Guzik polski część III

Trwał pogodny, ciepły, jesienny dzień. Od mniej więcej trzydziestu minut siedziały przy stoliku na tarasie restauracji Mewa i Przyjaciele. Był to niedawno otwarty lokal z dnia na dzień modniejszy, o futurystycznym wystroju pasującym do zajęcia obu pań. Znajdował się w jednej z nowych dzielnic Metropolii Warszawskiej, odległej od centrum, mimo to pełen był ludzi.
Mariola odsunęła opróżniony talerzyk po sałatce i podniosła do ust  szklankę wody mineralnej  Vichy. Elżbieta wciąż jadła sałatkę z koziego sera, daktyli i smażonych ośmiorniczek. Najpierw wydziobała widelczykiem ser, teraz łowiła daktyle. Ośmiorniczki pomijała.  Wkoło przy stolikach zajęły miejsca niemal same pary, był tylko jeden singiel odziany w ciemny garnitur, z połową oblicza zasłoniętą przez czarne talerze okularów przeciwsłonecznych. Było kilka par hetero, ale większość stanowiły pary homo. Nieopodal dwie lesbijki w średnim wieku tuliły się do siebie i szeptały sobie do uszek jakieś, najpewniej czułe, słówka. Dwaj siwi, tłuści geje to  patrzyli sobie w oczy, to znów nachylali się ku sobie, przytulali jeden do drugiego i snuli szeptem jakieś wyznania, pocierając się przy tym obwisłymi policzkami. Wszystkie pary, i te homo i te hetero, migdaliły się do siebie w mniej więcej podobny sposób.
-Co oni tak wszyscy z tymi amorami – rzekła z niesmakiem Elżbieta. – Jeszcze te dwa młode chłopaki obok nas, to można popatrzeć. Ale te dwa stare, siwe, tłuste, obleśne geje, to mogłyby się tak nie afiszować.
-Och, to nie są geje – roześmiała się Mariola. – To znaczy, niektórzy prywatnie mogą być, tego nie wiem, ale nie dlatego tu przyszli. Oni omawiają różne ważne kwestie oraz negocjują, a dlatego szeptem, że tu jest podsłuch.
-Coś takiego! – zdziwiła się Elżbieta. – To po cholerę przychodzą negocjować ważne sprawy do tej knajpy, skoro tu jest podsłuch?
-Ponieważ w innych lokalach podsłuch jest znacznie bardziej skuteczny. Tam założyły go przeróżne służby specjalne, natomiast tutaj – kelnerzy. Amatorszczyzna. Mimo to nie będziemy tu rozmawiały. Wyjdziemy na spacer do parku, więc kończ już tę sałatkę.
-Już skończyłam.
-A ośmiorniczki?
-Nie chcę.
-To daj.
Mariola zgarnęła smażone potworki na swój talerz i schrupała je ze smakiem. Następnie gestem przywołała kelnera.
-Pan zakładał tu podsłuchy? – spytała go Elżbieta. – Mówią o nich, że do luftu. Może podesłać panu kogoś z Mossadu, oni to robią porządnie?
Kelner uśmiechnął się w odpowiedzi, kładąc na blacie rachunek  włożony między eleganckie okładki.
– Paragonik czy fakturka? – spytał.
Mariola Rakszas zapłaciła słony rachunek. Wyszły z lokalu na ulicę i skierowały się w stronę parku.
-Oczywiście nie musiałyśmy spotykać się akurat u Mewy i Przyjaciół, ale ten lokal mnie bawi, podobnie jak wszystkich innych gości – powiedziała Mariola. – To takie zabawne, cały czas uważać, żeby cię nie nagrali. Ale nadeszła pora na poważne sprawy.
-Słucham – rzekła lakonicznie Elżbieta.
-Proszę cię o wyrażenie zgody na zmianę umowy  polegającą na tym, że szkolenie skracamy do dwóch miesięcy, a pracę w terenie przedłużamy do czternastu miesięcy. Proszę również, abyś zgodziła się na wszczepienie mikro nośnika danych, to jest maleństwo którego wszczepienia a potem wyjęcia nawet nie poczujesz.
-Chyba oszalałaś  – odparła Elżbieta. – Dlaczego miałabym się zgodzić?
-Ponieważ zwiększymy ci wymiar urlopu do pełnego miesiąca i damy dwanaście procent ekstra premii.
-Ale tam jest niebezpiecznie. Skoro chcesz przerzucać mnie do RU tak nagle i gwałtownie, bez ukończonego szkolenia, na wariackich papierach, to znaczy, że tam szaleje sztorm, okręt nabiera wody i wszystkie ręce potrzebne są przy pompach. Może nie?
-Weź pod uwagę, że jeśli teraz zostaniesz przerzucona, wylądujesz na pokładzie, wypompujesz wodę i popłyniecie dalej hen, ku świetlanej przyszłości. Jeśli zostaniesz przerzucona za dwa miesiące wpadniesz wprost do wody i to na środku oceanu, bo już nie będzie okrętu.
-Aż taka jestem ważna, że beze mnie okręt zatonie?
-Wszystkie ręce są ważne, a ja aktualne nie mam innych rąk, tylko twoje. Amerykanie i Ruscy wiedzą, że jesteśmy najtajniejszą ze służb RP a nie jakąś mafią zwalczaną przez władze. Tego nie da się ukryć, jednak  oni muszą z tym żyć, bo nie mają na nas dowodów. Gdybym zwróciła się do wojska o wypożyczenie nam kobiet z wyszkoleniem komandosa, a nie ma takich wiele, oni dowiedzieliby się i mieliby dowód. Dlatego muszę działać z tym co mam, a mam tylko ciebie jedną wolną i choć trochę wytrenowaną. Twoje koleżanki ze szkolenia są jeszcze całkiem beznadziejne. Weteranki już są w RU. Teraz widzisz, jak bardzo jesteś ważna.
Elżbieta nie odpowiedziała, w milczeniu rozważała słowa Marioli.
Weszły do parku, pomalowanego kolorami jesieni. Gdzieś z oddali, z jakiegoś głośnika dobiegała piosenka. Czerwone Gitary śpiewały: „Jesień, jesień idzie przez park.” One też szły obsranym przez kawki chodnikiem, a zeschłe liście i papiery szeleściły im pod stopami gdyż firma sprzątająca się nie wyrabiała.
-Och, żeby ci chłopcy z gitarami wiedzieli, kto tak naprawdę idzie teraz przez park – westchnęła Mariola Rakszas.
Elżbieta pytająco uniosła brwi.
-My idziemy – wyjaśniła Mariola – Dwie piękne boginie, od których zależą losy świata. Tak właśnie, świata. My, Polacy, zawsze się nie doceniamy. Wydaje się nam, że jeżeli Polska zniknie, to jej sprawa. Ludzkość tego nawet nie zauważy. Przecież już raz znikła, i co? I nic. A to nieprawda. Wtedy znikając doprowadziła do utuczenia Prus i w konsekwencji do zjednoczenia Niemiec pod ich egidą, do bezpośredniego zetknięcia się Rosji, Niemiec i Austrii,  a to wszystko razem doprowadziło do Pierwszej Wojny Światowej. I weź moja droga pod uwagę, że wtedy gdy Pierwsza Rzeczpospolita znikała, to była bardzo słaba. Teraz, choć Polacy śmieją się z tego i nie przyjmują do wiadomości, nasz kraj jest lokalnym mocarstwem. Wyobraź więc sobie moja droga, jakie byłyby skutki, gdybyśmy teraz znikli. Doszłoby do wielkiej implozji, w opróżnione przez nas miejsce wdarłyby się przeróżne wrogie sobie siły i konsekwencją byłoby wielkie Bum! Może tak być. Wystarczy, że ja czegoś nie zrobię albo się pomylę, albo ty mi odmówisz, nie zgodzisz się na wcześniejszy przerzut i trzask, zapadł wyrok na miliony ludzi. Zagłada. Całe narody przechodzą do historii.
-Rozumiem, że tą zagładą wywierasz na mnie nacisk .
-Dokładnie. Lecz nic nie zmyślam.
-Jestem niedoszkolona. Przecież mnie tam zjedzą, zostanę mięsem armatnim.
-Skądże. Drugi etap szkolenia to właściwie zawracanie głowy, podtrzymywanie sprawności i nauka o RU. To uzupełnisz na miejscu, Gabriela cię wyszkoli jeszcze lepiej, niż ci tutaj. Wtedy poznasz wszystkie niuanse i zrozumiesz, jak bardzo sytuacja tam wpływa na sytuację tutaj. Ja opowiem ci tylko o dostawach. Sprowadzamy stamtąd kraczki. Śmiesznie się nazywają, no nie? Produkt ich inżynierii genetycznej. Na oko takie jak kaczki, tylko kraczą. To najszybsze stwory w obu światach. Potrafią przegonić rosyjskie SU 118. Uwielbiają głąby z kapusty. Szkolimy je używając szybowców z wyglądu takich samych jak ruskie SU 118…
-A jak amerykańskie F 216 nie wyglądają niektóre?
-Proszę abyś nie była przesadnie dociekliwa. Te szybowce w imitacjach silników mają umieszczone karmniki z posiekanymi głąbami kapusty. Kraczki wlatują tam i dziobią. Ty wiesz, co się dzieje, kiedy stadko ptasząt wleci do silnika odrzutowca. Mówią o tym w telewizji. Sprowadzamy stamtąd tyszmień. Jest to zioło obronne wyhodowane w RU, o nadprzyrodzonych wręcz właściwościach. Tyszmień wyczuwa niebezpieczeństwo i wysyła nanopyłki by je zlikwidować. Im więcej ziółek, tym lepiej wyczuwają. Powyżej pewnej krytycznej wielkości łanu, tyszmienie wyczują nadlatującego Iskandera z głowicą jądrową i wyślą przeciw niemu nanopyłki. Niestety ani ptaszki ani ziółka, u nas się nie rozmnażają. Potrzebne są ciągłe dostawy gdyż Ruscy już kilka razy próbowali zrobić nam kuku. Nadlatywały różne różności niby to wystrzelone przez islamistów z Azji Środkowej.
-O rany – westchnęła Elżbieta. – Niedobrze. Już to mi wystarczy, a to pewnie nie  wszystko, co stamtąd sprowadzamy?
-Nie o wszystkim możesz teraz wiedzieć. Te ptaszki oraz ziółka chyba unaoczniły ci wagę sprawy, no nie? Nasza pozycja w świecie rośnie z powodu tunelu do RU, wzrostu PKB, braku islamskich wariatów podkładających bomby i różnych takich okoliczności. Nie wszystkim się to podoba. Rozumiesz?
-Już chyba zrozumiałam.
-Zgadzasz się.
-Co mam zrobić, zgadzam się.
Mariola Rakszas napluła na wnętrze dłoni i wyciągnęła dłoń ku Elżbiecie.
-Przybij.
-To trochę obrzydliwe, nie? – skrzywiła się Elżbieta.
-W RU właśnie tak pieczętuje się sprawy. Musisz się przyzwyczaić.
Elżbieta przybiła.
Doszły na okrągły placyk jakby odizolowany od reszty parku przez rosnące wkoło drzewa. Na obrzeżu stały żeliwne, ozdobne słupy latarni stylizowanych na gazowe, pośrodku był trawnik, a na nim posąg mężczyzny  wyrzeźbiony w szarym kamieniu. Facet był brodaty, pięknie zbudowany, ubrany w kusą bluzkę której przód i tył łączyły jakieś rzepy a kusa spodniczka ledwie zasłaniała mu tyłek. W dłoni trzymał miecz.
Niespodziewanie Mariola złapała Elżbietę za ramiona i obróciła ku sobie.
-Podpisałaś umowę ze zobowiązaniem – rzekła dziwnie groźnym tonem. – Przysięgałaś na Biblię a wiemy, że jesteś wierząca.
-Oraz grzeszna – westchnęła Elżbieta. – Teraz puszczaj – szarpnęła się. – Tak mnie ściskasz, że aż boli. Czyś ty oszalała?
-Wiesz, że za zdradę a nawet nieopatrzne gadulstwo karą jest śmierć, ale nie wiesz jaka. – Rakszas podeszła do posągu. Wyjęła kamienny miecz z kamiennej dłoni. Taki kawał piaskowca musiał być ciężki, mimo to wzniosła go nad głowę. – Wybierz którąś latarnię żebyś nie pomyślała, że uderzę w jakąś specjalnie spreparowaną. No już, wybieraj.
Oszołomiona Elżbieta wskazała najbliższą. Rakszas podeszła. Jednym uderzeniem ścięła żeliwny słup. Latarnia łomotnęła o bruk. Szkło jej klosza stłukło się z głośnym brzękiem. Elżbieta podskoczyła. Rozejrzała się płochliwie.
-Nie bój się, nikt tu nie przyjdzie – rzekła Mariola. – Cały park jest obstawiony. – Podeszła do posągu. Oddała mu miecz. – Takim właśnie narzędziem obcinamy zdrajcom ręce i nogi i na ostatek głowę.
-To bardzo nie fajnie.
-Nie ma być fajnie. – Raptem Mariola objęła Elżbietę. – Bez urazy, koleżanko. Nie chcę cię straszyć, po prostu takie procedury. Cieszę się, że mnie rozumiesz bez problemu.
Elżbieta dopiero teraz uświadomiła sobie, że od jakiegoś momentu rozmowy Mariola mówi do niej w języku wieleckim, a ona tak samo Marioli odpowiada. Intensywna nauka języków z użyciem najnowszych technik przyniosła efekty.
-Kiedy ma być przerzut? – spytała.
-Jeszcze dzisiaj dokonamy wszczepu, to bardzo drobny zabieg w miejscowym znieczuleniu. Zaręczam, że prawie nic nie poczujesz. Potem szpital…
-Z powodu tego wszczepu? – przestraszyła się Elżbieta.
-No skądże – uśmiechnęła się Mariola Rakszas. – Przejdziesz rozmaite konieczne procedury medyczne. Potem ja cię zbadam w pełnym oporządzeniu, pod bardzo specjalistycznym kątem. Ważny jest iloczyn masy i informacji, mówiąc w uproszczeniu. Przy czym informacja to jest to, co zawarte w twoim DNA, w przedmiotach które masz przy sobie i na sobie, w skasowanym bilecie jeśliby taki zaplątał się w twojej kieszeni. Wszechświat wszystkie te informacje określa i sumuje. Ja tak nie potrafię, ale po zmianach aury umiem poznać wynik jaki uzyskał Wszechświat. Ponieważ ty będziesz miała wszczep z wiele ważącą informacją i list do Gabrieli z zapowiedzią dalszych przerzutów i podobnymi sprawami, to masa jaką będziemy mogli przerzucić, będzie niewielka. Po prostu ty i ubranie na tobie. Wyczuwasz, jakie to dziwne?
-Nie bardzo – przyznała się Elżbieta.
-Wszechświat nie umie czytać, a jednak jakoś wyczuwa i określa ilość informacji zakodowanej w zawijasach tuszu na papierze. Acha, i nie zdziw się, że przekazywanie informacji w drugą stronę, z RU do nas, odbywa się przy użyciu procy. Procą wstrzeliwuje się korespondencję w oko diabła. To zaskakująco prymitywny sposób, ale okazał się najlepszy.
-Ojej – odezwała się Elżbieta. –To ci dopiero.
Poraziła ją wizja Wszechświata zaglądającego jej pod pachę i mozolnie odcyfrowującego informację z kapsułki, podczas gdy ktoś z czegoś nie wiadomo po co strzela diabłu w oko.
-Kiedy już przejdziesz te wszystkie badania, wyjedziemy do Świętej Katarzyny. Tam poczekasz na odpowiedni moment.

Czerń nocy zakłócały niebieskie światła oświetlające polanę. Dokoła niewidoczna w mroku Puszcza Jodłowa szumiała, rozkołysana wiatrem.  Na polanie wianuszek techników nadzorujących przerzut otaczał Elżbietę.
-Ela, uwaga, koncentruj się – posłyszała głos jednego z techników. – Oko diabła już się formuje!
Wszyscy pospiesznie odbiegli gdzieś w mrok.
Raptem znalazła się we wnętrzu magicznego oka – w fiolecie im dalej od podróżniczki między światami, tym bardziej zbliżonym do czerni. Raptem fiolet rozłupała długa, pionowa, ognista kolumna. Zamknąwszy oczy, po omacku weszła w tę kolumnę.
Poczuła, że brodzi w wodzie tak płytkiej, że nie wlewa jej się do kozaków. Tak jak ją nauczyli, przebrnęła jeszcze kilkadziesiąt kroków zanim uniosła powieki.
Ujrzała postać w spodniach i kurtce z kapturem nasuniętym na czoło, stojącą na skraju fioletowej, błyszczącej wody, strzelającą z procy gdzieś jakby w jej stronę. Widziała to jedynie  przez chwilę  w świetle oka, które zaraz zgasło. Płci procarza nie dało się określić z wyglądu, lecz musiała to być kobieta która weszła do jeziorka rozchlapując wodę. Patrząc pod nogi podeszła, objęła Elżbietę, cmoknęła ją w ucho.
-Gabriela Wnęcka jestem – powiedziała. – Mów mi Gabi lub Gabriela.
-Miło mi. Elżbieta Kowalska. Ela.
-Chodźmy, nie ma powodu byśmy stały jak czaple w tym bajorze.
Elżbieta rozejrzała się rozgorączkowana, ciekawa nowego świata. Ciekawa, to mało powiedziane. Podekscytowana tak, że czuła dreszcze. Szły przez las i choć w nocy  nie mogła dostrzec szczegółów, wyczuwała jego obcość. Inne były zapachy. Nocny ptak odezwał się głosem niepodobnym do tego jaki mógłby zabrzmieć w Puszczy Jodłowej. Pomiędzy bielutkimi brzozami rosło coś, co w ciemnościach przypominało palmę. Kiedy już oswoiła się trochę z lasem, skupiła uwagę na idącej przodem Gabrieli. Stwierdziła, że są równego wzrostu i prawdopodobnie w jednym wieku. Gabriela nosiła dżinsy i kurtkę moro. Kaptur już zsunęła z głowy, bujne ciemne włosy opadały jej na  plecy.
Przeszły może kilometr do przesieki gdzie czekał kanciasty pojazd na wysokich kołach. Gabriela zapaliła lampkę sufitową. Przyjrzały się sobie i uśmiechnęły powściągliwie. Okazało się, że Wnęcka jest bardzo ładna, granatowe włosy uczesane miała z przedziałkiem nad lewą brwią w ten sposób, że odsłaniały lewe ucho. Według Elżbiety do tego ucha, do odrobinę cygańskiej urody Gabrieli, bardzo pasowałby duży, złoty kolczyk w kształcie koła.
-Dlaczego nie masz kolczyka? – spytała wprost. – Pasowałby.
-Prawda? – Wnęcka podniosła dłoń ozdobioną szerokim pierścieniem i jeszcze bardziej odsłoniła ucho. –   Założę go w cywilu. Teraz nie, teraz wystarczy jedno szarpnięcie, żeby wyrwali ci taki kolczyk z kawałkiem ciała.
-Uf, okropność – wstrząsnęła się Elżbieta.
-Coś niewiele przyniosłaś – Gabriela dotknęła palcem chlebaka, który Elżbieta położyła na kolanach.
-No popatrz, z emocji na śmierć zapomniałam, że mam ci dać to wszystko. List do ciebie. Jakiś moduł. Woreczek ze złotem.
Gabriela schowała tajemniczy moduł i złoto do schowka pod deską rozdzielczą. List przeczytała w świetle lampki kilka razy, chyba uczyła się go na pamięć, potem wyszła z wozu, podarła list na drobne skrawki i rozrzuciła je w krzakach w dużym promieniu tak, że najpracowitszym mrówkom ich zebranie  zajęłoby pewnie sto lat. Następnie wsiadła do pojazdu i uruchomiła silnik szarpiąc jakąś wajchę. Samochód ruszył powoli kolebiąc się na boki, słabe reflektory ledwie wyrywały leśnym ciemnościom widok na kilkadziesiąt metrów wertepów przed maską.  Trzęsło niemiłosiernie. Kiedy Elżbieta nabrała pewności, że za moment  wylecą jej z zębów wszystkie plomby i kamienie z nerek jeśli jakieś tam są,  wjechały na nieco gładszy trakt. Gabriela dodała gazu, lecz zaraz zwolniła przed zakrętem.  Za zakrętem ujrzały świetlistą barierę przegradzającą jezdnię. Sześć jasno świecących latarni, trzymanych przez wysokie postacie stojące ramię w ramię. Przed nimi długa belka na kozłach.
-Gazu, taranem, rozjedź ich! – zabrzmiał ostry głos Elżbiety. – No, jedźże!
Ale Wnęcka nie zdobyła się na to. Zahamowała przed kordonem. Zamaskowane sylwetki otoczyły samochód. Otwarli drzwi – nie było w nich blokady. Wywlekli kobiety na zewnątrz. Były tak zaskoczone, że nawet nie krzyczały. Przewrócili je na kocie łby, wepchnęli każdej do ust szmatę zabezpieczając ją taśmą klejącą. Kopnęli każdą kilka razy, związali, rzucili na podłogę zaparkowanej na poboczu furgonetki która natychmiast ruszyła. Zapalili małą lampkę na suficie, w jej świetle zrewidowali swe  ofiary obmacując je bardzo szczegółowo i gorliwie. Śmiali się przy tym, rechotali, że trafił im się niezły towar. Wszystkie drobne przedmioty które znaleźli, ukradli. Półprzytomna z przerażenia Elżbieta zapadła jakby w stan letargu. Ocuciło ją dopiero zimne powietrze nocy, gdy otwarto drzwi.  Wywleczono je z samochodu, który stał na podjeździe otoczonym drzewami, przed jednopiętrowym domem. Nie chciały iść, lecz po kilku ciosach pięściami i kijem, podreptały po schodach, przez hall, do zakratowanej celi. Brodaty, barczysty cham wepchnął je do wnętrza klitki. Zobaczyły tam umywalkę, kibel, dwie prycze, Na każdej leżała sukienka. Jedna żółta w pionowe czarne pasy, druga różowa z zielone poziome szlaczki. Obie wyglądały na kuse.
-Przebierać mi się w to – brodacz wskazał pstre łachy. – Ściągnąć wszystko co wasze, zwłaszcza majtki, staniki i wszelką elektronikę. Macie kwadrans żeby się przebrać, wysikać, napić kranówy jeśli chcecie. Potem – zarechotał ponuro zacierając ręce – potem się zacznie.
Wyszedłszy, zaryglował drzwi.
-Kto to, kim oni? – jąkała się Elżbieta.
-Sługusy Rusków albo Amerykanów, albo miejscowa bezpieka podobno tylko trochę gorsza od Gestapo, wszystko jedno kto – szlochała Gabriela.
-Jak to, Ruskich albo Amerykanów? Jak się oni tu dostają?
-Ruscy mają przejście na Syberii, podobno bardzo ciasne, połowa umiera, ale ta druga połowa przechodzi. Amerykanie opuszczają się batyskafem do Rowu Mariańskiego.
-Amerykanie naszymi wrogami?
-A co kretynko, myślałaś, że to szlachetni kowboje? Sojusznicy? Gówno prawda. Tu nie ma sojuszników. Tu trzy strony walczą jak dzikie bestie o opanowanie całego świata.
-O rany, są tu jeszcze jacyś trzeci? Kto to?
-My, idiotko. Jak zwykle najbiedniejsi i jak zwykle dostajemy w dupę. Teraz dosłownie dostaniemy. Ci szkoleni przez ruskie wiedźmy walą dechą w dupę, ci szkoleni przez amerykańskie suki wbijają szpile elektrod w cycki i puszczają prąd. Och Boże, ja tego nie wytrzymam. Słaba jestem. Ty byś dała wtedy na drodze gaz do dechy
-Nie dałabym – szepnęła Elżbieta. – Łatwo jest krzyczeć siedząc obok, ale bardzo trudno skierować auto na ludzi. Zresztą, mogliby zacząć strzelać. Wcale nie jesteś słaba.
-Słaba jestem – pojękiwała uparta Gabriela. – Wszystko im wyśpiewam i to od razu, jak tylko mnie wezmą na tortury. Kiedy ten brodaty trochę nas strzepał zanim zamknął nas w pokoju…
-Ładne trochę, ząb mi się rusza i mam siniaki.
-To ja wtedy już chciałam zeznawać, tylko że on jeszcze nie chciał słuchać.
-Ja też im wyśpiewam.
-Powinnam była się otruć.
-Co zrobiłaś z fiolką cyjanku?
-Wyplułam. Słaba jestem.
-Ja też wyplułam.
-Powinnyśmy były umrzeć za ojczyznę…
-Ja wolę żyć – powiedziała stanowczo Elżbieta. Wciągnęła przez głowę żółto – czarny pasiak. – Kusy i ciasny ten łach – stwierdziła.
-I tak nas zabiją, o matko, zabiją nas!
-Może nie – powiedziała z namysłem Elżbieta. – Czy tu handluje się żywym towarem?
-Jeszcze jak!
-Słyszałaś, co gadali między sobą kiedy nas wywlekali z samochodu? Mówili o nas „świetny towar”. Miejmy nadzieję, że kiedy wszystko z nas wycisną, sprzedadzą nas do jakiegoś burdelu czy gdzieś.
-Oby tak było – ucieszyła się Gabriela. Wydobyła spod pryczy odblaskowe, złote pantofelki z ostrym czubem i cekinami. Włożyła je. – To nie są więzienne trepy. O co tu chodzi?

 

Rafa Armagedonu

autor: Dawid Weber
Rafa Armagedonu, tom I cyklu Schronienie

Niby jest wszystko czego oczekuje fan fantastyki: bitwy kosmiczne i bitwy galer, śmiertelnie groźni Obcy, intrygi, stawką gry jest przetrwanie ludzkości, itp. itd. Wszystko to starannie odrobione, ale jakieś suche i bez polotu. Przeczytałem tom pierwszy i na tym poprzestanę.

Guzik polski część II

Elżbieta objuczona krzesłem, trzymając szklankę, weszła do pokoju gdzie spojrzały na nią ciekawie cztery kobiety.
-Elżbieta jestem – powiedziała, uśmiechając się najmilej, jak potrafiła. – To może ja tu gdzieś sobie przycupnę – postawiła krzesło w kącie a szklankę na stoliku.
-Barbara – przedstawiła się dziewczyna, trzymająca butelkę z czymś żółtym. Zaraz napełniła tym czymś szklankę i podała ją Elżbiecie. – Cytrynówka – wyjaśniła.
-Katarzyna – mruknęła brunetka która podwinąwszy nogi, siedziała wygodnie umoszczona w fotelu.
Ala i Asia – tak przedstawiły się dwie jasne blondynki siedzące na tapczanie, podobne do siebie jak siostry.
Elżbieta sącząc cytrynowy aperitif, przyglądała się dyskretnie towarzyszkom. Wnet nie tyle zobaczyła co wyczuła, że łączy je wszystkie jakieś nieuchwytne podobieństwo. Spróbowała je ustalić. Nie chodziło o kolor włosów, bo Katarzyna była brunetką, ona sama ciemną blondynką a Barbara szatynką. W każdym razie, taki był aktualny kolor ich fryzur, jutro mógł być inny. Co do figur to wszystkie długonogie, zgrabne, ale panie z imionami na A zdecydowanie chude, a ona niestety nie tak do końca. Wzrost trudno ocenić gdy jedna stoi, druga siedzi. Różnica wieku pomiędzy Asią z dziewczęcym warkoczykiem a Elżbietą to sześć albo siedem lat.  Z jednej strony sporo, z drugiej strony obie mieszczą się w kategorii: już nie smarkule a do starości bardzo daleko. Wykształcenia na oko nie da się ustalić, tym niemniej wszystkie kulturalne, na pewno matura. Jednym słowem fizycznie podobne ale tak, jak uczestniczki kursu pomaturalnego dla trzydziestolatek. Tymczasem Elżbieta czuła, że choć nie potrafi podobieństwa uchwycić ani zdefiniować, pod jakimś względem są jak siostry. Coś je łączyło. Pewnie ze względu na to coś zostały wyselekcjonowane.
-Jak myślicie, dlaczego właśnie nas wybrali? – odezwała się.
-Tego się nie dowiemy – odparła Agnieszka. – Gdybyśmy się dowiedziały jak cenne i rzadkie z nas okazy, mogłybyśmy zacząć grymasić, żądać prawdziwych pieniędzy, a tak, to siedzimy cicho i cieszymy się, że aż tyle nam płacą.
-Wypijmy za naszą wyjątkowość i nadludzkie wręcz cechy – zaproponowała Barbara.
Wypiły. Zagryzły słonymi paluszkami.
-Wie któraś, co jutro będzie? – spytała Elżbieta. – Od czego i o której zaczynamy?
-Pewnie. – Agnieszka sięgnęła ze swego krzesła do szuflady nocnej szafki. Wyjęła zadrukowaną kartkę z wielkim nagłówkiem: TYGODNIOWY ROZKŁAD ZAJĘĆ. – Rozkłady leżą na półce przy wejściu.  Nie czytałyście? To posłuchajcie:
Poniedziałek: zakwaterowanie.
Wtorek. Zaprawa na torze przeszkód o godzinie ósmej. Prysznic o godzinie ósmej czterdzieści pięć. Śniadanie o godzinie dziewiątej. Powitanie przez Komendanta Ośrodka  w auli wykładowej, budynek administracyjny, o godzinie dziewiątej trzydzieści.
Agnieszka przerwała ponieważ dziewczyny miały wiele do powiedzenia na temat powitania przez komendanta. Przysięgły sobie, że na zakończenie wytną mu taki numer, aż mu w pięty pójdzie. Kiedy już się wygadały, Agnieszka podjęła czytanie:
Zajęcia organizacyjno integracyjno motywujące od godziny dziesiątej.
Zajęcia organizacyjne. Prowadzący przedstawiają się uczestnikom, referują co będzie przedmiotem całego kursu, podają tematy i ramy organizacyjno  czasowe.
Zajęcia integracyjne. Przykład: uczestnicy siadają w kręgu, prowadzący podaje instrukcję: jedziemy na bezludną wyspę,  każdemu wolno zabrać jeden przedmiot. Prowadzący mówi, czy można dany przedmiot zabrać, czy nie. Punkty zdobywa kursantka, która odkryje klucz według którego podejmowane są decyzje.
-O matko jedyna, znam to na pamięć! – wykrzyknęła Elżbieta. – Prowadzę, czy raczej prowadziłam na ćwierć etatu, zajęcia integracyjne z niepełnosprawnymi.  Potem będą zeznania o ulubionej czynności połączone z zabawą w krzesło, tworzenie nie podpisanej prezentacji zawierającej ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ulubiony kolor, ulubioną potrawę, miejsce itp. Potem zgadywanie, która prezentacja do kogo należy. Potem jeszcze kilka takich głupotek. Mam rację?
-Mniej więcej masz – przyznała Agnieszka. – I tak aż do obiadu o trzynastej. Po obiedzie czas wolny do szesnastej. O jej, coś naprawdę ciekawego! Spotkanie z weteranką ściągniętą z akcji w RU. Potem zajęcia sportowe, kolacja i spać. Kolejne dni aż do soboty włącznie to sam sport i zaprawa fizyczna. W niedzielę śniadanie, czas wolny, obiad, czas wolny. O  szesnastej spotkanie z panią prezes, nie napisali czego – zauważyła Agnieszka – Mariolą Rakszas.
-Więc ona naprawdę istnieje? – Katarzyna opuściła nogi na podłogę i wyprostowała się w fotelu. – Baśka, nalej. Wypijmy za to spotkanie, to dla mnie wielka sprawa.
-Wypić można – zgodziła się Barbara. – Ale dlaczego jesteś taka podniecona, jakbyś się w niej kochała, czy co?
Katarzyna wypiła cytrynówkę jednym haustem, otrząsnęła się, zagryzła paluszkami.
-Jestem fizykiem – rzekła. – Asystentką w katedrze fizyki, mniejsza o to jakiej uczelni. Fascynuje mnie RU dlatego zgłosiłam się na ochotnika licząc, że czegoś się dowiem. Połączenie między światami czyli z naszego punktu widzenia przejście do RU, opisane jest tak zwanym równaniem demona pierwszego stopnia. Sterowanie przejściem do RU umożliwia podobno tak zwane równanie demona drugiego stopnia. Równanie demona pierwszego stopnia jest znane fizykom. Równanie drugiego stopnia jest tajemnicą Stowarzyszenia O strzeżoną tak pilnie, że wielu specjalistów kwestionuje jego istnienie.
-A ty skąd wiesz, że istnieje? – spytała Agnieszka.
-Stąd, że równanie pierwszego stopnia to jedynie opis, nie daje możliwości wpływania na zjawisko. Pewnie wiecie, że na co dzień oko diabła jak nazywają punkt przejścia, jest strzeżone przez żołnierzy ONZ. Ale ono niekiedy oscyluje po okolicy w dość dużym promieniu, zanim wróci na swe stałe miejsce. Stowarzyszenie O musi umieć tak sterować oscylacjami, aby oko znalazło się w określonej okolicy o określonej porze, gdzie wszystko jest przygotowane do przejścia. Skoro potrafi sterować, musi znać jakąś formułę, jakiś podkład teoretyczny który to umożliwia. Tę nieznaną formułę będącą prawdopodobnie rozwinięciem równania demona pierwszego stopnia, nazwano równaniem demona drugiego stopnia. A teraz to najciekawsze, tylko, Baśka, daj się najpierw napić.
Baśka ustawiła szklanki na szafce i rozlała po równo  resztę cytrynówki. Potrząsnęła smętnie pustą butelką i pomimo że trochę już wypiła, celnie wrzuciła ją do kosza na śmieci. Agnieszka sięgnęła do szafki, wyjęła z niej i postawiła na blacie flaszkę z charakterystyczną etykietą łąckiej śliwowicy, która, po trwających niezmiernie długo staraniach, od pierwszego lipca została zalegalizowana.
-Daje krzepę, krasi lica, nasza łącka śliwowica – rzekła Agnieszka. – Wujek osobiście ją wydestylował. Trzeba ją rozcieńczać, ma sześćdziesiąt gradusów.
Katarzyna wstała ze swego fotela, sięgnęła po pierwszą z brzegu szklankę, wypiła po czym rzekła, lekko się zacinając:
-O równaniu drugiego stopnia nikt nic nie wie, jak już mówiłam. Jednak przypuszcza się, że jego twórcą jest ta sama osoba, która sformułowała równanie pierwszego stopnia, a uczyniła to w swojej pracy magisterskiej niejaka Mariola Rakszas. Po pierwsze to niespotykane, aby w pracy magisterskiej pojawiła się sensacja naukowa na skalę globalną. Po drugie, posypały się zaproszenia na kongresy i sympozja. Mariola na wszystkie odpowiada negatywnie. Owszem, koresponduje mailowo czy nawet pisemnie, ale osobiście się nie pojawia. Po trzecie, Mariola zjawiła się na trzecim roku fizyki na UJ i nie wiadomo skąd przyszła, bo prawie się nie odzywała.
-Przecież są jej papiery w dziekanacie, które musiała przedstawić gdy przenosiła się z innej uczelni – zauważyła Agnieszka. – Skoro okazała się tak wybitną osobą że wszystkich interesuje, dlaczego nikt nie sprawdził?
-Sprawdzono. Papiery są z boliwijskiego uniwersytetu, który już nie istnieje. A jedyne co potrafią o niej powiedzieć wykładowcy i koledzy z roku to zeznanie, że była wyjątkowo ładna.
-Koleżanki potwierdzają? – spytała Elżbieta.
-Kwestionują – odparła Katarzyna. – Jest też po czwarte. Mianowicie, Rakszas to prawie na pewno przybrane nazwisko, gdyż jest to nazwa hinduistycznych demonów, które przybierając ludzką postać często mają włosy niby słoma, cerę bladą jak śmierć i ogromne, niebieskie ślepia. Wziąwszy wszystko razem, niektórzy twierdzą, że Marioli Rakszas wcale nie ma. Ich zdaniem jakaś dziewczyna o całkiem innym prawdziwym nazwisku, posłużyła  tajnemu zespołowi pracującemu na zlecenie państwa,  do opublikowania tych wyników badań, których nie utajniono. Ja właśnie byłam tego zdania, dałabym sobie obciąć, no może nie palec ale aż cztery włosy, że Mariola to fantom stworzony po to, żeby koledzy fizycy mogli się pochwalić choćby anonimowo, swoim równaniem. Inni twierdzili jak się okazuje słusznie, że nic podobnego, po prostu wybitnie zdolna Boliwijka polskiego pochodzenia wróciła do kraju przodków kontynuować studia na europejskim poziomie, osiągnęła wyniki bardzo dla władz interesujące, więc ją utajniono i pracuje w jakimś tajnym ośrodku dla państwa. Tak czy owak, bardzo jestem podniecona perspektywą spotkania z legendą polskiej fizyki.
Agnieszka sięgnęła po śliwowicę i wodę mineralną.
-Nie, nie – zaprotestowała Elżbieta. – Ja dziękuję. Muszę już iść się położyć, zasypiam po prostu.
-Strzemiennego, inaczej cię nie puszczę – wymamrotała Barbara, tarasując drzwi.
Elżbieta doznała wstrząsu z powodu tych gradusów, których pozostało sporo mimo rozcieńczania. Ale musiała przyznać, że trunek przyjemnie grzeje i nie drapie spływając w gardło. Z lekkim zawrotem głowy, czując przyjemną euforię, poszła do swego pokoju.
Budzik stojący na nocnej szafce wskazywał pierwszą. Nastawiła budzenie na siódmą. Pościeliła łóżko a kiedy przebierała się w nocną koszulę, posłyszała asynchroniczny śpiew na pięć głosów:
Hej powiadali!
Hej powiadali!
Hej, że Janicka porąbali!
-Dobrze tak skubańcowi!
– Za to, że uwiódł Marynę!
„Mają dziewczyny kondycję – pomyślała Elżbieta. – Albo pomylili się co do mnie i jestem za stara do tego towarzystwa, albo po prostu one przyjechały wcześniej i dążyły się zdrzemnąć.”

Po męczącym poniedziałku i cytrynówce, sześć godzin snu okazało się zbyt mało. Zbudziła się już zmęczona. Inne dziewczyny nie wyglądały lepiej, jedne miały cerę zieloną, inne śmiertelnie bladą. Wszystkie próbowały dość do siebie pod prysznicem, albo wkładając głowę pod kran  z zimną wodą.
Elżbieta myślała, że umrze na torze przeszkód. Był slalom między drzewami, trucht po łące z obrotami, obroty w wyskoku, sześć przewrotów, sześć skłonów, sześć przysiadów i a piać od nowa to samo, cztery razy. Przy ostatnim slalomie Elżbieta zaliczyła trzy zderzenia z drzewami i dwa razy upadła przy obrotach. Kiedy była pewna, że trener zarządzi koniec i odmarsz na prysznic i śniadanie, ten sadystyczny dupek kazał im wspinać się po linie zwisającej z konaru dębu i opuszczać się po niej. Przy trzecim opuszczeniu Asia odpadła od liny. Połamałaby się, gdyby trener jej nie złapał.   Silny facet. Zachwiał się, ale ustał.
-Ty to jeszcze pół biedy – rzekł. – Ale gdyby ta gruba – nie sprecyzował kogo ma na myśli – spadła mi na głowę, to mokry placek zostałby ze mnie. W trosce o własne życie ogłaszam prawie koniec, tylko najpierw przepłyńcie mi to jezioro tam i z powrotem.
Żadna się nie ruszyła.
-Potopić nas chce – oświadczyła Katarzyna.
-Sam se płyń – rzekła Agnieszka.
-Nie przestrzegasz rozkładu dnia – stwierdziła Baśka. – Jesteśmy spóźnione.
Asia usiadła na trawie i tylko wzruszyła ramionami.
-Pogięło cię? – spytała Elżbieta.
-Nigdzie nie płynę – stwierdziła Ala.
-No dobra – pogodził się z losem instruktor. – Ja tylko chciałem sprawdzić, czy wy umiecie prawidłowo ocenić własne siły. Okazuje się, że umiecie.
-Możemy przyjąć taką interpretację, która ratuje twój autorytet – rzekła Katarzyna. – Jednak pamiętaj, że z treningiem, jak z grą wstępną: trzeba mieć wyczucie co jeszcze wolno, a czego już nie.
Po śniadaniu kolejna porcja ćwiczeń. Elżbieta jakoś dotrwała do obiadu, przespała się, poszła na spotkanie z weteranką ściągniętą z akcji w RU. Jednak okazało się, że spotkanie odwołano. Zamiast niego dla odpoczynku i rozrywki zarządzono mecz koszykówki, kursantki przeciw kadrze ośrodka. Przegrały, lecz Katarzynie udało się boleśnie sfaulować komendanta, więc były zadowolone. Potem jeszcze jakieś ćwiczenia, które Elżbieta wykonywała jak lunatyk, śpiąc z otwartymi oczami.
Lecz wtorek, to była dopiero przygrywka, w kolejnych dniach było coraz gorzej. Buntowniczą Katarzynę komendant poskromił w ten sposób, że wsadził ją na trzy dni do aresztu o chlebie i wodzie, jak w średniowieczu. Do ciężkiego wysiłku fizycznego dochodził stres spowodowany chamskim zachowaniem instruktorów. Pewnie była to część treningu psychicznego, ale mało nieraz brakowało, by Elżbieta przez nich zapłakała.
W niedzielę Elżbieta otwarła oczy obudzona jakimś śmiechem i hałasami na korytarzu. Stwierdziła, że budzik lada chwila zacznie wydzwaniać pobudkę na śniadanie. Czym prędzej przestawiła budzenie na dwunastą i ułożyła się do dalszego snu.  Śniło się jej, że w piękną letnią niedzielę idą z Janem i Anią na mszę do świątyni, której mury wyrastały ponad zarośla przepięknie rozkwitłych magnolii. Na jawie może nie chodzili do kościoła tak często jak powinni wskutek nawału różnych spraw, ale we śnie właśnie szli.  Kiedy byli już blisko, z zarośli rozległ się terkot karabinu maszynowego. Przerażone serce Elżbiety zadygotało. Rzuciła się, by zasłonić Anię własnym ciałem. Obudził ją krzyk. To ona krzyczała, a głupi budzik terkotał imitując karabin maszynowy. Przyłożyła mu dłonią w dzwonek. Zwlokła się niechętnie z łóżka. Jakoś tam doprowadziła do porządku. Ledwie doszła do jadalni, takie miała zakwasy w nogach. Zgłosiła się więc po obiedzie do masażysty. Następnie opalała się na plaży nad jeziorem. Za piętnaście czwarta ubrała się, otrzepała kocyk z piasku i poszła w stronę zabudowań, na spotkanie z Mariolą Rakszas. Przeszedłszy ledwie kilkanaście kroków, zobaczyła idącą naprzeciw Kaśkę. Kaśka minę miała tryumfującą.
-A nie mówiłam? – spytała. – Odwołali spotkanie z Mariolą Rakszas. Odwołali, ponieważ ktoś taki w ogóle nie istnieje.
-Dlaczego mieliby zapowiadać spotkanie skoro wiedzieli, że go nie będzie? – sprzeciwiła się Elżbieta.
-A skąd mam wiedzieć, co oni tam kombinują – odparła Kaśka. – W każdym razie dotąd nie uwierzę w Mariolę, dokąd osobiście nie uszczypnę jej w pupę.

W następnych tygodniach obciążenia fizyczne i presja psychiczna zwiększały się. Nieraz dochodziło do scysji graniczących z buntem. Ale wtedy cwani instruktorzy cofali się, łagodnieli, potem od nowa zaczynali dokręcać śrubę. Baśka nie wytrzymała tego psychicznie i fizycznie. Załamała się. Rozwiązano z nią umowę i odesłano do domu, po zapłaceniu pewnej sumy.

-Tam nie ma chorób przenoszonych drogą płciową, więc będziesz mogła dawać dupy przy drodze i w burdelu, ile zechcesz! – wrzasnął dziwnie zniekształconym basem instruktor w masce skopiowanej od lorda Wadera, majaczący w kłębach dymu. – Ale tu nie jest burdel jeno poligon, więc, kurwa, zrób to jeszcze raz!
-Po raz dwudziesty szósty? – dobiegł jęk z głębi rury treningowej.
Rura długa na czterdzieści metrów leżała poziomo w krzakach okadzanych przez świece dymne.
-Co z tego, że dwudziesty szósty skoro ciągle źle!
-Chcę do domu – zabrzmiał z rury stłumiony głos.
-Na długo zostaniesz tutaj, laleczko – roześmiał się instruktor nieziemskim rechotem zniekształconym przez maskę – Jeśli wciąż będziesz leniwa, czeka cię tu jeszcze gorsze piekło. Jeżeli jakimś cudem osiągniesz przeciętny poziom co nie wiem, czy jest wykonalne z powodu twych nędznych możliwości, będziesz torturowana w normie, jak to każda taka niedojda, pseudo – komandos, więc się staraj!
-Pożałujesz, draniu  – zaszemrała z rury odpowiedź.
-Co mówiłaś? Głośniej, bo nie słyszę!
– MAM CIĘ W DUPIE!
-Dosyć tych igraszek  słownych – włączył się do rozmowy kobiecy głos. – Aaaa psik! Proszę uruchomić dmuchawę i rozgonić obłoki tego świństwa. A pani, niech stamtąd wyjdzie!
Elżbieta czerwona jak burak ćwikłowy, wypełzła opierając się na łokciach z długiej rury imitującej kanał. W lewej dłoni trzymała zdjętą maskę przeciwgazową, w drugiej makietę bomby. Wyprostowała plecy wciąż na klęczkach, z makietą bomby u kolan. Podniosła wzrok. Zobaczyła blondynkę z ostrym makijażem, dobiegającą trzydziestki. Klęczeć kiedy taka wypindrzona laska  stoi nad nią, to byłby już szczyt upokorzenia. Zerwała się na nogi. Kobieta podeszła ku niej dwa kroki, stawiając  ostrożnie stopy w czarnych  szpilkach, w trawie niskiej ale gęstej. Wyciągnęła rękę.
-Mariola Rakszas – przedstawiła się. – Ja panią znam, oglądałam pani ćwiczenia na wideo. Robi pani wielkie postępy.
Instruktor zdjął maskę odsłaniając twarz chyba po operacji plastycznej, tak była przeciętna i pozbawiona znaków szczególnych.
-Och pani prezes, to nieprawda – rzekł. – Ta nieszczęsna kobieta nadaje się może do programu „Chujowa pani domu”, ale nie do akcji. Ona nic nie umie.
-Moim zdaniem, umie bardzo wiele – odparła lodowatym tonem Mariola Rakszas.
-Tylko z pozoru, pani prezes – upierał się instruktor. – Tak naprawdę ona jest czułostkowa, romantyczna, seksowna, przyjazna, nie potrafi nikogo ukatrupić ani nawet solidnie, bez przepraszania w myślach, przylać komuś dechą z gwoździami w mordę. Ona jest miła, niby jakaś aksamitna przytulanka.
-Czy to prawda? – spytała Elżbietę Mariola Rakszas.
-Chętnie i bez przepraszania w myślach kopnę go w jaja – odparła z przekonaniem Elżbieta.
Cztery pozostałe kursantki odeszły od swych rur i stanęły wokół luźnym półokręgiem
-Spróbuj – uśmiechnął się krzywo instruktor. – Pospiesz się. Masz na to minutę, potem… Już wiem, rzucę tobą w pokrzywy.
Groźba była bezzasadna, musiałby ją przenieść ze sto metrów, dopiero tam rosło parzące zielsko. Ale wiedziała, że i bez tego drań może się boleśnie zemścić. Ponaglona w ten sposób czym prędzej zrzuciła z ramienia pasek futerału maski przeciwgazowej, założyła ręce za głowę cholera wie po co, może  by wyeksponować piersi. Były mokre, cienka bluzka nasiąkła tym czymś, co było na dnie rury.
-Hej, może jeszcze opuść spodnie oraz reformy, co? – zapiał falsetem rozbawiony instruktor. – Pardon pani prezes, tak mi się tylko powiedziało – ukłonił się fałszywie zmieszany, gapiąc się na odziane w czarne pończochy nogi Marioli Rakszas.
Elżbieta rzuciła się płaskim półobrotem nogami do przodu, upadając na prawe ramię. Jej złączone stopy trafiły mniej więcej tam, gdzie chciała.
Instruktor zawył, padł na glebę, zwinął się w kłębek i tarzał się, ciągle wyjąc. Jedne kursantki chichotały, inne wzdychały ze współczuciem.
-Niezły masz wykop, koleżanko – Rakszas westchnęła przeciągle.
-Taaak, właśnie się doigrałaśśś – stęknął instruktor gramoląc się spomiędzy rozgniecionych liści łopianu. – Chciałem cię chronić idiotko żebyś się czegoś wreszcie nauczyła zanim przejdziesz, ale skoro tak, to masz czegoś chciała.
-No i fajnie – odparła Elżbieta.
-Zabieram panią stąd – rzekła Mariola. – Proszę się wykąpać, przebrać, jedziemy do Warszawy.

Elżbieta wpadła do swego domu niby huragan. Niby huragan szalejący po pustyni. Nikogo nie było. Dopadła telefonu.
-Janek? Jestem w domu!
-Wsiadam w samochód i pędzę! – zabrzmiało ze słuchawki.
-Nie wiem, czy zdążysz. Wpadłam na chwilę, korzystając z okazji że zabrali mnie do Warszawy. Oni coś kombinują. Zgodnie z kontraktem mam jeszcze dwa miesiące szkolenia, ale oni coś kombinują. Nieważne. Gdzie Ania, pewnie z opiekunką na spacerze, ale gdzie jest gosposia?
-Musiałem ją zwolnić – padła odpowiedź ze słuchawki. – Twoja i moja mama donoszą nam obiady. Wygrzebaliśmy się, wszystko idzie dobrze mimo to wciąż oszczędzam, boję się szastać forsą. Zrezygnowałem nawet z najdroższego pakietu kablówki i wziąłem ten najtańszy. Czekaj. Już jestem w samochodzie. Jadę.
-Nie czekam. Dzwonię na komórkę do niani, pewnie jest w parku jak zwykle, powiem niech wraca z Anią w stronę domu, ja pobiegnę naprzeciw. Babcie wciąż na mnie wściekłe?
-Jak cholera.
Mama, teściowa, koleżanki z pracy, znajomi, cała rodzina wszyscy myśleli, że Elżbieta nareszcie zrobiła to o czym mówiła, gdy była rozgoryczona, zła i w depresji: rzuciła wszystko w diabły by zostać świecką misjonarką w Vanuatu, gdzie komórki nie mają zasięgu i skąd do domu jest niezmiernie daleko.
-Pa, wszystko będzie dobrze  – powiedziała do słuchawki.
Rozłączyła się, wykręciła numer komórki pani Marcysi opiekunki do dziecka. Kazała jej wracać. Wybiegła z domu i po chwili ujrzała panią Marcysię, truchcikiem pchającą wózek w jej stronę.

Guzik polski część 2

Elżbieta objuczona krzesłem, trzymając szklankę, weszła do pokoju gdzie spojrzały na nią ciekawie cztery kobiety.
-Elżbieta jestem – powiedziała, uśmiechając się najmilej, jak potrafiła. – To może ja tu gdzieś sobie przycupnę – postawiła krzesło w kącie a szklankę na stoliku.
-Barbara – przedstawiła się dziewczyna, trzymająca butelkę z czymś żółtym. Zaraz napełniła tym czymś szklankę i podała ją Elżbiecie. – Cytrynówka – wyjaśniła.
-Katarzyna – mruknęła brunetka która podwinąwszy nogi, siedziała wygodnie umoszczona w fotelu.
Ala i Asia – tak przedstawiły się dwie jasne blondynki siedzące na tapczanie, podobne do siebie jak siostry.
Elżbieta sącząc cytrynowy aperitif, przyglądała się dyskretnie towarzyszkom. Wnet nie tyle zobaczyła co wyczuła, że łączy je wszystkie jakieś nieuchwytne podobieństwo. Spróbowała je ustalić. Nie chodziło o kolor włosów, bo Katarzyna była brunetką, ona sama ciemną blondynką a Barbara szatynką. W każdym razie, taki był aktualny kolor ich fryzur, jutro mógł być inny. Co do figur to wszystkie długonogie, zgrabne, ale panie z imionami na A zdecydowanie chude, a ona niestety nie tak do końca. Wzrost trudno ocenić gdy jedna stoi, druga siedzi. Różnica wieku pomiędzy Asią z dziewczęcym warkoczykiem a Elżbietą to sześć albo siedem lat.  Z jednej strony sporo, z drugiej strony obie mieszczą się w kategorii: już nie smarkule a do starości bardzo daleko. Wykształcenia na oko nie da się ustalić, tym niemniej wszystkie kulturalne, na pewno matura. Jednym słowem fizycznie podobne ale tak, jak uczestniczki kursu pomaturalnego dla trzydziestolatek. Tymczasem Elżbieta czuła, że choć nie potrafi podobieństwa uchwycić ani zdefiniować, pod jakimś względem są jak siostry. Coś je łączyło. Pewnie ze względu na to coś zostały wyselekcjonowane.
-Jak myślicie, dlaczego właśnie nas wybrali? – odezwała się.
-Tego się nie dowiemy – odparła Agnieszka. – Gdybyśmy się dowiedziały jak cenne i rzadkie z nas okazy, mogłybyśmy zacząć grymasić, żądać prawdziwych pieniędzy, a tak, to siedzimy cicho i cieszymy się, że aż tyle nam płacą.
-Wypijmy za naszą wyjątkowość i nadludzkie wręcz cechy – zaproponowała Barbara.
Wypiły. Zagryzły słonymi paluszkami.
-Wie któraś, co jutro będzie? – spytała Elżbieta. – Od czego i o której zaczynamy?
-Pewnie. – Agnieszka sięgnęła ze swego krzesła do szuflady nocnej szafki. Wyjęła zadrukowaną kartkę z wielkim nagłówkiem: TYGODNIOWY ROZKŁAD ZAJĘĆ. – Rozkłady leżą na półce przy wejściu.  Nie czytałyście? To posłuchajcie:
Poniedziałek: zakwaterowanie.
Wtorek. Zaprawa na torze przeszkód o godzinie ósmej. Prysznic o godzinie ósmej czterdzieści pięć. Śniadanie o godzinie dziewiątej. Powitanie przez Komendanta Ośrodka  w auli wykładowej, budynek administracyjny, o godzinie dziewiątej trzydzieści.
Agnieszka przerwała ponieważ dziewczyny miały wiele do powiedzenia na temat powitania przez komendanta. Przysięgły sobie, że na zakończenie wytną mu taki numer, aż mu w pięty pójdzie. Kiedy już się wygadały, Agnieszka podjęła czytanie:
Zajęcia organizacyjno integracyjno motywujące od godziny dziesiątej.
Zajęcia organizacyjne. Prowadzący przedstawiają się uczestnikom, referują co będzie przedmiotem całego kursu, podają tematy i ramy organizacyjno  czasowe.
Zajęcia integracyjne. Przykład: uczestnicy siadają w kręgu, prowadzący podaje instrukcję: jedziemy na bezludną wyspę,  każdemu wolno zabrać jeden przedmiot. Prowadzący mówi, czy można dany przedmiot zabrać, czy nie. Punkty zdobywa kursantka, która odkryje klucz według którego podejmowane są decyzje.
-O matko jedyna, znam to na pamięć! – wykrzyknęła Elżbieta. – Prowadzę, czy raczej prowadziłam na ćwierć etatu, zajęcia integracyjne z niepełnosprawnymi.  Potem będą zeznania o ulubionej czynności połączone z zabawą w krzesło, tworzenie nie podpisanej prezentacji zawierającej ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ulubiony kolor, ulubioną potrawę, miejsce itp. Potem zgadywanie, która prezentacja do kogo należy. Potem jeszcze kilka takich głupotek. Mam rację?
-Mniej więcej masz – przyznała Agnieszka. – I tak aż do obiadu o trzynastej. Po obiedzie czas wolny do szesnastej. O jej, coś naprawdę ciekawego! Spotkanie z weteranką ściągniętą z akcji w RU. Potem zajęcia sportowe, kolacja i spać. Kolejne dni aż do soboty włącznie to sam sport i zaprawa fizyczna. W niedzielę śniadanie, czas wolny, obiad, czas wolny. O  szesnastej spotkanie z panią prezes, nie napisali czego – zauważyła Agnieszka – Mariolą Rakszas.
-Więc ona naprawdę istnieje? – Katarzyna opuściła nogi na podłogę i wyprostowała się w fotelu. – Baśka, nalej. Wypijmy za to spotkanie, to dla mnie wielka sprawa.
-Wypić można – zgodziła się Barbara. – Ale dlaczego jesteś taka podniecona, jakbyś się w niej kochała, czy co?
Katarzyna wypiła cytrynówkę jednym haustem, otrząsnęła się, zagryzła paluszkami.
-Jestem fizykiem – rzekła. – Asystentką w katedrze fizyki, mniejsza o to jakiej uczelni. Fascynuje mnie RU dlatego zgłosiłam się na ochotnika licząc, że czegoś się dowiem. Połączenie między światami czyli z naszego punktu widzenia przejście do RU, opisane jest tak zwanym równaniem demona pierwszego stopnia. Sterowanie przejściem do RU umożliwia podobno tak zwane równanie demona drugiego stopnia. Równanie demona pierwszego stopnia jest znane fizykom. Równanie drugiego stopnia jest tajemnicą Stowarzyszenia O strzeżoną tak pilnie, że wielu specjalistów kwestionuje jego istnienie.
-A ty skąd wiesz, że istnieje? – spytała Agnieszka.
-Stąd, że równanie pierwszego stopnia to jedynie opis, nie daje możliwości wpływania na zjawisko. Pewnie wiecie, że na co dzień oko diabła jak nazywają punkt przejścia, jest strzeżone przez żołnierzy ONZ. Ale ono niekiedy oscyluje po okolicy w dość dużym promieniu, zanim wróci na swe stałe miejsce. Stowarzyszenie O musi umieć tak sterować oscylacjami, aby oko znalazło się w określonej okolicy o określonej porze, gdzie wszystko jest przygotowane do przejścia. Skoro potrafi sterować, musi znać jakąś formułę, jakiś podkład teoretyczny który to umożliwia. Tę nieznaną formułę będącą prawdopodobnie rozwinięciem równania demona pierwszego stopnia, nazwano równaniem demona drugiego stopnia. A teraz to najciekawsze, tylko, Baśka, daj się najpierw napić.
Baśka ustawiła szklanki na szafce i rozlała po równo  resztę cytrynówki. Potrząsnęła smętnie pustą butelką i pomimo że trochę już wypiła, celnie wrzuciła ją do kosza na śmieci. Agnieszka sięgnęła do szafki, wyjęła z niej i postawiła na blacie flaszkę z charakterystyczną etykietą łąckiej śliwowicy, która, po trwających niezmiernie długo staraniach, od pierwszego lipca została zalegalizowana.
-Daje krzepę, krasi lica, nasza łącka śliwowica – rzekła Agnieszka. – Wujek osobiście ją wydestylował. Trzeba ją rozcieńczać, ma sześćdziesiąt gradusów.
Katarzyna wstała ze swego fotela, sięgnęła po pierwszą z brzegu szklankę, wypiła po czym rzekła, lekko się zacinając:
-O równaniu drugiego stopnia nikt nic nie wie, jak już mówiłam. Jednak przypuszcza się, że jego twórcą jest ta sama osoba, która sformułowała równanie pierwszego stopnia, a uczyniła to w swojej pracy magisterskiej niejaka Mariola Rakszas. Po pierwsze to niespotykane, aby w pracy magisterskiej pojawiła się sensacja naukowa na skalę globalną. Po drugie, posypały się zaproszenia na kongresy i sympozja. Mariola na wszystkie odpowiada negatywnie. Owszem, koresponduje mailowo czy nawet pisemnie, ale osobiście się nie pojawia. Po trzecie, Mariola zjawiła się na trzecim roku fizyki na UJ i nie wiadomo skąd przyszła, bo prawie się nie odzywała.
-Przecież są jej papiery w dziekanacie, które musiała przedstawić gdy przenosiła się z innej uczelni – zauważyła Agnieszka. – Skoro okazała się tak wybitną osobą że wszystkich interesuje, dlaczego nikt nie sprawdził?
-Sprawdzono. Papiery są z boliwijskiego uniwersytetu, który już nie istnieje. A jedyne co potrafią o niej powiedzieć wykładowcy i koledzy z roku to zeznanie, że była wyjątkowo ładna.
-Koleżanki potwierdzają? – spytała Elżbieta.
-Kwestionują – odparła Katarzyna. – Jest też po czwarte. Mianowicie, Rakszas to prawie na pewno przybrane nazwisko, gdyż jest to nazwa hinduistycznych demonów, które przybierając ludzką postać często mają włosy niby słoma, cerę bladą jak śmierć i ogromne, niebieskie ślepia. Wziąwszy wszystko razem, niektórzy twierdzą, że Marioli Rakszas wcale nie ma. Ich zdaniem jakaś dziewczyna o całkiem innym prawdziwym nazwisku, posłużyła  tajnemu zespołowi pracującemu na zlecenie państwa,  do opublikowania tych wyników badań, których nie utajniono. Ja właśnie byłam tego zdania, dałabym sobie obciąć, no może nie palec ale aż cztery włosy, że Mariola to fantom stworzony po to, żeby koledzy fizycy mogli się pochwalić choćby anonimowo, swoim równaniem. Inni twierdzili jak się okazuje słusznie, że nic podobnego, po prostu wybitnie zdolna Boliwijka polskiego pochodzenia wróciła do kraju przodków kontynuować studia na europejskim poziomie, osiągnęła wyniki bardzo dla władz interesujące, więc ją utajniono i pracuje w jakimś tajnym ośrodku dla państwa. Tak czy owak, bardzo jestem podniecona perspektywą spotkania z legendą polskiej fizyki.
Agnieszka sięgnęła po śliwowicę i wodę mineralną.
-Nie, nie – zaprotestowała Elżbieta. – Ja dziękuję. Muszę już iść się położyć, zasypiam po prostu.
-Strzemiennego, inaczej cię nie puszczę – wymamrotała Barbara, tarasując drzwi.
Elżbieta doznała wstrząsu z powodu tych gradusów, których pozostało sporo mimo rozcieńczania. Ale musiała przyznać, że trunek przyjemnie grzeje i nie drapie spływając w gardło. Z lekkim zawrotem głowy, czując przyjemną euforię, poszła do swego pokoju.
Budzik stojący na nocnej szafce wskazywał pierwszą. Nastawiła budzenie na siódmą. Pościeliła łóżko a kiedy przebierała się w nocną koszulę, posłyszała asynchroniczny śpiew na pięć głosów:
Hej powiadali!
Hej powiadali!
Hej, że Janicka porąbali!
-Dobrze tak skubańcowi!
– Za to, że uwiódł Marynę!
„Mają dziewczyny kondycję – pomyślała Elżbieta. – Albo pomylili się co do mnie i jestem za stara do tego towarzystwa, albo po prostu one przyjechały wcześniej i dążyły się zdrzemnąć.”

Po męczącym poniedziałku i cytrynówce, sześć godzin snu okazało się zbyt mało. Zbudziła się już zmęczona. Inne dziewczyny nie wyglądały lepiej, jedne miały cerę zieloną, inne śmiertelnie bladą. Wszystkie próbowały dość do siebie pod prysznicem, albo wkładając głowę pod kran  z zimną wodą.
Elżbieta myślała, że umrze na torze przeszkód. Był slalom między drzewami, trucht po łące z obrotami, obroty w wyskoku, sześć przewrotów, sześć skłonów, sześć przysiadów i a piać od nowa to samo, cztery razy. Przy ostatnim slalomie Elżbieta zaliczyła trzy zderzenia z drzewami i dwa razy upadła przy obrotach. Kiedy była pewna, że trener zarządzi koniec i odmarsz na prysznic i śniadanie, ten sadystyczny dupek kazał im wspinać się po linie zwisającej z konaru dębu i opuszczać się po niej. Przy trzecim opuszczeniu Asia odpadła od liny. Połamałaby się, gdyby trener jej nie złapał.   Silny facet. Zachwiał się, ale ustał.
-Ty to jeszcze pół biedy – rzekł. – Ale gdyby ta gruba – nie sprecyzował kogo ma na myśli – spadła mi na głowę, to mokry placek zostałby ze mnie. W trosce o własne życie ogłaszam prawie koniec, tylko najpierw przepłyńcie mi to jezioro tam i z powrotem.
Żadna się nie ruszyła.
-Potopić nas chce – oświadczyła Katarzyna.
-Sam se płyń – rzekła Agnieszka.
-Nie przestrzegasz rozkładu dnia – stwierdziła Baśka. – Jesteśmy spóźnione.
Asia usiadła na trawie i tylko wzruszyła ramionami.
-Pogięło cię? – spytała Elżbieta.
-Nigdzie nie płynę – stwierdziła Ala.
-No dobra – pogodził się z losem instruktor. – Ja tylko chciałem sprawdzić, czy wy umiecie prawidłowo ocenić własne siły. Okazuje się, że umiecie.
-Możemy przyjąć taką interpretację, która ratuje twój autorytet – rzekła Katarzyna. – Jednak pamiętaj, że z treningiem, jak z grą wstępną: trzeba mieć wyczucie co jeszcze wolno, a czego już nie.
Po śniadaniu kolejna porcja ćwiczeń. Elżbieta jakoś dotrwała do obiadu, przespała się, poszła na spotkanie z weteranką ściągniętą z akcji w RU. Jednak okazało się, że spotkanie odwołano. Zamiast niego dla odpoczynku i rozrywki zarządzono mecz koszykówki, kursantki przeciw kadrze ośrodka. Przegrały, lecz Katarzynie udało się boleśnie sfaulować komendanta, więc były zadowolone. Potem jeszcze jakieś ćwiczenia, które Elżbieta wykonywała jak lunatyk, śpiąc z otwartymi oczami.
Lecz wtorek, to była dopiero przygrywka, w kolejnych dniach było coraz gorzej. Buntowniczą Katarzynę komendant poskromił w ten sposób, że wsadził ją na trzy dni do aresztu o chlebie i wodzie, jak w średniowieczu. Do ciężkiego wysiłku fizycznego dochodził stres spowodowany chamskim zachowaniem instruktorów. Pewnie była to część treningu psychicznego, ale mało nieraz brakowało, by Elżbieta przez nich zapłakała.
W niedzielę Elżbieta otwarła oczy obudzona jakimś śmiechem i hałasami na korytarzu. Stwierdziła, że budzik lada chwila zacznie wydzwaniać pobudkę na śniadanie. Czym prędzej przestawiła budzenie na dwunastą i ułożyła się do dalszego snu.  Śniło się jej, że w piękną letnią niedzielę idą z Janem i Anią na mszę do świątyni, której mury wyrastały ponad zarośla przepięknie rozkwitłych magnolii. Na jawie może nie chodzili do kościoła tak często jak powinni wskutek nawału różnych spraw, ale we śnie właśnie szli.  Kiedy byli już blisko, z zarośli rozległ się terkot karabinu maszynowego. Przerażone serce Elżbiety zadygotało. Rzuciła się, by zasłonić Anię własnym ciałem. Obudził ją krzyk. To ona krzyczała, a głupi budzik terkotał imitując karabin maszynowy. Przyłożyła mu dłonią w dzwonek. Zwlokła się niechętnie z łóżka. Jakoś tam doprowadziła do porządku. Ledwie doszła do jadalni, takie miała zakwasy w nogach. Zgłosiła się więc po obiedzie do masażysty. Następnie opalała się na plaży nad jeziorem. Za piętnaście czwarta ubrała się, otrzepała kocyk z piasku i poszła w stronę zabudowań, na spotkanie z Mariolą Rakszas. Przeszedłszy ledwie kilkanaście kroków, zobaczyła idącą naprzeciw Kaśkę. Kaśka minę miała tryumfującą.
-A nie mówiłam? – spytała. – Odwołali spotkanie z Mariolą Rakszas. Odwołali, ponieważ ktoś taki w ogóle nie istnieje.
-Dlaczego mieliby zapowiadać spotkanie skoro wiedzieli, że go nie będzie? – sprzeciwiła się Elżbieta.
-A skąd mam wiedzieć, co oni tam kombinują – odparła Kaśka. – W każdym razie dotąd nie uwierzę w Mariolę, dokąd osobiście nie uszczypnę jej w pupę.

W następnych tygodniach obciążenia fizyczne i presja psychiczna zwiększały się. Nieraz dochodziło do scysji graniczących z buntem. Ale wtedy cwani instruktorzy cofali się, łagodnieli, potem od nowa zaczynali dokręcać śrubę. Baśka nie wytrzymała tego psychicznie i fizycznie. Załamała się. Rozwiązano z nią umowę i odesłano do domu, po zapłaceniu pewnej sumy.

-Tam nie ma chorób przenoszonych drogą płciową, więc będziesz mogła dawać dupy przy drodze i w burdelu, ile zechcesz! – wrzasnął dziwnie zniekształconym basem instruktor w masce skopiowanej od lorda Wadera, majaczący w kłębach dymu. – Ale tu nie jest burdel jeno poligon, więc, kurwa, zrób to jeszcze raz!
-Po raz dwudziesty szósty? – dobiegł jęk z głębi rury treningowej.
Rura długa na czterdzieści metrów leżała poziomo w krzakach okadzanych przez świece dymne.
-Co z tego, że dwudziesty szósty skoro ciągle źle!
-Chcę do domu – zabrzmiał z rury stłumiony głos.
-Na długo zostaniesz tutaj, laleczko – roześmiał się instruktor nieziemskim rechotem zniekształconym przez maskę – Jeśli wciąż będziesz leniwa, czeka cię tu jeszcze gorsze piekło. Jeżeli jakimś cudem osiągniesz przeciętny poziom co nie wiem, czy jest wykonalne z powodu twych nędznych możliwości, będziesz torturowana w normie, jak to każda taka niedojda, pseudo – komandos, więc się staraj!
-Pożałujesz, draniu  – zaszemrała z rury odpowiedź.
-Co mówiłaś? Głośniej, bo nie słyszę!
– MAM CIĘ W DUPIE!
-Dosyć tych igraszek  słownych – włączył się do rozmowy kobiecy głos. – Aaaa psik! Proszę uruchomić dmuchawę i rozgonić obłoki tego świństwa. A pani, niech stamtąd wyjdzie!
Elżbieta czerwona jak burak ćwikłowy, wypełzła opierając się na łokciach z długiej rury imitującej kanał. W lewej dłoni trzymała zdjętą maskę przeciwgazową, w drugiej makietę bomby. Wyprostowała plecy wciąż na klęczkach, z makietą bomby u kolan. Podniosła wzrok. Zobaczyła blondynkę z ostrym makijażem, dobiegającą trzydziestki. Klęczeć kiedy taka wypindrzona laska  stoi nad nią, to byłby już szczyt upokorzenia. Zerwała się na nogi. Kobieta podeszła ku niej dwa kroki, stawiając  ostrożnie stopy w czarnych  szpilkach, w trawie niskiej ale gęstej. Wyciągnęła rękę.
-Mariola Rakszas – przedstawiła się. – Ja panią znam, oglądałam pani ćwiczenia na wideo. Robi pani wielkie postępy.
Instruktor zdjął maskę odsłaniając twarz chyba po operacji plastycznej, tak była przeciętna i pozbawiona znaków szczególnych.
-Och pani prezes, to nieprawda – rzekł. – Ta nieszczęsna kobieta nadaje się może do programu „Chujowa pani domu”, ale nie do akcji. Ona nic nie umie.
-Moim zdaniem, umie bardzo wiele – odparła lodowatym tonem Mariola Rakszas.
-Tylko z pozoru, pani prezes – upierał się instruktor. – Tak naprawdę ona jest czułostkowa, romantyczna, seksowna, przyjazna, nie potrafi nikogo ukatrupić ani nawet solidnie, bez przepraszania w myślach, przylać komuś dechą z gwoździami w mordę. Ona jest miła, niby jakaś aksamitna przytulanka.
-Czy to prawda? – spytała Elżbietę Mariola Rakszas.
-Chętnie i bez przepraszania w myślach kopnę go w jaja – odparła z przekonaniem Elżbieta.
Cztery pozostałe kursantki odeszły od swych rur i stanęły wokół luźnym półokręgiem
-Spróbuj – uśmiechnął się krzywo instruktor. – Pospiesz się. Masz na to minutę, potem… Już wiem, rzucę tobą w pokrzywy.
Groźba była bezzasadna, musiałby ją przenieść ze sto metrów, dopiero tam rosło parzące zielsko. Ale wiedziała, że i bez tego drań może się boleśnie zemścić. Ponaglona w ten sposób czym prędzej zrzuciła z ramienia pasek futerału maski przeciwgazowej, założyła ręce za głowę cholera wie po co, może  by wyeksponować piersi. Były mokre, cienka bluzka nasiąkła tym czymś, co było na dnie rury.
-Hej, może jeszcze opuść spodnie oraz reformy, co? – zapiał falsetem rozbawiony instruktor. – Pardon pani prezes, tak mi się tylko powiedziało – ukłonił się fałszywie zmieszany, gapiąc się na odziane w czarne pończochy nogi Marioli Rakszas.
Elżbieta rzuciła się płaskim półobrotem nogami do przodu, upadając na prawe ramię. Jej złączone stopy trafiły mniej więcej tam, gdzie chciała.
Instruktor zawył, padł na glebę, zwinął się w kłębek i tarzał się, ciągle wyjąc. Jedne kursantki chichotały, inne wzdychały ze współczuciem.
-Niezły masz wykop, koleżanko – Rakszas westchnęła przeciągle.
-Taaak, właśnie się doigrałaśśś – stęknął instruktor gramoląc się spomiędzy rozgniecionych liści łopianu. – Chciałem cię chronić idiotko żebyś się czegoś wreszcie nauczyła zanim przejdziesz, ale skoro tak, to masz czegoś chciała.
-No i fajnie – odparła Elżbieta.
-Zabieram panią stąd – rzekła Mariola. – Proszę się wykąpać, przebrać, jedziemy do Warszawy.

Elżbieta wpadła do swego domu niby huragan. Niby huragan szalejący po pustyni. Nikogo nie było. Dopadła telefonu.
-Janek? Jestem w domu!
-Wsiadam w samochód i pędzę! – zabrzmiało ze słuchawki.
-Nie wiem, czy zdążysz. Wpadłam na chwilę, korzystając z okazji że zabrali mnie do Warszawy. Oni coś kombinują. Zgodnie z kontraktem mam jeszcze dwa miesiące szkolenia, ale oni coś kombinują. Nieważne. Gdzie Ania, pewnie z opiekunką na spacerze, ale gdzie jest gosposia?
-Musiałem ją zwolnić – padła odpowiedź ze słuchawki. – Twoja i moja mama donoszą nam obiady. Wygrzebaliśmy się, wszystko idzie dobrze mimo to wciąż oszczędzam, boję się szastać forsą. Zrezygnowałem nawet z najdroższego pakietu kablówki i wziąłem ten najtańszy. Czekaj. Już jestem w samochodzie. Jadę.
-Nie czekam. Dzwonię na komórkę do niani, pewnie jest w parku jak zwykle, powiem niech wraca z Anią w stronę domu, ja pobiegnę naprzeciw. Babcie wciąż na mnie wściekłe?
-Jak cholera.
Mama, teściowa, koleżanki z pracy, znajomi, cała rodzina wszyscy myśleli, że Elżbieta nareszcie zrobiła to o czym mówiła, gdy była rozgoryczona, zła i w depresji: rzuciła wszystko w diabły by zostać świecką misjonarką w Vanuatu, gdzie komórki nie mają zasięgu i skąd do domu jest niezmiernie daleko.
-Pa, wszystko będzie dobrze  – powiedziała do słuchawki.
Rozłączyła się, wykręciła numer komórki pani Marcysi opiekunki do dziecka. Kazała jej wracać. Wybiegła z domu i po chwili ujrzała panią Marcysię, truchcikiem pchającą wózek w jej stronę.

 

Oczywiście nie zamierzam wypisywać  wszystkich książek jakie przeczytałem w życiu, to nie miałoby sensu. Mam zamiar podawać tytuły wraz z krótkim komentarzem tych książek, które z najróżniejszych przyczyn zwróciły moją uwagę. O niektórych, tych najbardziej interesujących,  będę również pisał dłuższe recenzje.