Czterdzieści i cztery

Dostałem niedawno w prezencie książkę Krzysztofa Piskorskiego pod tytułem Czterdzieści i cztery. Tytuł nawiązuje oczywiście do sławnego mickiewiczowskiego „Krew jego dawne bohatery, a imię jego czterdzieści i cztery”. Oznacza też rok 1844, w którym toczy się akcja powieści. Ale jest to rok 1844 w świecie alternatywnym, w którym historia, nauka, technika, polityka wyglądają inaczej niż w rzeczywistości.

Nauka zamiast elektrycznością, zajęła się zjawiskiem czy może substancją, której autor nadał nazwę ether. Dzięki niemu można robić nie tylko rzeczy które umożliwia para i elektryczność, ale dużo, dużo więcej. Zwłaszcza, można podróżować między równoległymi wymiarami. Wygląda na to, że historia toczyła się w wykreowanym świecie w sposób zgodny z rzeczywistością mniej więcej do XVIII wieku. Potem autor pchnął historię na inne tory. Napoleon I i jego wrogowie  dysponowali etherową bronią. Napoleon nie przegrał, nie abdykował, sztucznie utrzymywany w stanie ni to życia, ni śmierci wciąż wegetuje w latach czterdziestych XIX wieku. Wszystko co powyżej, mieści się w konwencji SF. Ale główna bohaterka Elżbieta Żmijewska, oprócz tego że jest rewolucjonistką, to jest jeszcze kapłanką pogańskiego bożka Żmija, bez wątpienia istniejącego i działającego w przedstawionym świecie. Żmijewska potrafi wywoływać duchy, które na swój sposób biorą udział w walce. Oba te elementy wykraczają poza ramy SF, należą do fantasy.

Powieść należałoby więc zaliczyć do gatunku fantasy z powodu Żmija i duchów. Lecz natura Żmija nie jest do końca jasna. Może tak naprawdę nie jest to pogański bóg, lecz, na przykład, istota z równoległego wymiaru? To mogłoby się mieścić w konwencji SF. Gorzej wpisuje się w SF fakt, że bohaterka wywołuje duchy. Jednak nawet w całkiem realistycznych powieściach można niekiedy napotkać zjawiska metafizyczne, objawienia, elementy okultyzmu.

Powieść jest więc hybrydą SF i fantasy. Na ogół tego nie lubię. Ale tym razem przełknąłem to gładko i wcale mi to nie przeszkadza.

W świecie przedstawionym istnieje Polska lecz niesamodzielna, a dokładniej – wciąż istnieje Księstwo Warszawskie pod protektoratem Cesarstwa Francji, rządzone przez księcia Józefa Poniatowskiego. Jest w powieści walka o odbudowę Rzeczpospolitej i o pełną niepodległość. Jest wiele faktów i postaci historycznych bądź niemal historycznych – jak książę Józef, który nie zginął w nurtach Elstery pod Lipskiem. W tym świecie rewolucjoniści, towiańczycy, bonapartyści (zwolennicy na pół martwego Napoleona I), niepoprawni Polacy, wywiady, mroczne istoty i kto tam jeszcze, piętrzą niesamowite intrygi w których Eliza Żmijewska, kapłanka Żmija i uczestniczka Powstania (Listopadowego?), kumpela Emilii Plater, czuje się jak ryba w wodzie. Jak dla mnie, może troszkę za dużo tego wszystkiego, ale to są grymasy, bo w sumie – podobało mi się. Plusem opowieści, w moim odczuciu, jest ta domieszka sprawy polskiej ponieważ nawet w fantastycznym świecie łatwiej mi zidentyfikować się z ludźmi walczącymi o wolność Polski niż z największymi choćby bohaterami walczącymi o wolność Imperium Drenajów. Ponadto fantazja styl i erudycja autora są naprawdę imponujące. Jednym słowem, przeczytałem z przyjemnością.

Guzik polski część I

Jan Kowalski z wykształcenia był inżynierem mechanikiem. Po ojcu Andrzeju Kowalskim odziedziczył fabrykę guzików. Za czasów komuny był to warsztacik zatrudniający dziesięciu pracowników, ale za demokracji interes rozwinął się najpierw w fabrykę guzików i zamków błyskawicznych, a następnie, pod rządami młodego inżyniera Jana Kowalskiego, w koncern Guzik Polski.

Kowalski jakoś tak chyłkiem wślizgnął się przez na pół otwarte rozsuwane drzwi do salonu o powierzchni czterdziestu metrów kwadratowych. Bez zapału, wręcz z ociąganiem szedł ku swej żonie Elżbiecie, która siedząc na narożniku obitym beżową skórą, przeglądała miesięcznik „Glamour”.  Na kanapie było  tyle barwnych ozdobnych poduszek, że Jan z pewnym trudem wywalczył sobie miejsce obok żony, spychając poduchy do kąta.
-Cześć – Elżbieta na mgnienie oka oderwała wzrok od tekstu i przyjrzała się małżonkowi. Przyglądać mu się dłużej niż przez mgnienie nie miała potrzeby. Przecież znała go doskonale. – Jak tam, w porządku? – spytała raczej retorycznie, poprawiła ułożenie ciała, wyciągnęła nogi opierając je na pikowanym podnóżku podobnie jak narożnik obleczonym beżową skórą. – Na pewno tak – odpowiedziała sama sobie i powróciła do lektury.
Jan Kowalski zaczerpnął oddechu. Wzniósł oczy do nieba, a właściwie do sufitu ozdobionego sztukaterią.
-Został nam guzik i to bez pętelki – rzekł, czując się jak kamikadze pikujący na wrogi lotniskowiec . – Kryzys całkiem nas wykończył.
-Żartujesz kotku? – spytała Elżbieta, odkładając czasopismo na prosty błyszczący stolik ze szkła i chromu, fajnie kontrastujący z monumentalnym narożnikiem.
-Nie żartuję – odparł Jan.
Znała go na wylot więc poznała, że o żartach nie ma mowy. Połączyła w myślach wszystkie jego wcześniejsze napomknienia, delikatne sugestie że nie wszystko idzie tak jak trzeba, i zrozumiała, że podczas gdy ona zajmowała się dzieckiem, domem a nawet pracowała na ćwierć etatu aby nie spleśnieć w chałupie, kiedy się tak męczyła i starała, on wszystko stracił, zmarnotrawił i spieprzył.
-To oczywiście twoja wina! – powiedziała wściekle. – Ostrzegałam żeby nie przeinwestować ale ty mnie nie słuchasz, ciągle twoje na wierzchu, no to masz.
-Mamy – poprawił Jan. – Ty też jesteś bez grosza. – Odchrząknął. – Przyznaję, moja wina. Moja i tych cholernych banków, rządu który polski przemysł ma w dupie no i kryzysu. Ale stało się. Już nie możemy zatrudniać opiekunki do dziecka, gosposi, a najgorsze jest to, że musimy przeprowadzić się do mieszkania w bloku….
-No co ty – zachichotała Elżbieta. – Teraz rozumiem, jednak żartujesz. Ty nigdy nie spoważniejesz, nawet teraz musisz głupio żartować.
-Wcale nie żartuję, niestety. Komornik zajmie nasz dom.
-Mamy zamieszkać z biedakami? Tam nie ma basenu! Zrób coś.
-W zasadzie nic się nie da zrobić – odparł Jan z pewnym wahaniem.
-No przecież widzę, że coś masz na myśli – powiedziała Elżbieta. Przysunęła się do męża, położyła dłoń na jego udzie i wyżej przesunęła paluszki. Paluszki miała smukłe. – Ty zawsze w końcu coś wymyślisz.
Jan jeszcze wyżej przesunął jej dłoń i przyjrzał się żonie z upodobaniem. Ela miała trzydzieści trzy lata. Nie przypominała najmodniejszych młodych dziewczyn podobnych do makaronu – długich, cienkich, o kształcie rurki. Ela miała okrągłości tam gdzie trzeba, wcięcie w talii, może odrobinę, ale to odrobinkę tłuszczyku tu i ówdzie, miała piękne nogi – tylko idioci twierdzili że o  nieco zbyt pulchnych udach, ale takie właśnie najbardziej się Janowi podobały. Miała piękną buzię której ozdobą były lśniące, brązowe oczy, spoglądające na męża błagalnie, kusząco, z ufnością.
-W zasadzie jest coś – Jan odchrząknął, wyraźnie zakłopotany. – No wiesz, słyszało się czasem… o takich… Ja powinienem wziąć wszystko na klatę, niestety nie mam żadnych dalszych możliwości, zrobiłem już wszystko. Ale oni poszukują kobiet…
-Mówże wreszcie, w  czym rzecz? – popędziła go Elżbieta.
-Stowarzyszenie O, słyszałaś o nim – zmieszany, czerwony ze wstydu Jan umilkł na kilka sekund. – Wiem, że to ciężkie jak zły los i w ogóle, i nie ty powinnaś się poświęcać. Ja nie powinienem własnej żony w coś takiego pakować, ale… – znowu umilkł, a Elżbieta patrzyła na niego z niedowierzaniem. – Za takie pieniądze, że może uniknęlibyśmy bankructwa – dodał, opuszczając wzrok na wełniany designerski dywan, który też miał paść łupem komornika.
-Mówisz o tym stowarzyszeniu co to szepczą w towarzystwie? – upewniła się Elżbieta.
-Chyba o tym właśnie szepczą – wybąkał Jan. – A ja dostałem propozycję dla ciebie i umowę do podpisu. To hieny, które czyhają na takie okazje, kiedy normalna, uczciwa kobieta znajdzie się w opałach.
-Jak możesz, jak w ogóle możesz… – Ela zakrztusiła się złością.
-Ale nie musisz się rozwodzić chociaż jestem świnią – powiedział słabo Jan – Jak się nie zgodzisz, to nie. Ja tylko myślałem, że wtedy zostałaby fabryka i dom i Ania miałaby angielską opiekunkę, potem lekcje tenisa, konie, przyjaciół na poziomie a nie jakichś blokersów i… tak dalej. Ale to dla nas trudne. Ja wiem.
-Nie dla ciebie – parsknęła Elżbieta.
-Nie dla mnie – przyznał Jan ciesząc się w duchu, że Ela nie odeszła, nie dała mi w pysk, więc może… – Będziesz zabezpieczona na kilka sposobów – zdecydował się odezwać. – Tak zapewnili mnie w emailu.
-Zamknij się.
Elżbieta siedziała jak sparaliżowana. Ciśnienie na pewno jej wzrosło, a głowa – tak czuła – płonęła w ogniu. Bo oto jej najskrytsze fantazje mogły się spełnić. Do krainy tych porąbanych marzeń  nie wpuszczała nikogo. Nie sądziła aby kiedykolwiek mogły się ziścić, ponieważ byli normalnym, standardowym można rzec, małżeństwem z klasy wyższej, z jedną córką i drugim dzieckiem w planie. Jakieś wirtualne insekty zaczęły buszować po jej ciele łaskocząc i zachowując się jak rozpasana horda.  – „Jeśli powiem nie, nigdy się nie przekonam, nie dowiem  – pomyślała. – I co najgorsze, zbankrutujemy”.
-Zgadzam się dla dobra dziecka – powiedziała. – Zgadzam się dla dobra Ani, ty cholerny dupku!
-Dziękuję, wyciągasz nas z czarnej dziury w którą wlazłem – powiedział cichutko Jan. – W takim razie, musisz podpisać umowę. Twój kontrakt  potrwa względnie krótko i za jaką cenę, wyobraź sobie…
-Mam może być dumna, że jestem sprzedana za wysoką cenę?! Zamknij się lepiej. Zawsze kiedy ty nabałaganisz, spieprzysz i zawalisz, to ja muszę sprzątać!  A ile jestem warta?
-Czterysta tysięcy netto za szesnaście miesięcy.
-Tak mało?
-To wychodzi całkiem nieźle. Dwadzieścia pięć tysięcy netto miesięcznie plus zakwaterowanie i utrzymanie. Płatne z góry, a po zakończeniu jeszcze ewentualnie premia. To nas uratuje. Oni zatrudniają  tylko porządne, wykształcone  kobiety, jakieś tam laseczki bez matury nie mają u nich szans.
-Nie wiem, czy tak długo wytrzymam.
-Jeśli podpiszemy umowę, to lepiej wytrzymaj. Sama wiesz, że z pewnymi osobami i organizacjami lepiej nie zadzierać. Jeśli podpiszemy, musisz wytrzymać. Więc jak? Umowę mam w komputerze. Wysłali emailem.
Zaczerwieniona Ela, czująca się jak we śnie, machnęła ręką.
-Drukuj.
-Ale… – zająknął się Janek
-Drukuj, szkoda czasu.  Potem chodźmy.
-Gdzie?
-Do sypialni. Myślę, że powinnam się z tobą pożegnać.

W poniedziałek kwadrans po jedenastej, granatowy Mercedes państwa Kowalskich zatrzymał się przed bramą  Spółdzielni Pracy WYWÓZ. Siedząca na fotelu pasażera Elżbieta przytuliła się do swego męża.
-Och jej, nie ma się co tak przejmować, przecież nie odlatuję na Księżyc – powiedziała niby to lekkim tonem.
-Istotnie nie na Księżyc, tylko jeszcze dalej – mruknął Jan, obejmując żonę. – Może lepiej zrezygnuj.
-Pamiętaj, opiekuj się Anią. Przecież mam trzy tygodnie urlopu, przyjadę najszybciej, jak będę mogła. Przedtem zawiozą mnie na Vanuatu, żebym gładko kłamała.
Jan pocałował żonę w usta i trwali tak przytuleni do siebie nie dbając, że jakiś lump siedzący na ławce, zerka na nich. Wreszcie Elżbieta wyzwoliła się z objęć męża.
-Muszę iść, i tak jestem mocno spóźniona – rzekła.
Jan wysiadł, otwarł bagażnik, podał żonie plecak. Patrzył za nią, jak przekracza bramę i idzie przez plac.
Elżbieta ubrała się zgodnie z instrukcją otrzymaną emailem, skromnie, w sposób nie rzucający się w oczy, w niebieski T-shirt marki Princess, dżinsową spódniczkę i sandały. Za całą biżuterię miała srebrny łańcuszek na szyi i srebrną bransoletkę. Ale chyba popełniła w ubiorze jakiś błąd, bo zamiast przemknąć się przez plac w sposób nie rzucający się w oczy, zwróciła na siebie uwagę umysłowego w chałacie który gapił się na nią ukradkiem oraz dwóch kierowców którzy jako ludzie prości, gapili się otwarcie.
Jednopiętrowy biurowiec miał dwa wejścia, nad każdym tablice z nazwami firm wynajmujących pomieszczenia od spółdzielni. Przyjrzała się szyldom, następnie podeszła do umysłowego. Z bliska niezbyt przypominał urzędnika. Miał ledwie widoczną bliznę na policzku, szerokie bary i zimne spojrzenie niebieskich oczu.
-Przepraszam…
-Już dobrze, ale na przyszłość bądź punktualna – przerwał jej osobnik w chałacie. – Kowalska, co? Spóźniona, no nie? Pierwsze wejście, pierwsze piętro, pokój dwanaście.
W kadrach pracują najczęściej kobiety. Od reguły są wyjątki, kadrowym w spółdzielni był Marian Walbinowski – tak głosiła tabliczka przymocowana do drzwi pokoju. Okazało się iż to nie jakiś wypłosz, tylko starszy gość wyglądający na  przebranego oficera. Podniósł się  szarmancko z obrotowego fotela gdy Elżbieta otwarła drzwi. Poprosił, by usiadła na krześle stojącym obok półkolistej dostawki do biurka. Założyła nogę na nogę w stylu Sharon Stone z Nagiego Instynktu.
-Witam na pokładzie – rzekł Walbinowski. – Po prawdzie u nas panuje taka dziwna sytuacja, że kiedy okręt wypływa nareszcie z portu na szerokie wody, my mężczyźni schodzimy z pokładu, a płyną kobiety. Mogła pani poczytać o tym w materiałach, któreśmy podesłali.
-Jest to pewien plus całej sytuacji, że facetów będę miała z głowy – odparła Elżbieta. –  Wiedziałam o tym od dawna, bez czytania waszych materiałów. Ale zastanawiałam się kiedyś z przyjaciółkami, co znaczy to coś okrągłego na końcu waszej, a właściwie teraz naszej, nazwy. Bo różnie mówią: Stowarzyszenie Zero, Stowarzyszenie Obłąkanych, Stowarzyszenie z Kółkiem Na Końcu lub Stowarzyszenie z Kółkiem Na Czole, Stowarzyszenie Duże „o”, Stowarzyszenie Z Czymś Okrągłym i tak dalej. Nikt nie wie, co to jest to okrągłe, czy to oznacza literę „o” czy cyfrę zero czy jeszcze co innego?
-Znaczy raz to, raz tamto – odparł enigmatycznie Walbinowski. – Cieszę się, że choć ten drobiazg pozostał sekretem. Ale czym się Stowarzyszenie zajmuje, oczywiście wszyscy wiedzą, choć to największa tajemnica III RP?
-Oczywiście wszyscy wiedzą, choć niedokładnie  – przyznała Elżbieta. – Opowiedzieć panu, co się mówi? To proszę bardzo. Mówi się, że jedno przejście do Równoległego Uniwersum jest na dnie Rowu Mariańskiego więc całkiem niedostępne, natomiast drugie jest u nas, na Łysej Górze. Ponieważ rząd nie może z niego korzystać ani w ogóle nic zrobić w sprawie RU bez zgody stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, więc w największej tajemnicy założył niby to nielegalne Stowarzyszenie, które niby to potajemnie handluje z RU. Wysyła tam kobiety, ponieważ mężczyźni nie mogą przeniknąć bariery między światami. Ja nie wiem, dlaczego? – Elżbieta spojrzała pytająco.
-My dlatego nie możemy prześliznąć się przez BMS, ponieważ mamy za dużą i za ciężką AM, czyli Aurę Malinowskiego, a Malinowski to jest właśnie ten profesor, który odkrył AM – wyjaśnił Walbinowski. – Czy to już wszystko, co pani o nas wie?
-Jeszcze to, że Stowarzyszenie przemyca stamtąd dziwne narkotyki zwłaszcza J23, suszony krzeszmień który jest rzekomo panaceum na sto dolegliwości, tresowane pinguiny i to chyba wszystko? Mnie osobiście  wydaje się nieprawdopodobne aby rząd potajemnie bawił się w handel takim badziewiem. W tym musi chodzić o coś więcej, no nie? Wyznam, iż kiedyś spróbowałam J23. Co za świństwo! Przez tydzień miałam biegunkę i migrenę! To chyba jest mieszanina gówna nietoperzy z gliną.
-Niemal pani trafiła – rzekł Walbinowski. – Jest w tej mieszance półtora procent amfy, trzy procent stanowi mielony groch, dwa procent okruchy wyschniętej plasteliny, reszta to mąka krupczatka.
Elżbieta potrząsnęła głową
-Fuj, co za świństwo – powiedziała ze śmiechem.
-Istotnie skład tego specyfiku jest dość zabawny – przyznał Walbinowski bez cienia wesołości. – Natomiast reszta spraw jest śmiertelnie poważna. Panie zaczynają karierę przenosząc  ceniony w RU bursztyn, kupując czego nam trzeba i wracając z towarem. Tak przedstawiamy działalność naszych agentek ich partnerom życiowym. Z zasady nie wspominamy, że gdy agentka nabierze doświadczenia, przechodzi do mniej bezpiecznych zadań. Ale ciekaw jestem, co się o tym mówi na mieście?
-Na ogół mówi się, że dziewczyny bardzo często organizują dla siebie dzień czy dwa wczasów nad jeziorem, oceanem czy tam gdzieś. Podobno są i takie, które lubią zaszaleć w RU. Tam nie ma chorób wenerycznych i z tamtejszymi facetami w ciążę zajść nie możemy. Istne wakacje w tropikach. Czasami trzeba postrzelać do tubylców pociskami usypiającymi gdy zbyt nachalnie żebrzą podczas zakupów, wycieczek do nocnych lokali, do starych ruin, czy tam gdzieś. Ale są i mroczniejsze opowieści.
-Ja bym stawiał na te mroczniejsze – rzekł Walbinowski. – Wszystkiego dowie się pani podczas szkolenia, które rozpocznie się jutro, w bazie OS1. Wiem, że kiedy pracowała pani w dziale zaopatrzenia koncernu Guzik Polski, jeździła pani samochodem dostawczym, był to bodajże Peugeot Boxer?
-Jest pan doskonale poinformowany.
-Istotnie, jestem – uśmiechnął się Walbinowski. – Wiem nawet, że właśnie w tej pracy poznała pani swego przyszłego męża.
-Taka historia o księciu i Kopciuszku. Tylko, że ja nie uciekałam o północy, więc nie musiał mnie szukać po całym królestwie.
-Istotnie, sprawa nabrała wtedy ostrego tempa – przyznał Walbinowski, wyjmując plik papierów z szuflady. – Teraz poproszę o pani podpisy. Na oświadczeniu o zachowaniu tajemnicy pod karą, proszę je najpierw uważnie przeczytać, bo to nie są puste słowa.
Elżbieta przeczytała i choć wiedziała już z dostarczonych tydzień temu przez kuriera materiałów co tam znajdzie, poczuła zimny dreszcz przebiegający po plecach, gdy odczytała słowa „pod karą śmierci”. Walbinowski odebrał od niej podpisany dokument który kojarzył się Elżbiecie ze słowem „cyrograf”, i podsunął jej do podpisu następny.
-Jest to przykrywka konieczna aby była pani jakoś umocowana podczas szkolenia – rzekł. – Umowa o pracę w Spółdzielni WYWÓZ, w charakterze kierowcy. Na placu czeka Peugeot Boxer, załadowany nasionami i sprzętem. Ośrodek Doświadczalny Instytutu Ochrony Roślin zlecił Spółdzielni WYWÓZ przewiezienie tego wszystkiego do siedziby instytutu w Borach Tucholskich. Zawiezie im to pani.
Elżbieta skrzywiła się, uniosła prawą brew i spojrzała pytająco.
-Mam wozić jakieś nasiona i motyki do borów czy tam gdzieś? – spytała.
-Baza OS1 jest zakamuflowana jako Ośrodek Doświadczalny Instytutu Ochrony Roślin – wyjaśnił Walbinowski. – Spodoba się tam pani. Położona jest nad jeziorem, można popływać, jest sala gimnastyczna, sauna, siłownia, kort no i, rozmaite tory przeszkód. Spółdzielnia oddelegowuje tam panią wraz z pojazdem, do dyspozycji Ośrodka. Dowód rejestracyjny, potwierdzenie ubezpieczenia, kartę drogową, kluczyki odbierze pani na parterze, u dyspozytora. W schowku pod deską rozdzielczą jest telefon komórkowy. Łączy tylko z numerem alarmowym, wystarczy nacisnąć dowolny przycisk. Proszę korzystać bez wahania w razie jakiegoś niebezpieczeństwa czy choćby tylko podejrzenia. Swoją komórkę proszę mi oddać – Walbinowski wyciągnął rękę. – Odbierze ją pani z depozytu za szesnaście miesięcy.

Zarządcą bazy OS1 był potężnie zbudowany, łysy pan Ryszard w wieku około pięćdziesięciu lat. Siedział w fotelu za ogromnym biurkiem, przed którym stała Elżbieta. Przyjrzał się jej, następnie rzekł:
-Zatrudniła cię firma, ale praktycznie to ja jestem twoim panem i właścicielem. Ponieważ jakimś cudem aż dotąd, czyli do czterdziestej wiosny, dałaś radę nie być dziwką, to być może masz jakąś godność, co?
-Jak śmiesz, ty… – zszokowana Ela szukała dostatecznie obelżywego słowa. – Ty stary pierniku! – powiedziała dobitnie.
Pan Ryszard roześmiał się.
-Nie wiesz mała, w co się wpakowałaś. Pierwsze co wybijemy ci z głowy, to godność. Będziesz szczała i srała na oczach wszystkich, kąpała się nago z setką chłopaków, czołgała się w błocie, lizała buty jeśli ci każą, a jeśli trzeba, to właśnie zostaniesz kurwą. Potem wybijemy ci z głowy strach, litość, nauczymy bezrefleksyjnie wykonywać rozkazy. Następnie poskładamy cię na nowo. Najpierw nauczymy cię godności, potem wbijemy do głowy, że kontrolowany strach jest podstawą sukcesu, następnie nauczymy cię analizować rozkazy, wydobywać ich cel i realizować go według własnej woli. Zrozumiano?
-Może tak, może nie.
-Odpowiada się: TAK JEST PANIE KOMENDANCIE! Stań na baczność
i powtórz.
Elżbieta spojrzała drwiąco.
-Nie zmuszaj mnie, bym wyegzekwował posłuszeństwo represjami. Pomyśl o tym, że jesteś uczciwą osobą która dobrowolnie podpisała kontrakt, więc masz obowiązek się z niego wywiązać.
Drwiący uśmieszek spełzł z twarzy Elżbiety. Czując zamęt w głowie,  rozważała słowa pana Ryszarda. Wreszcie, świadoma absurdalności takiego zachowania, stanęła w sposób który uznała za zbliżony do postawy zasadniczej i wrzasnęła:
-TAK JEST PANIE KOMENDANCIE!
-Tak jak to masz zapisane w umowie, po czteromiesięcznym szkoleniu przerzucimy cię do RU – zabrzmiał głos komendanta. – Słyszysz mnie, mała? Widzę, że nie bardzo kojarzysz. Widzę, że na  razie masz dosyć, więc: ODMASZEROWAĆ! Idź się wykąp i prześpij w swojej kwaterze.
-To znaczy, gdzie? – spytała Elżbieta.
-Odmaszerować! – ryknął pan Ryszard. – Nie pytać!
Elżbieta podniosła swój plecak i wyszła, wzruszając ramionami. Na dworze było już ciemno, mimo to kwaterę odnalazła bez trudu, ponieważ baza składała się ledwie z czterech budynków, z których jeden oznaczony był dużym napisem: Kwatery kursantek. Gdy weszła do środka, automatycznie zapaliły się lampy oświetlając szeroki korytarz ze stołem do ping ponga, bilardem, palmą, kilkoma fotelami i ogromnym telewizorem na  ścianie. Korytarz miał z każdej strony po pięć drzwi, na których przymocowano tabliczki z nazwiskami lokatorek.
Otworzyła drzwi swego pokoju. Klucz tkwił w zamku od wewnątrz. Zapaliła światło. Plecak zsunięty z ramion upadł gdzieś tam na podłogę, sandały ściągnęła na siłę bez rozpinania pasków. Położyła się na tapczanie nie rozścielając pościeli i właśnie miała zasnąć, gdy ktoś zapukał. Mamrocząc pod nosem przekleństwa, otworzyła.  Za drzwiami stała blondynka o ciepłym uśmiechu i długich nogach. Sądząc z wyglądu dobiegała trzydziestki, była w wieku kiedy zdaniem wielu mężczyzn kobiety są najpiękniejsze. Zdaniem mężczyzn do których Elżbieta przecież się nie zaliczała, więc momentalnie odkryła u tamtej mankamenty urody. Przede wszystkim, za chuda. Po drugie, nijaka. Po trzecie, gdy się dobrze przyjrzeć to być może szczękę ma odrobinę za dużą. Po czwarte… – no cóż, po czwarte na razie nic nie znalazła.
-Agnieszka – przedstawiła się nieznajoma. – Zapraszamy, urządziłyśmy nieformalny wieczorek zapoznawczy w moim pokoju. Zabierz krzesło, u mnie już nie ma na czym usiąść. Acha, i najważniejsze: zabierz szklankę.
Co było robić, integracja z zespołem to ważna rzecz.
-Ela – zaszczebiotała Kowalska, tłumiąc ziewanie i klnąc w duchu. – Fajnie, żeście o mnie pomyślały. Już idę, kochana.