Guzik polski część VII

Z powodu permanentnego kryzysu w strefie unitarnej waluty, który znacznie ograniczył zakupy nowych samochodów, z powodu częstych walk między klanami, zamachów różnych terrorystów, strzelanin urządzanych przez znarkotyzowanych szaleńców, postrzelana furgonetka która sycząc, dudniąc, łomocąc pełzła przez miasto, aż tak bardzo nie wyróżniała się spośród ogółu samochodów. Bez przeszkód wytoczyły się z centrum. Przecięły niebezpieczne przedmieścia, przebyły ziemię niczyją pomiędzy przedmieściami a zamiejskimi osiedlami domków jednorodzinnych. Zapadła noc, przed domkami zaświeciły latarnie. Na granatowym niebie gwiazdy lśniły zimnymi ognikami. Ale one nie miały głowy ni nastroju na zadumę i zachwycanie się wspaniałym widokiem obcych gwiazdozbiorów. Gabriela z Mańką rozważały, jak doszło do strzelaniny. Za najbardziej prawdopodobny – i jednocześnie najbardziej optymistyczny – uznały taki scenariusz, że ruskie diewoczki już wcześniej namierzyły furgonetkę, porobiły jej zdjęcia tak, że nic nie pomogła zmiana numerów rejestracyjnych. Żeby uniknąć takich sytuacji, co pewien czas należało zmieniać samochody. Ale samotna Gabriela nie miała na to czasu, no i, zemściło się. Ruski patrol wypatrzył auto. Tragiczna wersja była taka, że namierzono bazę za miastem i śledzono wyjeżdżający z niej samochód. To byłaby katastrofa, zwłaszcza, że już stracono w Radogoszczy aż pięć mieszkań.
Wypatrywały, czy nie są śledzone. Na szczęście ruch był minimalny więc łatwo stwierdziły, że nikt za nimi nie jedzie.
Kilkaset metrów przed bramą wjazdową do bazy, droga przecinała zagajnik. Mańka zjechała z asfaltowej szosy na polną drogę i zaparkowała busa.
-Fruzia, pamiętasz jak się strzela? – spytała Gabriela.
-Pewnie, że tak – odparła dziewczyna. Wyjęła z torebki malutkiego buldoga. – O, tu odbezpieczamy, pociągamy za spust i trrach!
-Co robimy z Dużym? – spytała Mańka.
-Jest naćpany, nie może zostać sam – zdecydowała Gabriela. – Duży, wyłaź z samochodu. Idziesz z nami.
-Kobiety mną rządzą – jęknął Duży. – Najpierw jedna laska zwabiła mnie w Góry Świętokrzyskie przy pomocy serka Almette, następnie druga zahipnotyzowawszy mnie falistymi ruchami swych bioder zwabiła do busa gdzie niemal padłem ofiarą, teraz kolejna wygania mnie do lasu w noc i mgłę, gdzie na pewno panuje wilgoć i opadła rosa, a ja jestem słabego zdrowia.
Gabriela z Mańką, czasami kłócąc się ze sobą, odnalazły wreszcie właściwy krzak.
-Duży, podnieś – poprosiła Gabriela.
Duży złapał krzaczek w potężne łapska, nadął się, napiął i stękając z wysiłku, wyrwał roślinę z korzeniami.
-Proszę, królowo – wręczył badyl Gabrieli. – Od dzisiaj jestem twym rycerzem Wyrwikrzakiem.
Minęło jeszcze pół godziny, zanim odnalazły właściwe miejsce. Było tam wejście do tunelu zamaskowane w ten sposób, że jego pokrywę stanowiła donica z rosnącym w niej krzaczkiem. Tunel prowadził za mur bazy, jego wyjście znajdowało się w szopie z narzędziami.
Wyszły z szopy, ściskając broń w dłoniach.
-Duży, ciszej, nie tup tak – mruknęła Gabriela.
Sprawdziły garaż – nie czaił się w nim żaden wróg, Adler i Mazur stały na swych miejscach, nikt ich nie skradł ani nie uszkodził. Tylnym wejściem, od ogrodu, weszły do głównego budynku.  Składał się on z podziemi, rozległego parteru i mniejszego piętra. Część dachu parteru wykorzystano na taras.
-Duży, weź wazon, stań za rogiem przy schodach z piwnicy – rzekła Gabriela. – Gdyby ktoś stamtąd wyłaził, to go w łeb wazonem. Zrozumiałeś?
-Zrozumiałem, królowo. Wazonem w łeb.
-Dobrze. Fruzia, ze mną na górę, sprawdzimy pokoje. Mańka z Elżbietą, sprawdzacie parter.
Na parterze oprócz hallu z recepcją, było dziewięć dużych pomieszczeń. Sprawdzały je po kolei. Siłownia, a w niej bieżnia elektryczna, rowerek, atlas, ławki, sztangi i hantle. Niewielka sala gimnastyczna z równoważnią, odskocznią, kozłem, koniem i skrzynią gimnastyczną, z drabinkami przy ścianie. Duże pomieszczenie z drewnianą kabiną kilkuosobowej sauny, mini basenem i wytwornicą lodu. Jadalnia, a w niej dziesięć stolików. Kuchnia. Biuro, gdzie połowę jednej ściany zajmowało wielkie stalowe szafiszcze, połowę drugiej szafy na akta, na wprost drzwi stało biurko z komputerem, na lewo kasa pancerna, na prawo stolik i trzy krzesła. Magazynek na miotły i środki chemiczne. Biblioteka, której okna wychodziły na podjazd z drugiej strony budynku. Oprócz regałów z książkami w bibliotece znajdowały się trzy biurka. Na jednym z nich stał zestaw komputerowy. Wszędzie spokój, żadnych śladów działalności jakichś obcych.
Uspokojone wyszły z biblioteki do hallu. Duży siedział tam w fotelu pod palmą.
-Duży, dlaczego nie pilnujesz schodów do piwnicy? – spytała ostro Mańka.
-Dlatego, moja księżniczko o ile dobrze rozpoznałem hierarchię tego stada, a nie było to dla mnie proste zadanie gdyż umysł mam przyćmiony prochami co jednak jest konieczne abym zniósł i przecierpiał przygniatającą szarzyznę oraz skurwienie świata, wszelako może to nie jest już ten świat tylko jak wspomniałaś tamten świat, co wszelako budzi pytanie, kim wy jesteście? Wyczuwam w was tyle samo anioła co i diabła, ale już nic więcej nie będę mówił na ten temat, tylko powiem krótko…
-Duży, przestań.
-Toż przestaję właśnie i mówię krótko: Królowa Gabriela z Fruzią zstąpiły do podziemi, przy czym Gabriela stanowczo zabroniła, abym bił je po głowie wazonem, gdy będą wychodziły.
Istotnie, po około kwadransie obie panie wynurzyły się z podziemia i wszyscy wyszli przed front budynku, odetchnąć świeżym powietrzem i ochłonąć. Gabriela zapaliła dwie latarnie na słupach po bokach wejścia.
-Idę po samochód – zgłosiła się Mańka, grzebiąc i macając po kieszeniach za kluczykami.
Gabriela wyjęła z torebki pilota od bramy i podała go Elżbiecie.
-Idźcie obie – powiedziała. – Po drodze sprawdźcie stróżówkę. Ja idę wypuścić nocnego amstafa, więc przymknijcie za sobą bramę, żeby nie uciekł. Po wszystkim kiedy już wjedziecie, zostawcie pilota w stróżówce na stole z monitorami. Od tej pory nie wolno wynosić go za bramę no chyba, że wszystkie wyjeżdżamy, bo wtedy nie będzie miał kto od środka otworzyć.
-To jak będziemy wjeżdżać? – zdziwiła się Mańka.
-Trzeba będzie zadzwonić z zewnętrznego aparatu, podłączę go do wszystkich telefonów w budynku. Kiedy zagrają „Śpiew złotej rybki” należy podejść, sprawdzić na monitorach kto dzwoni i albo otworzyć, albo przywalić z bazooki, która będzie pod stołem w stróżówce.
Mańka z Elżbietą wykonały wszystko jak trzeba, a kiedy Mańka podprowadziła auto pod budynek, zobaczyły Dużego jak coś opowiada gestykulując łapskami, Gabrielę w odpowiedzi kręcącą głową z uśmiechem i Fruzię, jak chichocze oparta o latarnię.
-Eufrozyna wygląda jak taka lepsza spod latarni – rzekła Mańka ze złością. – Co ona się tak mizdrzy?
Zahamowała, wtedy Gabriela z Fruzią podbiegły, Duży zaś przyczłapał do samochodu. Dziewczyny wciąż nakręcone adrenaliną gadały jedna przez drugą.  Oglądały  przestrzeliny. Dziwiły się, że nikt nie zginął.
Z klombu otoczonego z obu stron przez jezdnie wiodące od bramy pod dom, przyglądał się im wielki, posępny posąg Światowida.
Mańka ucięła długi, cieniutki badyl z kępy ogrodowych bambusów. Włożyła go w jedną z przestrzelin.
-Spójrz, Duży – powiedziała. – Kula szła mniej więcej jak ten bambus, czyli tuż koło mojej głowy. Gdybym się wtedy ruszyła…
-Coś się tak podjarała tym potencjalnie jedynie zaszłym faktem? – zdziwił się Duży. – Przecież sama mówiłaś, że aktualnie znajdujemy się na tamtym świecie, z czym ja ogólnie, po przemyśleniu, się zgadzam. Ten wielki co się na nas gapi z klombu, bardzo do tego mi pasuje. Dotychczas sądziłem, że jak już ktoś znalazł się w zaświatach, to drugi raz zginąć nie może, i tego mam zamiar się trzymać. Zastanawiam się jednakże nad kwestią taką mianowicie, która to część zaświatów. Czy ty dajmy na to, jesteś aniołem czy diablicą?  Tradycyjne bowiem znaki rozpoznawcze okazały się diabła… tfu, znaczy się niewiele warte, gdyż ty przykładowo nie masz ani rogów, ani skrzydeł.
-Och Duży, ty żartujesz, czy na serio tak pleciesz?
-Ba, żebym to ja wiedział – odparł Duży.
Objął Mańkę, przytulił, przejechał wielkim łapskiem od jej łopatek, do pośladka.
-Co robisz? – pisnęła dziewczyna.
-Sprawdzam, czy nie masz tych cholernych skrzydeł.
Gabriela zarządziła nocne dwugodzinne dyżury. Najpierw Fruzia, potem Mańka, Elżbieta, wreszcie nad ranem w tej szczególnie niebezpiecznej porze, Gabriela.
Wściekły terkot budzika za wcześnie wyrwał Elżbietę ze snu. Macając na oślep z zamkniętymi oczami ubrała się, do kieszeni bojówek na udzie wsunęła pistolet Łucznik P101. Trzymając się poręczy zsunęła się po schodach, jak lunatyczka poszła do recepcji, gdzie spotkała Mańkę.
-Uaa? – spytała, trąc oczy.
-W porządku – odparła Mańka. – Spokój. Pod drzewami w ogrodzie latają owocożerne nietoperze…
-A fuj!
-Właśnie. Na  piętrze Duży chrapie jak, jak nie wiem co. Pewnie słyszałaś? Poza tym, cisza.
-Mmhm – odparła niewyraźnie Elżbieta. Wzięła ze stolika dzbanek z resztką wystygłej kawy i wypiła duszkiem. – O rany, obchód zacznę chyba od ogrodu, może świeże powietrze mnie ocuci.
Powietrze było zimne i pachnące. Ocuciło ją znakomicie. Przeszła wzdłuż ogrodzenia, zajrzała pomiędzy krzaki, wreszcie przystanęła na skraju sadu, oparta o pień jabłoni. Gwiazdy zdawały jej się zawieszone bardzo nisko, a niebo głębokie jak wieczność. Rozpoznała kilka gwiazdozbiorów o których zdążono ją nauczyć: Lirę, Żółwia, Ogary. Majestatyczny widok  granatowej otchłani i płonących w niej niebiańskich ogni, skłonił umysł Elżbiety do niespiesznego błądzenia po  metafizycznym oceanie od jednego ważkiego tematu, do następnego. Rozmyślając o Bogu oraz sensie istnienia prędko stwierdziła, że ani na pierwszy ani na drugi temat nie jest w stanie nic sensownego wymyślić, więc szkoda czasu na jałowe dumania. Lepiej przyjąć to co mądrzejsi już wymyślili, chociaż, prawdę mówiąc, oni też w tych tematach byli ciemni jak tabaka w rogu. Nieco więcej dało się powiedzieć o budowie Wszechświata, chociaż i tu walczyły ze sobą sprzeczne poglądy dzielące się na dwie grupy: osiowych geocentryków do których i Elżbieta należała oraz anty geocentryków. Osiowcy twierdzili podpierając się naukowymi dowodami, że Wszechświat jest jednością, obraca się wokół osi której panewkami są położone na peryferiach  Ziemia Jeden oraz Ziemia Dwa. Oczywiście numeracja jest dowolna, zależy od punktu widzenia i nie ma żadnego znaczenia. Dlatego właśnie, sunąc wzdłuż osi, można przedostać się z Ziemi Jeden do Ziemi Dwa, a w żaden inny punkt Wszechświata tym sposobem dotrzeć niepodobna. Teoria osiowa budziła zajadły opór wielu środowisk. Kiedy bowiem dawno temu stwierdzono, że Ziemia nie jest niczym wyróżniona, leży na peryferiach jednej z peryferyjnych galaktyk peryferyjnej Lokalnej Grupy, środowiska te były zadowolone i nie życzyły sobie żadnych zmian w tym temacie. A tymczasem, zgodnie z teorią osi, peryferyjne położenie Ziemi okazywało się wcale nie przypadkowe lecz znaczące, i to bardzo.  Wszechświat wprawdzie wokół Ziemi nie krążył, ale mało do tego brakowało bo krążył wokół osi dla której Ziemia była panewką stabilizującą ruch. Anty egocentrycy stanowczo się z tym wszystkim nie zgadzali. Twierdzili podpierając się naukowymi dowodami, że Wszechświat dzieli się na dwie połowy przedzielone Barierą Między Światami, połączone niezliczoną ilością przejść, z których jednym było połączenie Ziemi Jeden z Ziemią Dwa.
Rozważywszy to wszystko, Elżbieta poczuła głód  więc weszła do budynku i zamierzała wejść do kuchni, gdy posłyszała głosy dobiegające z piętra. Ujęła pistolet w obie dłonie, zaczęła cichutko skradać się po schodach. Wyjrzała z za węgła – ujrzała na korytarzu Mańkę i Dużego. Stali w odległości kilku metrów od niej, przed  drzwiami pokoju chłopaka. Duży odziany był jeno w bokserki. Od czasu do czasu, w nieregularnych odstępach, dało się słyszeć soczyste sslap, gdy Mańka lizała go po owłosionej klacie.
-Ja, młoda wrażliwa istota, z trudem odnajduję się w brutalnej rzeczywistości, w polskich realiach – mówił Duży. – Niszczy mnie szara rzeczywistość, przez szarą rzeczywistość psychicznie wyniszczona jestem i przez system. Mam jednak taką  świadomość, że nie chcę się  temu poddawać bez walki, nie chcę wpaść w beznadziejny wir wydarzeń. Ale jedyną rzeczą, której tak naprawdę pragnę, jest miłość.
Mańka wypluła coś, pewnie włos z klaty Dużego.
-Brawo, brawo moje złotko, piękna przemowa – rzekła. – Jestem pod wrażeniem.
-Wpadniesz jutro wieczorem? – spytał Duży.
-Nie da rady, złotko. Gabriela każdego wykorzysta, tak już ma. Żeby z ciebie był pożytek musisz znać wielecki, więc, jak ją znam, od jutra czeka cię nauka, nawet przez sen.
-Nawet przez sen? – jęknął Duży.
-Zwłaszcza przez sen. Hipnopedia jest bardzo wydajna. Przez trzy, cztery noce musisz być grzeczna. Potem, myślę, na jakąś godzinkę będzie można odpiąć kabelek. Teraz czas na mnie. Pa.
Duży zniknął w swym pokoju. Mańka odwróciła się i stanęła oko w oko z Elżbietą. Uśmiechnęła się.
-Aktualnie jest Barbarą Majakowską – rzekła.
-To chyba nic z tego nie było?
-Przeciwnie – Mańka uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Ujawniło się właśnie, że Barbara Majakowska jest lesbijką.
Mańka wyraźnie zadowolona poszła do swej sypialni, a Elżbieta kręcąc głową i wzdychając, zeszła na dół, do kuchni gdzie spotkała Fruzię. Dziewczyna nalewała sobie do szklanki jakieś kolorowe pijadło z plastikowej butli.
-Pić mi się chce – wyjaśniła na wypadek, gdyby Elżbieta miała jakieś wątpliwości. – Spać nie mogę z powodu Omiliana Kunderleka. Ledwie się zdrzemnę już mi się śni, że zakuwa mnie w kajdanki. Wstyd, upokorzenie, strach  przyspieszają mi tętno aż się budzę i nic się nie zmienia, czuję to samo, tylko na jawie.  Czuję się zeszmaconą suką i będę się tak czuła do czasu, aż nie oberżnę mu jaj. Pomożesz mi?
-W samej czynności obrzynania za żadne skarby ci nie pomogę – powiedziała Elżbieta otrząsając się na wyobrażenie egzekucji. – Ale w schwytaniu delikwenta pomogę ci, oczywiście wtedy, gdy Gabriela uzna że na to czas.

****

To już ostatni fragment Guzika polskiego. Jest to mniej więcej jedna trzecia całości. Reszty tutaj nie ujawnię  dlatego, że zamierzam tę powieść wydać więc nie mogę jej „spalić” ujawniając przed czasem wszystko. Jak wydać – oto jest pytanie. Do profesjonalnych wydawnictw nawet nie ma co startować, oni mają swoje układy poza które nie wyjdą, to oczywiste. No, może gdyby dostali w ręce jakieś powalające dzieło autora formatu Stanisława Lema – to też nie wiadomo. A przecież ja aż tak dobry nie jestem, trochę mi do Stanisława Lema brakuje. Za własne pieniądze w wydawnictwie typu self publishing – szkoda kasy. Drogo i promocja słaba. Sprawdzałem, książek takich wydawnictw w księgarniach raczej nie widać. No to pozostaje tylko jedno wyjście – założyć własne wydawnictwo… Ja wiem, że to szaleństwo zwłaszcza jak pieniędzy mało, ale, chyba, jednak, mimo wszystko, gdzieś tak pod koniec roku spróbuję. Co mi zależy, pieniędzy mam na ten cel niewiele, więc i niewiele stracę.

Cienioryt

Przeczytałem dwie (jak dotąd) powieści Krzysztofa Piskorskiego: Czterdzieści i cztery oraz Cienioryt.   Pierwsza z tych opowieści jest odrobinę mniej fantastyczna, gdyby się uprzeć, mogło by to być nie fantasy, lecz science fiction.  Akcja rozgrywa się w świecie gdzie nauka poszła w inną stronę, niż w rzeczywistości. Mianowicie zamiast elektrycznością, zajęła się tajemniczym etherem dzięki któremu można robić niezwykłe rzeczy. Ale o tym już pisałem.

Natomiast Cienioryt, za który w 2014 roku Piskorski otrzymał nagrodę im. Janusza Zajdla oraz Złote Wyróżnienie nagrody im. Jerzego Żuławskiego, to daleki odlot od naszego uniwersum. Akcja toczy się w świecie zbudowanym na zupełnie innych zasadach niż nasz. Nie jest to nasz świat z dodatkiem czarów i smoków, z  geografią, historią odmiennymi niż w rzeczywistości, ale gdzie większość rzeczy działa tak jak u nas i, przykładowo, kiedy jabłko urwie się z gałęzi, to spadnie na ziemię ruchem jednostajnie przyspieszonym. Świat Cieniorytu to coś zupełnie odrębnego, gdzie świadomości istot mieszają się ze sobą jeśli ich cienie pokryją się choćby w małej części, gdzie ludzie mają cienie od słońca, ale również cienie – istoty ze świata cieni, równie realnego jak nasz – my jesteśmy cieniami cieni i dopiero razem stanowimy jedną, kompletną istotę. Oczywiście istoty cienie też mają cienie od swojego antysłońca, Tak więc, kompletna jednostka to cztery cienie: dwie istoty będące wzajemnie swymi cieniami oraz zwykły cień rzucany przez każdą z nich. Uff, skomplikowane. Nieco za bardzo. Ja nie przepadam za takimi kompletnie odjechanymi od rzeczywistości światami. Rządzące nim reguły są tak różne od naszych, że czytelnik nie może mieć pewności, czy jabłka zrywające się z gałęzi spadają, czy może odlatują w przestworza. Ale trzeba przyznać, że świat jest spójny, w akcji nie ma odstępstw od ustalonych reguł (w każdym razie, ja ich nie zauważyłem). Oczywiście taki świat nie mógłby funkcjonować. Gdyby świadomości się mieszały przez nałożenie cieni, to dopiero byłby mętlik! Choćby nie wiem jak uważać, prędzej czy później każdy by się z kimś (czymś) zmieszał: z przelatującym gołębiem, nieostrożnym pijakiem, beztroskim narkomanem, desperatem pragnącym zmienić swą obolałą świadomość, z dzieckiem które nie usłuchało zakazów i wbiegło w nasz cień, a zwłaszcza, prędzej czy później, jak nie po czterech to po czterdziestu latach, z własną żoną. I to dopiero jest katastrofa. Jak tu uprawiać miłość z samym/samą sobą? No nie wiem, mnie by się nie podobało. Ale to przecież tylko powieść fantasy, więc pomijając te detale, można się zanurzyć w wartką akcję, charakterystyczną dla powieści płaszcza i szpady, z intrygami, pojedynkami, spiskami i z obowiązkowym szlachetnym szermierzem – mordercą o skomplikowanym nazwisku Arahon Caranza Martenez Y’Grenata Y’Barratora. Już po nazwisku można się domyślić, że kraj opisany w powieści ma pierwowzór w Hiszpanii, a miasto Seriva – w Sewilli. Oczywiście wszystkie niesamowite przygody dobrze się kończą, ale jak – tego nie zdradzę.

Reasumując, pomimo przedstawionych zastrzeżeń, mnie się podobało. Na pewno dzieło Piskorskiego jest znacznie lepsze od standardowego anglosaskiego gniotu fantasy, w nieprzeliczonych ilościach zaleającego półki bibliotek i księgarni.

 

Wśród obcych

Jo Walton za powieść „Wśród obcych” otrzymała nagrodę British fantasy 2012, Nebula 2011, nominację do World fantasy award 2012, nagrodę Hugo 2012. No po prostu wszyscy dysponenci nagród rzucili się hurmą na powieść i nagrodzili ją czym tam kto miał. To moim zdaniem przesada, ale powieść jest ciekawa. Opowiada o  nastolatce Morwennie Markow, w zasadzie Walijce ale trochę Żydówce a nawet trochę Polce, ponieważ jej dziadek ze strony ojca jest polskim Żydem. Po wypadku noga Mor nie doszła do pełnej sprawności, dziewczyna jest skonfliktowana z matką, wyrwana z własnego środowiska rozpoczyna naukę w szkole z internatem daleko od domu, wciąż czuje ból po tragicznej śmierci siostry bliźniaczki. Wrasta ona w nowe środowisko, wyrasta ze starego, kocha się z wzajemnością w chłopaku, poznaje własnego ojca, bardzo lubi literaturę fantasy i SF. I to w zasadzie wszystko. Acha, jeszcze można by dodać, że jej matka jest potężną czarownicą, a dziewczyna staje się czarownicą jeszcze potężniejszą. To właśnie w walce z matką która chciała zdobyć panowanie nad światem, zginęła siostra bliźniaczka, a nasza bohaterka doznała ciężkiej kontuzji. Ale to tak na marginesie, w zasadzie bohaterkę zaprzątają sprawdziany, oceny, koleżanki, chłopak oraz książki z gatunku fantastyki. Chłopaka prawdopodobnie – dziewczyna nie jest tego pewna – stworzyła sobie, bo czuła się samotna. Jednym słowem, potężna bogini z kontuzjowaną nogą, walcząca o pozycję wśród uczennic szkoły z internatem. Naprawdę potężna bogini bo – nie jestem tego pewny ale tak mi się zdaje – nawet Pallas Atena nie miała mocy stwarzania ludzi. Jeśli chodzi o rodzinę, to wiele jest o niej powiedziane, ale ja opowiem tylko, że dziadek polski Żyd był podczas wojny lotnikiem w RAF, a po wojnie wrócił do Polski. Tam przekonał się, że rodzinę mu wymordowano i wszyscy jakby o nich zapomnieli. Na dodatek w kuchni sąsiadów zauważył przedmioty zrabowane z jego mieszkania, których sąsiedzi nie chcieli mu oddać, więc się zniechęcił i wrócił do Anglii. Tak to nas w Anglii widzą. I to by było na tyle.

Guzik polski część VI

Elżbieta zajęła stanowisko w poszyciu lasu na wprost wjazdu do siedziby Gęstej Sieci. Ubrana była w bluzkę, lekki sweterek, zieloną kurtkę w stylu militarnym, dżinsy typu rurki  które z nienawiścią nazywała dupościskami, ponieważ bardzo ich nie lubiła. Ale cóż, taka moda. Jednym słowem, ubrana była jak wiele młodych, pracujących kobiet od których różniło ją to, że była uzbrojona w pistolet i nóż przypięte do paska, niewidoczne pod kurtką. W torebce miała kanapki, oranżadę, papier toaletowy, kosmetyczkę oraz  walkie talkie model T40 i na wszelki wypadek nieco plastiku ze spłonką. Gdyby zobaczyła kogoś samotnego, wychodzącego lub wyjeżdżającego przez bramę, miała dać znać koleżankom czekającym w furgonetce zaparkowanej na tej ścieżce którą w zeszłym tygodniu biegły nad rzekę, gdy uciekły z niewoli. Gabriela, Mańka i Fruzia miały delikwentowi zajechać drogę, potraktować go gazem paraliżującym, związać, zapakować do furgonetki którą powiozą go na odległe, południowe przedmieścia Radogoszczy, gdzie Gabriela wynajmowała swoje drugie mieszkanie – spory dom w dużym ogrodzie. I z dużą piwnicą w której delikwent będzie dojrzewał kilka dni, a kiedy ze strachu już niemal oszaleje, da mu się pismo do naczelnika klanu Gęstej Sieci z propozycją negocjacji, wywiezie gdzieś do centrum i zostawi na ulicy, ewentualnie kopnąwszy go wcześniej w tyłek. Klan Gęsta Sieć był mały oraz powszechnie znany z nieudolności, którą potwierdzała ich ucieczka  z licytacji. Pewnie dlatego ani Rosjanie, ani Amerykanie go nie wynajęli. Elżbieta z dumą pomyślała, że to ona odkryła ten fakt. Mianowicie brodacz reklamował ją jako kobietę z Odwróconego Świata, a mimo to nie wydał jej w łapy GRU albo CIA, tylko chciał sprzedać jako seks niewolnicę, wykorzystując walory jej ciała a całkowicie pomijając walory polityczne. Gęsta sieć była do wzięcia, ale dla zainicjowania negocjacji potrzebny był łącznik. Niestety, przez trzy dni z bramy wyjeżdżały jedynie furgonetki z przyciemnionymi szybami, w których mogło siedzieć nawet dziesięciu zbirów. Ten dzień również skończył się niczym. Na jakąś godzinę przed zmierzchem Elżbieta poczuła, że dłużej nie wytrzyma. Odrętwiała i do ostateczności wynudzona, opuściła swe stanowisko i przeszła lasem około ćwierć kilometra do furgonetki. Miała pewne obawy czy Gabriela jej nie opieprzy za to, że nie wytrzymała jeszcze tej godzinki, lecz nie, Gabi bez słowa uruchomiła silnik.
Elżbieta gapiła się przez okno samochodu przeciskającego się zatłoczonymi uliczkami centrum Radogoszczy na jej przeciwległy kraniec, do tego domu z ogrodem, gdzie teraz mieszkały. Nagle coś wzbudziło jej uwagę.
-Stój, zjedź na chodnik – poprosiła Gabrielę. – Akurat przed nami po prawej jest wolne miejsce.
-Dlaczego? – spytała Gabriela. –  Tu  jest ciasno, ja nie wiem, czy się wbiję – marudziła, ale wjechała dwoma kołami na chodnik i zgasiła silnik. – O co ci chodzi?
-Obejrzyj sobie tego faceta, który posuwa przeciwległym chodnikiem – poprosiła Elżbieta.
Nie musiała doprecyzować, o jakiego faceta jej chodzi, bo tylko jeden z przechodniów się wyróżniał. Wysoki, barczysty, ogolony na łyso  lazł niby lunatyk nie zwracając na nic uwagi, tak, że wszyscy musieli ustępować mu z drogi. Ubrany był w czerwoną bluzę z kapturem odrzuconym na plecy wpuszczoną w granatowe spodnie od dresu z białymi lampasami  podciągnięte niemal pod pachy i w białe buty, pewnie adidasy.
-To niemożliwe – stwierdziła kategorycznie Gabriela, przecierając oczy. – Dziś prawdziwych dresiarzy już nie ma. Nawet u nas. A tu nigdy nie było.
-Tu nie było nie ma i nie będzie dresiarzy, więc to jest nasz polski byczek, zagubiony w przestrzeni oraz  czasie – stwierdziła Elżbieta. – Swojskość wprost z niego promieniuje.
-Przecież to mężczyzna. Nie mógł się tu przedostać.
-A jednak. Poczekajcie – Elżbieta wysiadła z samochodu.
Idąc w poprzek jezdni przyglądała się osobnikowi. Podobał się jej. Kawał dobrze zbudowanego chłopa, tak kiczowaty że aż stylowy. Jego twarz o nieprzytomnym wyrazie była mniej chamowata niż Elżbieta mogła się spodziewać.
-Przepraszam, czy rozumiesz co mówię? –  zaćwierkała po polsku, uśmiechając się przyjaźnie.
-O rany, nareszcie koleżanka co umie w ludzkim języku! – ucieszył się dresiarz. – Dopiero co spotkałem zieloną małpę co nawijała po polsku, ale to był halun, ja wiem.  Ty chyba jesteś prawdziwa? Pozwolisz się uszczypnąć żebym się przekonał?
-Nie pozwolę. Poza tym, to siebie należy szczypać. Jak boli, to rzeczywistość.
-Ja bym wolał ciebie uszczypnąć  – upierał się dres. – Ale jak nie to nie, chociaż to obniża twoje notowania w moich oczach, gdyż powstaje cień podejrzeń o to, że jesteś haluną widzianą przeze mnie po prochach. Ale tak czy siak, niezła z ciebie laska więc pragnąłbym zapytać, co sądzisz o zacieśnianiu naszych więzi aż do etapu zespolenia seksualnego?
-Wybij to sobie z głowy, kolego. Ale może uda mi się zaspokoić niektóre inne twoje potrzeby? Chcesz może jeść, pić, spać?
-O tak, chcę tego wszystkiego oraz amfy albowiem wlokę się tą ulicą będzie już ze trzy lata, choć z drugiej strony mój chronometr zakupiony od Ruskich za cztery dychy wskazuje, że jestem tu dopiero pół godziny. Może właśnie z powodu tej dylatacji czasu jestem tak wkurwiony. No dawaj, gdzie masz te jadła i proszki?
-Mam je w domu. W samochodzie czekają moje koleżanki, zapoznasz je, pojedziemy do nas, będzie fajnie choć bez seksu. Chodź, siadaj, bez ceregieli.
Dresiarz usiadł obok kierowcy czyli Gabrieli, obejrzał ją ze szczególnym uwzględnieniem biustu, następnie rzekł:
-Jako że już lepiej się czuję nieco, bardziej klarownie jakby, mogę stwierdzić bo taka jest aktualna prawda, że jestem Duży, ziomal z Pucka co nie jest stanem permanentnym, gdyż sporadycznie jestem Barbarą Majakowską, doktorantką archeologii śródziemnomorskiej z Krasnego Stawu, co jednakże teraz nie zachodzi.
-Miło mi, Gabriela jestem – bąknęła oszołomiona gadką Dużego Gabriela. – Skąd się tu wziąłeś, Duży ziomalu z Pucka?
-Ona raz dwa wszystko ma gotowe, cały plan, ja w naszym związku spełniam podrzędne role, dostarczam amfę, zmywam garnki albo jak trzeba komuś przypierdolić. A ona strategiczne plany snuje dalekosiężne, więc, wysnuła tak, że zakupiła serek Almette z numerkiem na pokrywce ewentualnie na wieczku albo na denku, gdzieś tam, więc numerek na loterii wylosował, że my, znaczy ona i ja, jedziemy na tydzień do super hotelu w Górach Świętokrzyskich. – Dresiarz odsapnął, umilkł, zawiesił się na dłuższą chwilę, wreszcie podjął wątek: – Ja od rana byłam jak ten skowronek wesoła co i nie dziwota, albowiem Barbara Majakowska to wesoła kobita chociaż doktorantka, no i dałam sobie w żyłę, od spidu aż myślałam, że fruwam pod sufitem. Za to ona wkurwiona bo nie lubi kiedy jestem Majakowską, co mi się zdarza sporadycznie czyli rzadko. Więc, mówi, zapierdalaj sam na poranny spacer, bo ja z tobą nie idę. Ale ty idź, no idźże wreszcie, razem z tą Majakowską. Więc poszłam i idę, aż tu naraz, tak w głębi lasu, jak coś nie pizdnie! Majtnęło mną i zaszuściło, aż raptem stwierdzam, że dokoła jest fioletowo z czymś żółtym. Wlazłem chyba w to żółte. Wtedy coś się zmieniło i to stwierdzam, kiedy odejmuję dłonie od oczu. Słońce jakby większe, jaśniejsze, napierdala mnie po oczach a od spodu jakby mokro. Kiedy wreszcie przejrzałem na dobre – bo znów byłem Duży a nie ta Barbara – to widzę, że nie jestem ja na lądzie jeno stoję po kolana w jakimś jeziorze. Kiedy wylazłem z tego jeziora, to lizę i lizę, aż przyskakuje do mnie koleś z pistoletem w łapie, więc mu dałem w czoło i wrzuciłem gnata do bagna bo akurat było. Gościa też. Ale że mordę miał naspidowaną, więc, myślę, bratku, ty coś masz. Więc zanim go do bagna, to najpierw po kieszeniach no i znalazłem piguły. Towar z górnej półki, mówię wam. Wziąłem dwie dla pewności, wtedy świat normalnie wyskoczył z foremki. Patrzysz listek – nie taki. Krowa – nie krowa. Księżyc – jakiś dziwny. Osiedle niby takie ale dziwne, blokersi też dziwni, nie chcą napierdalać obcego więc krokuję niespiesznie z przerwą w śmietniku na noc, aż znalazłem się na  jakiejś zapowietrzonej ulicy. Słucham, wszyscy nawijają coś w jakimś małpim języku więc się wkurwiam pomału, bo nic nie rozumiem. Aż tu podchodzi ta koleżanka w plamistej maskującej kurtce i mówi, żebym szedł z nią i poszła fajnie kręcąc pupką w obcisłych dżinsach, a ja pozytywnie reagując na wezwanie idę za nią patrząc jak seksownie kolebie biodrami, i…
Duży urwał nagle. Twarz mu poczerwieniała, żuchwa zaczęła kłapać jak w zaciętym elektrycznym kasowniku, pot wystąpił mu na czoło, nawet na łysą czachę.
-Duży, co z tobą? – spytała Gabriela. – Czego ci trzeba?
-Wwwwwwwwwwszystkiego – wyjąkał Duży.
Zamknął oczy i wyglądało, jakby popadł w letarg.
-Zna się któraś na obsłudze takiego modelu? – spytała zaniepokojona Gabriela, przyglądając się Dużemu.
Dziewczęta odpowiedziały jej dwuznacznym chichotem.
-Jaja sobie robicie, a on nam tu wykorkować może – rzekła Gabriela z dezaprobatą. – Na początek, kupimy mu coś do jedzenia.
Odkręciła zawór główny pod deską rozdzielczą, wpuszczając strumień pary przegrzanej z kotła płomienicowego o średnicy dwudziestu sześciu cali, do dwóch cylindrów obustronnego działania o średnicy cztery cale i skoku tłoka pięć cali. Amerykańska furgonetka parowa marki Stanley Motor Company bezszmerowo ruszyła i płynnie włączyła się do ruchu. Z jej rury wydechowej wydzielał się całkowicie ekologiczny, delikatny welon pary wodnej. Posługując się jedynie dwoma pedałami i kierownicą, bez zgrzytającej skrzyni biegów, bez sprzęgła i innych zbędnych przy tym napędzie pierdółek, Gabriela prowadziła swój wehikuł z prawdziwym upodobaniem. Żałowała, że w Odwróconym Świecie – tak coraz częściej myślała o swym ojczystym uniwersum – Stanley Motor Company zbankrutowała w 1927 roku. Zjechała na najbliższą stację paliw, zatankowała dwadzieścia litrów nafty którą żywiły się bezdymne palniki Bunsena ogrzewające kocioł. Kupiła dwa hot dogi, dwa hamburgery, szaszłyk, pół litra kawy, załadowała to wszystko na tacę, zaniosła do samochodu i postawiła Dużemu na kolanach. Zapach momentalnie przywrócił Dużego do przytomności. Rzucił się na spyżę bez opamiętania, wylał przy tym połowę kawy, więc Gabriela wysłała Fruzię po dolewkę. Kiedy się najadł, stwierdził:
-Zajarał by człowiek albo dał w żyłę… Co wy na to, koleżanki?
Kobiety spojrzały po sobie. Ich miny wyrażały poważną wątpliwość, czy powinny przyczyniać się do upadku fizycznego oraz moralnego tego nieodpowiedzialnego dresa. Gabriela opuściła miejsce kierowcy. Przesiadła się bliżej koleżanek. Pochyliły ku sobie głowy.
-Jeśli narkomana gwałtownie odstawić od narkotyku, najpierw dostaje małpiego rozumu, potem umiera – stwierdziła Mańka konspiracyjnym szeptem. – Dziewczyny, lepiej coś mu skombinujmy. Będziemy mu wydzielać coraz to mniejsze dawki, aż się odzwyczai.
-Odwieczne nasze złudzenia, że facet się zmieni na lepsze – westchnęła Elżbieta. – Ale głosuję za tym, że nie ma innej rady.
Pojechały na Plac Obrońców Radogoszczy gdzie co drugi sklep był apteką wyspecjalizowaną w lekach na bazie marihuany, a w tym drugim który nie był apteką, sprzedawano przydziałowe narkotyki na kartki. Były tu również eleganckie salony narkotykowe. Zaś te rodzaje  dragów które były zakazane, oferowali dealerzy zasiadający na ławeczkach wokół skweru. Na plac wjazd był zakazany, wokół niego wszystkie parkingi zajęte, istny horror parkingowy. Wreszcie Gabriela wypatrzyła wolne miejsce na chodniku, wolne od samochodu pewnie dlatego, że spał tam jakiś bezdomny. Posłała więc Fruzię, by łachmaniarza przepędziła. Dziewczyna podeszła zasłaniając nos, widocznie lump śmierdział, jak to bezdomny. Raptem zawróciła.
-On się rozkłada – rzekła. – Zaćpał się już jakiś czas temu i leży, bo MPO rzadko tu zagląda.
Nareszcie zaparkowały tyłem do jezdni, przednimi kołami w błocie rzekomego trawnika. Weszły na Plac Obrońców Radogoszczy. Elżbieta wytrzeszczyła oczy, nie mogąc im uwierzyć. Pozostałe koleżanki były przyzwyczajone, więc bez emocji weszły na rozległą przestrzeń z monumentem pośrodku, pokrytą ciałami płci obojga, papierami, strzykawkami,  rzygami, pokruszonym styropianem, gównami i czym tam jeszcze. Na ławce leżała nieprzytomna dziewczyna, bez majtek, z podwiniętą kiecką, z której korzystał, kto chciał. Po jej łonie łaziły muchy. Elżbieta czym prędzej odwróciła wzrok od tego koszmaru, by napotkać inny. Chudy niby szkielet chłopak chwiejąc się z wysiłku podnosił jeszcze chudszą dziewczynę, która na jedynej grubszej gałęzi rachitycznego kasztana, zawiązywała stryczek.
-O matko jedyna – wyszeptała Elżbieta. – A to co? – pisnęła zaskoczona, gdy jej wzrok padł na monument pośrodku placu.
Na porządnym tradycyjnym cokole z polerowanego granitu, stał wielki, plastikowy Miś Uszatek w tęczowym kaftanie, bez majtek, z monstrualnym przyrodzeniem.
Kiedyś stał tu jakiś rycerz – rzekła Fruzia skrzywiona, jakby wypiła szklankę octu. – Kiedyś był to Plac Obrońców Radogoszczy, wszystkich hurtem, tych co bronili przed Sasami, Dunami, Polakami, Czechami, Szwedami, sporo było tych oblężeń.  Teraz jest to Plac Obrońców Radogoszczy Przed Faszyzmem, Dyskryminacją, Wykluczeniem i Dominacją Białego Heteroseksualnego Mężczyzny, i sama widzisz kto stoi na cokole. O tych dawniejszych bohaterach co tu stali, nikt nie pamięta.
-Ty pamiętasz.
-Ja z zawodu jestem nauczycielką, w Pobliżu byłam również bibliotekarką. Ciężko z tego wyżyć, a już wyjść za mąż, uniesposób. Jako bibliotekarka miałam klucz do komórki gdzie zgromadzono książki wycofane z biblioteki z powodu Nudziarstwa, Bezużyteczności oraz Zacofania i Niepoprawności Politycznej. Zapomniano zabrać je do utylizacji więc sobie leżały, a ja nieszczęsna, zaczęłam je czytać. Czego tam nie było! Mnie najbardziej chwycił za serce romans o zakazanej miłości kapłanki Swarożyca i księcia Czerezpian, a kiedy on zginął w bitwie nad Hawelą, to ona specjalnie tam pojechała na białym rumaku Swaroga i rzuciła się w nurty Haweli. Albo o Broniszu który na czele okrętów pod czarnymi żaglami wypłynął z Arkony by razem z Raciborem złupić Konungahelę, a kiedy już ją złupił, to przywiedli mu schwytaną norweską księżniczkę. Najpierw chciał ją zgwałcić, ale oczywiście tak się skończyło, że leżał u jej stóp i spełniał życzenia.  Albo o Sygrydzie Storradzie i jej zalotnikach, i tak dalej. Zatruło mnie to, przez te niewłaściwe lektury stałam się romantyczna więc całkiem odstająca od rzeczywistości, przez co wylądowałam na giełdzie niewolnic, gdzie kończą takie naiwne kretynki jak ja.
Gabriela i Mańka z zakupami wróciły do furgonetki, gdzie rozwalony na fotelu, spał chrapał oraz  rzęził Duży.
-Gdyby on nie był głupim narkomanem – westchnęła Mańka, przyglądając się potężnemu mięśniakowi, rozpartemu na dwóch miejscach kanapki. –  Jakoś nie było czasu o tym pogadać, a przecież to bardzo ważne. Jak on się tu dostał? Jeśli BMS zaczęła przepuszczać facetów, już po nas. Ruskie sołdaty zaleją tu wszystko.
-BMS przepuszcza istoty tylko do określonej wielkości AM, więc facetów nie puszcza i to jest fundament naszej wiedzy o BMS, wynikający z wszelkich teorii – stwierdziła Gabriela.
-Więc niby, że oni są lepsi bo mają większe coś tam? – zaperzyła się Fruzia. – To jakieś AM?
-Może właśnie są gorsi z powodu większego AM, bo przez to nie mogą przenikać pomiędzy światami – odparła Gabriela. – Oni na ogół mają też większy rozmiar butów, i co z tego? Orangutan ma mniejsze AM niż człowiek, a znowu szympans większe.
-Koleżanki, to proste – rzekła Mańka bardzo poważnie. – On był wtedy Barbarą Majakowską, więc BMS go puściła.
-Nie pieprz Mańka – odparły jej zgodnie wszystkie na raz. – To, że jemu w głowie tak się poprzestawiało, to jeszcze nie znaczy, że to prawda.
-Jak to, nieprawda? Sądy wierzą w takie odmiany płci i potwierdzają je swoim autorytetem, więc i BMS musiała uwierzyć, no nie?
-Musiała, nie musiała, ale coś w tym jest – stwierdziła Gabriela. – Oczywiście kiedy zmienia mu się świadomość na kobiecą, to chromosomy pozostają męskie, ale bardzo prawdopodobne, że Aura Malinowskiego też mu się zmienia w jakimś tam stopniu. Do tego aura i cała jego osobowość jest przyćmiona przez narkotyki, więc, razem wziąwszy, barierze się pomyliło i go puściła.
-Wzięła go za orangutana  – zachichotała Fruzia.
-Coś w tym stylu – odparła Gabriela.
Usiadła za kierownicą. Poprawiła ustawienie lusterka wstecznego.
-To bardzo ciekawy przypadek wymagający dalszych badań – powiedziała Mańka, przyglądając się Dużemu.
-Których jednak my na pierwszej linii frontu nie jesteśmy w stanie przeprowadzić, więc… – Gabriela zamarła z ręką na lusterku wstecznym. Wpatrywała się w niego nie dłużej niż trwa uderzenie serca, potem krzycząc: – Padnij, padnij! – sama upadła na podłogę.
Seria z karabinu maszynowego zabrzmiała niby grom z jasnego nieba. Pociski przebiły tylną klapę, przebyły całą długość furgonetki, jedne utkwiły w desce rozdzielczej, inne rozbiły przednią szybę i pomknęły gdzieś w dal. Wszyscy, nawet niespodzianie obudzony Duży, padli na podłogę. Gabriela z pistoletem w zębach popełzła do tylnej burty. Fruzia wyjęła z torebki mały granat zaczepny. Poczołgała się za Gabrielą.  Serie siekły samochód. Gdyby to był benzyniak, pewnie stanąłby w płomieniach.
-Zostaw to strzeladełko – szeptała Fruzia do Gabrieli. – Mam coś lepszego. Granat.
-Nas też rozwali.
-Nie, to zaczepny, małe pole rażenia, sama tak mówiłaś. Podnieś klapę na tyle, bym go wyrzuciła.
Kiedy seria umilkła, pewnie dla zmiany magazynku, Gabriela leżąc podniosła odrobinę tylną klapę. Fruzia też leżąc, z poziomym zamachem, wyrzuciła granat całkiem na oślep. Ale przecież tam nie mogły stać niańki z dziećmi tylko napastnicy, więc po co celować.
Huknęło, ktoś wrzasnął. Mańka skulona by nie uderzyć głową w dach, jednym nadprzyrodzonej długości  susem dopadła fotela kierowcy. Motor spalinowy w którym było mnóstwo ważnych zespołów, pewnie by nie zapalił. Ale parowy silnik w którym zgodnie z reklamą było jedynie dwadzieścia sześć ruchomych części, jakoś tam zadziałał. Furgonetka szarpnęła i świszcząc parą uchodzącą z postrzelanych przewodów, zaczęła wyjeżdżać  tyłem z miejsca postoju. Tylko Fruzia wyglądająca ostrożnie przez dziurę tylnego okna zauważyła, że furgon podczas cofania przejechał po nodze kogoś usiłującego odpełznąć w bok. To była kobieta, łomot i świst mechanizmu prawie zagłuszył jej krzyk.
-Kto strzelał?! – wykrzyknęła trzęsącymi się wargami Elżbieta, szarozielona na twarzy. – Co za sukinsyny chciały nas zabić?
-Przyzwyczajaj się dziecinko! – odparła Mańka – To były kremlowskie bladzie. Poznałam ich maszynkę z rodziny AK.
Duży rozejrzał się.
-Czyżby pomiędzy wami a elementem co narobił takiego syfu, zaszło coś o czym powinienem wiedzieć? – spytał. Spostrzegł obok siebie papierową torbę z nadrukiem apteki, w niej strzykawki oraz ampułki, więc dał sobie w żyłę, wysmarkał nos na podłogę, przymknął oczy na jakąś minutę, a gdy je otwarł, gorzał w nich ogień gniewu. – Ach więc to prawda, że oni chcieli was zabić, koleżanki – rzekł, rozglądając się po zdewastowanym wnętrzu furgonetki. – Teraz więc koniec z litością dotychczas przeze mnie odczuwaną, z pitoleniem się, niech sczeźnie pacyfizm który dotąd mnie mamił. Zatrzymajcie ten karawan gdyż wysiadam. Idę na miasto po Szlaję, po Grega, po Kapitana Ucho, wtedy rzeź się tu rozpocznie naszych wrogów których wietrzę wśród prawosławnych bardziej. No dawaj Mańka, ciśnij wajchę hamulca.
-Siadaj Duży, przestań rozrabiać – Mańka  odwróciła się na moment i na ułamek sekundy położyła mu dłoń na ramieniu. – Nie możesz iść na miasto po kolegów, ponieważ oni są tam gdzie przedtem, a my wszyscy znajdujemy się na tym drugim świecie. Jeszcze tego nie zauważyłeś?
-To by wiele tłumaczyło – Duży zamyślił się.

 

 

Guzik polski część V

Gabriela dopiła herbatę, włożyła broń do schowka i z miłym uśmiechem weszła do salonu. Fruzia spacerowała tam wzdłuż ścian, przyglądając się obrazom. Właśnie zatrzymała się przed najbardziej kiczowatym, przedstawiającym przepiękne blondynki porwane przez berberyjskich piratów.
-Wyspałaś się? – spytała Gabriela. – W takim razie, możemy porozmawiać. Może domyślasz się, kim ja i koleżanka jesteśmy?
-Jesteście osy – odparła Fruzia spokojnie, jakby nie było w tym nic niezwykłego. Przyjrzała się Gabrieli i Elżbiecie, stojącej w drzwiach. – Jesteście niebezpieczne, jadowite osy, tak o was mówią, ale mnie pasujecie. Przynajmniej potraficie walczyć o siebie.
-Dlaczego osy?!  – spytała Elżbieta.
-Kobiety z Odwróconego Świata czyli z OS, czyli osy. Wszędzie jest was pełno i coraz więcej. Nie wszystkim to się podoba, ale mnie nie podoba się tyle rzeczy, że na was zabrakło mi niepodobania.
-Co o nas mówią? – spytała Gabriela.
-Przeważnie, że chcecie podbić Unię Kontynentalną.
-To ci nie przeszkadza?
-Ani trochę. Unia mnie po prostu wali. Mam swoje problemy.
-Tak? Mogłabyś opowiedzieć?
-Czemu nie – zgodziła się dziewczyna. –  Mój największy problem polega na tym, że nie wiem jak  odnaleźć mego narzeczonego  Omiliana Kunderleka –  Fruzia wspomniawszy ukochanego umilkła z rozmarzonym uśmiechem, lecz po chwili podjęła opowieść. – Znaliśmy się od zawsze, od dawna kochali, a teraz nie ma go przy mnie. Bardzo pragnę spotkać Omilka, przytulić się do niego, dać mu buzi i to z języczkiem, a wtedy ciach, odgryzam mu język, korzystając z zaskoczenia wyłupiam oczy, a potem to już zależnie od okoliczności. Najchętniej, spycham drania w ogień gdyby jakiś był w zasięgu. Razem przyjechaliśmy z Pobliża szukać pracy w Radogoszczy, gdzie Omilian dostał jakiejś szajby. Latał po ulicach jak kołowaty, od wystawy do wystawy i jęczał, że on to wszystko chce mieć. Wreszcie wpadł na pomysł, jak dojść do pieniędzy. Sprzedał mnie za dwieście funtów handlarzom z Gęstej Sieci.
-Wciąż nie rozumiem, dlaczego nie poszłyście z tym na policję – odezwała się Elżbieta.- Przecież choćby byli nie wiem jak skorumpowani, to jakieś podstawowe czynności w oczywistych  sprawach na pewno wykonują, no nie? Muszą  łapać morderców, złodziei?
-Skąd takie założenie, że muszą? – spytała Gabriela.
-Stąd, że tutejsze społeczeństwo funkcjonuje. Gdyby przestępcy byli bezkarni, powstałby chaos.
-Tu właśnie jest chaos. Ale owszem, łapią drobnych złodziei i niezrzeszonych morderców. Lecz my jesteśmy na wojnie, więc mogłybyśmy się zwrócić o pomoc tylko do naszej części policji, albo do części neutralnej. Niestety, naszej części już nie ma, zostałyśmy z resortów siłowych całkiem wyparte.
-Zwróćmy się o pomoc do tych neutralnych – zaproponowała Elżbieta.
-A skąd mamy wiedzieć, którzy to ci neutralni? Jeśli źle trafimy, to wiesz: elektrody, deska i podobne gadżety.
-O jakiej wojnie mówicie? – zainteresowała się Fruzia. – Może o tym podboju Unii Kontynentalnej? Czy to są właśnie te cele o których mówiłaś?
-Och, zaraz tam, podbój – Gabriela wykonała nieokreślony gest ręką. – Może raczej intensywna terapia…
-Jeśli taka po której pacjent umiera, to proszę mnie zwerbować. Oczywiście za darmo karku nadstawiać nie będę, ale drożyć się zanadto nie mam zamiaru. Nienawidzę Unii bardziej niż to jest ogólnie przyjęte z tego powodu, że stryjek Omiliana jest głównym portierem w gmachu Parlamentu Unijnego w Gijon. Nawet obiecywał załatwić Omilianowi posadę konserwatora dolnopłuków, ale nic z tego nie wyszło.
-Wikt, zakwaterowanie, piętnaście funtów kontynentalnych tygodniowo, w przyszłości sława i chwała, wysokie stanowisko w Armii Nowego Wzoru którą zorganizujemy po zwycięstwie.
-To co mówiłaś, ale szesnaście funtów tygodniowo i dodatkowo pomoc w odnalezieniu Omiliana Kunderleka –  Fruzia strzyknęła śliną na dłoń i nadstawiła ją do przybicia.
Gabriela przybiła.
Elżbieta wybuchła niepowstrzymanym śmiechem.
-O matko moja! – chichotała. –  Czy dobrze rozumiem? Czyżbyśmy właśnie ruszały we trzy na podbój Unii Kontynentalnej, która liczy pół miliarda mieszkańców?
-To prawda, że mamy nieco gorzej niż Hernan Cortes który miał aż trzystu żołnierzy a wrogów zaledwie dwadzieścia pięć milionów, ale damy radę – zapewniła Gabriela.
-Doprawdy? – spytała szyderczo Elżbieta. – Podobno cały czas przegrywamy, a tu raptem marsz po zwycięstwo, sława i chwała, konkwista całego kontynentu?
-Przegrywałyśmy, ponieważ nie chciały mnie słuchać kiedy mówiłam, że konieczna jest zmiana taktyki. Teraz, kiedy mogę robić co chcę, będzie inaczej. Należy…
Gabriela umilkła, ponieważ rozległ się dzwonek u drzwi. Wyjęła malutki rewolwer z kieszeni różowego szlafroka. Przekradła się bezszmerowo do  przedpokoju. Elżbieta stąpając na paluszkach podążyła za nią. Gabriela wyjrzała przez judasz. Otwarła drzwi na oścież. Stała za nimi szczupła dziewczyna około trzydziestki, gęste ciemne włosy opadały jej na ramiona, a grzywka na brwi. Ubrana była we flanelową koszulę, rozpinaną bluzę z kapturem barwy nieokreślonej, która zanim tak się zeszmaciła, prawdopodobnie była oliwkowa. Jej czarne spodnie były rozdarte na kolanie. Na ramionach dźwigała plecak. W sumie, wyglądała jak oszałamiająco piękna lumpiara nocująca w kanałach.
-Mańka! – wykrzyknęła Gabriela.
-Gabryśka! – wykrzyknęła Mańka.
Padły sobie w ramiona i cmoknęły się kilkanaście razy.
-Mańka, to coś co stoi obok mnie, to świeże mięso o imieniu Elżbieta. – dokonała prezentacji Gabriela. – Głupie okropnie, ale ma dobrego kopa. Ta co siedzi w salonie, to miejscowy żołnierz czyli sipaj albo askarys, o imieniu Fruzia.
-Cześć, cześć – powiedziała Mańka, wlokąc się w kierunku narożnika. – Wy, nowe, myślicie sobie, po co komu stuletnia baba? Otóż nie mam nawet połowy tych lat. Kiedy się zregeneruję co nie potrwa dłużej niż pół roku, same zobaczycie jaka jestem fajna. – Mańka doczłapała do narożnika i zwaliła się na niego. – A teraz mówcie, co słychać?
-Mam dwie wiadomości, dobrą i złą – rzekła Gabriela. – Od której zacząć?
-Od tej dobrej, oczywiście – odparła Mańka.
-Centrala mianowała mnie pełniącą obowiązki dowódcy Zaświatowego Obszaru Operacyjnego.
-Miałaś zacząć od dobrej wiadomości. – Mańka ziewnęła, odsłaniając zęby. Przynajmniej one wyglądały na białe i czyste. – Więc jaka jest ta dobra wiadomość?
-Ta zła – powiedziała Gabriela z naciskiem – jest taka, że cała obsada ZOO przebywa aktualnie w tym pokoju.
-Kiedy w tym ZOO wypada pora karmienia? – Mańka ziewnęła rozdzierająco. – Umieram z głodu. A co to znaczy, że cała obsada przebywa aktualnie w tym pokoju?
-Pogrom. Niemal cała reszta nie żyje albo w niewoli.
-Och, kurwa – Mańka, choć zdawało się to niemożliwe, zszarzała na twarzy jeszcze bardziej. – Ja myślałam, że to tylko na moim odcinku ruskie bladzie i amerykańskie suki tak nas przeczesały… Ale to nieprawda, że tylko my tutaj – zatoczyła ręką koło. – Nawet z mojego odcinka niektóre dziewczyny przytaiły się a to w punktach przetrwania w górach, a to w doraźnych kryjówkach…
Mańka przyjrzała się dziewczynom. Jena obca, jedna nowa, co one tam wiedzą, ale Gabriela… Wpatrzyła się w Gabrielę. Wyraz twarzy miała błagalny, jak dziewczynka prosząca o czekoladkę.
-Gabi, zrób coś. Pewnie, wtopa jest taka, że można się załamać, ale to się zmieni, łączność się nawiąże i w ogóle. Prawda?
-Jasne, i w ogóle – przytaknęła smętnie Gabriela. – Co nie zmienia faktu, że jak na dzisiaj, cała załoga obszaru zdolna do akcji, to my. Kiedy trochę odsapniesz, spiszesz mi bardzo ale to bardzo szczegółowy raport. A już teraz odpowiedz mi na trzy pytania. Po pierwsze, jaka jest bezpośrednia przyczyna katastrofy twojego odcinka?
-Bezpośrednią przyczyną katastrofy mojego odcinka jest to, że syberyjskie bladzie wysadziły w powietrze domek letniskowy naczelnika klanu Skórzane Spodnie wraz z gospodarzem, gośćmi i wynajętymi panienkami. Naczelnik klanu Joachim von Salza miał z nami przybitą umowę, jego następca Benedict von Salza przybił umowę z syberyjską bladzią. Jego prawo, jego wybór zresztą słuszny, bo trzymać z nami, to same wiecie.  Ale ten cham zbolały oraz podły zdrajca łamiąc obyczaj przekazał bladziom wszelkie informacje o nas, jakie klan zgromadził podczas kilku lat współpracy. Wiem o tym, bo niedobitki przeciwników Benedicta mi doniosły, a poza tym, najpierw skasowali te dziewczyny i te punkty, o których Skórzane Spodnie wiedziały. Potem następowały dalsze uderzenia, w miarę tego, jak bladzie wymuszały torturami informacje od aresztowanych dziewczyn. Meldowałam o tym przez radio, ale na kilka ostatnich komunikatów nie dostałam odpowiedzi, ani nawet potwierdzenia odbioru.
-Nie dostałaś, ponieważ radiostacja wyleciała w powietrze z szefową i samochodem  którym jechała.
-No cóż, każdego człowieka szkoda – Mańka wyraziła żal po śmierci szefowej w bardzo oszczędny sposób. – Śmierci jej nie życzyłam, wystarczyłoby mi gdyby ją odwołali.
-Wszędzie wyglądało to mniej więcej tak samo, chociaż w różnych wariantach – rzekła Gabriela. – Za bardzo poszłyśmy w klany…
-Całkiem bez klanów nic tu się nie zwojuje – zauważyła Mańka.
-To prawda – zgodziła się Gabriela. – Jednak powinna obowiązywać w stosunku do nich powściągliwość, umiar, klany jako konieczne choć niechciane narzędzie, a nie wszystko w tym kierunku. Szefowa za bardzo małpowała bladzie i suki, zamiast myśleć alternatywnie.
-Święte słowa – przytaknęła Mańka.
-Jak oceniasz straty?
-Sześćdziesiąt procent. Dziesięć procent ofiary śmiertelne, pięćdziesiąt procent aresztowania. Czterdzieści procent ocalało, ale zdezorganizowane, sterroryzowane i bez łączności.
Gabriela skinęła głową pokazując, że zgadza się z tą oceną.
-W jaki sposób ty ocalałaś? – spytała.
-Normalnie, uciekłam – Mańka wzruszyła ramionami. – Oczywiście nie tak od razu. Czułam się jak te krasnoludy u Tolkiena, które słyszą, jak w głębinach Morii coraz głośniej biją bębny wrogów. Wreszcie uderzyli na willę Ein Anheimelnd Platz, gdzie miałam główną kwaterę. Było nas tam tylko cztery, ale założyłyśmy czterdzieści osiem min. Kiedy na potężnym fugasie ich pancerka po prostu uniosła się w powietrze, powstało u nich spore zamieszanie, wtedy spróbowałybyśmy się przebić. No cóż, tylko ja uciekłam z tego kotła.
-Myślę, że ucieczka nie jest dobrym określeniem – rzekła Gabriela.
-Potem szłam na piechotę, ponieważ bałam się skorzystać z pociągu albo autobusu.
-I słusznie – rzekła Gabriela. – Myślę, że w Radogoszczy niejako rozpuścisz się w tłumie, mimo to przez jakiś czas nie pokazuj się na mieście. Oczywiście zmienimy twój wygląd tak bardzo, jak tylko się da. Teraz odpocznij, potem spisz mi raport, a wy obie, ugotujcie coś ciepłego na obiad. Ja idę do siebie pomyśleć nad taktyką i strategią, więc proszę mi nie przeszkadzać.
Tragiczne wiadomości nie wstrząsnęły Mańką na długo. Odsługiwała drugi kontrakt, więc miała czas wysłuchać ich już sporo. Przywykła i wiedziała, że przeważnie okazywały się przesadzone, chociaż tym razem wszystko wyglądało bardzo ale to bardzo paskudnie. W każdym razie, teraz nie potrafiła się martwić. Siedziała sobie w ciepłym salonie słuchając muzyki z radia, była czyściutka, najedzona kanapkami, ubrana w czyste getry i bluzę od dresu. Odzież do przebrania znalazła w magicznej szafie – tak nazywano trójdrzwiową szafę z salonu, w której na wieszakach oraz półkach czekały ubrania. Wszystkie osy były podobnego wzrostu i wszystkie chcąc nie chcąc, wysportowane, więc ciuch z jednej pasował na drugą. Bywało, że przychodziły tu w odzieży porwanej, ubłoconej, nawet zakrwawionej. Wtedy sięgały do magicznej szafy i znowu były ładnie ubrane. A to ważne dla kobiety.
Gabriela zamknęła się w swym błękitnym pokoju.
Elżbieta z Fruzią poszły do kuchni. Znalazły tam zwiędłą sałatę, pół brukwi, parę ziemniaków.
-Z tego nic sensownego nie ugotujemy – stwierdziła Fruzia. – Poszłabym na targ, ale nie mam pieniędzy. Poszłabym poprosić Gabrielę o kasę, ale kazała nie przeszkadzać. Ty idź, ciebie nie opieprzy. Poproś w moim imieniu o dwa funty na zakupy.
Elżbieta zgodziła się. Zapukała w drzwi niebieskiego pokoju. Słysząc niechętne mruknięcie, weszła.
-Sorry, że przeszkadzam – rzekła. – Sprawa jest taka, że ta miejscowa chce się urwać i jeszcze prosi o dwa funty niby to na zakupy.
-Ten okrągły stolik jest dobry do picia herbaty, nie do pracy, muszę go wymienić na biurko – odparła Gabriela, zupełnie nie na temat. Wyjęła z kieszeni dwa banknoty jednofuntowe i podała je Elżbiecie. – Daj jej, niech kupi coś dobrego.
-Aż tak jej ufasz, że puszczasz ją samopas? – zdziwiła się Elżbieta. – Nie boisz się, że pójdzie donieść na policję, czy tam gdzieś?
-Elżbieta, jesteś bardzo niedoszkolona – stwierdziła Gabriela z dezaprobatą. –  Przecież widziałaś, że przybiłyśmy. Przybija się tylko bardzo ważne, poniekąd osobiste umowy. Co przybite, tego się nie łamie. Wieczorem zrobię ci szkolenie, a teraz daj jej dwa funty i idź poćwiczyć, hantle znajdziesz w swoim pokoju pod szafą.
Fruzia przyniosła z targu jakieś małże i raczki, do których rdzenne, śródlądowe Polki odniosły się bardzo nieufnie. Ale dziewczyna przyrządziła je tak, że palce lizać. Po obiedzie Fruzia położyła się w swym pokoju do drzemki, Gabriela poszła do siebie kontynuować myślenie, Mańka z Elżbietą usiadły w salonie przed telewizorem.
Krzyżowców aż do szpiku kości przenikały nietolerancja, okrucieństwo, ksenofobia i jeszcze raz okrucieństwo. Ostrza ich mieczy spływały posoką, a w oczach złowrogim blaskiem płonęła żądza krwi. Pomimo, że tak okropni, przecież byli odważni. Tego im reżyser wespół ze scenarzystą nie odmówili. Kiedy dobrzy muzułmanie napadli ich w górskim wąwozie aby pomścić krzywdy swoich żon i dzieci, rycerze w płaszczach zbroczonych czerwienią krzyży, walczyli jak szaleni. Lecz wreszcie dobro zatryumfowało, ostatni z rycerzy, Berengard Krzywozęby zwany też Złowrogim, seneszal Królestwa Jerozolimskiego, cięty w łeb krzywą szablą, zleciał z rumaka i pogrążył się w mroku zalegającym dno kanionu.
Wtedy właśnie Gabriela weszła do salonu, bez pytania wzięła pilota i wyłączyła telewizor.
-Nie, nie! – krzyknęła Mańka. – Zostaw, to jeszcze nie koniec. Zobaczmy, co zrobi Blanka Złotowłosa!
-No właśnie, chcemy zobaczyć – zażądała stanowczo Elżbieta. – Ona może porzuciwszy uprzedzenia  połączyć się ze swym ukochanym Ali ibn Busukim, albo ulec presji środowiska i wyjść za hrabiego Rajmunda pana zamku Moab, gdzie czekają ją same nieszczęścia, ponieważ ten Rajmund to zimny drań, który jej nie kocha.
Lecz Gabriela była nieubłagana.
-Czas na wykład – rzekła. – Mańka ty też posłuchaj, też ci się może przydać. Ty Mańka wiesz, a ty Elżbieta powinnaś wiedzieć, że tu panuje dwuwładza. Oficjalna władza administracji Unii Kontynentalnej oraz też właściwie oficjalna władza klanów. Tu nepotyzm  panuje od tak dawna, że mniejsze instytucje zostały w całości opanowane przez  krewnych i znajomych królika, a w tych większych jest kilka takich krewniaczych klanów. Jeżeli przeciągniesz na swoją stronę  naczelnika, masz klan do dyspozycji bo tam panuje hierarchia i żelazna dyscyplina. Na tym właśnie polegała dotychczasowa taktyka trzech walczących stron. Na przeciąganiu.
-Nie nudź – ziewnęła Mańka – Znam to na pamięć.
-Ale nowa nie zna, jest niedoszkolona z teorii.
-Po cholerę ją przysłali?
-Ma dobrego kopa. Pewnie innej nie mieli. Muszę jej powiedzieć, więc i ty słuchaj. Jeżeli załóżmy Ruscy przeciągną na swą stronę dostateczną liczbę strategicznie ważnych klanów, uśmierzą ich rywalizację, skoordynują ich działania,  wskażą cel, wspomogą wszystkim co mają, ukierunkują, to taka grupa jest w stanie rozwalić konkurencję, do reszty zdezintegrować zmurszałą administrację i opanować cały kontynent. Doprawdy, mało do tego brakuje. My nie mogłyśmy wiele na to poradzić, ponieważ boleśnie wręcz brakuje nam środków na łapówki i przekupstwa, nasz rząd nie godzi się z przyczyn moralnych na usługi płatnych morderców, instrukcję torturowania ułożyli dla nas jacyś harcerze zerżnąwszy ją żywcem z „Tomka na wojennej ścieżce”, sprzęt podsłuchowy mamy przestarzały, nasze techniki szantażu są sto lat za sposobami Ruskich, i tak dalej.
-Nie nudź – ziewnęła Mańka – Znam to na pamięć.
-Teraz będzie coś nowego. Ponieważ nie możemy przeciągać, będziemy rozwalać, ciąć kraty oraz kajdany, obracać w gruzy.
Obie słuchaczki zgodnie wybuchły śmiechem.
-Czym będziesz ciąć, pilniczkiem do paznokci? – spytała Mańka. – Na wybuch rewolucji nie licz. Dobrze wiesz, że tutejsze społeczeństwo ma gdzieś politykę. Nie patrzą dalej niż czubek własnego nosa.
-I o to chodzi – rzekła Gabriela. – W imperiach ludzie mają gdzieś odległą o lata świetlne władzę która dręczy ich podatkami oraz przepisami, nie identyfikują się z gromadami niby to współobywateli, a w rzeczywistości obcych zamieszkałych gdzieś hen, diabli wiedzą gdzie, nie mają wspólnej historii, legend, bohaterów. Obojętne im kto siedzi na szczycie. Dlatego Pizarro nie walczył z milionami poddanych Imperium Inków. On miał przeciw sobie garstkę Inków oraz ich pomagierów, reszta się przyglądała. Dlatego sto tysięcy Gotów z powodzeniem zaatakowało stu milionowe Imperium Rzymskie. Zapewniam was, oprócz zawodowych żołnierzy za Unię Kontynentalną nikt nie będzie chciał oddać nawet kropli krwi.
-Ja nie oddam za nich nawet kropli sików – powiedziała Fruzia, która niezauważenie stanęła w drzwiach salonu.
-A widzisz? – zwróciła się Gabriela z tryumfem w głosie do Mańki. – Będzie dobrze, zobaczysz. Oczywiście konieczne jest perfekcyjne przeprowadzenie wielu operacji, ale nic to. Dla ciebie Mańka mam zadanie trudne lecz wykonalne. Kiedy będzie ciężko, zamknij oczy i myśl o ojczyźnie.
-Dobra – zgodziła się Mańka. – Zamykanie oczu mi pasuje. Już teraz idę zamknąć oczy. Dobranoc. Ach, pomyślę o jakimś potężnie zbudowanym facecie, nie o ojczyźnie.

Guzik polski część IV

Zgrzytnął odsuwany rygiel. Do celi wszedł brodacz odświętnie ubrany w coś, co Elżbiecie kojarzyło się z surdutem. Wyglądałby jak ten aktor grający Wokulskiego w filmie Lalka, gdyby nie to, że w prawej dłoni trzymał bat, w lewej drewniany młotek. Towarzyszyło mu dwóch strażników. Obaj krępi i szerocy, jeden miał jakąś taką bulwiastą głowę, drugi był równomiernie zarośnięty rudą szczeciną, z wyjątkiem czoła i nosa.
-Wyłazić, dziwki – rzekł brodacz w surducie i aby dodać znaczenia swoim słowom, śmignął najpierw Gabrielę, następnie Elżbietę, batem po łydkach. Strażnicy popchnęli je tak, że niemal upadły i popędzili je klapsami korytarzem na wprost, następnie wprowadzili je do sali nie przypominającej izby tortur, raczej teatrzyk. Bokiem do drzwi siedzieli na krzesłach osobnicy w dziwnych maskach. Cztery rzędy po pięć krzeseł z czego połowa zajęta – dziesięciu osobników, dziwnie wielki tłum jak na śledczych. Było tu dość ciemno, świeciły tylko cztery słabe kinkiety oraz reflektorek skierowany na coś w rodzaju niskiej sceny znajdującej się na lewo od drzwi. Stał na niej pulpit. Elżbieta nie miała czasu by się dokładnie rozejrzeć, ponieważ kazano im by weszły na scenę, odwróciły się twarzą do ściany i założyły ręce na kark. Ale zdążyła zauważyć, że strażnicy stanęli przy ścianie między sceną a drzwiami, zaś brodacz wlazł za pulpit.
Wkrótce ktoś jeszcze wszedł do pomieszczenia. Elżbieta starając się nie odwracać głowy kątem oka zaobserwowała, jak cztery dziewczęta  ubrane w kolorowe, bardzo skąpe sukieneczki,  stają obok niej twarzami do ściany i zakładają ręce na kark. Eskortowało je dwóch strażników, jeden z nich był murzynem, drugi miał ze dwa metry wzrostu. Zajęli miejsca na wprost swoich kumpli, pod przeciwległą ścianą.
-Panie, panowie, towary mamy w komplecie – zabrzmiał głos brodacza. –  Jak zwykle asortyment oferowany przez naszą renomowaną oraz godną zaufania agencję Gęsta Sieć, jest zróżnicowany i najwyższej jakości. Rozpoczynamy licytację!
Tym razem by podkreślić znaczenie swych słów, brodaty nikogo nie uderzył tylko walnął drewnianym młotkiem w pulpit.
Z powodu nieopisanej ulgi mało brakło, a Elżbieta zaśmiałaby się w głos. To nie jakieś tutejsze Gestapo, nie ruskie GRU, nie amerykańskie CIA je aresztowało, tylko porwali je handlarze żywym towarem by je sprzedać jako seks niewolnice.  Gabriela też to zrozumiała, zakrztusiła się stłumionym chichotem.
-O rany, wolę być dziwką niż sfatygowanym trupem – wyszeptała.
-Przez jakiś czas to może nawet być przyjemne…
-No weźże, przestań.
-A potem sobie uciekniemy.
-Milczeć, suki – zabrzmiał szorstki głos.
Elżbieta poczuła żelazny chwyt na ramieniu. To brodacz położył na niej łapę. Śmierdział nieziemsko, jakby mieszaniną octu i benzyny. Popchnął ją na środek podium.
-Panie i panowie, piękny towar – rzekł. – Cena wywoławcza zaledwie pięćset funtów. Dojrzała lecz jeszcze młoda niewolnica pochodząca z Odwróconego Świata, więc nie może z nami zajść w ciążę bo się geny nie zgadzają. Jak wszystkie kobiety z OS jest znacznie bardziej uległa niż nasze dumne panie. Łatwo ją wytresować. Ciało ma wprost idealne, proszę spojrzeć.
Zmusił ją by obracała się tak, że kupcy widzieli ją ze wszystkich stron. Ona ze wstydu, zmieszania, oślepienia reflektorkiem, prawie nic nie widziała. Kazał jej  stanąć frontem do publiki.  Bezceremonialnie zadarł jej sukienkę aż pod brodę.
-Ty świnio!
Za takie coś tylko w mordę, więc zanim pomyślała, oberwał z liścia.  Zdrętwiała ze strachu.  Co jej zrobią?
-Już nie żyjesz! – wrzasnął brodacz.
Skoro tak, to można się choć wyładować, przywalić, bo nie mam nic do stracenia!” – pomyślała. Odbiegła od brodacza, by nabrać niezbędnego dystansu. Ruszył za nią, wtedy załatwiła go tak, jak instruktora tylko jeszcze celniej, więc stęknął, zemdlał i padł. W ten sposób niemal wyczerpała posiadany zasób chwytów, padów, ciosów i kopniaków. Czarnoskóry ochroniarz zbliżał  się, odpinając kajdany od pasa. Gabriela skoczyła mu na plecy i wbiła palce w oczy. Cztery dziewczyny odwróciły się od ściany i grzecznie stały, gapiąc się baranim wzrokiem. Wysoki ochroniarz na wszelki wypadek pogroził im pałką odpiętą od pasa i zamierzył się nią od tyłu na Gabrielę. Wtedy blondynka apetyczna niby cukiereczek – długie faliste włosy, zgrabna, spory biust – doskoczyła do niego, złapała go obiema rękami za przedramię a w muskuł wbiła zęby. Jej koleżanki ocknęły się, otoczyły wysokiego ochroniarza, wrzeszcząc, klnąc najpaskudniej jak umiały. W powstałym mętliku ktoś przewrócił i stłukł reflektorek. Szczeciniasty ochroniarz ruszył z rykiem na Elżbietę, jego bulwiasty kompan podszedł do drzwi, by je zamknąć. Przy pasie miał cały pęk kluczy, nie mógł dopasować właściwego. Elżbieta porwała z pulpitu drewniany młotek, ale była to za słaba broń na szczeciniastego osiłka, więc uciekała przed nim, a on gonił za nią dokoła pulpitu. Wreszcie się zniecierpliwił, rycząc jeszcze bardziej dźwignął mebel nad głowę, by go odrzucić i oczyścić w ten sposób pole egzekucji. Najchętniej bez wątpienia wycelowałby w Elżbietę, ale ona przyskoczyła do niego w ciągu ćwierci sekundy, z całej siły uderzyła go młotkiem w czoło. Pulpit wysunął się szczeciniastemu z rąk i spadł mu na głowę.
Wtedy publika, do tej pory rozbawiona, przyłączyła się do akcji. Potężny osobnik w żelazno – szklanej masce zagnał  Elżbietę do kąta, ścisnął muskularnymi ramionami, aż zatrzeszczały jej żebra. Ręce miała wolne, lecz co z tego. Paznokci użyć nie mogła z powodu maski i zapiętego pod szyję surduta, a jej ciosy pięściami tylko go rozśmieszały. Na swoje nieszczęście, uszy miał sterczące. Złapała za nie. Pociągnęła w dół. Ku jej przerażeniu, oderwały się od czaszki. Stała trzymając w każdej dłoni po uchu, a on skulił się i wrzeszczał. Skulił się do pozycji wręcz idealnej by oberwać w zęby czubkiem  odblaskowego, szpiczastego buta. Widząc nieszczęścia swego faceta, tłusta megiera w masce sowy rzuciła się na Elżbietę, krzycząc:
-Coś ty mu zrobiła, wstrętna suko?!
-Masz, weź uszy swego chłopa.
Zaskoczona Sowa przyjęła prezent, wtedy komandoska choć niedoszkolona, celnie trafiła ją w dołek, następnie w szczękę i posłała Sowę na deski. Ale już facet w masce nosorożca cwałował na nią z ostatniego rzędu. Elżbieta w samą porę przypomniała sobie ten drugi cwany sposób, którego się nauczyła. Przerzucony przez biodro Nosorożec fikał nogami w górze zanim plasnął o podłogę. Rozejrzała się – ochroniarz napadnięty przez dziewczęta siedział na podłodze przykuty do kaloryfera własnymi kajdanami, z głębokich bruzd wyoranych na twarzy ciekła mu krew. Czarnoskóry miotał się przyciskając dłonie do oczodołu, w którym najpewniej już nie było oka. Dziewczyny obrabiały wierzgającego na podłodze handlarza. Szczeciniasty leżał przygnieciony pulpitem. Brodacz próbował wstać, już prawie stanął na czworaka. Bulwiastemu właśnie udało się zamknąć drzwi. Na Gabrielę nacierało dwóch groźnie wyglądających facetów w czarnych maskach. Gabriela podniosła z podłogi stalową rurę, część statywu przewróconego reflektorka. Wywinęła rurą z widoczną wprawą.  Osobnicy wyraźnie spanikowali,  jeden się cofnął, drugi oberwał rurą po głowie.
-Koleżanki, uwaga! – krzyknęła Elżbieta. – Łapmy tego z bulwiastą czachą, odbierzmy mu klucze!
Przebiegając obok brodacza przypominającego wielkiego psa, poświęciła sekundę, aby wbić mu szpic pantofla w tyłek.
-Łapiemy bulwiastego, potem przebojem do drzwi! – rzuciła komendę Gabriela. – Dziewczęta, zostawcie nieszczęsnego sukinsyna. Nie urywajcie mu… wystarczy, że… ojej… Dość tego, chodźcie łapać Bulwę.
Ci z handlarzy żywym towarem którzy pozostali nieuszkodzeni, skupili się w kącie. Już nie próbowali się mieszać wychodząc z założenia, że nie ma sensu nadstawiać karku w cudzym interesie. To była sprawa organizatorów aukcji, a nie uczestników. Toteż nikt nie kiwnął palcem, gdy barwna tyraliera szła na bulwiastego. Ochroniarz cofał się z paniką w wytrzeszczonych oczach. Wreszcie wpadł na pomysł, odpiął od pasa pęk kluczy, rzucił go dziewczynom, uciekł, schował się za jedyną w pomieszczeniu szafę.
Wybiegły na korytarz. Od drzwi wejściowych kłusowało im naprzeciw trzech strażników. Ten biegnący na czele wyjmował z kabury broń. Rura rzucona przez Gabrielę trafiła go w czoło. Wyrwała mu rewolwer z osłabłej dłoni. Jego koledzy czym prędzej odsunęli się pod ścianę i podnieśli ręce do góry.
Pobiegły na przełaj przez mokre od rosy rabatki, w kierunku majaczącej w przedświcie bramy. Była monumentalna, odlana z żeliwa, bardzo ozdobna i zamknięta. Ale żeliwne wywijasy stanowiły dobre uchwyty dla dłoni i oparcie dla stóp. Łatwo wspięły się na szczyt i zeszły po drugiej stronie. Za nimi dom rozbrzęczał się dzwonkami alarmu. Zaświeciły się okna.
Trzy tubylcze dziewczyny bez słowa pożegnań oraz podziękowań rozbiegły się na trzy strony świata. Blondyneczka z falistymi włosami oraz ładnym biustem została pod bramą.
-Weźcie mnie ze sobą – poprosiła. – Ja…
-Zamknij się – odparła Gabriela. Ale nie kazała dziewczynie wynosić się. – Biegiem, prędko, do cholery.
Pokłusowały drogą ciężko dysząc, wyczerpane do cna lecz poganiane strachem. Mądrze byłoby skręcić z drogi gdzieś w bok, lecz po prawej stronie miały ogrodzenia zamożnych posesji, po lewej zbite, kolczaste poszycie lasu. Po kilku minutach wyczerpującego biegu, ujrzały drogowskaz: Radogoszcz 5 km.
-Chyba wiem, gdzie jesteśmy – wysapała Gabriela.
Skręciła ostro w lewo, w ścieżkę która przez łąkę wprowadziła je do lasu, a po około pół kilometra które przebyły marszobiegiem, zaprowadziła je na wysoki brzeg rzeki.
-Hooop, skaczemy! – wykrzyknęła Gabriela.
-Ale zaczekaj, czy tu nie jest za głęboko? – zaniepokoiła się  Elżbieta.
-Albo za płytko? – spytała blondynka, potrząsając długimi włosami.
Gabriela bez ceregieli, działając z zaskoczenia popchnęła je, aż wrzeszcząc i wymachując rękami, z pluskiem wpadły do wody. Gabriela rozłożyła ramiona, skoczyła za nimi. Przepłynęły albo przebrodziły ponad kilometr, wreszcie wypełzły na brzeg i tam leżały, kompletnie wykończone. Na szczęście ciepły wietrzyk zerwał się by pieścić ich mokre ciała i, co Elżbieta zauważyła z zadowoleniem, nie było tu komarów.
-Ta woda, to żeby psy nas nie wytropiły – wyjaśniła Gabriela, podnosząc się na nogi. – Wstawaj – szarpnęła za ramię tubylczą dziewczynę. – Muszę cię dokładnie obmacać.
-No co też pani – zachichotała dziewczyna. – To nie dla mnie – sprzeciwiła się, mimo to wstała. – W zasadzie wolę chłopców…
-Zamknij się – rzekła Gabriela. Dwa razy przesunęła z góry na dół dłońmi po ciele dziewczyny – Jest czysta – stwierdziła z zadowoleniem.
-No pewnie, myję się codziennie – oznajmiła blondynka.
-Nie ma pluskiew ani innego badziewia.
-Na człowieku to bywają wszy albo mendy, pluskwy to miał mój dziadziuś pod podłogą.
-Jak się nazywasz?
-Eufrozyna Kąkol. Może być Fruzia. Nie zostawiajcie mnie panie, bo sama zginę tutaj.
-Skąd jesteś?
-Z Pobliża.
-To smaruj do domu, zamiast gadać o zginięciu.
-Pobliże to taka wioska, nawet nie wiem jak daleko, bo nie wiem, gdzie jestem.
Gabriela nie skomentowała, tylko przyjrzała się Fruzi jeszcze raz.
-Idziemy – rzekła. – Gdzieś zgubiłam spluwę. Trudno, na szczęście dwie mam w domu. Posuwamy borem lasem, ale na przedmieściach musimy wejść na drogę i tam przewiduję kłopoty. Jak wyglądamy?
-Jak trzy tirówki wracające z pracy – Elżbieta spróbowała obciągnąć w dół kusą sukieneczkę.
-Właśnie, a od tej strony na przedmieściach jest dzielnica uciech.
-To chyba dobrze? Wtopimy się w tłum.
-Oj nie sądzę, żeby to było dobrze.
Maszerowały wąską, ledwie przetartą ścieżką przez budzący się las, gdzie kwiaty rozchylały kielichy i płatki, drzewa o wielu pniach prostowały zwinięte liście, a śpiew ptaków narastał z każdą sekundą, aż zabrzmiał niby przepiękna symfonia. Barwne ptaki, krążące po niebie, siedzące na gałęziach, było ich mnóstwo, śpiewały bez opamiętania. Na polanie w trawie kicały różowe króliki prawie niewidoczne wśród różowych kwiatów.  Zapach roślin upajał. Nawet powalone, martwe drzewa wyglądały pięknie, ustrojone w grona skrzepłej, błyszczącej żywicy. Drzewa podobne do buków stały jakby w ogniu, czerwono – żółte od jesiennych liści.
Gabriela przedzierała się przez zarośla niby doświadczony partyzant, bez wahania wybierała ścieżki tak, by po wyjściu z lasu skrajem dzielnicy uciech przemknąć do bardziej nobliwych rejonów, gdzie miała wynajęte dwa mieszkania. Tyle tylko, że nie była doświadczonym partyzantem, omyłkowo wprowadziła je w rejony, gdzie w trawie poniewierały się niesłychane ilości pustych butelek oraz zużytych prezerwatyw. Po wyjściu spomiędzy drzewek znalazły się w oku cyklonu, w sercu zakazanej dzielnicy, na placu jednym bokiem przylegającym do zarośli, a z trzech stron otoczonym ruderami. W porównaniu do roznegliżowanych lampucer które się tu przechadzały, trzy kobiety ubrane w skromne suknie, długie niemal do pół uda i zasłaniające wszystkie strategiczne miejsca, choć przylepiające się uroczo do zgrabnych ciał gdyż tkaniny były mokre, wyglądały jak uosobienie wiosny, powiew świeżości, jak zakonnice które przyszły się tu sprzedać z niewiadomych powodów. Wzbudziły entuzjazm wśród klientów i śmiertelną nienawiść u pracujących tu dziwek.
-Wynocha! – krzyknęła najbliższa, sięgając do kieszeni po nóż. Sukienkę miała tak skąpą, że jedynym powodem jej noszenia była chyba ta kieszeń. – Won do agencji, gdzie wasze miejsce!
-Szpadać na miaszto! – zasepleniła jej szczerbata koleżanka, wyciągając z torebki  łańcuch z obciążnikiem. – Tam sze szukajcie szponszorów!
-Dobra, już spadamy, my tu przypadkiem, nie robimy konkurencji – tłumaczyła się Gabriela, odpychając pijaka który kleił się do niej. – Spadamy. Przebojem koleżanki, do najbliższej przecznicy.
Pobiegły ciężkim truchtem odrzucając po drodze oferty, odpychając chętnych, bijąc po łapach tych, co wyciągali ręce. Raz niemal ugrzęzły w tłumie, Gabriela musiała złamać komuś nos. Wreszcie się przebiły.
-To było sssstrrraszszne – zasyczała Elżbieta. – Bagno moralne. Z samego rana wszyscy naćpani. Tyłek mi spuchł, tyle razy mnie uszczypnęli. Ja bym im… Ręce i nogi powyrywać, to mało.
Fruzia śmiała się, Gabriela zachowała kamienny spokój.
-W takim stanie nie możemy pokazać się w okolicy mojego mieszkania, gdzie uchodzę za bezbarwną i nudną kobietę interesu – rzekła. – Musimy przeczekać gdzieś aż będzie ciemno,  wtedy się przekradniemy do domu. Najlepsze miejsce jakie mi przychodzi na myśl, to krzaki za zajezdnią tramwajową bo są w połowie drogi stąd do mojego domu i o ile wiem, nikt tam nie zachodzi z wyjątkiem tramwajarzy którzy piją tam po wypłacie.
Droga do zajezdni wiodła przez skromną robotniczą dzielnicę. Mężczyźni byli w pracy więc nikt ich nie zaczepiał. Tylko jakaś babcia pogroziła im laską, a mały kundel próbował ugryźć Elżbietę w łydkę. Kopnęła go wyładowując całą złość, więc uciekł ze skowytem.
-Ciebie też mam ochotę walnąć – zwróciła się ze złością do Gabrieli. – Co ty wyprawiasz? Włóczysz nas chyłkiem po krzakach, zamiast iść otwarcie na policję. Ja nie mogę bo nie jestem tu dobrze osadzona i skradli mi papiery, ale wy obie? Trzeba donieść o niesłychanym napadzie na drodze, o handlu kobietami, niech policja ich zgarnie, sukinsynów.
-Chyba cię pogięło – odparła Gabriela. – Nie miałaś szkolenia o społeczeństwach w RU, czy co?
-Nie miałam. Nie zdążyłam.
-Kogo oni mi przysłali! – Gabriela przewróciła oczami.
-Ja też tak umiem – Fruzia szeroko otworzyła niebieskie oczy. – O!
Zakręciła oczami, jednym w prawo, drugim w lewo, jak kameleon.
Krzaki okazały się nie tak puste, jak spodziewała się Gabriela. Wyszło na jaw, że tramwajarze piją nie tylko w dni wypłat lecz również w dni pomiędzy wypłatami, choć, być może, mniej.  Aktualnie było ich tylko trzech.
-Ile panienki biorą? – spytał najmłodszy z nich.
-Pozory mylą, jak stwierdził jeż schodząc ze szczotki ryżowej – odparła Gabriela. – Nie jesteśmy takie, jak panowie myślą. Wskutek dziwnych zbiegów okoliczności jesteśmy ubrane w koszule nocne, w których nie możemy pokazać się na mieście bez skandalu, więc mamy prośbę abyście przynieśli nam panowie z domu jakieś przyzwoite ciuchy po żonie, córce, może być nawet po teściowej, byle pasowały. My się przebierzemy, razem pójdziemy do mnie do domu, gdzie wypłacę każdemu z panów po pięć funtów.
Tramwajarze przez chwilę kombinowali czy to aby nie jakiś kant, a kiedy nie wymyślili na czym miałby polegać, zgodzili się. Prędko przynieśli ubrania wypożyczone bez wiedzy właścicielek z żeńskiej szatni, gdzie tramwajarki zostawiały swoje ciuchy, ubierając się do pracy w mundurki.  Panowie niemal nie podglądali, gdy się przebierały. Poszli razem do mieszkania Gabrieli, gdzie tramwajarze zainkasowali po piątaku. Gabriela z ulgą zamknęła za nimi drzwi i zasunęła rygiel. Znalazły się w ciemnym, wysokim przedpokoju mieszkania w kamienicy, która liczyła co najmniej sto lat. Gabriela wprowadziła je do salonu gdzie królowała trójdrzwiowa szafa kryta fornirem z orzecha, obok stała wielka orzechowa komoda, na niej panoramiczny telewizor i wieża stereo, w kącie narożnik kryty czarną skórą, przed nim stół z ciemnego drewna i dwa fotele. Na ściana pokrytych perłową tapetą wisiało sześć mniejszych i dwa wielkie obrazy.  Wszystkie przedstawiały nagie kobiety. Niektóre figlowały ze sobą.
-Jesteś lesbijką? – spytała odrobinę zaniepokojona Elżbieta.
-Alibi – mruknęła Gabriela. – Przychodzą tu coraz to nowe dziewczyny, więc…
Fruzia nie wiedziała jaki jest jej status, postanowiła uważać się za służącą. Spytała czy ma posprzątać, czy może zaparzyć herbaty?
-Nie jesteś służącą – powiedziała jej Gabriela. – Gdybyś była służącą to musiałabym ci płacić, a ja nie mam pieniędzy. Ale możesz zostać u mnie  jakiś czas, jeżeli ci pasuje.
-Nawet bardzo – ucieszyła się Fruzia. – Jeśli, no wiesz… Nie będziemy spały ze sobą.
-Tu są trzy sypialnie i salon, więc śpimy wygodnie, każda osobno – roześmiała się Gabriela. – Kiedy znajdziesz zajęcie, to się dołożysz do czynszu i zakupów. Bojowa jesteś, temu wysokiemu wygryzłaś kawał muskułu, więc może ja znajdę dla ciebie zajęcie, jeśli zaakceptujesz cele i sposoby. Mam niewielkie fundusze na ściśle określone cele.
-Jakie to cele? – dopytywała się dziewczyna.
-O tym potem – rzekła Gabriela. – Teraz, całkiem za darmo – zaznaczyła z naciskiem –  pomożesz nam przygotować śniadanie. Tylko najpierw umyj ręce!
–Na pewno nadam się do celów, tylko mi powiedz, a wszystko zrobię – nalegała Fruzia, wbijając jajka na patelnię. – No powiedzmy, prawie wszystko. W każdym razie, dużo.
Gabriela zalewała wrzątkiem kawę nasypaną do kubków. Przyjrzała się Fruzi spod oka.
-Cieszę się, że masz hamulce moralne i wszystkiego nie zrobisz – rzekła.
Po śniadaniu wyjęła z szafy w salonie trzy puchate szlafroki w pastelowych barwach. Rzuciła je na kanapę
-Do przebrania po kąpieli. Ściągać łachy, dziewczynki. Idziemy pod prysznic.
-Może nie wszystkie naraz? – zaprotestowała słabo Elżbieta.
-Nie ma czasu na indywidualne namaczanie swoich skarbów. Kąpiel, herbatka i gadanie. Musimy pilnie pogadać.
Po kąpieli, kiedy usiadły obok siebie na kanapie narożnika, przy stole na którym stały parujące filiżanki i talerzyk z ciasteczkami, Fruzia natychmiast zasnęła.
Wzięły filiżanki z herbatą i przeniosły się do przytulnego małego pokoju, gdzie ściany, zasłony, tapicerka fotelików, narzuta na wersalce, dywan, były w odcieniach różu lub błękitu. Usiadły przy okrągłym stoliku, upiły po łyku gorącej herbaty, westchnęły jednocześnie i jednocześnie uśmiechnęły się, czując nieopisaną ulgę graniczącą ze szczęściem.  Gabriela pogmerała pod siedzeniem swego fotela, wyjęła ze skrytki czarny rewolwer i położyła go na blacie obok filiżanki.
-Zawsze jest pod tym fotelem, gdybyś potrzebowała – rzekła. – Drugi  trzymam w salonie za piecem.
-Spodziewasz się wojny, że taka u ciebie zbrojownia? – spytała Elżbieta.
Gabriela wytrzeszczyła na nią oczy.
-Czyś ty z księżyca spadła? – zapytała, uśmiechając się dziwnie. – Pewnie nic ci nie powiedzieli by cię nie spłoszyć, więc ja ci powiem. Od dziesięciu lat toczymy tu wojnę polsko – rusko – amerykańską pod flagą biało czerwoną. Od początku przewaga wrogów była miażdżąca, mimo to jakimś fuksem długo nam się udawało, lecz w końcu przyszła kryska na Matyska. Szczęście nie może trwać wiecznie. Ostatnimi czasy zostałyśmy rozgromione, rozproszone, wymordowane, zamknięte w lochach, nasi nieliczni stronnicy w tutejszej administracji i policji co do jednego zmienili front. Klęska totalna. Ja jedna zostałam, mam nadzieję, że tylko chwilowo samotna, bo przecież z czasem jeszcze jakieś się odnajdą. Taką mam nadzieję. Dlatego zażądałam od bazy posiłków, no i dostałam. Ciebie.
Skończywszy przemowę, Gabriela dystyngowanym gestem podniosła filiżankę do warg. Elżbieta która w miarę słuchania przybierała coraz to bardziej spłoszony wyraz twarzy, pokręciła głową.
-W takim razie, jedźmy nad jezioro, odpalmy portal i wynośmy się stąd – zaproponowała. – Nic tu po nas, w tym niesympatycznym świecie.
Gabriela wzniosła oczy ku błękitnemu sufitowi. Westchnęła z rezygnacją.
-Och, zamknij się lepiej bo co się odezwiesz, to palniesz większą głupotę. Nie możemy wynieść się stąd z trzech co najmniej powodów. Po pierwsze, za dezercję nie obcinają wprawdzie rączek i nóżek jak  straszą tym nowicjuszki, ale rozstrzeliwują. Po drugie, podejrzewam że Gęsta Sieć długo będzie obserwowała okolice jeziora czekając na nas, więc musimy ich przetrzymać. Po trzecie wreszcie i właściwie najważniejsze, jeśli uciekniemy, kataklizm przyjdzie za nami. Gra toczy się o cały kontynent, jakby odpowiednik naszej Europy. Jeśli Ruscy go opanują, oddadzą Amerykanom pewne obszary w zamian za ustępstwa USA w naszym świecie. Jak myślisz, kogo Amerykanie przehandlują?
-Nas, jak zwykle – stwierdziła Elżbieta bez specjalnych emocji, gdyż była to rzecz oczywista.
-No właśnie. Ponadto nasz system przeciwrakietowy przestanie działać. Tu nie chodzi o kraczki, o ziółka których skuteczność to raczej mit, lecz o poważny element który stąd sprowadzamy, bez którego system „Wisła” nie odpali. Na dokładkę, będą mogli zaatakować nas oprócz tradycyjnych kierunków z Kaliningradu, przez Białoruś i od morza, jeszcze od strony RU, przez portal w Górach Świętokrzyskich. Ogarniasz to? Jeżeli zaś kontynent zdobędą Amerykanie, to nie będą mieli siły żeby sami go mogli utrzymać, ponieważ komunikacja przez Rów Mariański jest bardzo mało wydajna. Będą musieli prosić Rosjan o pomoc w zamian za ustępstwa w naszym świecie…
-Dlaczego nas nie poproszą?
-Ponieważ jesteśmy za mało mocarstwowi, ponieważ Rada Bezpieczeństwa się sprzeciwi, ponieważ Niemcy byliby niezadowoleni, ponieważ według amerykańskich ekspertów jesteśmy zbyt ciency i niepewni by w nas pokładać nadzieję. Lepiej dogadać się z tradycyjnym mocarstwem. Nasi analitycy tak prognozują postępowanie Amerykanów i, wyobraź sobie, ja się z nimi zgadzam.
-Wszystko to teoretyczne gadanie, bo skoro gromada naszych dziewczynek dała radę wojować tu dziesięć lat pod flagą biało czerwoną, to chyba siły naszych wrogów nie były aż tak potężne, by opanować cały kontynent, no nie?
-Siły naszych wrogów są wystarczające by opanować cały kontynent – stwierdziła Gabriela. – Pogadamy o tym kiedy indziej bo słyszę jak parkiet skrzypi, chyba Fruzia się obudziła.