania dla Polaka szokujące, mianowicie w starciu młodego buntownika z władzą to władza ma rację, a młody, poskromiony buntownik uznaje swoje błędy i wraca na łono. Między innymi taki był finał – o ile pamiętam bo czytałem  dawno – „Dziennego patrolu”.

część IX

Wkrótce taksówkę przyblokowała kolumna furgonów saperskich. Toczyły się na ogumionych kołach, każdy ciągnięty przez dwa rosłe konie artyleryjskie. Wiozły pontony i jakieś skrzynie przykryte zielonym brezentem. Nie było sposobu ich ominąć, więc wlekli się za nimi. Mateusz rozpalony ciekawością, tupiący w podłogę samochodu z niecierpliwości, otwarł neseser. Rozdarł papier opakowania. Wewnątrz zobaczył dwa mniejsze pakuneczki, na krzyż przewiązane sznurkiem.
Taksiarz stanął pod bramą. Mateusz zapłacił, wbiegł po schodach, rzucił kapelusz, który tym razem wylądował precyzyjnie na głowie wieszcza. Otwarł neseser i dla prędkości jednym ruchem wysypał na stół wszystko co w nim było: pakunek wydarty Sulikowi, scyzoryk, portfel, rękawiczki z cieniutkiej skórki, zapalniczkę (choć nie palił) jakieś wizytówki oraz chyba sto paprochów i okruchów.  Przeciął scyzorykiem sznurek i papier, odsłaniając zeszyt w niebieskiej oprawce. Zajrzał na pierwszą stronę – „Pamiętnik” – odczytał. Drugi zeszyt, właściwie dość gruby notes, oprawiony był w czerwoną okładkę i zatytułowany „Niepamiętnik”.
Posłyszał dzwonek u drzwi. Chwilę rozważał czy go nie zignorować, jednak po kolejnym sygnale zdecydował się  sprawdzić kto i z czym przychodzi.
Janusz Kurek dwoma palcami dotknął kapelusza.
-Mnie już nie zaliczasz do znajomych – stwierdził.
-Cześć – rzekł Świątecki. – Czemu tak mówisz? Właź.
-Chodzisz po wszystkich znajomych i wypytujesz, lecz u  mnie nie byłeś.
-Najpierw przepytuję osoby których nie można z góry wykluczyć jako zamieszanych w to wszystko – wyjaśnił Świątecki. – Ciebie można, ponieważ niemal cały czas spałeś na kanapie. Herbaty? – spytał. Wyszedł do kuchni, wrócił, postawił szklanki na stole. –  Teraz słucham. Mów.
-Otóż, pracuję w Inspektoracie Szkolnym jako sekretarz… – zaczął gość, po czym upił ostrożnie łyk gorącej herbaty.
-Słyszałem, słyszałem, że załapałeś się na posadę. Gratulacje.
-Tak specjalnie, to nie ma czego gratulować – chrząknął Kurek. – Posadka zdecydowanie taka sobie… No cóż, na razie, musi być. Otóż pod koniec kwietnia inspektor zorganizował konferencję polonistów ze szkół średnich na temat kształtowania patriotycznych postaw wśród młodzieży za pomocą wdrażania  -Daruj sobie – jęknął Świątecki.
-Zgoda, daruję sobie i tobie – rzekł Kurek. – Temat zresztą nie jest istotny, ważne jest to, iż spotkałem Adę na tej konferencji, pewnie ci wspominała?
-Coś mówiła, że gdyby nie miłe spotkania, byłoby okropnie nudno.
-No przecież, konferencja to nie kabaret. Musi być nudno. Ale po konferencji poszliśmy na kawę, kilkoro starych kumpli i kumpelek ze studiów. Spotkaliśmy się na tej konferencji, na której ja też byłem z ramienia Inspektoratu. W kawiarni, no wiesz, gadu gadu o wszystkim po trochu, panie likierek do kawy, my koniaczek, aż zrobiło się dość wesoło. Wtedy zaczęliśmy wszystko odwracać.
-To znaczy? – Mateusz uniósł brwi. – Krzesła do góry nogami, czy jak?
-Nie, nie. Chodzi o literaturę. Rozumiesz, byli tam sami poloniści. Udowadnialiśmy, że zły bohater naprawdę był dobry tylko autor go niesłusznie obsmarował, a ten dobry  to w gruncie rzeczy okropna szuja, tylko autor go wybielił.
-Na przykład?
-Och, okazało się, że można tak praktycznie z każdym i z każdą. Na przykład, Achilles. Dobrze wiedział, że jest nietykalny.
-Z wyjątkiem pięty.
-To się w praktyce do czasu nie liczyło. A więc wszystkie jego zwycięstwa, to
w rzeczywistości morderstwa z zimną krwią. Zarzynanie ofiar które nie mogły go dosięgnąć. Albo Tristan i Izolda. To już chyba nie muszę ci tłumaczyć, jacy byli perfidni, wiarołomni, jakie potworne rogi przyprawiali szlachetnemu Markowi. Albo pani Dulska. Zapolska zrobiła z niej pazerną szantrapę bez serca, a jeśli się zastanowić, była to kobieta głęboko nieszczęśliwa. Mąż który nic nie gada, w nic się nie angażuje i wszystko ma w nosie, dwie postrzelone niemądre córy nie słuchające się mamy, z syna niezły kawał lumpa, puszczalska służąca zachodząca w ciążę, lokatorka która się truje jak ostatnia idiotka. Sam widzisz, że los Dulskiej nie oszczędzał i aż dziw, że z taką rodziną zachowała aż tyle rozsądku. A już
w bajkach dla dzieci, to prawdziwa masakra. Bardzo się zdziwiłem kiedy uświadomiłem sobie, co się tam wyprawia. W ogóle, zabawa była trochę pouczająca, ale przede wszystkim śmieszna. Nagle – nie wiem dlaczego ten moment tak utkwił mi w głowie – Ada spoważniała…
-Zasmuciła się?
-Nie, tylko spoważniała i powiedziała tak jakoś mniej więcej: „W życiu też tak bywa. Nie można mieć pewności czy jest tak jak wszystkim się wydaje, czy dokładnie odwrotnie. Znasz kogoś długo, długo, myślisz, że wasze stosunki są jasno określone, uregulowane, aż tu wystarczy jeden incydent, słowo, spojrzenie, by wszystko stanęło na głowie.” Już wtedy wydało mi się to znaczące. A w kontekście ostatnich wydarzeń… Na policję z tym nie pójdę, bo nie ma z czym. Ale tobie powiedziałem byś wiedział, że już w maju nie wszystko w życiu Ady było klarowne. Wygląda mi na to, jakby na kimś się zawiodła…
-Nie na mnie – zapewnił Świątecki. – Dzięki.
-Nie ma za co, przecież to nie jest jakaś przydatna czy konkretna informacja, ale wydało mi się, że powinienem ci powiedzieć.
-Słusznie. Chcę nawet strzępków informacji, wrażeń, impresji.
-Mam jeszcze taki drobiazg. Kobra, ten małolat z Drohobyczy twierdzi, że kiedy rzygał nie na grządki bo tam mu zabroniłem tylko pod płotem od drogi, posłyszał warkot uruchamianego silnika. Chociaż był pijany to się zdziwił, bo w takiej okolicy gdzie diabeł mówi dobranoc, w promieniu wielu kilometrów na pewno jedynie Borowscy mają samochody więc mało kto tam jeździ w dzień, a co dopiero po nocy.
-Jakbyś coś jeszcze sobie przypomniał albo usłyszał,  przyjdź koniecznie – powiedział Mateusz, żegnając gościa w przedpokoju.
Sięgnął po notesy i zawahał się, od którego zacząć. „Niepamiętnik” brzmiał bardziej intrygująco od „Pamiętnika”, ale to o niczym nie świadczy. „Mogła zapisywać tam jakieś błahostki niewarte umieszczenia w Pamiętniku” – myślał. – „Gdzie te ważne informacje? Nie wiem a czas goni, więc pozostaje zdać się na los. Jeśli wypadnie reszka, zaczynam od Niepamiętnika”. Rzucił dwuzłotówką. Wypadł orzeł. Otworzył zeszyt w niebieskiej oprawce.

Pierwszą stronę zajmowała następująca inskrypcja:
Chleb pszenny – 0,80 zł. Dwadzieścia deko szynkowej, dwadzieścia deko wileńskiej   –  1,20 zł. Pończochy jedwabne francuskie – 50,00 zł. Pończochy jedwabne z Milanówka – 19,50 zł. Pończochy fildekosowe – 3,20 zł. Kosmetyki – 22,50 zł. Sama nie wiem co – 2,40 zł. RAZEM – 100 zł. ZA DUŻO! Niepotrzebnie kupiłam te francuskie, one są takie nietrwałe i potwornie drogie. ALE TAKIE ŁADNE!

Na drugiej:
W czwartek fryzjer. PAMIĘTAĆ,  NIE ZAPOMNIEĆ!

          Na kolejnej:
Wczoraj na imprezie poznałam niejakiego inżyniera Świąteckiego. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony jakby całkiem, całkiem, z drugiej – okropny z niego sztywniak. Zdania cedzi takie oschłe, jakby wyliczał je na suwaku logarytmicznym. Ja nie wiem dokładnie, co to jest ten suwak, ale oni podobno na nim liczą. Zaprosił mnie na swoje imieniny. Nie wiem dlaczego się zgodziłam, więc wypadałoby PAMIĘTAĆ,  NIE ZAPOMNIEĆ! Zrobię mu psikusa. Kupię mu w prezencie ładnie ilustrowaną książkę „Rembrandt i jego czasy”. Niech łyknie, technokrata jeden, trochę wyższej kultury. Ale zrobi minę, kiedy zobaczy prezent! Nawet do tej książki nie zajrzy. Może przyda mu się jako podstawka pod szafę, kiedy się noga urwie.

 Mateusz uśmiechnął się poniekąd wbrew sobie i spojrzał na komodę, gdzie stało kilka książek. Istotnie, do tej o Rembrandcie nawet nie zajrzał. Na dalszych stronach nic nie było. Pusto. Czekały dopiero na zapisanie. „A może?” – tu myśli Świąteckiego zatrzymały się, niby nad przepaścią. Lecz nie miał wyjścia, musiał konsekwentnie brnąć dalej. – „Herdegen to niemieckie nazwisko. Zdrada. Tajemnica. Atrament sympatyczny” – myślał czując przy tym taki ból, jakby każdy z tych wyrazów był piłą rżnącą go na kawałki. Sięgnął po encyklopedię. Odnalazł hasło „atrament sympatyczny” i kierując się jego wskazaniami spróbował wywołać tekst jeśli – nie daj Boże – jakiś tam był. Obejrzał kartki pod światło przykładając je najpierw do szyby, następnie do lampy. Podgrzał je nad kuchenką. Zwilżył roztworem jodyny. Delikatnie natarł ałunem. Jak każdy mężczyzna trzymał te dwa specyfiki w łazience na wypadek zacięcia się brzytwą przy goleniu. Chwalić Pana Boga, nic się nie ujawniło. Encyklopedia zalecała jeszcze azotan srebra.  Tego oczywiście nie miał, ale według encyklopedii jest to preparat używany przez aptekarzy i fotografów. Ferenc powinien  mieć tego całe wory. Jeszcze raz obejrzał kartki. Kierując się wskazówkami encyklopedii obwąchał je,  zwrócił uwagą na połysk, czy nie ma wgłębień i zadrapań od stalówki.  Nie było. Uspokojony, zadowolony, schował zeszyt do komody. Sprawę  azotanu srebra odłożył na jutro, teraz sięgnął po czerwony zeszyt.

Odległe, niewyraźne obrazy, oddzielone od teraźniejszej chwili upływem czasu oraz welonem tragedii która rzuca wstecz swój czarny cień, omraczając wspomnienia najwcześniejszego dzieciństwa, dla innych ludzi tak szczęśliwe.  Mgła niepamięci wstaje nad chłodną rzeką czasu, wspomnienia zacierają się, a pozostało mi ich tak niewiele! Mama. Pamiętam wrażenie ciepła, miłości, bezpieczeństwa, troski – potem już nigdy od nikogo nie zaznałam uczuć choćby zbliżonych do tego czym obdarzała mnie matka.  Jej wyglądu nie pamiętam. Ojciec. Wyobrażam go sobie jako rycerza w lśniącym pancerzu, z głową okrytą złotym hełmem nad którym czerwieni się pióropusz, chociaż dobrze wiem, że kirasjerzy jego carskiej mości wtedy już tak nie wyglądali. Przypuszczam, że ojciec był potężny, dzielny, po prostu srogi niby jakiś średniowieczny książę. Jaki był naprawdę – nie wiem. Pamiętam za to doskonale Koniec Świata. W oczach małej dziewczynki ogród wydawał się magiczną krainą, gdzie huśtawka pod drzewami unosiła mnie aż do nieba. Pamiętam białe, wydawało mi się wtedy – ogromne pokoje. Pewnego dnia zobaczyłam, jak wdzierają się do nich  bełkoczące, straszne wilkołaki ze złej bajki.

-Skurwysyny – warknął głośno Świątecki. – Mam nadzieję, że wypruliśmy wam bagnetami kichy pod Warszawą, wy… – zdawało się, że od soczystych epitetów gipsowy wieszcz zbielał jeszcze bardziej.

Widziałam jak mój pokoik staje w płomieniach pożerających lalki, książeczki, pluszowe misie. Pamiętam  okropny strach. I okropną tęsknotę za mamą. Pamiętam oderwane obrazy z ucieczki pomieszane z majakami wywołanymi gorączką – stryjek wiezie mnie przed sobą na łęku przez zalewany deszczem las, obok przytula się Tomek starszy ode mnie ledwie o dwa lata…

Świątecki podniósł znad tekstu oczy pod ściągniętymi brwiami. „Za dużo nieszczęść na jedną istotę” – myślał. – „Nie, przenigdy nie daruję, jeśli ktoś ją skrzywdził.” Na kolejnych stronicach przeczytał wspomnienia z dni, gdy Ada dorastała pod opieką dalekich krewnych w wiejskim zaciszu koło Tarnopola. Tak pogrążył się w świecie wspomnień najdroższej mu istoty, że upływ czasu uświadomił mu dopiero mrok rozmazujący litery. Zapalił światło.

Teraz gdy to piszę, mieszkam w internacie, z więcej niż setką morowych dziewuch.  Liceum Krzemienieckie to naprawdę klawa buda. Ile tu morowych dziewczyn i chłopaków! Może tysiąc, albo nawet więcej. Nasze Liceum to prawdziwe miasteczko szkolne. No bo proszę, z czego się składa: oczywiście Gimnazjum do którego mam zaszczyt uczęszczać, Szkoła Ćwiczeń, Seminarium Nauczycielskie, Średnia Szkoła Rolnicza, Szkoła Rzemieślniczo – Przemysłowa, dwa Uniwersytety Ludowe, wszystko z internatami. Następnie: kursy ogrodnicze, Muzyczne Ognisko Wakacyjne, trzy przedszkola, Biblioteka Licealna, dwa majątki fundacyjne, sześć leśnictw, cztery tartaki, fabryka mebli! Uff, myślę, że nic nie opuściłam chociaż tyle tego, że trudno spamiętać  kiedy Dyrektor chwali się na akademii. Wiele fajnych rzeczy tu się dzieje. Niedawno był u nas zespół „Reduty”. W przyszłym tygodniu gramy mecz siatkówki z akademiczkami ze Lwowa. Pojutrze mam kurs fotograficzny. W piątek po południu tańce. Jest taki jeden, całkiem w porządku, a jak mnie zobaczy, to zaraz zaczyna  strugać chojraka. Kiedy mnie spotyka uśmiecha się cynicznie i  cedzi od niechcenia: „cześć, lala”. Na to ja mu odpowiadam: „witaj, pokrako”. Jak zwykle, będzie chciał żebym tańczyła tylko z nim. Jego niedoczekanie.
A w niedzielę… Powiem tylko, że nie całe życie towarzyskie przebiega na oczach belfrów. Jest też sfera utajniona przed ciałem pedagogicznym. Oczywiście nic takiego, no, może trochę piwa…
Dzisiaj dostałam list. Trzy miesiące po moim wyjeździe stary, nieszczęsny wujek Adam X zastrzelił się. Ale to może nie z powodu tęsknoty oraz opętania żądzą, lecz z przyczyny kłopotów finansowych. Kto to wie. Ja w każdym razie, nie wiem tego.
Spodziewałam się po Krakowie znacznie więcej. Prawdę rzekłszy, miasto królów, historyczna (i kulturalna jak twierdzą krakowianie) stolica Polski w porównaniu na przykład ze Lwowem sprawia dość skromne wrażenie. A co dopiero z Warszawą! Której nie znam, więc zapewne przedstawiam ją sobie w zbyt wspaniałym świetle. Tak czy owak, niedługo wahałam się które z tych trzech miast wybrać. Zdecydował fakt, że nieopodal Krakowa mieszka i pracuje mój ukochany Tomek za którym się stęskniłam, a także propozycja cioci Iwańskiej bym u niej zamieszkała. Po prawdzie, wcale nie tęsknię za ciotczyną kuratelą oraz nadzorem, ale stancja czy akademik kosztują, a ja pieniędzy mam tyle co kot napłakał, a raczej, ile stryjek przysłał zza oceanu.   Doceniam jego gest,  nawet rozumiem czemu uciekł tak daleko. Swoich dzieci nie zdołał ocalić, więc patrzenie na mnie i na Tomka musiało przypominać mu tragedię, sprawiać ból. Rozumiem, mimo to myśląc o stryjku Kleofasie czuję posmak goryczy. Zauważyłam u siebie taki odruch: gdy przychodzi list zza oceanu to nie od razu rozrywam kopertę tylko najpierw odkładam go, by swoje odleżał.
Ciocia Katarzyna jest kochana. To kobieta serdeczna, a jednocześnie twarda niby stal – takie odniosłam wrażenie gdy ją lepiej poznałam.  Mogłaby tylko być odrobinę mniej wścibska. Próbuje mnie kontrolować, a to mnie denerwuje, chociaż nie mam (niestety) nic do ukrycia. Moja egzystencja jest całkowicie jawna, praworządna, nudna jak flaki z olejem. Nie tak, och nie tak wyobrażałam sobie szalone studenckie życie. Mam kilka nudnych koleżanek z którymi zakuwam, i nic więcej. No ale, mam nadzieję, to wszystko jeszcze się rozkręci. Kiedyś. W bliżej nieokreślonej przyszłości. Póki co dręczy mnie problem, z kim i gdzie pójdę na sylwestra.
Poszłam z Tomkiem, fajnie, ale to jednak nie to, iść na bal z bratem.
Rozkręciło się, aż mi się kręci w głowie! Poznałam go! Jest wspaniały!
Niestety, przy bliższym poznaniu wiele traci.
Może dlatego, że jest studentem medycyny, za często i za dokładnie chce bawić się w doktora. Precz, niedoszły łapiduchu.
Edek to co innego. Poznałam go dziwnym przypadkiem, kiedy indziej to rozwinę.  Jest przedstawicielem klasy robotniczej. Co za chłopak, taki szczery i silny!
Niestety, za nic w świecie nie chce uczęszczać do teatru, w zamian proponując mi rozrywki typu „picie wódki w gronie kolegów i koleżanek, na brzegu Wisły, w Przegorzałach”.
Rzadko myje nogi.
Obgryza paznokcie.
Żegnaj, Edziu, to jednak nie to.

Pojęcia nie mam, dlaczego wzięłam na wakacje ten zeszycik. Nudno tu jest okropnie, na tym obozie w okolicach Spały. Często siadam pod wierzbą, patrzę na lustro zalewu po którym pływają łabędzie, kaczki, a czasem przemknie w swoim hydrogliserze prezydent, który też tu spędza wakacje.  Patrzę ja się i patrzę, a po głowie wędrują mi dziwne fantasmagorie. Czasami gdy zamknę oczy, wydaje mi się, że z toni niby jakaś Świtezianka, wynurza się  widmo Adama X.

 

część VIII

Starszy z Woźniaków wpuścił go, poinformował, że  syn w salonie odprawia te swoje gusła. Świątecki chciał się wycofać, wtedy Mietek zajrzał do przedpokoju i nalegał, żeby Mateusz jednak wszedł. Z osób w salonie Świątecki znał tylko panią Helenę Wędziagolską, nauczycielkę matematyki gdzieś spoza Krakowa. Trzej mężczyźni spojrzeli badawczo. Mietek uspokoił ich uśmiechem i dokonał prezentacji.
-Ech, coś mi się zdaje, że przeszkodziłem – wybąkał Mateusz.
-Ależ nie – pani Helena uniosła wzrok i skierowała go na przybysza. – Nie robimy nic konkretnego, ot, taka narada. Jak mi się zdaje, właśnie skończona.
Leciutki szmer westchnień zabrzmiał w kręgu siedzących, którzy potakująco skinęli głowami i poczęli zbierać się do wyjścia, jednak Mietek poprosił, aby zostali na herbacie pogadać, bo tyle się dzieje.
-Istotnie, dzieje się – pan Aksamitowski odchrząknął.  – Zwyczaj podobnych do naszego spotkań starszy jest od katedry w Gnieźnie, starszy jest nawet od Kraka czy Lecha – rzekł. – Zawsze gdy trwoga nadciąga, ludzie zwracają się o radę do zaświatów. Dawniej czyniły tak całe państwa, dzisiaj niestety, tylko prywatne osoby.
-Według mnie potrzebny byłby jakiś Naczelny Wróżbita Rzeczpospolitej, który mógłby się zwracać do naszych współbraci z Triady – roześmiała się pani Helena Wędziagolska. – Rząd miałby dużo łatwiej, gdyby znał przyszłość.
-Czyżby szanowna pani sugerowała narady z duchami? – spytał uprzejmie Mateusz. – Rząd w sprawach państwa, obywatele prywatnie, na przykład spytać męża nieboszczyka gdzie, do diaska,  schował klucze, zanim skonał?
-Rozmawiam niekiedy z mężem nieboszczykiem – odparła Wędziagolska, patrząc gdzieś w przestrzeń.
-I cóż on? – zdumiał się Mateusz.
-Och, nic takiego, Adam zawsze był i tam również pozostał prozaiczny. Ale wie pan, bywam w Krakowie u przyjaciół o podobnych zainteresowaniach…
-No, no – chrząknął pan Aksamitowski, wpatrując się w panią Helenę.
-Jeden z nich mieszka przy Rynku Głównym który jest punktem centralnym miasta nie tylko dla żywych, lecz również dla umarłych. Mało kto wie, że w średniowieczu wokół kościołów Mariackiego i Świętego Wojciecha rozciągały się cmentarze. Chodzimy po dawnych grobach, nie wiedząc o tym. Mało kto zdaje sobie sprawę, ilu ludzi pochowanych jest w murach Kościoła Mariackiego. Patrząc na stragan kwiaciarki nie wiemy o tym, że przez stulecia w tym właśnie miejscu wznosił się szafot. Wielu ludzi straciło życie na Rynku Głównym.
-Czyżby pani coś widziała, którejś nocy? – spytał podekscytowany Aksamitowski
-Praktycznie nie bywam nocą na Rynku. Ale przyjaciel o którym wspominałam, on co noc obserwuje poczynania duchów w tej newralgicznej części miasta. Widzi wzrastający niepokój. Czy może raczej nasilającą się ekscytację, bo przecież tych którzy przebywają Tam, nasza ludzka wojna już nie niepokoi.
-Wojna? – powtórzył z niedowierzaniem pan Aksamitowski. – Przecież inżynier Ossowiecki, który jest przyjacielem samego Pana Marszałka jasno powiedział, że wojny nie będzie.
-O święta naiwności!. – Wędziagolska skrzywiła wargi. – Powiedział, bo go proszono.
Służąca dorywczo pracująca u Woźniaków, wniosła herbatę i sernik.
-Echem – pan Aksamitowski odchrząknął. – Pyszny sernik. – Odłożył łyżeczkę. – Czy państwo również mają uczucie, że do miasta przybył KTOŚ?
Wszyscy spojrzeli po sobie, nikt się nie odezwał. Minęło jeszcze kilkanaście minut,  goście zaczęli się żegnać, aż Woźniak ze Świąteckim zostali sami.
-Ty w to wierzysz, w te duchy? – spytał Mateusz.
-Do pewnego stopnia – odparł Mietek, uśmiechając się.
-Jak to godzisz z technicznym wykształceniem?
-Architekt jest trochę artystą. Zresztą, wykształcenie techniczne niczemu nie przeszkadza. Ossowiecki jest z wykształcenia inżynierem chemikiem. – Mietek podszedł do akwarium które było jego dumą. Zapalił nad nim mocną lampkę. W zielonkawej wodzie pływały leniwie albo stały nieruchomo wśród roślinek tęczowe gupiki, czarne molinezje, trójkątne skalary, czerwone miecze, welonki, pawie oczka, a tuż przy dnie poruszał wąsami miniaturowy sum. Mietek gapił się chwilę na rybki. Wreszcie obrócił się do Mateusza z dziwną miną. – Wędziagolska cię wkręcała, zresztą więcej Aksamitowskiego niż ciebie. Ma umysł ścisły, nie wierzy w duchy. Powinna wykładać matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a nie uczyć maturzystów. Nie wykłada ponieważ po pierwsze jest kobietą, po drugie irytuje wszystkich twierdząc, że baby są pod wieloma względami lepsze od facetów. Że dłużej żyją, są rozsądniejsze, że tylko one mogą poruszać się wewnątrz Triady, ponieważ tak wyszło jej z wyliczeń podpartych niezawodną, damską intuicją. Zresztą Aksamitowski też dobry naukowiec, tyle tylko, że spirytysta. Ma hopla na punkcie kontaktów z Zaświatami. Ja jestem z nich najcieńszy, tolerują mnie ze względu na zapał.
-Słabo pojmuję, czym różni się Triada od Zaświatów. – Świątecki nigdy nie próbował zagłębiać się w tadziowe aberracje. – Teraz też nie mam do tego głowy, bo prowadzę jakby prywatne śledztwo.
-Słyszałem. Popieram. Ale nic nie wiem, chociaż mam sugestię. Przyjrzyj się Słabikowskiemu. To zimny drań.
-Za mocno powiedziane – sprzeciwił się Mateusz. – Choć całkiem w porządku to on nie jest. Nie powinien podrywać kobiety przyjaciela.
-To zdrada. Kto jest zdolny do zdrady, jest zdolny do wszystkiego.
-Choć z drugiej strony niektórzy twierdzą, że to ona was, jakby to powiedzieć, wymieniła. A on tylko chętnie się zgodził, czego robić nie powinien.
-Prędko pożałuje, że ją spotkał. Każdy kto ją spotyka, prędko żałuje.
-Mieciu, chyba się mylisz – powiedział bardzo łagodnie Mateusz. – Ty zdajesz się pogrążać w żalu właśnie z tego powodu, że już jej nie spotykasz.
-Czemu tak sądzisz? – żachnął się Woźniak. – Może na początku, ale teraz raczej się z żalu wygrążam – Miecio użył nowotworu językowego. – Przechodzi mi, ale mimo to, chociaż wiem jaka jest, wciąż czuję do tej intrygantki by nie rzec francy, coś w rodzaju miłości. I jednocześnie coraz mocniej odczuwam ulgę, że się ode mnie odczepiła. Ona wysysa facetów. Ze mną ciężko jej szło, jakby pijawka przyczepiła się do skorupy żółwia, a to z tej przyczyny, że jestem skąpy.
-Swoją drogą, co ona takiego w sobie ma, ze chłopy tak na nią lecą?
-Na to pytanie nie odpowiem ci – rzekł Mieczysław. – Sam się domyśl. Weź przy tym pod uwagę, że budowę ciała ma bardzo prawidłową, że jest starsza niż wygląda, dzięki czemu miała czas zdobyć doświadczenie w wielu dziedzinach. Ale jest kosztowna. Wykończy Słabika tak, że zesłabnie. Ponoć już chodzi i pożycza. Ojciec widział go koło lombardu, który jest instytucją dla desperatów.
-Kiedy nie znał Rity, też czasem pożyczał – zauważył Mateusz. – Każdemu zdarzy się pożyczać przed pierwszym, no nie?
-Ty jesteś napływowy, aż z Wadowic, Słabikowski jeszcze bardziej obcy, on pochodzi gdzieś z dzikiego wschodu – rzekł Miecio z pogardą. – Ja jestem tutejszy. Jestem okazem młodego, zdrowego centusia. Ja się nie zapożyczam, ja ciułam. Zobaczysz, w przyszłym roku kupię sobie samochód. Chyba pękniesz z zazdrości niby Smok Wawelski co się opił Wisły. Ale za dużo gadamy o mnie i o Ricie… Pewnie masz do mnie jakieś pytania?
-Właściwie konkretnych pytań nie mam – przyznał Świątecki. – Na to jeszcze za wcześnie. Może jednak zauważyłeś coś dziwnego, dającego do myślenia? Może jakieś wrażenia, sugestie, wszystko mi się może przydać.
-Sugestie? – zamyślił się Miecio – Już ci mówiłem: przyjrzyj się Słabikowskiemu. On wykazuje skłonność do zdrady.
-Wybacz, ale to sugestia podyktowana jedynie twymi uczuciami. Zresztą, facet ma alibi. Był w Krzesławicach. Ja też tam byłem.
-Ja wolałem uniknąć oglądania jego wrednej gęby. Oraz gęby Borowskiego. Kiedy ten bufon dowiedział się że Rita ze mną zerwała, nadął się, poklepał mnie protekcjonalnie po ramieniu i był łaskaw powiedzieć: „Mieciu, taka kobieta, to nie jest dla ciebie”. Bezczelny arogant, bawidamek, za kogo on się uważa?
-Mieciu, wyluzuj, wrzuć na jałowy bieg, nie rozpędzaj się – Świątecki używszy tych metafor motoryzacyjnych  podniósł rękę niby policjant sterujący ruchem na skrzyżowaniu pod Pocztą Główną. – Mnie się zdaje, że on nie miał na myśli iż Rita jest dla ciebie za dobra, tylko odwrotnie, że ty jesteś za dobry dla Rity.
-Już ja lepiej wiem co on miał na myśli niż on sam – odparł Woźniak. – Cholerny bawidamek, elegant wymuskany niby sam Rudolf Valentino, podrywacz co zmienia baby jak rękawiczki, żadnej nie uszanuje, przez co i siebie nie szanuje.
-Widzę, że Borowskiego też przestałeś darzyć pozytywnymi uczuciami – zauważył Mateusz.
-A ty byś zniósł, gdyby jakiś palant powiedział ci, że kobieta odeszła, bo była dla ciebie za dobra?
-Uprzedziłeś się bezpodstawnie – Świątecki machnął ręką. – Pewnie zazdrościsz mu powodzenia. Ale on ostatnio jakoś się ustatkował, zdaje się, że od pewnego czasu żyje w celibacie…
-On? To niemożliwe. Albo cichaczem nakręcił taką aferę z mężatką, że miasto się od niej zatrzęsie, zwłaszcza  kiedy mąż wypali mu w łeb z pistoletu, albo wykręcił jeszcze co gorszego.
-Na przykład?
-Na przykład okazał się homoseksualistą i kręci ze Słabikowskim.
-No nie, wyśmienity jesteś! – niewiele brakło, aby Mateusz mimo niepokoju bliskiego rozpaczy, roześmiał się.
-Wiem, co mówię – Mieczysław upierał się przy swym pomyśle, wydumanym zapewne ledwie chwilkę temu.
Świątecki zlustrował go krytycznym spojrzeniem zastanawiając się, czy to możliwe aby w wymysłach Miecia tkwiły jakieś ziarenka prawdy.
-Masz choćby cień jakichś dowodów? – spytał.
Miecio wzruszył ramionami. Stał przy lampce zawieszonej nad akwarium, a jej światło rozjaśniało mu prawą część twarzy i zabarwiało na różowo prawe ucho, przez co wyglądał dziwnie. Odrobinę złowieszczo. Ale Świątecki wiedział, że Miecio chociaż wariat wywołujący duchy, łażący ze szkicownikiem po żydowskim Kazimierzu, kochający się w Ricie od której powinien trzymać się z dala, to mimo wszystko porządny gość.  „Wszyscy oni to porządne chłopaki – myślał. – A jednak być może któryś z nich… Nie Miecio, jego nie było w Krakowie więc  nie mógł nic zrobić. Zdaje się, że tamtego dnia i tamtej nocy niemal wszyscy znajomi wyjechali z miasta. Utworzył się jakby opustoszały ring, z nią pośrodku, a na ten ring ukradkiem wpełzł potwór.” Rozmyślając tak, pożegnał się.
Na skwerze rozciągającym się wzdłuż ulicy od bloków do budynku szkoły podstawowej, rosły drzewa. Wiatr poruszał ich koronami. Srebrny księżyc błyszczał ponad dachem szkoły. Cienie tańczyły na trawnikach. Drżenie gałęzi oblanych poświatą, poruszanych wiatrem, zmieniało na klombach wzór  ze srebra i mroku. W koło ani żywego ducha, cisza niby na pustyni, jedynie gdzieś z daleka dobiegł warkot samochodowego motoru. „Otóż Miecio mógł to zrobić” – uprzytomnił sobie Świątecki, wsłuchując się w cichnący odgłos dalekiej maszyny. – „Mógł użyć samochodu albo motocykla… Skąd by go wziął? Kupił, pożyczył, lecz to mogłoby ułatwić jego identyfikację, więc najpewniej ukradł. Samochody to jego hobby, więc pewnie wie, jak poradzić sobie z zamkiem i spiąć stacyjkę na krótko. Ukrył pojazd w lesie w okolicach Będkowic, koleją wrócił do Krakowa. Potem jawnie przyjechał koleją i furką, wynajął pokój z którego wylazł przez okno pod osłoną nocy, dla taternika to nic trudnego. Przyjechał do Krakowa, zabił, wyniósł ciało i wrzucił do Wisły, wrócił na wieś, wlazł do pokoju z którego wyszedł rano wesolutki jak skowronek.  Po ukryty samochód wrócił po kilku dniach, a może być i tak, że do dziś pojazd tkwi w jakimś parowie. A co najgorsze, co bardzo mi komplikuje śledztwo, tak samo ktoś mógł przyjechać z Krzesławic. Nawet nie musiał mieć własnego samochodu, wystarczył wspólnik z samochodem, na przykład, idąc tropem mieciowych oskarżeń, para Słabikowski z Ritą. Taki ktoś mógł udawać pijanego, pojechać, zabić, wrócić, a wszystko to bardzo szybko. Samochodem na fałszywych numerach najpewniej, w nocy kiedy nie ma ruchu, na pełnym gazie, z Krzesławic na ulicę Długą przejedzie się w jakiś kwadrans. Tych dwudziestu paru pijanych facetów plątało się po całej posiadłości. Nikt nikogo nie miał cały czas na oku. Mogę wykluczyć tylko tych, których ja miałem na oku cały czas lub prawie cały czas.” Szedł trotuarem starając się odtworzyć tamtą nieszczęsną popijawę, ale to było zbyt trudne bez ołówka i papieru do zapisywania co, kto, z kim. Musiał zostawić to na jutro. Póki co, spróbował wymyślić jakiś motyw dla Mietka Woźniaka, też bez rezultatu. Swego czasu Miecio prawił Adzie zbyt wiele komplementów, zachowywał się nazbyt szarmancko czym drażnił Mateusza. „Ale to nie było nic poważnego, żadna tam namiętność mogąca  prowadzić do zbrodni, to oczywiste, bo przecież Ada nigdy by nie dopuściła…” – rozważał. Raptem jego jaźń przeszyła myśl sprawiająca, że stanął jak wryty pośrodku trotuaru, przed swą kamienicą. „Ona do czegoś dopuściła. Robię cholerny błąd. Niby to próbuję wywęszyć jakieś tajemnice, ale naprawdę nie chcę ich poznać. Chcę traktować ją jak świętą. Muszę przestać traktować ją jak świętą. Była wplątana w coś mrocznego co się skończyło tragedią, muszę być gotowy na wszelkie scenariusze, nawet że ona za moimi plecami i ten Miecio za plecami Rity… Muszę być gotowy na cholera wie co i pamiętać, że choćby nie wiem co, ona jest moja. Kocham  ją i nie odpuszczę.”

TT, według miejscowej rachuby czasu trzydziestego sierpnia 1939 r.

Rankiem dręczące myśli, obawy które go nocą budziły zgniótł, wepchał do najodleglejszego zakamarka duszy i mniej więcej skoncentrowany przystąpił do wykonania „Listy imprezowiczów poza podejrzeniem”. Najpierw wpisał tych, którzy Ady nie znali. Byli tacy, choćby nieletni okularnik który po pijaku zapałał do Świąteckiego wielką sympatią, łaził za nim i przechwalał się, że w tej Drohobyczy uczy go niejaki Bruno Schulz który napisał Sklepy goździkowe ewentualnie cynamonowe czy waniliowe, jakieś takie, Mateusz dokładnie nie zapamiętał. Co się tyczy facetów którzy znali Adelę, wpisał na listę jedynie Kurka. Wykończony całotygodniową śmiertelną nudą w Inspektoracie Szkolnym, Kurek trzy czwarte imprezy spędził stacjonarnie, śpiąc w salonie na kanapie. Inni kręcili się tu i tam, nie sposób ustalić, co który robił.  Wziąwszy pod uwagę możliwości jakie daje samochód, wszyscy oni byli podejrzani.
Wbrew podłemu nastrojowi ubrał się kolorowo w błękitną marynarkę zapiętą  luzacko na jeden guzik. Lecz zanim wyszedł, włączył superheterodynę i usiadł w pokoju nad filiżanką kawy. Słuchając jednym uchem przebojów kombinował, jak przeprowadzić spotkania. Jak rozegrać napad na Sulika jeśli perswazje nie pomogą. Nagle umilkł modny szlagier. Kilka taktów „Warszawianki” i głos spikera:
-Zarządza się mobilizację powszechną.
„Tym razem jej nie odwołają – pomyślał. – To pewne, drugi raz nie mogą czegoś takiego zrobić. Sulik! – nazwisko rozbłysło mu w głowie niby błyskawica. – Nie spotkamy się o dziesiątej, on spakuje manatki i wypieprzy do Składnicy Uzbrojenia w Kłaju!”. Tadeusz miał telefon w pracy a nawet w domu, ale Mateusz w wynajętej kawalerce telefonu nie miał. Poderwał się, zgarnął neseser i wybiegł z mieszkania. „Jeśli go nie zastanę, zadzwonię z banku do domu – myślał. – A jeśli i tam go nie zastanę… Później będę się trapił.”
Na ulicy pełno było młodych mężczyzn z walizkami, zawiniątkami, plecakami. „Mobilizacja!” – wrzeszczały z murów obwieszczenia. Tym razem nikt ich nie zrywał.
Gnał trotuarem ściskając pod pachą neseser. Rozglądał się za taksówką albo dorożką. Przeważnie stoją bezczynnie, narzekają na brak klientów a jak są  potrzebni, zawsze ich nie ma. Wreszcie pokonał już taki kawał drogi, że machnął ręką na taksówki. Na skróty przebiegł trawnikiem ku bulwarom wiślanym. Jego kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Dyszał, spływał potem a żółty krawat powiewał niby proporczyk na lancy szarżującego ułana. Ludzie nie dziwili mu się zbytnio. Tego ranka na mieście widywało się dziwniejsze obrazki. Wbiegł na Stradom. Uderzył ramieniem w solidne drzwi banku. Zdyszany wtargnął do kantorka. Sulik stał obok biurka na którym leżała walizka. Widocznie trzymał ją spakowaną w pracy.
-Zastanawiałem się właśnie co powinienem zrobić z tym nieszczęsnym depozytem – powiedział. – Najprościej by było, gdyby ona wróciła i sama zdecydowała?
-Nie ma jej!
-Skoro tak, no cóż… – Sulik wprawdzie wyjął  z otwartej kasy opakowaną w szary papier paczuszkę, lecz nie podał jej Mateuszowi. Tak na oko, paczka mogła zawierać dwa zeszyty.
–Twoja narzeczona jest kobietą uczciwą…
-Jasne. Chyba nie wątpisz, co?
-A jednak ma jakąś tajemnicę, zawartą w tych oto starannie przez nią chronionych papierach, więc ciągle jeszcze nie wiem…
Mateusz rzucił się naprzód i bez ceregieli, przez zaskoczenie, siłą wydarł Sulikowi paczkę. Przycisnął ją do piersi.
-Czyś ty zwariował?! – wrzasnął obrabowany bankowiec.
-Bardzo ci dziękuję, to naprawdę wspaniała decyzja, że mi to  dałeś – wysapał Mateusz. – Zresztą to na pewno jej wiersze, których się wstydziła, ona jest taka niepewna siebie…
-Wiersze ukryte w kasie pancernej?! Ale mnie chodzi głównie o to, jak ty się zachowujesz. Oddawaj…
-Wiersze, mówię ci – uparł się Mateusz. – A że schowała do kasy pancernej, to co z tego? Wiesz, że kobiety bywają dziwne. Jeśli to prywatne zapiski których policja czytać nie musi, to i nie powinna.  Jeśli powinna, to je oddam.
-Chyba zawiodłem jej zaufanie. To przez ciebie, do cholery.
-Jasne! – Mateusz skinął głową. – Jeśli chcesz pierwszy się przyznam, że ci to ukradłem. Ale teraz muszę lecieć. Cześć, serwus!
-Niech cię diabli – Sulik machnął ręką. – Co mam z tobą zrobić, skoro tak wyszło, to niech już tak będzie, nie będę się z tobą bił. – Sięgnął po walizkę. – Zaczekaj, wyjdziemy razem…
Świątecki już gnał trotuarem, w biegu chowając paczkę do neseseru. Przed skrzyżowaniem był postój taksówek, Mateusz wsiadł do niej z takim impetem że solidne auto zachwiało się na resorach. Kazał się wieźć na Kościuszki, do domu.

 

część VII

Jako personel Sulik miał pannę Marysię i pana Krzysztofa. Oboje siedzieli za długim kontuarem na wprost wejścia.
-Ja do kierownika – wyjaśnił im Świątecki.
Znali go więc nie protestowali kiedy otwierał przeszklone drzwi niewielkiego boksu, który Tadeusz Sulik dowartościował nazwą „gabinet”.
Młodego człowieka siedzącego przy biurku tak pochłaniało liczenie na kręciołku, że nawet nie poświęcił spojrzenia by sprawdzić, kto wchodzi. Może zresztą nie usłyszał skrzypienia drzwi, bo obok na biurku wył mały, za to  bardzo głośny wentylatorek mozolnie i beznadziejnie mielący gorące powietrze.
-Witam, panie kierowniku – rzekł Świątecki. – Witam! – powtórzył głośniej.
-To ty? – dopiero teraz Sulik podniósł nieco zdziwiony wzrok znad papierów. – Cześć.  Siadaj. – Przesunął elektryczny wentylator tak, by objął ich obu strugą powietrza.
-Widziałeś plakaty?
-Nie – skrzywił się Tadeusz. – Przyszedłem do pracy zanim je rozlepili. Dopiero koleżanka Marysia doniosła mi o nich, więc jak wariat wybiegłem się pakować, ale wtedy obwieszczeń już nie było gdyż je pozrywali, no to przed chwilą wróciłem do roboty.
-I co o tym powiesz?
-Jeszcze jedno wariactwo sanacji. Nic mądrego o tym powiedzieć nie można. Narobili bałaganu, i tyle. Ja na przykład w dniu M1 mam się niezwłocznie stawić w Kłaju, wiesz co tam jest, i mało brakło bym się bez potrzeby wyekspediował do tej mało znanej i niezbyt atrakcyjnej miejscowości.
-Ludzie mówią, że to był ostatni podryg niedoszłej wojny. Wraca spokój. Można myśleć o przyszłości…
Tadeusz odpowiedział nieartykułowanym parsknięciem. Opuścił wzrok na dokumenty finansowe i powiedział surowo:
–Jeśli przyszedłeś na wakacyjne pogawędki, to może wieczorem? Bo wiesz, ja nie mam wakacji. Ja pracuję.
-Zauważam kompletny brak entuzjazmu do mej osoby  – odparł Mateusz. – Jednak to mnie nie zniechęca.
-Bez urazy, stary. Po prostu, w tej robocie wypijają z człowieka krew, zwłaszcza ostatnio. Machina gospodarki się nakręca, a pieniądz to smar tej machiny. Im szybciej krąży, tym szybciej kręci się machina. Ale znowu jeśli smarować za dużo, to machina się rozleci.
-Moglibyście jednak doładować ją świeżym groszem… Ja tam się nie znam, jednak różne ekonomiczne  mądrale piszą w gazetach, że  Niemcy, naród przecież mądry, pompują w gospodarkę tyle marek ile im przyjdzie do głowy, mając w nosie zasady klasycznej ekonomii…
Sulik spojrzał z wyrazem uznania na obliczu.
-Nawet ty, prosty inżynier, wiesz o tym? Masz więc dowód: wojna wybuchnie. Musi wybuchnąć bo jeśli nie, Rzesza z wielkim wstydem dla Niemców, splajtuje.
Mateusz rozważał przez chwilę wypowiedź Sulika. Ekonomia, częściowo oczywiście szarlataneria, przecież zawiera w sobie doświadczenia pokoleń. Rozsądny człowiek ignorować jej nie może. A rozsądni Niemcy właśnie ją ignorują – widocznie widzą jej kres: gospodarkę wojenną.
-Ciekawe, czy w naszym rządzie o tym wiedzą?
W odpowiedzi młody bankowiec wzruszył ramionami. Mateusz skinieniem głowy zgodził się z niemą wypowiedzią rozmówcy. Następnie rzekł:
-Samochód bym kupił.
-Świetny pomysł – przytaknął Sulik. – To teraz modne. Od trzydziestego szóstego motoryzacja rozwija się dynamicznie. Jeśli tak dalej pójdzie, za jakieś dziesięć lat osiągniemy przyzwoite wskaźniki w tej dziedzinie, godne naszych ambicji, pomimo kłód jakie sanacja przez wiele lat rzucała automobilistom pod nogi, a raczej pod koła. Jeżeli wóz będzie krajowej produkcji, przysługuje ci odpis od podatku.
-Pieniędzy nie mam.
-Epidemia jakaś, czy co?
-Kredyt bym wziął. Dostanę?
-Mowy nie ma. Pójdziesz na wojenkę gdzie lotem kul kieruje zbawca Bóg, a jeśli skieruje w twoją stronę, kto będzie spłacał raty? Ostatnio niechętnie dajemy kredyty konsumpcyjne prywatnym osobom, a już mięsu armatniemu bez majątku i spadkobierców to w ogóle. Każdy ci odmówi, a ja… – Sulik zrobił efektowną przerwę – ja ci załatwię!
Spodziewał się podziękowań. Mateusz pochylił się ku niemu przez biurko ze ściągniętą groźnie twarzą. Uderzeniem dłoni wyłączył pracowity, jazgoczący wentylatorek.
-Gadaj, po co byłeś ostatnio u mojej Ady?!
-To ona u mnie była! – zaskoczony Tadeusz odsunął się,  i aż wcisnął w oparcie fotela.
-Po co?!
-Przyniosła depozyt! Opanuj się człowieku, co za głupoty chodzą ci po głowie?
-Przepraszam – Mateusz gwałtownie zmienił ton głosu i wyraz pobladłej z emocji twarzy. – Moje nerwy to pobojowisko. Ada zniknęła wczorajszej nocy. Może jakiś psychopata zabił ją nożem w jej własnym mieszkaniu, bo tam pełno krwi! Muszę mieć ten depozyt. Tam są na pewno ważne wskazówki!
-Zmyślasz – Sulik nie mógł uwierzyć. – Wcale nie nosisz żałoby.
-Przecież nie mówię, że umarła, tylko że zaginęła! Mimo to, mówię prawdę. Teraz chyba zrozumiałeś, dlaczego muszę mieć depozyt. W nim coś jest… Coś ważnego musi być, skoro ukryła go w kasie pancernej. Wydaj mi go.
-Nie mogę.
-A możesz chociaż powiedzieć, jak wygląda?
-Zwykła koperta z papierami. Może jakieś wartościowe?
-Nie miała pieniędzy, więc to nie to. Z pewnością jest jakiś sposób żeby wydobyć te  papiery z twojego banku.
Sulik milczał długą chwilę.
-Z oficjalnego, zarejestrowanego depozytu nie wydobyłbyś ich przed końcem świata. Ja prywatnie schowałem jej depozyt do tego oto sejfu. – Wskazał stojącą w kącie dużą, stalowo  betonową kasę wiedeńskiego typu. – Jednak chociaż znam zażyłe stosunki jakie was łączą, jestem pewien, że nie mam prawa ci go wydać.
-Tam jest coś, co pozwoli mi rozwiązać zagadkę, czuję to – powiedział żarliwie Świątecki, jednocześnie kombinując że jeśli Sulik nie ulegnie, będzie musiał napaść bank dzierżąc w ręku rewolwer starszej pani. – Każda chwila może być cenna, może ktoś ją porwał, może oczekuje mojej pomocy, jej nie ma już trzeci dzień!
-Jej nie ma dopiero trzeci dzień – rzekł Sulik z naciskiem. – Jeśli depozyt miałby komuś pomóc w śledztwie, to policji, chyba tam powinienem go zanieść, ale na to za wcześnie. Zakładając, że mam prawo zanosić go gdziekolwiek. Jeszcze nie wiem, czy to byłoby etyczne. Muszę to przemyśleć.
-Policjanci wepchną twój podarunek na samo dno szuflady! Jedyne co wymyślił aspirant Kowalski, to spytać mnie, jakie mam alibi! On ma sto spraw na głowie!
-A masz alibi?
-Stuprocentowe! Razem z całą zgrają piłem gorzałę w Krzesławicach. Przecież wiesz, ty też byłeś tam oczekiwany, ale z jakiegoś tajemnego powodu nie przyjechałeś? Właściwie, dlaczego tej nocy chciałeś być w Krakowie?
-No nie, ogarnia cię paranoja! – wykrzyknął Sulik. – Czyżbyś mnie podejrzewał?
-Jeszcze niewiele wiem – skłamał Mateusz. Tak naprawdę, nic nie wiedział. – Jeszcze nikogo nie podejrzewam. Ale to jedno przecież wiem: policja nic nie zrobi. Mają teraz sprawy ważniejsze dla nich ze sto razy. Ja cię błagam. Jeśli chcesz, uklęknę, oddam ci swój majątek…
-Nie masz go.
-Coś tam mam. Chcesz?
-Przestań, bo się na serio obrażę. A teraz ty się nie obrażaj, tylko słuchaj co przyszło mi właśnie do głowy. Herdegen to niemieckie nazwisko, pewnie z bałtyckich Niemców… Teraz zniknięcie, może likwidacja zdekonspirowanej osoby…  może tajne działanie naszych… może przerzucenie agenta do innych zadań… Jeśli sprawa się nie wyjaśni w ciągu kilku dni, myślę, że odpowiednie służby powinny obejrzeć depozyt.
-Ja myślę, że źle myślisz – Mateusz aż podniósł się z krzesła. – Ada była patriotką, była uczciwa, prostolinijna, czysta jak kryształ…
-Nie śmiem temu zaprzeczyć… nawet nie zamierzam, tak tylko…
-No, sam widzisz. Gdyby jednak było tam coś, co właśnie sugerujesz, co powinny zobaczyć odpowiednie służby, to daję ci słowo honoru, cały depozyt który mi wręczysz, bez zwłoki odniosę na policję.
-Jeszcze nie powiedziałem, że ci wręczę. – Tadeusz wstał z fotela, w rozterce uderzając pięścią o otwartą dłoń. – Nie wiem sam, co powinienem zrobić, to była prywatna przysługa nie regulowana żadną umową, nawet mi do głowy nie przyszło pytać o instrukcje na okoliczność taką jak ta…
-Błagam. Jeśli ktoś ją uratuje albo choć pomści, to tylko ja. Właśnie ja.
-A gdybyś znalazł tam coś paskudnego…
-Dałem ci słowo i jeszcze raz je powtarzam.
-A jeśli przyjdzie do mnie policja…
-Powiesz im prawdę i skierujesz ich do niejakiego Mateusza Świąteckiego.
-Może Ada chciałaby ukryć przed tobą coś mogącego rzucić cień na wasz związek…
-Mniejsza z tym – powiedział dobitnie Mateusz. – Najwyżej nasz związek dobiegnie kresu. Jedyne co teraz ważne, to ją ratować. Dawaj te papiery.
-Nie – odparł Sulik. – Muszę to jeszcze przemyśleć. Muszę się przespać z tym problemem. Jutro, jutro ci odpowiem.
„Jeśli mi odmówisz, napadnę na bank z bronią w ręku i jeszcze się przy okazji obłowię” – pomyślał Świątecki z odrobiną ironii.
-Jutro, to znaczy konkretnie o której? – spytał. – O ósmej może być?
-O dziesiątej – odparł Tadeusz. – Teraz musisz mnie słuchać i podlizywać mi się, abym spełnił twoją prośbę.
-Jeśli chcesz, co trzy minuty mogę całować cię w dupę.
-Absolutnie tego nie chcę! Chcę, żebyś sobie poszedł i dał mi spokój. Zresztą, zaczekaj. Coś ci powiem. Zakochałem się.
-O! – odparł Mateusz lakonicznie i czekał na ciąg dalszy.
-Wiesz, chodźmy na obiad do kasyna, po drodze ci opowiem – rzekł Sulik, patrząc na zegarek. – Jestem umiarkowanym antysemitą – mówił, gdy szli Stradomiem w kierunku Plant. – Ale nie takim zajadłym, bo lubię karpia po żydowsku, mam znajomych Żydów z którymi dyskutuję o osadnictwie w Palestynie,  bo popieram syjonistów.
-Żeby wynieśli się z Polski do Palestyny.
-Nic w tym złego, skoro oni sami tak chcą.
-To nierealny koncept, podobnie zresztą jak Izrael.
-Ja uważam, że całkiem realny. Gdyby Polska objęła mandat Ligi Narodów
w Palestynie, chroniła i wspomagała osadników, to starożytny Izrael mógłby stać się współczesnością.
-Bajka. Historia nie zatacza aż takich kręgów. To może jeszcze mi powiesz, że zmartwychwstaną Fenicja wraz z Asyrią?
-Bardzo możliwe. Do dziś na Bliskim Wschodzie żyją Asyryjczycy. W każdą rocznicę upadku Niniwy zbierają się w swych chrześcijańskich kościołach i odprawiają ceremonie żałobne. Ale mniejsza o to.
-Właśnie, miało być o miłości.
-Wiesz, nasza Triada walczy z ideologiami od ONR po komunistów i słusznie. Zwalczałem ONR o czym świadczą guzy jakie nabił mi Marchewa, więc nie dla ideologii jak ONR tylko całkiem prywatnie, nie przepadam za Żydami. Wszystkich ich nie lubię, a jedną kocham. Ona jest Żydówką.
-Dziwnie Amorek czasami celuje – roześmiał się Świątecki.
-Obie nasze rodziny dostaną szału. – Sulik wzruszył ramionami. – A pies im mordę lizał.
-Słusznie, uczucie jest najważniejsze. Skoro to rozumiesz, zrozum mnie. Oddaj mi depozyt, czuję że w nim jest coś, co pozwoli mi działać.
-Ja nie mogę działać pochopnie, ponieważ nie mogę zawieść  zaufania jakim obdarzyła mnie Ada – odparł Sulik, zatrzymując się w drzwiach kasyna. –  Daj mi do jutra spokój, nie naciskaj więcej tylko właź i zjedz coś, bo mizernie wyglądasz.
Cywile mogli przychodzić do kasyna, nawet wykupić tu abonament na posiłki, tyle, że drożej niż wojskowi. Przemijała już pora obiadu. W dużej sali, przy stolikach nakrytych kraciastymi obrusami, siedziało zaledwie kilku cywilów i jeden młody oficer. Podporucznik spojrzał ku drzwiom a  widząc kto wchodzi, zamachał dłonią by zwrócić na siebie uwagę. Był to zmobilizowany Marek Okrajski, w cywilu nauczający historii w tym liceum, gdzie Ada uczyła polskiego. Zajadał schabowego z ziemniaczkami i mizerią. Wczoraj Mateusz wpisał jego nazwisko na swoją listę, do grupy „A”.
Okrajski najwyraźniej nie wiedział o tragedii, bo zawołał wesoło:
-Chodźcie tu, chłopaki!
Spojrzeli po sobie.
-Nic mu nie mów – szepnął Mateusz. – Bądź na luzie. Ja też nic nie dam po sobie poznać.
-Już bronisz ojczyzny? – zapytał Sulik Okrajskiego, gdy usiedli przy stoliku.
-Do ostatniej kropli krwi.
Jakby w nawiązaniu do walecznych słów podporucznika, przez otwarte okna od strony plant dobiegła tradycyjna bojowa pieśń galicyjskich chłopaków śpiewana na trzy głosy:

Tę chusteczkę coś mi dała,

na onuce’m kuźwa wziął!

Na onuce’m kuźwa wziął!

Żebyś sooobie kuźwa nie myślała,

Żem cię, kuźwa, w sercu mioł!!

 

-Kiedy ruszacie na Berlin? – spytał Tadeusz.
-Tajemnica wojskowa – odparł lakonicznie podporucznik.
-Dawno temu wzięli cię w kamasze? – odezwał się Świątecki.
-Tajemnica wojskowa.
Podszedł kelner. Przyjął podwójne zamówienie na rosół z makaronem, sznycel, ziemniaki, buraczki, a na deser sernik wiedeński i kawę.
-To jak z tym Berlinem? – dopytywał się uporczywy Sulik.
Co do Berlina, to wcale się tam nie wybieram – Okrajski uchylił rąbka tajemnicy. – Co najwyżej wybieram się z powrotem do Dowództwa Twierdzy, przekładać tam papiery.
-To Kraków w razie czego będzie broniony? – Sulik szczerze się zainteresował. – Słusznie, przecież miasto jest silną twierdzą. Tylko zabytki trzeba zabezpieczyć. Myślicie o tym?
Okrajski niechętnie pokręcił głową.
-Okraj, ty jako nauczyciel historii powinieneś o tym myśleć. Na przykład, można by zwołać harcerzy, gimnazjalistów z całej Małopolski, niech usypią piramidę z piasku nad Wawelem. Przypomnij o tym swemu generałowi…
-Raczej nie będę miał okazji – mruknął Okrajski. – Nie znam żadnego generała. – Odstawił talerz po drugim daniu. – Cholera jasna – rzekł. – Tyle, tyle fortów…
-Ile? – inżynierski umysł Mateusza domagał się precyzji.
-Tajemnica wojskowa – odparł Okraj. – Obrotowe wieże odlane ze stali pancernej,  w nich taaakie wielgachne działa, o kalibrze okrytym tajemnicą wojskową. Niektóre wieże, rozumiecie, wysuwają się na trzpieniu z głębi fortu. Kopuły obserwacyjne niby pancerne dzwony, pancerne drzwi i przenośne stanowiska kierowania ogniem. Skarpy, przeciwskarpy, strzelnice, kaponiery, bunkry, kazamaty, Austriacy nieźle się wykosztowali…
-Dlaczego mówisz to takim żałobnym tonem? – zdziwił się Sulik. – Forsa była Najjaśniejszego Pana, nie nasza. Przynajmniej, krom miłych wspomnień niektórych paniuś oraz panów z wizyt we Widniu, zostało nam po nieboszczce monarchii coś przydatnego w tych groźnych czasach.
Okrajski milcząc popijał herbatę.
-Nieprzydatnego? – domyślił się Sulik. – Dziwne. Skoro nie zamierzamy bronić twierdzy, po co nam Dowództwo Twierdzy?
-To tajemnica wojskowa – rzekł Okrajski.
-Mój praktyczny umysł wietrzy tu marnotrawstwo – odezwał się Świątecki. – Twierdzy nie muszą bronić regularne dywizje polowe z taborem, kuchniami polowymi, siecią polowej łączności telefonicznej, radiostacjami, służbami, biedkami, samochodami, polową rzeźnią, kuźnią, piekarnią, zwiadem konnym, cyklistami, saperami, pionierami. Wystarczą przeszkoleni mężczyźni których mamy pewien nadmiar i karabiny… Cała potrzebna reszta jest tu, stoi, czeka. Dlaczego nie chcecie tego wykorzystać?
-Czy ja mówiłem, że nie chcemy?
-A chcemy?
-Nic takiego nie mówiłem.
-Więc jak?
-To tajemnica wojskowa.
-Wiesz co, Okraj – zniecierpliwił się Sulik. – Idź ty już lepiej przekładać te papiery. Czemu nie idziesz?
-To tajemnica… – zaczął Okrajski, roześmiał się i machnął ręką. – Właśnie idę. Miło było porozmawiać z wami, cywilami.
-Hej, zaczekaj! – Mateusz pochylił się nad stołem ku Okrajskiemu. – O czym to rozmawiałeś niedawno z moją Adą?
-Jej nie możesz spytać? – zdziwił się Okrajski. – Rozmawialiśmy o promocji niejakiego Zbysia Dziaborowego, którego zwą Dziad Borowy. Cóż cię to nagle tak interesuje?
-To jest ten podejrzany młodzian, o którego wypytywali policjanci?
-Nieee, coś ty. Zwykły wałkoń.
-Ada go nie przepuściła?
-Ja też, ale…
-On groził komuś pobiciem, nożem, prawda?
-On?! Toż to oferma, której nogi same się zaplatają! O co ci właściwie chodzi?
-Ada zaginęła w bardzo podejrzanych okolicznościach, trzy dni temu.
-Jasna cholera! – wykrzyknął podporucznik zrywając się z miejsca.
Zaczepił klamrą pasa o obrus. Talerzyk po mizerii z brzękiem rozbił się na posadzce. Twarze wszystkich gości obróciły się ku niemu. „Czy to już wojna?” – pytały ich oczy i uniesione brwi.
-Och, przepraszam – zmitygował się Okrajski. – Szok, szok po prostu – powtarzał i znać było, że naprawdę jest zszokowany. – W każdym razie, to nie Dziad uczynił. I ja też nie, zapewniam cię. Spałem na Montelupich. Nie, nie w areszcie. W tych koszarach obok kryminału.
Mateusz nic konkretnego się od niego nie dowiedział. Nareszcie Okrajski wyszedł, ze zdumieniem i żalem  wypisanymi na twarzy. Oni też wkrótce uregulowali rachunek i podnieśli się od stołu. Gdy wychodzili, za oknem ochrypły chór wznowił swą pieśń:

Gdyśmy poszli do ataku,

to spierdalał kuźwa wróg!

To spierdalał kuźwa wróg!

Teraz zaaa to mom złote medale,

Ale, kuźwa, ni mom nóg!!

 

Rozstali się zaraz.  Świątecki przytrzymując wyciągniętą na pożegnanie  rękę Tadeusza, jeszcze powtarzał swoje prośby. Sulik odpowiadał wciąż jedno i to samo, jakby się zaciął: jasne chłopie, kto wie, jednak muszę to jeszcze przemyśleć, więc przyjdź jutro. „Uważaj, bo się doigrasz – pomyślał rozdrażniony Świątecki. – W łeb może ci jutro nie strzelę, ale w dupę, kto wie.” Rozejrzał się szukając pasmanterii. Zdawało mu się, że gdzieś tu była. A jakże. Zaraz obok z drzwi izotermicznego furgonu po drewnianej rynnie kostki lodu zjeżdżały do piwnicy sklepu, dwa zaprzężone do furgonu kasztanki zanurzywszy łby w workach żarły obrok, a na końskich kupach skakały wróble. Nieco dalej  znajdowała się pasmanteria. Kupił tam czarne, grube  pończochy największego rozmiaru tłumacząc ekspedientce: „to dla teściowej”. Widział na jakimś filmie, co należy zrobić: wyciąć w pończosze dziury na oczy i naciągnąć ją na głowę. Usta trzeba obwiązać chustą by zmienić głos i dodatkowo się zamaskować. Ubiór zniekształcający sylwetkę kupił na Kazimierzu w sklepie ze starzyzną: granatowe spodnie jakich tysiące, używaną marynarkę po jakimś potworze – na barczystym Świąteckim jeszcze była za szeroka w ramionach. Razem wziąwszy, z pończochą na twarzy nie powinien zostać rozpoznany. Ponieważ łachy nie mieściły się w neseserze, dokupił względnie porządną małą walizkę
-Pan szanowny zakupuje ubrania do prac ogrodniczych? – zagadnął uprzejmie brodaty sprzedawca.
-Do prac ziemnych. Jeśli nie przydadzą się w ogrodzie, będą jak znalazł przy kopaniu grobów i okopów.
-Aj, co też szanowny pan mówi? Jeszcze pan wykracze…
-Nie boicie się pozostawać tak blisko Hitlera stojącego tuż za Tatrami?
-Armia polska nas osłoni – rzekł sprzedawca, który chociaż mówił z bardzo silnym akcentem, najwyraźniej był polskim patriotą. W każdym razie, był nim od pewnego czasu. – A jeśli Wojsko Polskie nie da rady, Bóg Izraela posłuży nam za tarczę – dodał z mocą.
-Hmmm – odparł wieloznacznie Świątecki.
Z walizką w ręce poszedł do domu, gdzie włożył ją pod łóżko. Napisał list do ojca. Długo mu zeszło na układaniu treści bo z jednej strony nie chciał ojca bardzo zdenerwować, z drugiej liczył na dobrą radę, więc istotne informacje musiał przekazać. Idąc na Słoneczną, wrzucił list do skrzynki. Już drugi raz tak się złożyło, że na ulicę Słoneczną przychodził po zachodzie słońca.

 

część VI

Robert Ferenc sprawiał wrażenie zaspanego.
-Ach, to ty? Wejdźże, proszę. Jestem sam, kobiet nie ma w domu. Małżonka wziąwszy do towarzystwa swoją mamusię i Olę zapakowaną do wózka, wybrała się na spacer połączony z zakupami. Będziemy mogli spokojnie pogadać…
Chociaż Mateusz czuł się niewyraźnie – to było spore chamstwo z jego strony – postanowił atakować z marszu.  Rozpoczął, zmarszczywszy brwi:
-To i dobrze, że twoich kobiet nie ma w domu…
-Jasne, trochę się dzięki temu przespałem – ziewnął Ferenc.
-Zaraz ci mina zrzednie – oświadczył gość, ująwszy się pod boki. – Mówią, że sypiasz nie tylko sam i z żoną ale też z moją Adą?
-Czyś ty zwariował?! – krzyknął Ferenc.
Omal nie doszło do bójki. Jeśli Robert coś ukrywał, to zbyt dobrze by samozwańczy śledczy potrafił to wykryć. Nareszcie Świątecki spuścił z tonu, przeprosił, że nerwy ma stargane. Opowiedział o wszystkim, starając się ocenić reakcję gospodarza.
-Teraz rozumiem, dlaczego zachowujesz się jak obłąkany – stwierdził Ferenc, trąc palcami zmarszczone czoło. – Od razu kiedym cię zobaczył poznałem, że coś jest nie tak Ale przecież wszystko dobrze się skończy…
-Oczywiście – zgodził się wywiadowca amator. – To ja lecę. Wiesz, próbuję czegoś się dowiedzieć na mieście. Już późno, a ja chciałbym jeszcze wstąpić na Długą i do pani Iwańskiej. Znasz ją chyba?
Ferenc przytaknął, poklepał Mateusza po ramieniu i odprowadził aż na chodnik powtarzając, że wszystko będzie dobrze.
Jarczykowa napotkana w sieni łypała na Mateusza jakby był rarogiem.  W mieszkaniu niestety pustka, za oknem gruchają gołębie, których Ada nienawidziła. Przegnał ptaki i ścierką znalezioną w łazience starł z parapetu ptasie kupy.
Niebo szarzało, kiedy na Potockiego spotkał Tomka, wychodzącego z lombardu.
-Chciałem coś tanio kupić – mruknął  Słabikowski, podając rękę. – Już wiem, pani Katarzyna dzwoniła. Właśnie do niej idę. Ty też? Fajnie, może coś uradzimy. Zgłosiłeś na policję?
-Zgłosiłem – Mateusz skinął głową. – Niezły cyrk tam mają, mówiąc nawiasem. Z korytarza co i rusz dobiegał tupot jakby truchtał pluton piechoty,  od czasu do czasu słychać było jak wydziera się jakiś ważniak, do pokoju ze cztery razy wchodził niejaki Edek i szeptał coś do ucha niejakiemu Kowalskiemu, który odbierał ode mnie zgłoszenie. Kowalski mniej więcej co dziesięć minut popadał w rodzaj letargu, wtedy nic nie gadał, tylko wbijał wzrok w ścianę i machinalnie obrywał liście z paprotki. Żal mi jej było, chociaż to tylko roślinka. Jego kumpel, taki grubas przy sąsiednim biurku, ni stąd ni zowąd  wyjął skądś pistolet i zaczął dmuchać w lufę. Zdaje mi się że próbował zagrać, niby na fujarce, „Wlazł kotek na płotek”. Mówię ci, wszystko tam było podszyte niesamowitym napięciem. A ten cały Kowalski wyglądał mi na rozkojarzonego.
-W zasadzie trudno im się dziwić – mruknął Słabikowski.
-W takim razie, może by tak, prywatnego detektywa?
-Dobra myśl.
-Ale póki co, ja sam się rozglądam…
Słabikowski zerknął na rozmówcę z pewnym powątpiewaniem.
-No wiesz, rozejrzeć się, to nigdy nie zaszkodzi – mruknął.
Iwańska kazała Magdzie podać herbatę, miodownik, kruche „amoniaczki”. Zapaliła lampę.
-Jeżeli do jutra do dziesiątej sprawa się nie wyjaśni,  idę do biur ogłoszeń „Czasu” i „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” – obiecała. – Zamieszczę prośby, aby każdy kto wie o miejscu pobytu Adeli Herdegen, skontaktował się ze mną.
-Koszty ogłoszeń… – zaczęli mówić niemal równocześnie Mateusz i Tomek.
-Dajcie spokój! – pani Katarzyna pomachała przecząco uniesioną dłonią. – Powiem wam, że dzisiaj ja również przeprowadziłam małe dochodzenie. Porozmawiałam z Jarczykową. Z Mateuszem ona by raczej rozmawiać nie chciała, wciąż jest do niego uprzedzona. Otóż wyobraźcie sobie, że późnym rankiem zauważyła nieznajomego stojącego przed drzwiami Adeli, zdaniem Jarczykowej eleganckiego – jego włosy błyszczały od pomady, pachniał bardzo pięknie na sporą odległość, a na palcu miał ogromny sygnet – pewnie z tombaku.  Pod nosem miał wąsik a la Hitler. Czy sądząc z opisu ten człowiek nie jest podobny do niemieckiego agenta? Ma wąsik wzorowany na swym wodzu.
-Podobny jest też do sprzedawcy mydła albo fryzjera – zauważył Słabikowski.
Rozmawiali jeszcze długo, przeskakując z tematu na temat. Dla Tomka Magda pościeliła w salonie na kanapie. Jego ostatni pociąg już odjechał, zresztą nazajutrz pozostały mu jeszcze rozmaite sprawy do załatwienia w mieście. Świątecki nie czekał na nocny tramwaj. Poszedł do domu piechotą. Choć był już solidnie zmęczony szedł, chcąc się zmęczyć tak do ostatka, by zasnąć bez snów. Kraków letnią nocą był kwintesencją piękna. Okrywała go delikatna mozaika księżycowej poświaty, czarnych cieni pod gotyckimi przyporami,  kręgów żółtego światła wokół latarń. Stare kościoły, pałace i kamienice rysowały swoje szczyty na tle nieba. Romantyczny czar tak urzekał, że chyba nikt by się nie zdziwił, gdyby ulicą Świętego Krzyża przejechał rycerski poczet. Na Rynku ciepłe światło latarni gazowych przyświecało zakochanym. Srebrny księżyc zawieszony nad Sukiennicami wyglądał tak, jakby dopiero przed chwilką zszedł z niego Twardowski. Świątecki miał gdzieś całe to piękno, wszystkie uroki i poświaty. Nie widział tego wszystkiego wlokąc się do domu. Nareszcie wszedł do swego mieszkania i ujrzał, czego oczywiście należało się spodziewać, że kawalerka materialnie nic się nie zmieniła. Była dokładnie taka sama, jak zawsze. Przedpokoik odrobinę większy od dużej szafy, z niego na lewo wejście do łazienki, na prawo do miniaturowej kuchni, na wprost do pokoju. Pokój umeblowany dwudrzwiową szafą, łóżkiem, szafką na której stało radio, prostokątnym stołem otoczonym przez trzy krzesła, podniszczonym fotelem ze skóry stojącym w kącie oraz ciemnym kredensem. Na kredensie bielało gipsowe popiersie starożytnego poety, na którym Mateusz zwykł był kłaść kapelusz. Czasami z wieszczem rozmawiał, choć oczywiście głowa uwieńczona laurem nie udzielała odpowiedzi. Na ścianach wisiały: lustro, zegar z wahadłem, landszaft przedstawiający damę w zbroi, prawdopodobnie Grażynę lub może królewnę Wandę albo Joannę d, Arc. To banalne, znane wnętrze choć było takie jak zawsze, przedstawiło się teraz Mateuszowi jako izba tortur, zalana czerwonym światłem przesianym przez abażur. Czym prędzej zapuścił rękę w głębiny kredensu. Namacał butelkę. Na dnie było jeszcze trochę wódki. Użył jej do znieczulenia. Pomogła mu zasnąć.

TT, według miejscowej rachuby czasu dwudziestego dziewiątego sierpnia
1939 r.

Na trotuarze obok wyjścia z kamienicy dwie dziewczynki grały w klasy, skacząc z pola na pole, aż fruwały wokół główek ich blond warkoczyki. Z radiowęzła na plaży Krokodyl u ujścia Rudawy do Wisły dobiegała taneczna melodia. Beztrosko ciesząc się latem, ćwierkały wróble. Miniaturową, okrągłą basztę kiosku z gazetami szturmował podekscytowany tłum: stróż Jóźwiak, referent magistracki Kwacisz, pulchna jejmość, dwie panienki, trzech chłopaków.
-Nie pchaj się pan, bo mi pan biust spłaszczasz! – darła się jejmość.
Kiosku nikt nie bronił, w okienku nikogo nie było. Kioskarz też wyszedł ze swej mini – baszty i  gapił się ze wszystkimi na okrągłą ścianę oblepioną plakatami. Zaciekawiony Mateusz kuknął tam ponad ramieniem pulchnej jejmości. Ujrzał reklamę obwieszczającą, że „Prędzej serce ci pęknie niż prezerwatywa maki Condon.”  Ekscytujące, ale chyba nie o to ludziom chodzi. Spojrzał w bok.  „OBWIESZCZENIE MOBILIZACJI” – krzyknęły do niego, uderzyły go w oczy, wielkie litery. Na sąsiednim plakacie, żołnierz naszkicowany zdecydowanymi krechami, zamierzający się do pchnięcia bagnetem, wzywał: „DO BRONI!!”.
Chociaż Mateusz sądził, że oprócz tej jednej jedynej sprawy świat go nie obchodzi, poczuł gęsią skórkę na ciele.
-Panie! – referent Kwacisz złapał go za ramię i nieświadomie, niemal dygocąc z podniecenia, mocno ścisnął. – Panie, nareszcie! Teraz obie strony stoją z wycelowaną bronią!
-Wiele się nie zmieniło – odparł powściągliwie Mateusz, uwalniając się z uchwytu referenta. – Cicha mobilizacja trwa przecież od wiosny.
-Mobilizacja powszechna, to całkiem co innego! Tego się Adolf przestraszy!
-Być może – odparł Mateusz.
Prawdę mówiąc, miał to gdzieś. Nie przejmował się tym. Prawie nie. W każdym razie, miał ważniejsze sprawy. Najpierw – to weszło już w rutynę – pojechał na Długą. Wszedł do sieni, zjeżył się i pożałował, że nie ma rewolweru. Z piętra schodził brunet w średnim wieku, o włosach przylizanych brylantyną, wąsiku a la Hitler. Pachniał intensywnie wodą kolońską.
-Pan w jakiej sprawie pozwala sobie nachodzić pannę Herdegen? – spytał  agresywnie Świątecki, zastępując mu drogę.
-A pan kto? – osobnik odpowiedział pytaniem. – Jakim prawem pan pyta?
-Jestem bliskim znajomym panny Herdegen.
-Ach, pan Słabikowski – ucieszył się osobnik.
Mateusz nie zaprzeczył, czekając co z tego wyniknie.
-Jestem agentem ubezpieczeniowym firmy Prudential – przedstawił się pachnący brunet, sięgając dłonią z sygnetem do wewnętrznej kieszeni. – Proszę, oto moja wizytówka. Byłem na wczoraj umówiony z panną Herdegen i z panem oczywiście, w celu przedłużenia ważności polisy, lecz nikogo nie zastałem.
-Czekaj pan, polisy? Jakoś nie kojarzę. Ada zapomniała mi powiedzieć.
-No przecież, za dwa tygodnie kończy się wzajemne ubezpieczenie na życie pomiędzy panem a panną Adelą. Umówiłem się na wczoraj – nikogo nie było. Dzisiaj znów nikogo nie ma. Co to się dzieje?
-Panna Herdegen musiała pilnie wyjechać w ważnych sprawach rodzinnych. Skontaktujemy się z panem, kiedy wróci. – Mateusz schował wizytówkę do kieszeni. Podniósł kapelusz o pół milimetra. – Żegnam, a właściwie, do zobaczenia.
-Będę do dyspozycji – zapewnił agent.
Mateusz otwarł drzwi. Mieszkanie było jak martwe. Kurz gromadził się na meblach. Pomyślał, że warto by posprzątać, ale oczywiście nie miał do tego głowy. Usiadł za stołem w kuchni i rozmyślał, co dalej powinien robić.  Wreszcie przypomniał sobie o Licencjonowanej Agencji Wywiadowczej „OKO”. Była to jedyna agencja detektywistyczna o której wiedział, a to z tej racji, że mieszkając przy ulicy  Kościuszki, codziennie mijał jej siedzibę na parterze kamienicy u zbiegu Zwierzynieckiej i Retoryka.
W malutkim pomieszczeniu zastawionym czterema biurkami, drzemał chudy jegomość w wieku trudnym do określenia. Mógł dobiegać czterdziestki – w takim razie był sterany życiem, albo przekroczył pięćdziesiątkę – w takim razie dobrze się trzymał, a brwi i włosy przyczernił szuwaksem. Obudzony dzwonkiem uruchamianym otwarciem drzwi powstał, wyciągnął dłoń ku przybyszowi i rzekł:
-Izydor Karwasz, właściciel przodującej w skali miasta, a nawet kraju, agencji wywiadowczej OKO. Niechże pan spocznie i mówi, co pana trapi.
Wysłuchawszy co potencjalny klient ma do powiedzenia, detektyw zadał jeszcze mnóstwo pytań. Następnie z krzepiącym uśmiechem obwieścił:
-Zdecydowana większość zaginionych osób odnajduje się cała i zdrowa przed upływem miesiąca. Dzieje się tak zwłaszcza z tymi osobami, których poszukiwaniem zajmuje się agencja „OKO” znana ze skuteczności. Niech pan przyjmie moje zapewnienie, że rozwiążemy tę sprawę z pomyślnym skutkiem. Jednak… – Karwasz zamyślił się. – Sprawa jest nietypowa, ze względu na ową krew oraz telefon na policję. To może wskazywać na konieczność podjęcia szerszych działań które wygenerują dodatkowe koszty. Ale – uspokajającym gestem wyciągnął rękę – nie będą to koszty nadmierne. – Wyjął z szuflady zeszyt i wieczne pióro. – Zapiszę kilka kluczowych nazwisk. Małgorzata Synogarlicka ponieważ jako najlepsza przyjaciółka panny Ady najbardziej jej nienawidzi, Tomasz Słabikowski bo zgarnie ubezpieczenie w przypadku zgonu panny, wujek Herdegen w Ameryce bo może być spadek, Borowski w Krzesławicach bo nie znoszę młynarzy, kiedyś jeden omal nie wkręcił mnie w koło młyńskie, Woźniak Mieczysław ponieważ niegdyś smalił do panny cholewki, Marchwicki Julian takoż. Poza tym, cały Kraków, nikt nie jest wyróżniony gdyż panna nie miała jakichś szczególnych wrogów.
-Zakłada pan zbrodnię?  – spytał lodowato Mateusz.
-Broń Boże, po prostu od czegoś muszę zacząć. – Detektyw wyjął z szuflady biurka fajkę. – Pozwoli pan, że zapalę? – spytał, lecz wcale nie czekał na odpowiedź. Fajka, niegdyś bez wątpienia należąca do Sherlocka Holmesa, była już nabita. Wystarczyło pstryknąć zapalniczką. – Oj, sprawa nie jest prosta – rzekł, wypuszczając z fajki kłąb dymu. – Razem, z tymi wszystkimi komplikacjami, sto złotych.
-Jak długo to potrwa?
-No, bo ja wiem… Tajemnica handlowa, rozumie pan, zwłaszcza ubezpieczeniowcy to szczwane franty, nic nie chcą gadać… Zapytanie na Wierzbową o spadek ze Stanów… dwa tygodnie.
-Sto dwadzieścia złotych, jeśli załatwicie w cztery dni.
-Bardzo się panu spieszy.
-Takie czasy. Widział pan obwieszczenia na murach?
-Widziałem. To i dobrze, może się Adolf odczepi. Lecz ma pan rację, trzeba się spieszyć. Z powodu powołań do armii szeregi naszych agentów mocno się właśnie przerzedzają, topnieją bez mała do zera…
-To znaczy, do pana? – spytał z niewinną miną Mateusz.
Detektyw skrzywił się i dmuchnął rozmówcy dymem w twarz.
-Jestem nie tylko asem kryminalistyki – oświadczył. – Oprócz tego mówi pan do weterana z wojny bolszewickiej, wojennego inwalidy, którego już tym razem nie wezmą. Powiedz pan,  dlaczego akurat pan Słabikowski dostałby pieniądze a nie kto inny, na przykład, dajmy na to, rodzice pani Ady albo pan?
-Ponieważ jego wskazała panna Herdegen w stosownym zapisie umowy ubezpieczenia, jak sądzę. Rodziców nie ma,  a ja… – Mateusz wzruszył ramionami. – Ja nie zgodziłbym się za nic w świecie brać odszkodowania za jej śmierć. Nawet nie wiedziałem do wczoraj o tym ubezpieczeniu. Pan Tomasz Słabikowski jest jej kuzynem w drugiej linii, a w rzeczywistości kimś więcej, bo wychowywali się jak rodzeństwo.
Mateusz opuścił agencję „OKO” wypływając przez otwarte drzwi na świeże powietrze niby łódeczka niesiona strumieniem fajkowego dymu. Ulicą Powiśle, od strony Wawelu, jechał na rowerze policjant. Skręcił w plac Na Groblach, zatrzymał się tuż za rogiem i oparł rower o ścianę domu w tym miejscu, gdzie tabliczki oraz długa, drewniana łata znaczą poziomy wylewów Wisły. Podszedł do tablicy ogłoszeń przytwierdzonej do muru. Energicznym ruchem zdarł z niej ogłoszenie o mobilizacji powszechnej. Spod groźnego plakatu wyjrzał ten poprzedni, reklamujący film z Boną Jo Negresco. Policjant przyjrzał się Negresco z upodobaniem.
Świątecki aż jęknął, tak się zdziwił.
-Już po wszystkim – rzekła wyraźnie uradowana władza, widząc zdumioną minę przechodnia. – Rozeszło się po kościach.
-To i dobrze! Ale tak nagle, raz tak, raz inaczej?
-Widocznie tak musi być – rzekł policjant. – Wiesz pan, Adolf jest jak żarówka firmy Osram – dodał, uśmiechając się pod wąsem.
-Dlaczego? – Mateuszowi nie pozostało nic innego, jak spytać.
-Bo grozi, nie spełnia i prędzej czy później będzie wisiał! – zarechotał posterunkowy, wpychając zdarte obwieszczenie do worka na bagażniku roweru. – Bo prędzej czy później będzie wisiał! – powtórzył z zadowoleniem, odjeżdżając w stronę Zwierzynieckiej.
Mateusz chwilkę spoglądał za nim rozważając sprawę odwołanej mobilizacji, poczym machnął ręką na taki bałagan. Grupka ludzi oczekujących tramwaju tarasowała wąski chodnik ulicy Grodzkiej. Na dobitek w tym właśnie miejscu baba z dużym biustem, okutana kwiecistą chustą, sprzedawała obwarzanki, do reszty zagradzając przejście. Zamyślony, z lekka lunatyczny Świątecki zatrzymał się przed taką przeszkodą i stał, zapomniawszy powiedzieć „przepraszam, chciałem przejść”. Wreszcie  potrącił go  ogorzały nieogolony czterdziestolatek idący w towarzystwie eleganckiego starszego pana w panamie na siwej głowie. Była to bardzo niedobrana para. Lecz teraz, gdy na twarzach mężczyzn i kobiet malowała się ulga, a przechodnie uśmiechali się do siebie, dwaj mężczyźni rozmawiali nie zważając na różnice społeczne.
-Sytuacja zmienia się niby kalejdoskop – dobiegł Świąteckiego tubalny głos emeryta w panamie. – Widziałeś pan? Policjanci zrywają z murów obwieszczenia!
-Choć raz robią coś mądrego! – ucieszył się ogorzały czterdziestolatek. – Jużem się zbierał. Mówię do starej, stara, pakuj mi skarpetki i pół litry  na drogę. A tu masz, bal odwołany. Nie idę w kamasze, a pół litry zostało!
-Myślisz pan, że na dobre odwołali ten bal? – spytał emeryt. –  Nie będzie wojny?
Niewiasta sprzedająca obwarzanki której kosz akurat mijali, usłyszała pytanie.
-A pewnie że nie będzie ino trzeba za to podziękować Przenajświętszej! – Niby dyrygent batutę, podniosła kijek którym elegancko i higienicznie podawała klientom obwarzanki lub precle. – Ja żem zawżdy tak mówiła, że do wojny Przenajświętsza Panienka nie dopuści!
-Trza za to wypić te pół litry co miałem je na drogę – stwierdził ogorzały mężczyzna.
-Trzeba się modlić, no nie? – niewiasta wycelowała kijek w Mateusza, który mimochodem zauważył że jest bardzo chuda, wyjąwszy biust.
-A róbcie sobie ludzie co tam chcecie – mruknął.
Minął placyk przed fasadą kościoła Bernardynów i po niespełna minucie znalazł się u celu. Wielki, stary, nobliwy Bank Handlowy założony przez Kronenberga, miał malutkie biuro naprzeciw kościoła Misjonarzy. Po dwudziestu miesiącach zatrudnienia, w lipcu tego roku, magister Tadeusz Sulik został kierownikiem tego biura, pono najmłodszym kierownikiem w długich dziejach Banku Handlowego. Awans zawdzięczał oczywiście swym talentom, ale bez szczęścia nic by nie wskórał. Po prostu – miał fart. Zarząd wszczął akcję odmładzania kadr w ramach której Sulik dostał awans jako pierwszy, a zarazem ostatni, gdyż akcja zaraz się skończyła i znowu kierownicze stanowiska mogli obejmować jedynie schorowani faceci w wieku przedemerytalnym.
Świątecki zanim otwarł drzwi, zatrzymał się na chwilkę przed wejściem, odetchnął kilka razy, poprawił kapelusz, myśląc przy tym: „Z Tadzia chytrus, jakich mało. Nie poradzę sobie z nim taki roztargniony, próbujący myśleć o wszystkim naraz, rozczulający się nad sobą, płaczliwy, zrozpaczony. Dosyć tego. Muszę się skoncentrować.”

część V

TT, według miejscowej rachuby czasu dwudziestego ósmego sierpnia 1939 r.

Jeszcze sekunda, a pogrąży się w  głębinie. Rozpaczliwie chwytał ustami ostatnie hausty powietrza. Dławił go strach. Oczy wychodziły mu z orbit. Czarna Nike pikowała z czarnego nieba aby go wepchnąć pod lustro wody. Zdołał jeszcze konwulsyjnym szarpnięciem zrzucić z siebie to coś, co go oblepiało. Tym czymś była kołdra. Skołtuniona, przepocona leżała na podłodze, a on siedział na łóżku i mętnym wzrokiem oglądał swoją kawalerkę, już duszną od upału. Dopiero budził się i przez moment nie pamiętał, dlaczego realny świat jest gorszy od koszmarnych snów. Kiedy przeminął moment niepełnej świadomości i pamięć wróciła,  Mateusz najchętniej znowu by zasnął. Ale już się nie dało – musiał uporać się z jawą. Czuł naciągnięty mięsień szyi, bolący kark, stłuczoną głowę, piekące ucho. Wieszcz z kredensu oraz zbrojna panienka z landszaftu na ścianie przyglądali mu się drapieżnie – całą noc obserwowali jego tortury. Ale jest już nowy dzień i, słaba to nadzieja jednak zawsze nadzieja, może koszmar przeminął? Pojechał sprawdzić; niestety, koszmar trwał. W mieszkaniu na Długiej pusto.
Pomimo upału wstrząsany z nerwów zimnymi dreszczami, pojechał na policję zgłosić zaginięcie. Kiedy wrócił do domu, rozłożył na stole ołówki, kilka kartek, „Spis” i starając się skupić tylko na tym co robi, szeregował nazwiska tak, żeby jak najmniej czasu tracić na przejazdy, czyli na ogół według przebiegu linii tramwajowych, których w mieście było  sześć. Przy nazwiskach najbardziej obiecujących rozmówców napisał czerwonym ołówkiem  „A”. Przy tych z którymi planował rozmawiać dzisiaj, dopisał „p” od poniedziałku. Kiedy skończył, przyłożył sobie mokry ręcznik na głowę i spacerując pomiędzy oknem a drzwiami rozmyślał, jak prowadzić rozmowy. Tak, i siak, nic mu nie pasowało, aż wymyślił zaskakującą napaść: gada przyjaźnie o tym i owym, aż tu raptem zmiana tonu, insynuacja, podejrzenia,  wszystko trochę chamsko. Powinno być skuteczne, zaskoczony człowiek prędzej się wygada.
Podnosząc marynarkę pozostawioną na fotelu poczuł ciężar rewolweru zapomnianego w wewnętrznej kieszeni. Wyjął go, dokładnie wytarł odciski palców, owinął w najgorszy ze swych ręczników, wepchnął do popielnika kaflowego pieca. Opłukał pobrudzone popiołem dłonie, na bakier włożył kapelusz i próbując trzymać fason, wyszedł na miasto. Kupił „Czas”, oczekując na przystanku przeglądał szpalty. Donosiły o wzrastającym napięciu w Europie, próbom włoskiej mediacji, przemówieniu premiera Chamberlaina w Izbie Gmin, kanclerza Hitlera w Reichstagu, prezydenta Alfa Landona w Izbie Reprezentantów. Z wiadomości lokalnych najciekawsza była wzmianka o ucieczce jeżozwierza z ogrodu zoologicznego oraz krótka rozmowa z Benedyktem Mórańką, wojewodą zamorskim, który akurat przebywał w Krakowie. Te przedwczoraj ekscytujące wiadomości, dzisiaj niewiele Mateusza obchodziły. Wreszcie nadjechał głośno hałasujący autobus typu Zawrat. Alejami Krasińskiego i Mickiewicza zawiózł Świąteckiego pod gmach Akademii Górniczej.
Akademia rozwijała się szybko, wykraczała już swą działalnością poza nazwę. Świadczył o tym posąg hutnika strzegący zewnętrznych schodów pospołu ze statuą górnika. Nad portalem głównego wejścia błyszczał miedzią posąg świętej Barbary.
Sekretarka profesora chociaż powinna być w pracy, wyszła rzekomo do Hali Maszyn przy Reymonta i nie wiadomo było, czy wróci. Korytarze, gabinety, pracownie, nawet bufet były niemal puste, co i nie dziwota pod koniec sierpnia. Dopiero w hallu pachnącym nowością, wykończonym ledwie kilka miesięcy temu, przy wyjściu z gmachu spotkał brodatego, zamyślonego osobnika.
-Cześć – rzekł osobnik. – Hej, Świątecki, posłuchaj. – Złapał Mateusza za guzik przy rękawie marynarki i razem z nim wyszedł na trotuar. – Wiesz, właśnie skończyłem moje całkiem prywatne obliczenia. Dane są tajne, mimo to ustaliłem z dużą dokładnością, że mamy około stu czterdziestu czołgów typu 7TP, a miesięczna zdolność produkcyjna PZI to dwadzieścia cztery…
Mateusz zmarszczył brwi. Spojrzał przenikliwie.
-W jakim celu – powiedział z naciskiem – byłeś ostatnio u Ady? Co, jak to wytłumaczysz?!
Zaskoczony osobnik umilkł w pół zdania.
-Nie byłem! – wykrzyknął spontanicznie.
-Nigdy? – spytał Mateusz z podejrzaną łagodnością.
-Ostatnio u niej nie byłem – uściślił brodacz, uśmiechając się ironicznie. – Zazdrosny, jak turecki basza.
-Nie zmieszałeś się. Pewnie mówisz prawdę.
-Psycholog od siedmiu boleści. Opanuj się, chłopie.
-Ada zaginęła. Szuka jej policja i ja też jej szukam.
-Głupio żartujesz!
-Nie. – Mateusz umilkł czekając aż kolega dojrzeje do uznania dziwnej i niepokojącej informacji za prawdę. – Arek, przypomnij sobie, może w związku z Adą zauważyłeś ostatnio coś dającego do myślenia, coś  niezwykłego?
-Gdybym wiedział, powiedziałbym – Arek potrząsnął głową. – Nie umiem wyrazić, jak mnie zaniepokoiłeś. Jeśli będę mógł pomóc, zrobię to bez wahania.
-Liczę na to – odparł Świątecki, podając rękę na pożegnanie.
Akurat drugą nitką Alei jechała dorożka. Gwizdnął na palcach zwracając uwagę dryndziarza, zamachał kapeluszem, przebiegł jezdnię, zdeptał pas zieleni, wskoczył do wehikułu.
-Batorego – polecił. – Spieszy mi się. Połaskocz pan batem swego Rosynanta.
-Wioo! – dorożkarz uwzględniając życzenie klienta strzelił z bata nad grzbietem szkapy która kompletnie go zignorowała, nadal człapała po swojemu. – To nie Rosynant, ino Dulcynea – wyjaśnił. – Pod którym numerem stanąć?
Na Batorego mieszkał doktor Ireneusz Kwieć, emerytowany wykładowca historii, zasłużony działacz Towarzystwa Tatrzańskiego. Mateusz z pewnym trudem odszukał właściwą kamienicę, potem mieszkanie.
Łysy, gruby doktor otworzył drzwi, po domowemu ubrany w bonżurkę.
-Słucham? Aa, pan inżynier. Proszę, niechże pan wejdzie. Co słychać u panny Ady?
Ada miała z nim zajęcia na Uniwersytecie i wspólne sprawy w Towarzystwie. Stary doktor lubił ją, tak się złożyło, że kiedyś była u niego w domu wraz z narzeczonym.
-Bardzo niedobrze słychać – odparł Mateusz. Wobec bliskiego siedemdziesiątki, poważnego doktora, nie miał zamiaru stosować w rozmowie zaskakujących tricków. – Moja narzeczona zaginęła.
-Zaginęła? Co pan powie!
–I w związku z tym chciałem prosić o konsultacje, bo widzi pan – Mateusz odchrząknął – podjąłem moje własne, prywatne śledztwo.
Kwieć po pierwsze miał mocne nerwy, po drugie przestrzegał sztywnych konwenansów rodem z C.K. monarchii. Na czas nie dłuższy niż uderzenie serca jego twarz przybrała wyraz ciekawości pomieszanej ze zgrozą, następnie mózg doktora włączył schemat „zachowanie na wieść o tragedii”. Doktor ceremonialnie i z użyciem wyszukanych słów wyraził nadzieję, że wszystko skończy się dobrze oraz, że służy pomocą.
Mateusz znający już tutejsze obyczaje wiedział co zrobić, aby dobrze usposobić Kwiecia.  Przysiadł na taborecie, wydobył spod niego kapcie identyczne jak te w Muzeum Czartoryskich albo w wawelskich komnatach, założył je na buty i ślizgając się po idealnym parkiecie, wjechał do salonu gdzie stół akurat nakryty był do podwieczorku. Oczywiście gospodarz zaproponował poczęstunek. Oczywiście Mateusz odmówił. Naprawdę nie miał apetytu, kompletnie zapomniał o takim aspekcie życia jak jedzenie. Jednak gospodarz namawiał, a gość widząc kanapki poczuł dotkliwy głód, ślinka napłynęła mu do ust. Na stole kusiły go trzy przekrojone długie bułki z masełkiem, jedna obłożona szynką, druga połówkami śledzi z dodatkiem krążków pomidorów, trzecia z jajkami na twardo przybrana talarkami korniszonów. W koszyczku kromki chleba. Na talerzyku pulchna masa, jak zapewnił doktor z utartego sera tylżyckiego najwyższej jakości z dodatkiem żółtka, masła i musztardy do smaku. I dzbanek herbaty. Kwieć nie miał gargantuicznego apetytu, wszystko w rozsądnych ilościach, ale razem wziąwszy, sporo. Życie ma swoje prawa a jedno z nich mówi że kto nie je, ten zdycha. Po stosownej porcji krygowania się, Mateusz uległ namowom. Kiedy przekąszali zapijając herbatą, doktor spytał:
-Jakież to pan inżynier ma do mnie kwestie, związane ze swym śledztwem?
-Mhm – odparł niewyraźnie Mateusz, przełykając kęs chleba z serową pastą. Wobec godnego szacunku doktora nie zamierzał stosować żadnych trików z zaskakującymi insynuacjami. – Dla porządku chciałem spytać, czy pan doktor nie zauważył może jakichś osób kręcących się wokół Ady, jakichś wydarzeń które w kontekście zaginięcia mogłyby wydać się znaczące?
-Nie byłem świadkiem żadnych takich sytuacji – gospodarz potrząsnął głową.
-Tak i myślałem, spytałem dla porządku. Głównym celem mojej wizyty jest prośba o konsultację, jak już zresztą wspomniałem. Pan doktor jest specjalistą, natomiast dla mnie Kresy Wschodnie stanowią terra incognita.  Bliny, kołduny, czar Polesia zakłócany niestety przez komary, o tym słyszałem. Więcej nic nie wiem.
-Czyżby tylko tyle, panie inżynierze? – zdziwił się doktor.
-Jeszcze, że w północnej Wileńszczyźnie wśród dzieci panuje jaglica, z czym władze sanitarne powinny coś zrobić. Z wyjątkiem Adeli i jej dalekiego kuzyna Tomasza Słabikowskiego, nie znam nikogo, ani nawet nie słyszałem o kimś, kto by stamtąd pochodził…
Doktor uniósł łyżeczkę do herbaty dając znać, że chce coś powiedzieć.
-Jednak o kimś niewątpliwie pan słyszał – rzekł. – Z szeroko rozumianych Kresów pochodzili bowiem Kościuszko, marszałek Piłsudski, liczni przedstawiciele kultury i sztuki, że wspomnimy… no kogo, panie inżynierze?
-Szczepcia i Tońcia z Lwowskiej Fali.
Kwieć skrzywił się, jakby pod groźbą śmierci musiał zjeść trzy cytryny polane octem.
-Miałem na myśli raczej Słowackiego i Mickiewicza – rzekł. – Pomijając zdecydowanie różną rangę tych jakże różnych postaci, twierdzenie jakoby Lwów należał do jakichś Kresów jest błędem oraz wypaczeniem. Jest to woda na młyn ukraińskich nacjonalistów, oraz nieprawda. Zawsze wierny Lwów to odwiecznie polskie miasto lokowane przez Kazimierza Wielkiego, należy ono do Galicji, więc supozycja jakoby Lwów należał do Kresów jest tak samo prawdziwa, jak, dajmy na to, by użyć porównania z dziedziny pokrewnej jednocześnie pańskim oraz moim zainteresowaniom, twierdzenie iż kolej warszawsko – wiedeńska nie szła przez Kielce i Radom!
-Panie doktorze, połączenie Kraków – Warszawa przez Kielce i Radom funkcjonuje dopiero od pięciu lat – wtrącił Mateusz.
-Być może – zgodził się doktor po namyśle. – Ze czterdzieści lat nie  jechałem koleją ani czymkolwiek innym do Warszawy, gdyż nie ma tam nic ciekawego. Wszelako – spytał, nalewając gościowi herbaty – w czym mogę panu być pomocny?
-W wyjaśnieniu pewnego aspektu kresowej kultury. Mianowicie zapamiętałem
z „Pana Tadeusza”, że Klucznik niejako przedłużając rodową zemstę wygasłych Horeszków chciał się mścić na Soplicach, a znowu w „Potopie” ród Rzędzianów spod Wąsoszy od pokoleń walczył z sąsiadami o gruszkę na miedzy…
Doktor znów uniósł łyżeczkę dając znać, że chce zabrać głos.
-Wąsoszy nijak nie można zaliczyć do Ziem Wschodnich – stwierdził. – Jest to bowiem wieś w Województwie Białostockim, a niegdyś miasto, w średniowieczu nawet znaczne, lokowane przez księcia Władysława Płockiego w roku tysiąc czterysta trzydziestym szóstym. Wszelako już rozumiem do czego pan zmierza. Chciałby pan wiedzieć, czy w kulturze ziem dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego zakorzeniony jest zwyczaj wendetty która mogłaby dosięgnąć niewinną i nieświadomą pannę Adelę po wielu latach, aż w Krakowie. Otóż nie jest. Tamtejsze zemsty mają charakter spontanicznego porywu. Mściciel, zwykle bezzwłocznie po doznanej krzywdzie, wzmocniwszy swój gniew wódką, ujmuje w dłonie kłonicę, szablę, dubeltówkę, siekierę w zależności od tego czym dysponuje, i trrrach! – doktor wykonał łyżeczką cięcie na odlew. – Niech pan zwróci uwagę iż spór Horeszków z Soplicami, albo nawet ta awantura koło Wąsoszy, odbywały się z hukiem i rumorem na cały powiat, albo i dalej. Tajemnicze porwania, skrytobójstwa, obliczone na lata dalekosiężne akty zemsty, zresztą w ogóle jakiekolwiek dalekosiężne akty, nie leżą w charakterze mieszkańców ziem dawnego Wielkiego Księstwa.
-Myślałem sobie, że wyjazd pana Kleofasa Herdegena do Ameryki można by uznać za ucieczkę – Mateusz jeszcze próbował bronić swej koncepcji. – Z drugiej strony, niewątpliwie był to człowiek honoru, więc nie uciekłby zostawiając dzieci na pastwę, nie udzieliwszy nawet nikomu żadnych objaśnień ni ostrzeżeń…
-Otóż to – doktor skinął głową.
-Zatem, jestem zmuszony uznać ten motyw za niemożliwy.
-Możliwe jest wszystko co nie łamie zbyt drastycznie reguł rzeczywistości – stwierdził filozoficznie doktor. – Gwoli ścisłości dodam, iż zdaniem wielu możliwe są nawet fenomeny jaskrawo łamiące wspomniane reguły naturalnego biegu rzeczy. Fenomeny owe to oczywiście cuda.  Ergo, wszystko już gdzieś, kiedyś się zdarzyło, albo prędzej czy później się zdarzy. Wszelako w tym wypadku motyw zadawnionej zemsty jest tak mało możliwy, że aż… niemożliwy.
-Rozumiem, zadawniona wendetta w stylu sycylijskim nie wchodzi w grę  – zgodził się Świątecki. – Jednak może coś nowocześniejszego, sięgającego wojny i rewolucji kiedy na północno – wschodnich Kresach  mogły dziać się sprawy mające przedłużenie aż do dzisiaj? Wprawdzie Ada nic mi nie wspominała, ale może pan doktor coś słyszał?
-Nic, co mogłoby choć w przybliżeniu pasować – stwierdził Kwieć po namyśle.
„Kto wie, w co się wtedy Herdegenowie mogli wplątać” – myślał Świątecki. Kraków mu do tej tajemnicy nie pasował. Rozciągał się dokoła słoneczny, w gruncie rzeczy przyjazny. Miłe, zapatrzone w siebie miasteczko. Nie było tu wielkich fortun. Ukryci w kamienicach  sławetni centusie liczyli grosze; panie Dulskie tuszowały występne romanse z których mogły wyniknąć pozamałżeńskie niemowlaki, a nie zbrodnie z namiętności.
-Pomyślę nad tym wszystkim i gdybym doszedł do jakichś wniosków, dam panu znać – zapewnił Kwieć. – Na pewno wszystko dobrze i prędko się skończy – rzekł w przedpokoju, poklepując gościa po ramieniu.
Na ulicy panował niesamowity upał. Przez otwarte okna kawiarni „Esplanada” aż na chodnik docierał aromat znakomitej kawy. Mateusz zwalczył chętkę by tam wstąpić, minął ten znany lokal, skręcił w Karmelicką i zatrzymał się na przystanku. Zgodnie z planem jechał do Roberta Ferenca.  Dawniej, będąc studentem farmacji Ferenc należał do Triady. Teraz jako poważny, żonaty farmaceuta oczywiście nie bawił się w bijatyki. Na wiosnę otworzył własną aptekę i pomalutku rozkręcał biznes. Jego pasją była fotografia, miał w domu ciemnię, wywoływał tam zdjęcia niektórym znajomym, jeśli go poprosili. Mieszkał  na Gnieźnieńskiej w domku odziedziczonym po dziadku, skromnym, ale własnym.
Nadjechała dwójka. Świątecki wsiadł i studził się oparty o barierkę ażurowego pomostu, podczas gdy tramwaj jechał turkocząc, czasem dzwoniąc gdy konduktor ciągnął za sznurek. Wysiadł przy starej pętli. Tory i jezdnia ulicy Kazimierza Wielkiego skręcały tam pod kątem niemal prostym ku odległej o jakieś sto metrów ulicy Podchorążych, którą tramwaj jechał dalej linią przedłużoną do Bronowic. W nieforemnym czworoboku pomiędzy stumetrowym odcinkiem Kazimierza Wielkiego, murem koszar i zamykającym obszar wydłużonym sierpem Podchorążych, rozciągał się zaniedbany skwer albo raczej porośnięta chaszczami łąka otaczająca staw. Ludzie wydeptali przez nią ścieżkę prowadzącą od przystanku tramwajowego na Kazimierza, do przystanku autobusowego na Podchorążych. Mateusz wszedł na tę ścieżkę skracając sobie drogę. Kiedy był mniej więcej w połowie skweru, spoza kępy utworzonej przez wierzbę płaczącą i kilka osik, wylazło dwóch facetów. Wir niespokojnych dni wydobył ich z dna pobliskiego przedmieścia i zaniósł aż tutaj. Byli eleganccy na sposób żuli. Wyższy miał krawat w kształcie tasiemki w jednoznacznie kojarzącym się kolorze. Niższy rozdziawiając gębę objawił złoty ząb otoczony pustką.
-Kierowniku, pan pożyczy dwa złote – zionął w nos Mateusza odorkiem przetrawionej wódki. – Jadziem wkrótce bronić ojczyzny, a tego bez popicia nie da rady. Właśnie dwa złote brakuje nam do flaszki
-Co ty Józiu pierdolisz? – zdziwił się przeciągle ten w krawacie. – Brak nam na dwie flachy i zagryzkę, razem będzie pięć złotych polskich od szanownego pana.
-Nie zwykłem udzielać pożyczek na ulicy – odparł Świątecki trzęsąc się z furii. Zazwyczaj, pewnie by ustąpił dając złotówkę. Teraz nie. Było mu wszystko jedno, nie myślał  czy ocali zęby, czy nie ubrudzi garnituru waląc się na ziemię, czy będzie miał całe kości.
-My nie chcemy darmo – złowróżbnie objawił złotozęby. – Nam się należy za usługę… – urwał, pewnie czekając aż frajer spyta: „jaką?”.
Świątecki milczał. Nie miał nic przeciw temu, by kogoś zabić. Ułomkiem nie był, mięśnie napięły mu się pod marynarką.
-Podniesiem kapelusik z trawki, za to należy się pięć złotych. – Złotozęby bardzo szybkim zamachem lewej ręki strącił kapelusz z głowy Świąteckiego.
Ale nie był dość szybki by się uchylić. Nie spodziewał się. Jego podbródek wyskoczył do góry trafiony pięścią. To nie był zwykły cios; bo może on właśnie był wszystkiemu winien. W tej chwili, na pewno był winien. Przegiął się do tyłu, następnie do przodu gdy dostał w dołek, niby dziwne wahadło. Upadł.
-Kurwa, wariat – wystękał oszołomiony lump w gównianym krawacie. – Tak się nie robi, to my bijem elegantów!
Gmerał ręką w kieszeni oberwanej marynary, gdzie w jakichś wewnętrznych dziurach zamotał się nóż. Właśnie zaczął się wyłaniać. Każdy frajer by uciekł. Ten jeden – nie. Koleś w krawacie oberwał lakierkiem w krocze, pięścią w buzię, aż zgiął się w pół i zatoczył. Świątecki już był przy nim, puls łomotał mu w głowie, świat zabarwił się czerwono. Nakazy by nie bić leżącego i różne takie wywietrzały mu z głowy. Chciał wdeptać gościa w ziemię. Obcasem miażdżył palce, choć już puściły kozik. Złotozęby, twarda sztuka, chwiejnie  powstał. Twarz miał wściekłą, umazaną krwią. Też sięgnął do kieszeni, po nóż. I nie wiadomo czym by się to skończyło, gdyby od ulicy nie zabrzmiał okrzyk:
-Czekaj tu, Marysiu!
Na Podchorążych zatrzymała się para. Przy złotowłosej pannie w letniej kwiecistej sukience, szanujący się chłopak musi być odważny. Nie ma innego wyjścia. Krzycząc coś i przytrzymując studencką czapkę, pognał na pomoc.
-Spierdalamy – szczeknął żul w gównianym krawacie.
Złotozęby charknął krwią wraz z zębem. Obaj zerwali się do ciężkiego galopu wzdłuż brzegu stawu. Zdyszany student spojrzał na ścieżkę, gdzie pieniła się krew zmieszana ze śliną, otaczająca pokaźny, złoty siekacz. Potem zerknął na twarz inżyniera.
-To nie pański?
-Ich! – odparł Mateusz uśmiechając się tak, jak od zawsze uśmiechają się zwycięzcy nabuzowani adrenaliną. Otrzepał kapelusz o nogawkę i włożył go na głowę, niby hełm z pióropuszem.
-Właśnie miałam zacząć krzyczeć –  powiedziała wysokim głosem podekscytowana dziewczyna. – Dwóch okropnych, nieogolonych bandziorów na pana jednego. A pan nic się ich nie bał!
-Ja panu pomogłem! – zaznaczył student.
-To święta prawda, gdyby nie pan, krucho by ze mną było – Mateusz podał chłopcu dłoń, niebotycznie podnosząc jego notowania u panny Marysi. – Dziwnie tu bezludnie o tej porze dnia. Może chodźmy kawałek razem, bo znowu gdzieś się na tych dwóch możemy natknąć.
Szli przez miejską dżunglę spoglądając w krzaczki nad stawem, za rogi parkanów i w bramy, wypatrując czy tych dwóch się tam nie czai. Mateusz uważał że pomaga chłopcu, chłopak pewnie na odwrót, obaj zaś służyli za ochronę ślicznej Marysi. Świątecki dygotał wewnętrznie, ale o dziwo, czuł się znacznie lepiej niż przed bitwą z lumpami.
-Że tez policji na takich nie ma – oburzała się panna.
-Och, w obecnej sytuacji policja ma sprawy wagi państwowej – Świątecki machnął ręką. – My jesteśmy zdani na siebie.
Przeszli niedługą ulicą Podchorążych na róg Gnieźnieńskiej, gdzie zatrzymali się przy bramie kamienicy w której mieszkała panna.
-Jesteśmy umówieni na niedzielę, do kina? – upewnił się chłopak.
Panienka skinęła głową. „Jakżeby mogła odmówić” – pomyślał Mateusz. – „Za odwagę należy mu się spotkanie, a może jeszcze coś?”
-Do widzenia państwu i jeszcze raz dziękuję – uchylił kapelusza.
-Proszę, zaczeka pan z nim, aż nadjedzie tramwaj? – poprosiła Marysia.
-Ja nie potrzebuję żadnej eskorty! – żachnął się chłopak
Ucinając wszelkie dyskusje, tramwaj wytoczył się z ulicy Bronowickiej. Student pobiegł sprintem na przystanek, Marysia pomachała mu ręką na pożegnanie. Mateusz poszedł na koniec Gnieźnieńskiej, gdzie w domku wymagającym odświeżenia mieszkał Ferenc. Na fasadzie ktoś nabazgrał węglem: „Cracovia Pany!”.

część IV

Trzech facetów w średnim wieku siedzących po sąsiedzku, skończyło lustrować dziewczyny. Jeden z nich podszedł do ostro wymalowanej blondynki, a ona wstała powoli, światło zmieniło się na jej twarzy i już nie była tak podobna do Ady. Idąc za facetem na parkiet, posłała Świąteckiemu powłóczyste spojrzenie. Oczywiście nie odpowiedział na ten sygnał. Kelner przyniósł filiżankę z cukiernicą. Mateusz zamówił u niego jeszcze jedną kawę.
-I tabletkę benzedryny albo pervitinu – dodał. – Wiem, apteki zamknięte ale skombinuj mi pan to. Dla pana – położył na blacie monetę.
Dość długo to trwało, lecz wreszcie kelner zrealizował zamówienie. Przyniósł filiżankę oraz spodek, na którym królowała samotna tabletka. Orkiestra właśnie skończyła grać melodię z jakiegoś amerykańskiego filmu. Blondynka nie wróciła na swe miejsce. Skierowała się do stolika Mateusza.
-Można?
Skinął głową, bo i co miał zrobić. Usiadła.
-Bardzo pan nieszczęśliwy… – Gdy nie doczekała się odpowiedzi, wskazała paluszkiem filiżankę. – Nie wolno tyle tego pić. Kawa to nie alkohol, kawa może zabić…
-Aż tak?
-Tak właśnie, nadmierna ilość kawy szkodzi sercu.
-To miłe, że panna taka troskliwa.
-W dodatku to? – wskazała paluszkiem tabletkę. – Jakieś świństwo?
-Niewinny pervitin, taki rodzaj amfetaminy.
-Słyszałam, że lepiej z tym ostrożnie…
Włożył tabletkę do ust i popił resztką kawy. W pierwszej chwili myślała, że wstał by zaprosić ją do tańca.
-Już pan wychodzi? – spytała rozczarowana może zawodowo, a może szczerze.
Zmienne światło sprawiło, że znowu nie była sobą, tylko – tamtą. Gwałtownie cofnął dłoń przed jej palcami.
Przeszedł jasno oświetlone kwartały i zagłębił się w uliczki, gdzie latarnie rozmieszczono bardzo rzadko. „Może w ciemnościach jakiś oprych mnie napadnie i zabije” – myślał. – „Albo ja go zabiję.”
-Hej, kochanie – rozległo się w mroku ulicy.
Otoczyło go stadko panienek. Przedarł się między nimi jak czołg odporny na ostrzał zmysłowych propozycji, odgarniający zasieki kobiecych ciał. Nieco dalej został trafiony. Przystanął unosząc głowę. Poraziła go dobiegająca z otwartego na piętrze okna szydercza piosenka „Ada, to nie wypada”.
Na pograniczu Łobzowa i Nowej Wsi, w  zaułkach parkanów ogradzających place budów wytyczanej dopiero ulicy, wśród murów starych domków obłażących z tynku, wypatrywał groźnych cieni pod ścianami, macając kolbę rewolweru. Wreszcie dotarł pod nowy, dopiero zasiedlany czynszowy dom. Wiedział, gdzie mieszka ten niebezpieczny typ: w małej kawalerce na parterze. Światło w niej było zgaszone, ale otwarte okno świadczyło iż ktoś, najpewniej gospodarz, przebywa wewnątrz. Niemal wszystkie okna dwupiętrowego domu były ciemne – lokatorzy jeszcze nie zdążyli wprowadzić się do nowiutkich mieszkań.
Teren wokół budynku obejmującego podkową niewielki plac był jeszcze nieuporządkowany, walały się tam pozostałości po budowie. Mateusz bez trudu znalazł poręczną deskę. Wszedł do pachnącej farbą klatki schodowej. Energicznie zastukał w drzwi.
-Kto tam? – rozległ się po chwili z wnętrza mieszkania agresywny głos.
-Mateusz Świątecki.
-Kto?!
-Wyjrzyj przez dziurkę od klucza a zobaczysz, jak powiewam ogromną, białą flagą. Przyszedłem pogadać.
-Chyba, kurwa, kpisz! Wynocha z mego domu!
-Jeszcze do niego nie wszedłem. Klatka schodowa nie jest twoja. Chcę tylko porozmawiać o bardzo ważnej sprawie.
-O czym niby?
-Otwórz, to ci powiem. Przecież nie będę gadał do drzwi.
-Dobra – głos chociaż złagodniał, nadal był wściekły. – Zaczekaj, tylko się trochę ogarnę.
Mateusz kucnął trochę z boku, obok futryny drzwi otwierających się do wnętrza mieszkania. Zaraz też otwarły się, i to gwałtownie. Z przedpokoju drewniana pałka śmignęła tam gdzie Mateusz miałby głowę, gdyby stał. Ale kucał z przyszykowaną deską, którą uderzył poziomo. Zaskoczony Marchwicki przecież zdążył obrócić się bokiem, dzięki czemu nie oberwał kantem w oba golenie, tylko w bok lewej łydki. Zaklął boleśnie, na dobitek jego palce zaciśnięte na rękojeści stuknęły o futrynę, więc pała wysunęła mu się z dłoni. Mimo to zdążył lewą ręką chwycić za deskę, a że stał, to naciskając z góry  przygniótł ją. Jednocześnie prawą dłonią strącił Mateuszowi kapelusz, złapał go za czuprynę. Mateusz zaś uderzył gospodarza lewym łokciem w krocze, ale niezbyt celnie. Sczepieni ze sobą, pozbawieni już swego drewnianego oręża, wtoczyli się do przedpokoju sapiąc i klnąc. Ponieważ Marchwicki utykał na lewą nogę, Mateusz przepchał go przez krótki przedpokój, po drodze strącając dwie kurtki z wieszaka. W pokoju Marchwicki ruszył do ataku. Pchnął Świąteckiego zwiększając dystans, zamachnął się i uderzył!  Ale jak! Z prawdziwą furią. Szczęka by pękła, gdyby trafił. Jednak Świątecki zasłonił się, cios zjechał po jego gardzie i trafił go w ucho. Też zabolało, ale do przeżycia. Mateusz nie zważając na ból ucha, ruszył do kontrataku. Gospodarz cofnął się, lecz tylko odrobinę, tylko po to, by zdjąć ze stolika o szklanym blacie długi ciężki wazon w stylu afrykańskim. Była to groźna broń. Mateusz rozejrzał się; z kozetki okrytej kilimem porwał skórzaną poduszkę, by użyć jej jako tarczę.
-Chcę spokojnie porozmawiać! – wrzasnął.
Wtedy otrzymał cios w tył głowy, jego świadomość na chwilkę przygasła, osunął się na kolana i byłby upadł, gdyby nie oparł się łokciem o kozetkę.
-No to się doigrałeś! – ryknął tryumfalnie Marchwicki, ruszając do ataku z uniesionym wazonem.
Świątecki dźwignął się i usiadł na kanapie, bokiem do szarżującego Marchwickiego, bokiem do dziewczyny odzianej w nocną koszulę, ściskającej w obu dłoniach pałkę. Nie pozostało mu nic innego, jak użyć broni totalnej, broni ostatecznej, nie pasującej do tej wojny. Wydobył z wewnętrznej kieszeni i podsunął pod nos Marchwickiego rewolwer.
-Spokój.
Mimo tych słów, powiało grozą. To już nie były brutalne żarty. W czarnej broni mieszkała śmierć. Dziewczyna skuliła  się. Marchwicki upuścił wazon na dywan.
-Nie bój się Bożenko, nie bój się – powtarzał, choć widać było, że sam się boi.
Świąteckiemu Bożenka kojarzyła się bardzo pochlebnie, z Ateną, a to z powodu nocnej koszuli przypominającej chlamidę, ozdobionej u dołu szlaczkiem klasycznych labiryntów. A także z powodu broni, której nie porzuciła. Widocznie gdy Mateusz wtargnął do mieszkania dziewczyna przebywała w łazience. Następnie, wykazując się odwagą, podniosła w przedpokoju pałkę i użyła jej.
-Ja bym się bał na twoim miejscu – powiedział groźnie Mateusz. – Lepiej wyjaśnij mi dokładnie, cóżeś robił ostatniej nocy u niejakiej Adeli Herdegen?
-U niejakiej Adeli, ty świnio?! – dziewczyna aż podskoczyła i bez namysłu przyrżnęła Julkowi pałką w ucho. – O jej, przepraszam, Juleczku! – zawołała zaraz. – Przecież ostatniej nocy byłeś ze mną, cały czas. Co za dyrdymały mi tu opowiadasz? – spojrzała groźnie na Mateusza.
-Udzieliła mu pani bardzo mocnego alibi – odparł Mateusz, obserwując jak Julkowi puchnie ucho. Schował broń do wewnętrznej kieszeni marynarki. – Ja naprawdę chciałem tylko porozmawiać…
-Może ja nie mam ochoty! – wybuchnął Marchwicki łapiąc się za głowę.
-Mimo to, musimy porozmawiać.
-Co się stało, do cholery?!
-Ada zniknęła, nie ma jej od rana, a w mieszkaniu są ślady krwi.
Twarz Julka stała się bledsza niż świeżo białkowane ściany jego mieszkania.
-Ktoś ją zamordował? – wysyczał. – A nie ty, przypadkiem?
-Nie ja. I nie ty. Może nikt. Po prostu, zniknęła.
Marchwicki milczał dobre pięć minut. Bożenka przyglądała się im na przemian, i też milczała.
-Szlag by to… – rzekł wreszcie Marchwicki. – Zawiadomiłeś policję?
-Oczywiście, ale oni tylko spisali notatkę. Dopiero jeśli nie odnajdzie się do jutra rana, przyjmą zgłoszenie o zaginięciu, ale, jestem pewien, nawet wtedy nic nie zrobią, bo są cholernie zajęci.
-Więc sam próbujesz się dowiedzieć, co jest grane? – spytał Julek.
-Tak. Dowiem się, za wszelką cenę.
-Właśnie widzę, że nie przebierasz w środkach. Wiesz co, w tej sytuacji, PAX między nami, chociaż kiedy na ciebie patrzę, to krew mnie zalewa…
-Chwileczkę, panowie – odezwała się Bożenka. – Jeśli dobrze rozumiem, jakiś drań mógł ewentualnie źle potraktować twoją byłą dziewczynę – stuknęła palcem Julka – i zarazem twoją aktualną dziewczynę – wskazała Mateusza. – W tej sytuacji, chyba musicie chwilę porozmawiać swobodnie. – Odwróciła się od nich. – Idę do kuchni poszukać szmatek i octu, przygotuję wam kompresy na uszy – oświadczyła, zamykając drzwi.
-To krew mnie zalewa – powtórzył Julek. – Jak mogłeś do takiej sytuacji dopuścić? Wygrałeś, tobie Ada przypadła, nie mnie, a ty ją tak marnie strzegłeś, dupku?
-Mówisz jakbyśmy wojowali o rzecz, a przecież nie tak było – powiedział Świątecki. –  Mnie wcale Ada nie przypadła. Mnie Ada wybrała spośród wszystkich facetów świata, dlatego ze mną była. A ty, Marchewa, próbowałeś zrobić jej krzywdę, bardzo się o to starałeś, próbowałeś jej dokuczyć, pognębić… Ona była ze mną, bo taka była jej wolna wola.
-Twoje oskarżenia pozostawiam bez komentarza jako absurdalne – oświadczył zimno Marchwicki.  – Twoją zaś postawę oceniam jako tchórzliwą. Usiłujesz zrzucić z siebie odpowiedzialność zasłaniając się wolą dziewczyny która cię wybrała, która ci zaufała ponieważ ją zwiodłeś i ukryłeś przed nią, jaki z ciebie cholerny dupek. I nie unoś mi się tu honorem, bo dobrze wiesz, że dałeś dupy!
-Najbardziej wpieprza mnie to, że częściowo masz rację – przyznał Mateusz. – Coś mi najwyraźniej umknęło. Z czymś zawaliłem. Jednak może zauważyłeś, że staram się choć poniewczasie, coś zrobić, więc mi pomóż, do cholery.
-Ty kretynie, zamiast się awanturować jak głupi, gadaj, o co ci chodzi.
-O informacje. Nie mam żadnego punktu zaczepienia. Po prostu, grom z pogodnego nieba. Może coś wiesz, przecież kiedyś dobrze ją znałeś… Nawet, spałeś z nią.
-Powiedziała ci?
-Nie, no coś ty, jednak są rzeczy oczywiste. Wydawało mi się, że wiem o niej wszystko. Prostolinijna, jasna, przejrzysta niby kryształ dziewczyna, więc skąd do niej tajemnicze zaginięcie?
-Prostolinijna, jasna, przejrzysta? – powtórzył zdumiony Marchwicki. – Własnym uszom nie wierzę. Jakbyśmy znali dwie różne kobiety. Ja znałem dziewczynę o skomplikowanej osobowości, nieprzeniknioną, księżycową, osłoniętą dziwnym welonem tajemnicy…
-Znowu twoje na wierzchu – przyznał smętnie Mateusz. – Tajemnica, tylko gdzie jej szukać?
-W przeszłości.
-Toż właśnie ty jesteś jej przeszłością.
-Och, nie załamuj mnie – jęknął Marchewa. – Mam na myśli przeszłość naprawdę odległą w czasie oraz przestrzeni, coś, co wydarzyło się dawno temu na Kresach i rzuca cień aż tutaj…
-Myślisz, że było coś takiego?
-Zawsze tak myślałem.
-Ja dopuszczam taką możliwość dopiero od niedawna, właściwie od dzisiaj – Świątecki potrząsnął głową. – Mimo to zdążyłem już wykombinować, kogo spytam się o obyczaje Kresów. Wyjątkowo, po raz pierwszy w życiu, jesteśmy zgodni, ty i ja.
-Czyżbym słyszała coś o zgodzie? – spytała Bożenka wychodząc z kuchni.
W dłoniach trzymała dwa wilgotne  kompresy pachnące octem. – Zawarliście pokój, wodzowie Falangi i Taterników, obaj przegrani, bez armii, celu, nadziei?
-Właśnie dlatego zawarliśmy pokój – odparł Julek. – Dalsza walka między nami nie ma sensu.
-Oj Marchewa, nie spaprz mi na koniec wszystkiego – oburzyła się Bożenka. – Dotąd wszystko szło jak należy. Nie pękałeś choć wszystko wokół diabli brali, i tym właśnie ująłeś moje serce. Dla mnie bowiem mniej liczy się skala wydarzeń, bardziej liczy się wewnętrzne piękno toczących się ku przepaści spraw. Często się zdarzało, że wybierałam wodza jakiegoś papuaskiego plemienia, a nie marszałka wielkiej armii, który na ramionach ma złoto, lecz w sercu próchno.  Och, przepraszam – powiedziała, gdy czarnym skrzydłem strąciła lampę z nocnej szafki. – Ciasno w tym wnętrzu, przywykłam do większych przestrzeni.
-Kim jesteś? – wychrypiał Mateusz, ze zdumienia niemal pozbawiony zdolności mowy.
-Jam jest Czarna Nike – odparła Bożenka. – Jam opiekunką patetycznych klęsk. Patronuję przegranym bohaterom którzy idą do ostatniego szturmu nie zważając na nic, albo nieugięcie stoją w szyku ramię przy ramieniu choć dalsza walka nie ma sensu. A oni stoją aż do śmierci. Kocham walkę do ostatka.
-Nie ma i nie było takiej bogini – wychrypiał Świątecki.
-Ależ jestem – sprzeciwiła się Bożenka. – Fakt, popularnością oraz rozległą sławą nigdy się nie cieszyłam a to dlatego, że o klęskach woli się nie myśleć. Toteż rzadko się o mnie myśli, jeszcze rzadziej mówi, a nigdy nie pisze. Mimo to moja praca jest znacznie ważniejsza niż zajęcia mej siostry Białej Nike która patronuje zwycięzcom. Oni i bez niej świetnie dają sobie radę. Natomiast ja umacniam ducha przegranych w ich ostatniej walce, pomagam płonąć ich męstwu w ostatniej godzinie. Pilnuję by pamięć o ich czynach nie zginęła. Bywa że gdy przekraczają próg, podprowadzam ich dusze w stronę Bramy. Jako Amazonka walczyłam na Skajskiej Bramie w dzień upadku Troi. Szybowałam nad Termopilami, to oczywiste. Towarzyszyłam cesarzowi gdy janczarowie wdzierali się do Konstantynopola. – Łagodnym ruchem pięknych, aksamitnych skrzydeł uniosła się pod sufit wysokiego mieszkania i pozostała tam, skrzyżowawszy ręce na piersiach. Niewidzialny wiatr rozwiewał jej pociemniałe nagle włosy i przyklejał szatę do ciała. – Znam sporą gromadkę waszych – powiedziała z uznaniem. – Poczynając od Henryka który wyrzekłszy Na gorze nam przyszło  ruszył do samobójczej szarży, skończywszy w teraźniejszości na kapitanie… Och przepraszam, to jeszcze nie teraźniejszość. Historii z kapitanem jeszcze nie było, ona dopiero będzie, już wkrótce, podczas Drugiej Wojny Światowej. Rozumiecie, że Wojny Światowe to dla mnie wielkie wyzwania. Aż mi skrzydła cierpną na myśl ile będę musiała się nalatać, zwłaszcza w Warszawie i okolicach. W tej sytuacji muszę kończyć niewielkie, rozpoczęte sprawy.
-Co masz na myśli z tym kończeniem? – spytał Marchwicki.
Siedział sztywno na kozetce, z uniesioną głową, zapatrzony w skrzydlatą istotę.  Siedział ramię w ramię z równie zagapionym Mateuszem.
Czarna Nike podfrunęła do kanciastej, nowoczesnej komody stojącej obok kozetki, bezceremonialnie zepchnęła książki z blatu, przysiadła na nim. Pochyliła się i z groźną czułością otoczyła Juliana czarnymi skrzydłami.
-Ciebie mam na myśli, kochanie – rzekła. – Do dzisiaj szło ci świetnie. Czyż nie poniosłeś totalnej klęski?
-No, nie wiem – jęknął Marchwicki.
-Ja wiem. Poniosłeś. Z powodu burd oraz awantur relegowano cię ze studiów.
Z powodu konfliktowego charakteru i braku umiejętności współżycia zbuntowała się przeciw tobie twoja Falanga, przeżuła cię i wypluła z niesmakiem.  Kobieta o którą walczyłeś zajadle odeszła z innym, a dzisiaj dowiedziałeś się, że w ogóle odeszła nie wiadomo gdzie. Twój wielki idol, Adolf, nawet w twoich oczach ujawnił się wreszcie jako wariat. Rzucały cię kolejno wszystkie twoje dziewczyny…
-Ty mnie nie rzuciłaś.
-Właśnie cię porzucam. Zielony pawilon z twoim biurem płonie. Podpalił go dłużnik, którego Bąk zbyt mocno dojechał. Nic ci nie pozostało, kochanie. Walczyłeś dzielnie, lecz to już koniec. Co w takiej sytuacji powinien uczynić prawdziwy mężczyzna?
-Nie wiem.
-Przypomnij sobie z lekcji historii, co w identycznym położeniu uczynił Hannibal.
-Nie pamiętam.
-Ależ pamiętasz. Świątecki, pożycz mu rewolwer.
-Proszę bardzo – Mateusz podał broń Marchwickiemu.
Ten niechętnie, ale ją przyjął. Przyłożył lufę do skroni. Huknął strzał. Krwawe bryzgi poleciały na ścianę.
-Znakomicie – rzekła Czarna Nike. – Teraz ty – zwróciła się do Świąteckiego. – Ty też przegrałeś z kretesem.
Kolba rewolweru sama znalazła się w zaciśniętej garści Mateusza.
Otworzył oczy. Ktoś – coś – skradało się ku niemu parkową alejką. Kot. Kot śmignął pod krzaki w pogoni za nocnym gryzoniem. Ścierpnięty od nocnego chłodu Mateusz wstał z ławki. Idąc od Marchwickiego do domu znużony przysiadł na niej, zasnął i wyśnił sobie Bożenkę jako Czarną Nike.
Pomacał – karczycho miał grube jak u zapaśnika, tak mu spuchło od ciosu Bożenki. Ucho też spuchło i było tak wielkie, że zdawało się, przekrzywia mu głowę na prawo. No nic, bywało gorzej. Pojedynki z Marchewą nigdy nie były łatwe.
Dwadzieścia minut później schody zatrzeszczały pod ciężkimi krokami znużonego mężczyzny. Ze trzy razy próbował, zanim wetknął klucz w otwór zamka. Wytrenowanym ruchem rzucił kapelusz na gipsową głowę starożytnego wieszcza stojącą na kredensie. Nie trafił, kapelusz spadł na podłogę. Zostawił go tam. Zdjął ubranie, byle jak rzucił je na fotel. Mając nadzieję, że jest wystarczająco skonany by nie myśleć przed zaśnięciem i nie śnić, położył się do łóżka.