Guzik polski część VII

Z powodu permanentnego kryzysu w strefie unitarnej waluty, który znacznie ograniczył zakupy nowych samochodów, z powodu częstych walk między klanami, zamachów różnych terrorystów, strzelanin urządzanych przez znarkotyzowanych szaleńców, postrzelana furgonetka która sycząc, dudniąc, łomocąc pełzła przez miasto, aż tak bardzo nie wyróżniała się spośród ogółu samochodów. Bez przeszkód wytoczyły się z centrum. Przecięły niebezpieczne przedmieścia, przebyły ziemię niczyją pomiędzy przedmieściami a zamiejskimi osiedlami domków jednorodzinnych. Zapadła noc, przed domkami zaświeciły latarnie. Na granatowym niebie gwiazdy lśniły zimnymi ognikami. Ale one nie miały głowy ni nastroju na zadumę i zachwycanie się wspaniałym widokiem obcych gwiazdozbiorów. Gabriela z Mańką rozważały, jak doszło do strzelaniny. Za najbardziej prawdopodobny – i jednocześnie najbardziej optymistyczny – uznały taki scenariusz, że ruskie diewoczki już wcześniej namierzyły furgonetkę, porobiły jej zdjęcia tak, że nic nie pomogła zmiana numerów rejestracyjnych. Żeby uniknąć takich sytuacji, co pewien czas należało zmieniać samochody. Ale samotna Gabriela nie miała na to czasu, no i, zemściło się. Ruski patrol wypatrzył auto. Tragiczna wersja była taka, że namierzono bazę za miastem i śledzono wyjeżdżający z niej samochód. To byłaby katastrofa, zwłaszcza, że już stracono w Radogoszczy aż pięć mieszkań.
Wypatrywały, czy nie są śledzone. Na szczęście ruch był minimalny więc łatwo stwierdziły, że nikt za nimi nie jedzie.
Kilkaset metrów przed bramą wjazdową do bazy, droga przecinała zagajnik. Mańka zjechała z asfaltowej szosy na polną drogę i zaparkowała busa.
-Fruzia, pamiętasz jak się strzela? – spytała Gabriela.
-Pewnie, że tak – odparła dziewczyna. Wyjęła z torebki malutkiego buldoga. – O, tu odbezpieczamy, pociągamy za spust i trrach!
-Co robimy z Dużym? – spytała Mańka.
-Jest naćpany, nie może zostać sam – zdecydowała Gabriela. – Duży, wyłaź z samochodu. Idziesz z nami.
-Kobiety mną rządzą – jęknął Duży. – Najpierw jedna laska zwabiła mnie w Góry Świętokrzyskie przy pomocy serka Almette, następnie druga zahipnotyzowawszy mnie falistymi ruchami swych bioder zwabiła do busa gdzie niemal padłem ofiarą, teraz kolejna wygania mnie do lasu w noc i mgłę, gdzie na pewno panuje wilgoć i opadła rosa, a ja jestem słabego zdrowia.
Gabriela z Mańką, czasami kłócąc się ze sobą, odnalazły wreszcie właściwy krzak.
-Duży, podnieś – poprosiła Gabriela.
Duży złapał krzaczek w potężne łapska, nadął się, napiął i stękając z wysiłku, wyrwał roślinę z korzeniami.
-Proszę, królowo – wręczył badyl Gabrieli. – Od dzisiaj jestem twym rycerzem Wyrwikrzakiem.
Minęło jeszcze pół godziny, zanim odnalazły właściwe miejsce. Było tam wejście do tunelu zamaskowane w ten sposób, że jego pokrywę stanowiła donica z rosnącym w niej krzaczkiem. Tunel prowadził za mur bazy, jego wyjście znajdowało się w szopie z narzędziami.
Wyszły z szopy, ściskając broń w dłoniach.
-Duży, ciszej, nie tup tak – mruknęła Gabriela.
Sprawdziły garaż – nie czaił się w nim żaden wróg, Adler i Mazur stały na swych miejscach, nikt ich nie skradł ani nie uszkodził. Tylnym wejściem, od ogrodu, weszły do głównego budynku.  Składał się on z podziemi, rozległego parteru i mniejszego piętra. Część dachu parteru wykorzystano na taras.
-Duży, weź wazon, stań za rogiem przy schodach z piwnicy – rzekła Gabriela. – Gdyby ktoś stamtąd wyłaził, to go w łeb wazonem. Zrozumiałeś?
-Zrozumiałem, królowo. Wazonem w łeb.
-Dobrze. Fruzia, ze mną na górę, sprawdzimy pokoje. Mańka z Elżbietą, sprawdzacie parter.
Na parterze oprócz hallu z recepcją, było dziewięć dużych pomieszczeń. Sprawdzały je po kolei. Siłownia, a w niej bieżnia elektryczna, rowerek, atlas, ławki, sztangi i hantle. Niewielka sala gimnastyczna z równoważnią, odskocznią, kozłem, koniem i skrzynią gimnastyczną, z drabinkami przy ścianie. Duże pomieszczenie z drewnianą kabiną kilkuosobowej sauny, mini basenem i wytwornicą lodu. Jadalnia, a w niej dziesięć stolików. Kuchnia. Biuro, gdzie połowę jednej ściany zajmowało wielkie stalowe szafiszcze, połowę drugiej szafy na akta, na wprost drzwi stało biurko z komputerem, na lewo kasa pancerna, na prawo stolik i trzy krzesła. Magazynek na miotły i środki chemiczne. Biblioteka, której okna wychodziły na podjazd z drugiej strony budynku. Oprócz regałów z książkami w bibliotece znajdowały się trzy biurka. Na jednym z nich stał zestaw komputerowy. Wszędzie spokój, żadnych śladów działalności jakichś obcych.
Uspokojone wyszły z biblioteki do hallu. Duży siedział tam w fotelu pod palmą.
-Duży, dlaczego nie pilnujesz schodów do piwnicy? – spytała ostro Mańka.
-Dlatego, moja księżniczko o ile dobrze rozpoznałem hierarchię tego stada, a nie było to dla mnie proste zadanie gdyż umysł mam przyćmiony prochami co jednak jest konieczne abym zniósł i przecierpiał przygniatającą szarzyznę oraz skurwienie świata, wszelako może to nie jest już ten świat tylko jak wspomniałaś tamten świat, co wszelako budzi pytanie, kim wy jesteście? Wyczuwam w was tyle samo anioła co i diabła, ale już nic więcej nie będę mówił na ten temat, tylko powiem krótko…
-Duży, przestań.
-Toż przestaję właśnie i mówię krótko: Królowa Gabriela z Fruzią zstąpiły do podziemi, przy czym Gabriela stanowczo zabroniła, abym bił je po głowie wazonem, gdy będą wychodziły.
Istotnie, po około kwadransie obie panie wynurzyły się z podziemia i wszyscy wyszli przed front budynku, odetchnąć świeżym powietrzem i ochłonąć. Gabriela zapaliła dwie latarnie na słupach po bokach wejścia.
-Idę po samochód – zgłosiła się Mańka, grzebiąc i macając po kieszeniach za kluczykami.
Gabriela wyjęła z torebki pilota od bramy i podała go Elżbiecie.
-Idźcie obie – powiedziała. – Po drodze sprawdźcie stróżówkę. Ja idę wypuścić nocnego amstafa, więc przymknijcie za sobą bramę, żeby nie uciekł. Po wszystkim kiedy już wjedziecie, zostawcie pilota w stróżówce na stole z monitorami. Od tej pory nie wolno wynosić go za bramę no chyba, że wszystkie wyjeżdżamy, bo wtedy nie będzie miał kto od środka otworzyć.
-To jak będziemy wjeżdżać? – zdziwiła się Mańka.
-Trzeba będzie zadzwonić z zewnętrznego aparatu, podłączę go do wszystkich telefonów w budynku. Kiedy zagrają „Śpiew złotej rybki” należy podejść, sprawdzić na monitorach kto dzwoni i albo otworzyć, albo przywalić z bazooki, która będzie pod stołem w stróżówce.
Mańka z Elżbietą wykonały wszystko jak trzeba, a kiedy Mańka podprowadziła auto pod budynek, zobaczyły Dużego jak coś opowiada gestykulując łapskami, Gabrielę w odpowiedzi kręcącą głową z uśmiechem i Fruzię, jak chichocze oparta o latarnię.
-Eufrozyna wygląda jak taka lepsza spod latarni – rzekła Mańka ze złością. – Co ona się tak mizdrzy?
Zahamowała, wtedy Gabriela z Fruzią podbiegły, Duży zaś przyczłapał do samochodu. Dziewczyny wciąż nakręcone adrenaliną gadały jedna przez drugą.  Oglądały  przestrzeliny. Dziwiły się, że nikt nie zginął.
Z klombu otoczonego z obu stron przez jezdnie wiodące od bramy pod dom, przyglądał się im wielki, posępny posąg Światowida.
Mańka ucięła długi, cieniutki badyl z kępy ogrodowych bambusów. Włożyła go w jedną z przestrzelin.
-Spójrz, Duży – powiedziała. – Kula szła mniej więcej jak ten bambus, czyli tuż koło mojej głowy. Gdybym się wtedy ruszyła…
-Coś się tak podjarała tym potencjalnie jedynie zaszłym faktem? – zdziwił się Duży. – Przecież sama mówiłaś, że aktualnie znajdujemy się na tamtym świecie, z czym ja ogólnie, po przemyśleniu, się zgadzam. Ten wielki co się na nas gapi z klombu, bardzo do tego mi pasuje. Dotychczas sądziłem, że jak już ktoś znalazł się w zaświatach, to drugi raz zginąć nie może, i tego mam zamiar się trzymać. Zastanawiam się jednakże nad kwestią taką mianowicie, która to część zaświatów. Czy ty dajmy na to, jesteś aniołem czy diablicą?  Tradycyjne bowiem znaki rozpoznawcze okazały się diabła… tfu, znaczy się niewiele warte, gdyż ty przykładowo nie masz ani rogów, ani skrzydeł.
-Och Duży, ty żartujesz, czy na serio tak pleciesz?
-Ba, żebym to ja wiedział – odparł Duży.
Objął Mańkę, przytulił, przejechał wielkim łapskiem od jej łopatek, do pośladka.
-Co robisz? – pisnęła dziewczyna.
-Sprawdzam, czy nie masz tych cholernych skrzydeł.
Gabriela zarządziła nocne dwugodzinne dyżury. Najpierw Fruzia, potem Mańka, Elżbieta, wreszcie nad ranem w tej szczególnie niebezpiecznej porze, Gabriela.
Wściekły terkot budzika za wcześnie wyrwał Elżbietę ze snu. Macając na oślep z zamkniętymi oczami ubrała się, do kieszeni bojówek na udzie wsunęła pistolet Łucznik P101. Trzymając się poręczy zsunęła się po schodach, jak lunatyczka poszła do recepcji, gdzie spotkała Mańkę.
-Uaa? – spytała, trąc oczy.
-W porządku – odparła Mańka. – Spokój. Pod drzewami w ogrodzie latają owocożerne nietoperze…
-A fuj!
-Właśnie. Na  piętrze Duży chrapie jak, jak nie wiem co. Pewnie słyszałaś? Poza tym, cisza.
-Mmhm – odparła niewyraźnie Elżbieta. Wzięła ze stolika dzbanek z resztką wystygłej kawy i wypiła duszkiem. – O rany, obchód zacznę chyba od ogrodu, może świeże powietrze mnie ocuci.
Powietrze było zimne i pachnące. Ocuciło ją znakomicie. Przeszła wzdłuż ogrodzenia, zajrzała pomiędzy krzaki, wreszcie przystanęła na skraju sadu, oparta o pień jabłoni. Gwiazdy zdawały jej się zawieszone bardzo nisko, a niebo głębokie jak wieczność. Rozpoznała kilka gwiazdozbiorów o których zdążono ją nauczyć: Lirę, Żółwia, Ogary. Majestatyczny widok  granatowej otchłani i płonących w niej niebiańskich ogni, skłonił umysł Elżbiety do niespiesznego błądzenia po  metafizycznym oceanie od jednego ważkiego tematu, do następnego. Rozmyślając o Bogu oraz sensie istnienia prędko stwierdziła, że ani na pierwszy ani na drugi temat nie jest w stanie nic sensownego wymyślić, więc szkoda czasu na jałowe dumania. Lepiej przyjąć to co mądrzejsi już wymyślili, chociaż, prawdę mówiąc, oni też w tych tematach byli ciemni jak tabaka w rogu. Nieco więcej dało się powiedzieć o budowie Wszechświata, chociaż i tu walczyły ze sobą sprzeczne poglądy dzielące się na dwie grupy: osiowych geocentryków do których i Elżbieta należała oraz anty geocentryków. Osiowcy twierdzili podpierając się naukowymi dowodami, że Wszechświat jest jednością, obraca się wokół osi której panewkami są położone na peryferiach  Ziemia Jeden oraz Ziemia Dwa. Oczywiście numeracja jest dowolna, zależy od punktu widzenia i nie ma żadnego znaczenia. Dlatego właśnie, sunąc wzdłuż osi, można przedostać się z Ziemi Jeden do Ziemi Dwa, a w żaden inny punkt Wszechświata tym sposobem dotrzeć niepodobna. Teoria osiowa budziła zajadły opór wielu środowisk. Kiedy bowiem dawno temu stwierdzono, że Ziemia nie jest niczym wyróżniona, leży na peryferiach jednej z peryferyjnych galaktyk peryferyjnej Lokalnej Grupy, środowiska te były zadowolone i nie życzyły sobie żadnych zmian w tym temacie. A tymczasem, zgodnie z teorią osi, peryferyjne położenie Ziemi okazywało się wcale nie przypadkowe lecz znaczące, i to bardzo.  Wszechświat wprawdzie wokół Ziemi nie krążył, ale mało do tego brakowało bo krążył wokół osi dla której Ziemia była panewką stabilizującą ruch. Anty egocentrycy stanowczo się z tym wszystkim nie zgadzali. Twierdzili podpierając się naukowymi dowodami, że Wszechświat dzieli się na dwie połowy przedzielone Barierą Między Światami, połączone niezliczoną ilością przejść, z których jednym było połączenie Ziemi Jeden z Ziemią Dwa.
Rozważywszy to wszystko, Elżbieta poczuła głód  więc weszła do budynku i zamierzała wejść do kuchni, gdy posłyszała głosy dobiegające z piętra. Ujęła pistolet w obie dłonie, zaczęła cichutko skradać się po schodach. Wyjrzała z za węgła – ujrzała na korytarzu Mańkę i Dużego. Stali w odległości kilku metrów od niej, przed  drzwiami pokoju chłopaka. Duży odziany był jeno w bokserki. Od czasu do czasu, w nieregularnych odstępach, dało się słyszeć soczyste sslap, gdy Mańka lizała go po owłosionej klacie.
-Ja, młoda wrażliwa istota, z trudem odnajduję się w brutalnej rzeczywistości, w polskich realiach – mówił Duży. – Niszczy mnie szara rzeczywistość, przez szarą rzeczywistość psychicznie wyniszczona jestem i przez system. Mam jednak taką  świadomość, że nie chcę się  temu poddawać bez walki, nie chcę wpaść w beznadziejny wir wydarzeń. Ale jedyną rzeczą, której tak naprawdę pragnę, jest miłość.
Mańka wypluła coś, pewnie włos z klaty Dużego.
-Brawo, brawo moje złotko, piękna przemowa – rzekła. – Jestem pod wrażeniem.
-Wpadniesz jutro wieczorem? – spytał Duży.
-Nie da rady, złotko. Gabriela każdego wykorzysta, tak już ma. Żeby z ciebie był pożytek musisz znać wielecki, więc, jak ją znam, od jutra czeka cię nauka, nawet przez sen.
-Nawet przez sen? – jęknął Duży.
-Zwłaszcza przez sen. Hipnopedia jest bardzo wydajna. Przez trzy, cztery noce musisz być grzeczna. Potem, myślę, na jakąś godzinkę będzie można odpiąć kabelek. Teraz czas na mnie. Pa.
Duży zniknął w swym pokoju. Mańka odwróciła się i stanęła oko w oko z Elżbietą. Uśmiechnęła się.
-Aktualnie jest Barbarą Majakowską – rzekła.
-To chyba nic z tego nie było?
-Przeciwnie – Mańka uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Ujawniło się właśnie, że Barbara Majakowska jest lesbijką.
Mańka wyraźnie zadowolona poszła do swej sypialni, a Elżbieta kręcąc głową i wzdychając, zeszła na dół, do kuchni gdzie spotkała Fruzię. Dziewczyna nalewała sobie do szklanki jakieś kolorowe pijadło z plastikowej butli.
-Pić mi się chce – wyjaśniła na wypadek, gdyby Elżbieta miała jakieś wątpliwości. – Spać nie mogę z powodu Omiliana Kunderleka. Ledwie się zdrzemnę już mi się śni, że zakuwa mnie w kajdanki. Wstyd, upokorzenie, strach  przyspieszają mi tętno aż się budzę i nic się nie zmienia, czuję to samo, tylko na jawie.  Czuję się zeszmaconą suką i będę się tak czuła do czasu, aż nie oberżnę mu jaj. Pomożesz mi?
-W samej czynności obrzynania za żadne skarby ci nie pomogę – powiedziała Elżbieta otrząsając się na wyobrażenie egzekucji. – Ale w schwytaniu delikwenta pomogę ci, oczywiście wtedy, gdy Gabriela uzna że na to czas.

****

To już ostatni fragment Guzika polskiego. Jest to mniej więcej jedna trzecia całości. Reszty tutaj nie ujawnię  dlatego, że zamierzam tę powieść wydać więc nie mogę jej „spalić” ujawniając przed czasem wszystko. Jak wydać – oto jest pytanie. Do profesjonalnych wydawnictw nawet nie ma co startować, oni mają swoje układy poza które nie wyjdą, to oczywiste. No, może gdyby dostali w ręce jakieś powalające dzieło autora formatu Stanisława Lema – to też nie wiadomo. A przecież ja aż tak dobry nie jestem, trochę mi do Stanisława Lema brakuje. Za własne pieniądze w wydawnictwie typu self publishing – szkoda kasy. Drogo i promocja słaba. Sprawdzałem, książek takich wydawnictw w księgarniach raczej nie widać. No to pozostaje tylko jedno wyjście – założyć własne wydawnictwo… Ja wiem, że to szaleństwo zwłaszcza jak pieniędzy mało, ale, chyba, jednak, mimo wszystko, gdzieś tak pod koniec roku spróbuję. Co mi zależy, pieniędzy mam na ten cel niewiele, więc i niewiele stracę.

Guzik polski część VI

Elżbieta zajęła stanowisko w poszyciu lasu na wprost wjazdu do siedziby Gęstej Sieci. Ubrana była w bluzkę, lekki sweterek, zieloną kurtkę w stylu militarnym, dżinsy typu rurki  które z nienawiścią nazywała dupościskami, ponieważ bardzo ich nie lubiła. Ale cóż, taka moda. Jednym słowem, ubrana była jak wiele młodych, pracujących kobiet od których różniło ją to, że była uzbrojona w pistolet i nóż przypięte do paska, niewidoczne pod kurtką. W torebce miała kanapki, oranżadę, papier toaletowy, kosmetyczkę oraz  walkie talkie model T40 i na wszelki wypadek nieco plastiku ze spłonką. Gdyby zobaczyła kogoś samotnego, wychodzącego lub wyjeżdżającego przez bramę, miała dać znać koleżankom czekającym w furgonetce zaparkowanej na tej ścieżce którą w zeszłym tygodniu biegły nad rzekę, gdy uciekły z niewoli. Gabriela, Mańka i Fruzia miały delikwentowi zajechać drogę, potraktować go gazem paraliżującym, związać, zapakować do furgonetki którą powiozą go na odległe, południowe przedmieścia Radogoszczy, gdzie Gabriela wynajmowała swoje drugie mieszkanie – spory dom w dużym ogrodzie. I z dużą piwnicą w której delikwent będzie dojrzewał kilka dni, a kiedy ze strachu już niemal oszaleje, da mu się pismo do naczelnika klanu Gęstej Sieci z propozycją negocjacji, wywiezie gdzieś do centrum i zostawi na ulicy, ewentualnie kopnąwszy go wcześniej w tyłek. Klan Gęsta Sieć był mały oraz powszechnie znany z nieudolności, którą potwierdzała ich ucieczka  z licytacji. Pewnie dlatego ani Rosjanie, ani Amerykanie go nie wynajęli. Elżbieta z dumą pomyślała, że to ona odkryła ten fakt. Mianowicie brodacz reklamował ją jako kobietę z Odwróconego Świata, a mimo to nie wydał jej w łapy GRU albo CIA, tylko chciał sprzedać jako seks niewolnicę, wykorzystując walory jej ciała a całkowicie pomijając walory polityczne. Gęsta sieć była do wzięcia, ale dla zainicjowania negocjacji potrzebny był łącznik. Niestety, przez trzy dni z bramy wyjeżdżały jedynie furgonetki z przyciemnionymi szybami, w których mogło siedzieć nawet dziesięciu zbirów. Ten dzień również skończył się niczym. Na jakąś godzinę przed zmierzchem Elżbieta poczuła, że dłużej nie wytrzyma. Odrętwiała i do ostateczności wynudzona, opuściła swe stanowisko i przeszła lasem około ćwierć kilometra do furgonetki. Miała pewne obawy czy Gabriela jej nie opieprzy za to, że nie wytrzymała jeszcze tej godzinki, lecz nie, Gabi bez słowa uruchomiła silnik.
Elżbieta gapiła się przez okno samochodu przeciskającego się zatłoczonymi uliczkami centrum Radogoszczy na jej przeciwległy kraniec, do tego domu z ogrodem, gdzie teraz mieszkały. Nagle coś wzbudziło jej uwagę.
-Stój, zjedź na chodnik – poprosiła Gabrielę. – Akurat przed nami po prawej jest wolne miejsce.
-Dlaczego? – spytała Gabriela. –  Tu  jest ciasno, ja nie wiem, czy się wbiję – marudziła, ale wjechała dwoma kołami na chodnik i zgasiła silnik. – O co ci chodzi?
-Obejrzyj sobie tego faceta, który posuwa przeciwległym chodnikiem – poprosiła Elżbieta.
Nie musiała doprecyzować, o jakiego faceta jej chodzi, bo tylko jeden z przechodniów się wyróżniał. Wysoki, barczysty, ogolony na łyso  lazł niby lunatyk nie zwracając na nic uwagi, tak, że wszyscy musieli ustępować mu z drogi. Ubrany był w czerwoną bluzę z kapturem odrzuconym na plecy wpuszczoną w granatowe spodnie od dresu z białymi lampasami  podciągnięte niemal pod pachy i w białe buty, pewnie adidasy.
-To niemożliwe – stwierdziła kategorycznie Gabriela, przecierając oczy. – Dziś prawdziwych dresiarzy już nie ma. Nawet u nas. A tu nigdy nie było.
-Tu nie było nie ma i nie będzie dresiarzy, więc to jest nasz polski byczek, zagubiony w przestrzeni oraz  czasie – stwierdziła Elżbieta. – Swojskość wprost z niego promieniuje.
-Przecież to mężczyzna. Nie mógł się tu przedostać.
-A jednak. Poczekajcie – Elżbieta wysiadła z samochodu.
Idąc w poprzek jezdni przyglądała się osobnikowi. Podobał się jej. Kawał dobrze zbudowanego chłopa, tak kiczowaty że aż stylowy. Jego twarz o nieprzytomnym wyrazie była mniej chamowata niż Elżbieta mogła się spodziewać.
-Przepraszam, czy rozumiesz co mówię? –  zaćwierkała po polsku, uśmiechając się przyjaźnie.
-O rany, nareszcie koleżanka co umie w ludzkim języku! – ucieszył się dresiarz. – Dopiero co spotkałem zieloną małpę co nawijała po polsku, ale to był halun, ja wiem.  Ty chyba jesteś prawdziwa? Pozwolisz się uszczypnąć żebym się przekonał?
-Nie pozwolę. Poza tym, to siebie należy szczypać. Jak boli, to rzeczywistość.
-Ja bym wolał ciebie uszczypnąć  – upierał się dres. – Ale jak nie to nie, chociaż to obniża twoje notowania w moich oczach, gdyż powstaje cień podejrzeń o to, że jesteś haluną widzianą przeze mnie po prochach. Ale tak czy siak, niezła z ciebie laska więc pragnąłbym zapytać, co sądzisz o zacieśnianiu naszych więzi aż do etapu zespolenia seksualnego?
-Wybij to sobie z głowy, kolego. Ale może uda mi się zaspokoić niektóre inne twoje potrzeby? Chcesz może jeść, pić, spać?
-O tak, chcę tego wszystkiego oraz amfy albowiem wlokę się tą ulicą będzie już ze trzy lata, choć z drugiej strony mój chronometr zakupiony od Ruskich za cztery dychy wskazuje, że jestem tu dopiero pół godziny. Może właśnie z powodu tej dylatacji czasu jestem tak wkurwiony. No dawaj, gdzie masz te jadła i proszki?
-Mam je w domu. W samochodzie czekają moje koleżanki, zapoznasz je, pojedziemy do nas, będzie fajnie choć bez seksu. Chodź, siadaj, bez ceregieli.
Dresiarz usiadł obok kierowcy czyli Gabrieli, obejrzał ją ze szczególnym uwzględnieniem biustu, następnie rzekł:
-Jako że już lepiej się czuję nieco, bardziej klarownie jakby, mogę stwierdzić bo taka jest aktualna prawda, że jestem Duży, ziomal z Pucka co nie jest stanem permanentnym, gdyż sporadycznie jestem Barbarą Majakowską, doktorantką archeologii śródziemnomorskiej z Krasnego Stawu, co jednakże teraz nie zachodzi.
-Miło mi, Gabriela jestem – bąknęła oszołomiona gadką Dużego Gabriela. – Skąd się tu wziąłeś, Duży ziomalu z Pucka?
-Ona raz dwa wszystko ma gotowe, cały plan, ja w naszym związku spełniam podrzędne role, dostarczam amfę, zmywam garnki albo jak trzeba komuś przypierdolić. A ona strategiczne plany snuje dalekosiężne, więc, wysnuła tak, że zakupiła serek Almette z numerkiem na pokrywce ewentualnie na wieczku albo na denku, gdzieś tam, więc numerek na loterii wylosował, że my, znaczy ona i ja, jedziemy na tydzień do super hotelu w Górach Świętokrzyskich. – Dresiarz odsapnął, umilkł, zawiesił się na dłuższą chwilę, wreszcie podjął wątek: – Ja od rana byłam jak ten skowronek wesoła co i nie dziwota, albowiem Barbara Majakowska to wesoła kobita chociaż doktorantka, no i dałam sobie w żyłę, od spidu aż myślałam, że fruwam pod sufitem. Za to ona wkurwiona bo nie lubi kiedy jestem Majakowską, co mi się zdarza sporadycznie czyli rzadko. Więc, mówi, zapierdalaj sam na poranny spacer, bo ja z tobą nie idę. Ale ty idź, no idźże wreszcie, razem z tą Majakowską. Więc poszłam i idę, aż tu naraz, tak w głębi lasu, jak coś nie pizdnie! Majtnęło mną i zaszuściło, aż raptem stwierdzam, że dokoła jest fioletowo z czymś żółtym. Wlazłem chyba w to żółte. Wtedy coś się zmieniło i to stwierdzam, kiedy odejmuję dłonie od oczu. Słońce jakby większe, jaśniejsze, napierdala mnie po oczach a od spodu jakby mokro. Kiedy wreszcie przejrzałem na dobre – bo znów byłem Duży a nie ta Barbara – to widzę, że nie jestem ja na lądzie jeno stoję po kolana w jakimś jeziorze. Kiedy wylazłem z tego jeziora, to lizę i lizę, aż przyskakuje do mnie koleś z pistoletem w łapie, więc mu dałem w czoło i wrzuciłem gnata do bagna bo akurat było. Gościa też. Ale że mordę miał naspidowaną, więc, myślę, bratku, ty coś masz. Więc zanim go do bagna, to najpierw po kieszeniach no i znalazłem piguły. Towar z górnej półki, mówię wam. Wziąłem dwie dla pewności, wtedy świat normalnie wyskoczył z foremki. Patrzysz listek – nie taki. Krowa – nie krowa. Księżyc – jakiś dziwny. Osiedle niby takie ale dziwne, blokersi też dziwni, nie chcą napierdalać obcego więc krokuję niespiesznie z przerwą w śmietniku na noc, aż znalazłem się na  jakiejś zapowietrzonej ulicy. Słucham, wszyscy nawijają coś w jakimś małpim języku więc się wkurwiam pomału, bo nic nie rozumiem. Aż tu podchodzi ta koleżanka w plamistej maskującej kurtce i mówi, żebym szedł z nią i poszła fajnie kręcąc pupką w obcisłych dżinsach, a ja pozytywnie reagując na wezwanie idę za nią patrząc jak seksownie kolebie biodrami, i…
Duży urwał nagle. Twarz mu poczerwieniała, żuchwa zaczęła kłapać jak w zaciętym elektrycznym kasowniku, pot wystąpił mu na czoło, nawet na łysą czachę.
-Duży, co z tobą? – spytała Gabriela. – Czego ci trzeba?
-Wwwwwwwwwwszystkiego – wyjąkał Duży.
Zamknął oczy i wyglądało, jakby popadł w letarg.
-Zna się któraś na obsłudze takiego modelu? – spytała zaniepokojona Gabriela, przyglądając się Dużemu.
Dziewczęta odpowiedziały jej dwuznacznym chichotem.
-Jaja sobie robicie, a on nam tu wykorkować może – rzekła Gabriela z dezaprobatą. – Na początek, kupimy mu coś do jedzenia.
Odkręciła zawór główny pod deską rozdzielczą, wpuszczając strumień pary przegrzanej z kotła płomienicowego o średnicy dwudziestu sześciu cali, do dwóch cylindrów obustronnego działania o średnicy cztery cale i skoku tłoka pięć cali. Amerykańska furgonetka parowa marki Stanley Motor Company bezszmerowo ruszyła i płynnie włączyła się do ruchu. Z jej rury wydechowej wydzielał się całkowicie ekologiczny, delikatny welon pary wodnej. Posługując się jedynie dwoma pedałami i kierownicą, bez zgrzytającej skrzyni biegów, bez sprzęgła i innych zbędnych przy tym napędzie pierdółek, Gabriela prowadziła swój wehikuł z prawdziwym upodobaniem. Żałowała, że w Odwróconym Świecie – tak coraz częściej myślała o swym ojczystym uniwersum – Stanley Motor Company zbankrutowała w 1927 roku. Zjechała na najbliższą stację paliw, zatankowała dwadzieścia litrów nafty którą żywiły się bezdymne palniki Bunsena ogrzewające kocioł. Kupiła dwa hot dogi, dwa hamburgery, szaszłyk, pół litra kawy, załadowała to wszystko na tacę, zaniosła do samochodu i postawiła Dużemu na kolanach. Zapach momentalnie przywrócił Dużego do przytomności. Rzucił się na spyżę bez opamiętania, wylał przy tym połowę kawy, więc Gabriela wysłała Fruzię po dolewkę. Kiedy się najadł, stwierdził:
-Zajarał by człowiek albo dał w żyłę… Co wy na to, koleżanki?
Kobiety spojrzały po sobie. Ich miny wyrażały poważną wątpliwość, czy powinny przyczyniać się do upadku fizycznego oraz moralnego tego nieodpowiedzialnego dresa. Gabriela opuściła miejsce kierowcy. Przesiadła się bliżej koleżanek. Pochyliły ku sobie głowy.
-Jeśli narkomana gwałtownie odstawić od narkotyku, najpierw dostaje małpiego rozumu, potem umiera – stwierdziła Mańka konspiracyjnym szeptem. – Dziewczyny, lepiej coś mu skombinujmy. Będziemy mu wydzielać coraz to mniejsze dawki, aż się odzwyczai.
-Odwieczne nasze złudzenia, że facet się zmieni na lepsze – westchnęła Elżbieta. – Ale głosuję za tym, że nie ma innej rady.
Pojechały na Plac Obrońców Radogoszczy gdzie co drugi sklep był apteką wyspecjalizowaną w lekach na bazie marihuany, a w tym drugim który nie był apteką, sprzedawano przydziałowe narkotyki na kartki. Były tu również eleganckie salony narkotykowe. Zaś te rodzaje  dragów które były zakazane, oferowali dealerzy zasiadający na ławeczkach wokół skweru. Na plac wjazd był zakazany, wokół niego wszystkie parkingi zajęte, istny horror parkingowy. Wreszcie Gabriela wypatrzyła wolne miejsce na chodniku, wolne od samochodu pewnie dlatego, że spał tam jakiś bezdomny. Posłała więc Fruzię, by łachmaniarza przepędziła. Dziewczyna podeszła zasłaniając nos, widocznie lump śmierdział, jak to bezdomny. Raptem zawróciła.
-On się rozkłada – rzekła. – Zaćpał się już jakiś czas temu i leży, bo MPO rzadko tu zagląda.
Nareszcie zaparkowały tyłem do jezdni, przednimi kołami w błocie rzekomego trawnika. Weszły na Plac Obrońców Radogoszczy. Elżbieta wytrzeszczyła oczy, nie mogąc im uwierzyć. Pozostałe koleżanki były przyzwyczajone, więc bez emocji weszły na rozległą przestrzeń z monumentem pośrodku, pokrytą ciałami płci obojga, papierami, strzykawkami,  rzygami, pokruszonym styropianem, gównami i czym tam jeszcze. Na ławce leżała nieprzytomna dziewczyna, bez majtek, z podwiniętą kiecką, z której korzystał, kto chciał. Po jej łonie łaziły muchy. Elżbieta czym prędzej odwróciła wzrok od tego koszmaru, by napotkać inny. Chudy niby szkielet chłopak chwiejąc się z wysiłku podnosił jeszcze chudszą dziewczynę, która na jedynej grubszej gałęzi rachitycznego kasztana, zawiązywała stryczek.
-O matko jedyna – wyszeptała Elżbieta. – A to co? – pisnęła zaskoczona, gdy jej wzrok padł na monument pośrodku placu.
Na porządnym tradycyjnym cokole z polerowanego granitu, stał wielki, plastikowy Miś Uszatek w tęczowym kaftanie, bez majtek, z monstrualnym przyrodzeniem.
Kiedyś stał tu jakiś rycerz – rzekła Fruzia skrzywiona, jakby wypiła szklankę octu. – Kiedyś był to Plac Obrońców Radogoszczy, wszystkich hurtem, tych co bronili przed Sasami, Dunami, Polakami, Czechami, Szwedami, sporo było tych oblężeń.  Teraz jest to Plac Obrońców Radogoszczy Przed Faszyzmem, Dyskryminacją, Wykluczeniem i Dominacją Białego Heteroseksualnego Mężczyzny, i sama widzisz kto stoi na cokole. O tych dawniejszych bohaterach co tu stali, nikt nie pamięta.
-Ty pamiętasz.
-Ja z zawodu jestem nauczycielką, w Pobliżu byłam również bibliotekarką. Ciężko z tego wyżyć, a już wyjść za mąż, uniesposób. Jako bibliotekarka miałam klucz do komórki gdzie zgromadzono książki wycofane z biblioteki z powodu Nudziarstwa, Bezużyteczności oraz Zacofania i Niepoprawności Politycznej. Zapomniano zabrać je do utylizacji więc sobie leżały, a ja nieszczęsna, zaczęłam je czytać. Czego tam nie było! Mnie najbardziej chwycił za serce romans o zakazanej miłości kapłanki Swarożyca i księcia Czerezpian, a kiedy on zginął w bitwie nad Hawelą, to ona specjalnie tam pojechała na białym rumaku Swaroga i rzuciła się w nurty Haweli. Albo o Broniszu który na czele okrętów pod czarnymi żaglami wypłynął z Arkony by razem z Raciborem złupić Konungahelę, a kiedy już ją złupił, to przywiedli mu schwytaną norweską księżniczkę. Najpierw chciał ją zgwałcić, ale oczywiście tak się skończyło, że leżał u jej stóp i spełniał życzenia.  Albo o Sygrydzie Storradzie i jej zalotnikach, i tak dalej. Zatruło mnie to, przez te niewłaściwe lektury stałam się romantyczna więc całkiem odstająca od rzeczywistości, przez co wylądowałam na giełdzie niewolnic, gdzie kończą takie naiwne kretynki jak ja.
Gabriela i Mańka z zakupami wróciły do furgonetki, gdzie rozwalony na fotelu, spał chrapał oraz  rzęził Duży.
-Gdyby on nie był głupim narkomanem – westchnęła Mańka, przyglądając się potężnemu mięśniakowi, rozpartemu na dwóch miejscach kanapki. –  Jakoś nie było czasu o tym pogadać, a przecież to bardzo ważne. Jak on się tu dostał? Jeśli BMS zaczęła przepuszczać facetów, już po nas. Ruskie sołdaty zaleją tu wszystko.
-BMS przepuszcza istoty tylko do określonej wielkości AM, więc facetów nie puszcza i to jest fundament naszej wiedzy o BMS, wynikający z wszelkich teorii – stwierdziła Gabriela.
-Więc niby, że oni są lepsi bo mają większe coś tam? – zaperzyła się Fruzia. – To jakieś AM?
-Może właśnie są gorsi z powodu większego AM, bo przez to nie mogą przenikać pomiędzy światami – odparła Gabriela. – Oni na ogół mają też większy rozmiar butów, i co z tego? Orangutan ma mniejsze AM niż człowiek, a znowu szympans większe.
-Koleżanki, to proste – rzekła Mańka bardzo poważnie. – On był wtedy Barbarą Majakowską, więc BMS go puściła.
-Nie pieprz Mańka – odparły jej zgodnie wszystkie na raz. – To, że jemu w głowie tak się poprzestawiało, to jeszcze nie znaczy, że to prawda.
-Jak to, nieprawda? Sądy wierzą w takie odmiany płci i potwierdzają je swoim autorytetem, więc i BMS musiała uwierzyć, no nie?
-Musiała, nie musiała, ale coś w tym jest – stwierdziła Gabriela. – Oczywiście kiedy zmienia mu się świadomość na kobiecą, to chromosomy pozostają męskie, ale bardzo prawdopodobne, że Aura Malinowskiego też mu się zmienia w jakimś tam stopniu. Do tego aura i cała jego osobowość jest przyćmiona przez narkotyki, więc, razem wziąwszy, barierze się pomyliło i go puściła.
-Wzięła go za orangutana  – zachichotała Fruzia.
-Coś w tym stylu – odparła Gabriela.
Usiadła za kierownicą. Poprawiła ustawienie lusterka wstecznego.
-To bardzo ciekawy przypadek wymagający dalszych badań – powiedziała Mańka, przyglądając się Dużemu.
-Których jednak my na pierwszej linii frontu nie jesteśmy w stanie przeprowadzić, więc… – Gabriela zamarła z ręką na lusterku wstecznym. Wpatrywała się w niego nie dłużej niż trwa uderzenie serca, potem krzycząc: – Padnij, padnij! – sama upadła na podłogę.
Seria z karabinu maszynowego zabrzmiała niby grom z jasnego nieba. Pociski przebiły tylną klapę, przebyły całą długość furgonetki, jedne utkwiły w desce rozdzielczej, inne rozbiły przednią szybę i pomknęły gdzieś w dal. Wszyscy, nawet niespodzianie obudzony Duży, padli na podłogę. Gabriela z pistoletem w zębach popełzła do tylnej burty. Fruzia wyjęła z torebki mały granat zaczepny. Poczołgała się za Gabrielą.  Serie siekły samochód. Gdyby to był benzyniak, pewnie stanąłby w płomieniach.
-Zostaw to strzeladełko – szeptała Fruzia do Gabrieli. – Mam coś lepszego. Granat.
-Nas też rozwali.
-Nie, to zaczepny, małe pole rażenia, sama tak mówiłaś. Podnieś klapę na tyle, bym go wyrzuciła.
Kiedy seria umilkła, pewnie dla zmiany magazynku, Gabriela leżąc podniosła odrobinę tylną klapę. Fruzia też leżąc, z poziomym zamachem, wyrzuciła granat całkiem na oślep. Ale przecież tam nie mogły stać niańki z dziećmi tylko napastnicy, więc po co celować.
Huknęło, ktoś wrzasnął. Mańka skulona by nie uderzyć głową w dach, jednym nadprzyrodzonej długości  susem dopadła fotela kierowcy. Motor spalinowy w którym było mnóstwo ważnych zespołów, pewnie by nie zapalił. Ale parowy silnik w którym zgodnie z reklamą było jedynie dwadzieścia sześć ruchomych części, jakoś tam zadziałał. Furgonetka szarpnęła i świszcząc parą uchodzącą z postrzelanych przewodów, zaczęła wyjeżdżać  tyłem z miejsca postoju. Tylko Fruzia wyglądająca ostrożnie przez dziurę tylnego okna zauważyła, że furgon podczas cofania przejechał po nodze kogoś usiłującego odpełznąć w bok. To była kobieta, łomot i świst mechanizmu prawie zagłuszył jej krzyk.
-Kto strzelał?! – wykrzyknęła trzęsącymi się wargami Elżbieta, szarozielona na twarzy. – Co za sukinsyny chciały nas zabić?
-Przyzwyczajaj się dziecinko! – odparła Mańka – To były kremlowskie bladzie. Poznałam ich maszynkę z rodziny AK.
Duży rozejrzał się.
-Czyżby pomiędzy wami a elementem co narobił takiego syfu, zaszło coś o czym powinienem wiedzieć? – spytał. Spostrzegł obok siebie papierową torbę z nadrukiem apteki, w niej strzykawki oraz ampułki, więc dał sobie w żyłę, wysmarkał nos na podłogę, przymknął oczy na jakąś minutę, a gdy je otwarł, gorzał w nich ogień gniewu. – Ach więc to prawda, że oni chcieli was zabić, koleżanki – rzekł, rozglądając się po zdewastowanym wnętrzu furgonetki. – Teraz więc koniec z litością dotychczas przeze mnie odczuwaną, z pitoleniem się, niech sczeźnie pacyfizm który dotąd mnie mamił. Zatrzymajcie ten karawan gdyż wysiadam. Idę na miasto po Szlaję, po Grega, po Kapitana Ucho, wtedy rzeź się tu rozpocznie naszych wrogów których wietrzę wśród prawosławnych bardziej. No dawaj Mańka, ciśnij wajchę hamulca.
-Siadaj Duży, przestań rozrabiać – Mańka  odwróciła się na moment i na ułamek sekundy położyła mu dłoń na ramieniu. – Nie możesz iść na miasto po kolegów, ponieważ oni są tam gdzie przedtem, a my wszyscy znajdujemy się na tym drugim świecie. Jeszcze tego nie zauważyłeś?
-To by wiele tłumaczyło – Duży zamyślił się.

 

 

Guzik polski część V

Gabriela dopiła herbatę, włożyła broń do schowka i z miłym uśmiechem weszła do salonu. Fruzia spacerowała tam wzdłuż ścian, przyglądając się obrazom. Właśnie zatrzymała się przed najbardziej kiczowatym, przedstawiającym przepiękne blondynki porwane przez berberyjskich piratów.
-Wyspałaś się? – spytała Gabriela. – W takim razie, możemy porozmawiać. Może domyślasz się, kim ja i koleżanka jesteśmy?
-Jesteście osy – odparła Fruzia spokojnie, jakby nie było w tym nic niezwykłego. Przyjrzała się Gabrieli i Elżbiecie, stojącej w drzwiach. – Jesteście niebezpieczne, jadowite osy, tak o was mówią, ale mnie pasujecie. Przynajmniej potraficie walczyć o siebie.
-Dlaczego osy?!  – spytała Elżbieta.
-Kobiety z Odwróconego Świata czyli z OS, czyli osy. Wszędzie jest was pełno i coraz więcej. Nie wszystkim to się podoba, ale mnie nie podoba się tyle rzeczy, że na was zabrakło mi niepodobania.
-Co o nas mówią? – spytała Gabriela.
-Przeważnie, że chcecie podbić Unię Kontynentalną.
-To ci nie przeszkadza?
-Ani trochę. Unia mnie po prostu wali. Mam swoje problemy.
-Tak? Mogłabyś opowiedzieć?
-Czemu nie – zgodziła się dziewczyna. –  Mój największy problem polega na tym, że nie wiem jak  odnaleźć mego narzeczonego  Omiliana Kunderleka –  Fruzia wspomniawszy ukochanego umilkła z rozmarzonym uśmiechem, lecz po chwili podjęła opowieść. – Znaliśmy się od zawsze, od dawna kochali, a teraz nie ma go przy mnie. Bardzo pragnę spotkać Omilka, przytulić się do niego, dać mu buzi i to z języczkiem, a wtedy ciach, odgryzam mu język, korzystając z zaskoczenia wyłupiam oczy, a potem to już zależnie od okoliczności. Najchętniej, spycham drania w ogień gdyby jakiś był w zasięgu. Razem przyjechaliśmy z Pobliża szukać pracy w Radogoszczy, gdzie Omilian dostał jakiejś szajby. Latał po ulicach jak kołowaty, od wystawy do wystawy i jęczał, że on to wszystko chce mieć. Wreszcie wpadł na pomysł, jak dojść do pieniędzy. Sprzedał mnie za dwieście funtów handlarzom z Gęstej Sieci.
-Wciąż nie rozumiem, dlaczego nie poszłyście z tym na policję – odezwała się Elżbieta.- Przecież choćby byli nie wiem jak skorumpowani, to jakieś podstawowe czynności w oczywistych  sprawach na pewno wykonują, no nie? Muszą  łapać morderców, złodziei?
-Skąd takie założenie, że muszą? – spytała Gabriela.
-Stąd, że tutejsze społeczeństwo funkcjonuje. Gdyby przestępcy byli bezkarni, powstałby chaos.
-Tu właśnie jest chaos. Ale owszem, łapią drobnych złodziei i niezrzeszonych morderców. Lecz my jesteśmy na wojnie, więc mogłybyśmy się zwrócić o pomoc tylko do naszej części policji, albo do części neutralnej. Niestety, naszej części już nie ma, zostałyśmy z resortów siłowych całkiem wyparte.
-Zwróćmy się o pomoc do tych neutralnych – zaproponowała Elżbieta.
-A skąd mamy wiedzieć, którzy to ci neutralni? Jeśli źle trafimy, to wiesz: elektrody, deska i podobne gadżety.
-O jakiej wojnie mówicie? – zainteresowała się Fruzia. – Może o tym podboju Unii Kontynentalnej? Czy to są właśnie te cele o których mówiłaś?
-Och, zaraz tam, podbój – Gabriela wykonała nieokreślony gest ręką. – Może raczej intensywna terapia…
-Jeśli taka po której pacjent umiera, to proszę mnie zwerbować. Oczywiście za darmo karku nadstawiać nie będę, ale drożyć się zanadto nie mam zamiaru. Nienawidzę Unii bardziej niż to jest ogólnie przyjęte z tego powodu, że stryjek Omiliana jest głównym portierem w gmachu Parlamentu Unijnego w Gijon. Nawet obiecywał załatwić Omilianowi posadę konserwatora dolnopłuków, ale nic z tego nie wyszło.
-Wikt, zakwaterowanie, piętnaście funtów kontynentalnych tygodniowo, w przyszłości sława i chwała, wysokie stanowisko w Armii Nowego Wzoru którą zorganizujemy po zwycięstwie.
-To co mówiłaś, ale szesnaście funtów tygodniowo i dodatkowo pomoc w odnalezieniu Omiliana Kunderleka –  Fruzia strzyknęła śliną na dłoń i nadstawiła ją do przybicia.
Gabriela przybiła.
Elżbieta wybuchła niepowstrzymanym śmiechem.
-O matko moja! – chichotała. –  Czy dobrze rozumiem? Czyżbyśmy właśnie ruszały we trzy na podbój Unii Kontynentalnej, która liczy pół miliarda mieszkańców?
-To prawda, że mamy nieco gorzej niż Hernan Cortes który miał aż trzystu żołnierzy a wrogów zaledwie dwadzieścia pięć milionów, ale damy radę – zapewniła Gabriela.
-Doprawdy? – spytała szyderczo Elżbieta. – Podobno cały czas przegrywamy, a tu raptem marsz po zwycięstwo, sława i chwała, konkwista całego kontynentu?
-Przegrywałyśmy, ponieważ nie chciały mnie słuchać kiedy mówiłam, że konieczna jest zmiana taktyki. Teraz, kiedy mogę robić co chcę, będzie inaczej. Należy…
Gabriela umilkła, ponieważ rozległ się dzwonek u drzwi. Wyjęła malutki rewolwer z kieszeni różowego szlafroka. Przekradła się bezszmerowo do  przedpokoju. Elżbieta stąpając na paluszkach podążyła za nią. Gabriela wyjrzała przez judasz. Otwarła drzwi na oścież. Stała za nimi szczupła dziewczyna około trzydziestki, gęste ciemne włosy opadały jej na ramiona, a grzywka na brwi. Ubrana była we flanelową koszulę, rozpinaną bluzę z kapturem barwy nieokreślonej, która zanim tak się zeszmaciła, prawdopodobnie była oliwkowa. Jej czarne spodnie były rozdarte na kolanie. Na ramionach dźwigała plecak. W sumie, wyglądała jak oszałamiająco piękna lumpiara nocująca w kanałach.
-Mańka! – wykrzyknęła Gabriela.
-Gabryśka! – wykrzyknęła Mańka.
Padły sobie w ramiona i cmoknęły się kilkanaście razy.
-Mańka, to coś co stoi obok mnie, to świeże mięso o imieniu Elżbieta. – dokonała prezentacji Gabriela. – Głupie okropnie, ale ma dobrego kopa. Ta co siedzi w salonie, to miejscowy żołnierz czyli sipaj albo askarys, o imieniu Fruzia.
-Cześć, cześć – powiedziała Mańka, wlokąc się w kierunku narożnika. – Wy, nowe, myślicie sobie, po co komu stuletnia baba? Otóż nie mam nawet połowy tych lat. Kiedy się zregeneruję co nie potrwa dłużej niż pół roku, same zobaczycie jaka jestem fajna. – Mańka doczłapała do narożnika i zwaliła się na niego. – A teraz mówcie, co słychać?
-Mam dwie wiadomości, dobrą i złą – rzekła Gabriela. – Od której zacząć?
-Od tej dobrej, oczywiście – odparła Mańka.
-Centrala mianowała mnie pełniącą obowiązki dowódcy Zaświatowego Obszaru Operacyjnego.
-Miałaś zacząć od dobrej wiadomości. – Mańka ziewnęła, odsłaniając zęby. Przynajmniej one wyglądały na białe i czyste. – Więc jaka jest ta dobra wiadomość?
-Ta zła – powiedziała Gabriela z naciskiem – jest taka, że cała obsada ZOO przebywa aktualnie w tym pokoju.
-Kiedy w tym ZOO wypada pora karmienia? – Mańka ziewnęła rozdzierająco. – Umieram z głodu. A co to znaczy, że cała obsada przebywa aktualnie w tym pokoju?
-Pogrom. Niemal cała reszta nie żyje albo w niewoli.
-Och, kurwa – Mańka, choć zdawało się to niemożliwe, zszarzała na twarzy jeszcze bardziej. – Ja myślałam, że to tylko na moim odcinku ruskie bladzie i amerykańskie suki tak nas przeczesały… Ale to nieprawda, że tylko my tutaj – zatoczyła ręką koło. – Nawet z mojego odcinka niektóre dziewczyny przytaiły się a to w punktach przetrwania w górach, a to w doraźnych kryjówkach…
Mańka przyjrzała się dziewczynom. Jena obca, jedna nowa, co one tam wiedzą, ale Gabriela… Wpatrzyła się w Gabrielę. Wyraz twarzy miała błagalny, jak dziewczynka prosząca o czekoladkę.
-Gabi, zrób coś. Pewnie, wtopa jest taka, że można się załamać, ale to się zmieni, łączność się nawiąże i w ogóle. Prawda?
-Jasne, i w ogóle – przytaknęła smętnie Gabriela. – Co nie zmienia faktu, że jak na dzisiaj, cała załoga obszaru zdolna do akcji, to my. Kiedy trochę odsapniesz, spiszesz mi bardzo ale to bardzo szczegółowy raport. A już teraz odpowiedz mi na trzy pytania. Po pierwsze, jaka jest bezpośrednia przyczyna katastrofy twojego odcinka?
-Bezpośrednią przyczyną katastrofy mojego odcinka jest to, że syberyjskie bladzie wysadziły w powietrze domek letniskowy naczelnika klanu Skórzane Spodnie wraz z gospodarzem, gośćmi i wynajętymi panienkami. Naczelnik klanu Joachim von Salza miał z nami przybitą umowę, jego następca Benedict von Salza przybił umowę z syberyjską bladzią. Jego prawo, jego wybór zresztą słuszny, bo trzymać z nami, to same wiecie.  Ale ten cham zbolały oraz podły zdrajca łamiąc obyczaj przekazał bladziom wszelkie informacje o nas, jakie klan zgromadził podczas kilku lat współpracy. Wiem o tym, bo niedobitki przeciwników Benedicta mi doniosły, a poza tym, najpierw skasowali te dziewczyny i te punkty, o których Skórzane Spodnie wiedziały. Potem następowały dalsze uderzenia, w miarę tego, jak bladzie wymuszały torturami informacje od aresztowanych dziewczyn. Meldowałam o tym przez radio, ale na kilka ostatnich komunikatów nie dostałam odpowiedzi, ani nawet potwierdzenia odbioru.
-Nie dostałaś, ponieważ radiostacja wyleciała w powietrze z szefową i samochodem  którym jechała.
-No cóż, każdego człowieka szkoda – Mańka wyraziła żal po śmierci szefowej w bardzo oszczędny sposób. – Śmierci jej nie życzyłam, wystarczyłoby mi gdyby ją odwołali.
-Wszędzie wyglądało to mniej więcej tak samo, chociaż w różnych wariantach – rzekła Gabriela. – Za bardzo poszłyśmy w klany…
-Całkiem bez klanów nic tu się nie zwojuje – zauważyła Mańka.
-To prawda – zgodziła się Gabriela. – Jednak powinna obowiązywać w stosunku do nich powściągliwość, umiar, klany jako konieczne choć niechciane narzędzie, a nie wszystko w tym kierunku. Szefowa za bardzo małpowała bladzie i suki, zamiast myśleć alternatywnie.
-Święte słowa – przytaknęła Mańka.
-Jak oceniasz straty?
-Sześćdziesiąt procent. Dziesięć procent ofiary śmiertelne, pięćdziesiąt procent aresztowania. Czterdzieści procent ocalało, ale zdezorganizowane, sterroryzowane i bez łączności.
Gabriela skinęła głową pokazując, że zgadza się z tą oceną.
-W jaki sposób ty ocalałaś? – spytała.
-Normalnie, uciekłam – Mańka wzruszyła ramionami. – Oczywiście nie tak od razu. Czułam się jak te krasnoludy u Tolkiena, które słyszą, jak w głębinach Morii coraz głośniej biją bębny wrogów. Wreszcie uderzyli na willę Ein Anheimelnd Platz, gdzie miałam główną kwaterę. Było nas tam tylko cztery, ale założyłyśmy czterdzieści osiem min. Kiedy na potężnym fugasie ich pancerka po prostu uniosła się w powietrze, powstało u nich spore zamieszanie, wtedy spróbowałybyśmy się przebić. No cóż, tylko ja uciekłam z tego kotła.
-Myślę, że ucieczka nie jest dobrym określeniem – rzekła Gabriela.
-Potem szłam na piechotę, ponieważ bałam się skorzystać z pociągu albo autobusu.
-I słusznie – rzekła Gabriela. – Myślę, że w Radogoszczy niejako rozpuścisz się w tłumie, mimo to przez jakiś czas nie pokazuj się na mieście. Oczywiście zmienimy twój wygląd tak bardzo, jak tylko się da. Teraz odpocznij, potem spisz mi raport, a wy obie, ugotujcie coś ciepłego na obiad. Ja idę do siebie pomyśleć nad taktyką i strategią, więc proszę mi nie przeszkadzać.
Tragiczne wiadomości nie wstrząsnęły Mańką na długo. Odsługiwała drugi kontrakt, więc miała czas wysłuchać ich już sporo. Przywykła i wiedziała, że przeważnie okazywały się przesadzone, chociaż tym razem wszystko wyglądało bardzo ale to bardzo paskudnie. W każdym razie, teraz nie potrafiła się martwić. Siedziała sobie w ciepłym salonie słuchając muzyki z radia, była czyściutka, najedzona kanapkami, ubrana w czyste getry i bluzę od dresu. Odzież do przebrania znalazła w magicznej szafie – tak nazywano trójdrzwiową szafę z salonu, w której na wieszakach oraz półkach czekały ubrania. Wszystkie osy były podobnego wzrostu i wszystkie chcąc nie chcąc, wysportowane, więc ciuch z jednej pasował na drugą. Bywało, że przychodziły tu w odzieży porwanej, ubłoconej, nawet zakrwawionej. Wtedy sięgały do magicznej szafy i znowu były ładnie ubrane. A to ważne dla kobiety.
Gabriela zamknęła się w swym błękitnym pokoju.
Elżbieta z Fruzią poszły do kuchni. Znalazły tam zwiędłą sałatę, pół brukwi, parę ziemniaków.
-Z tego nic sensownego nie ugotujemy – stwierdziła Fruzia. – Poszłabym na targ, ale nie mam pieniędzy. Poszłabym poprosić Gabrielę o kasę, ale kazała nie przeszkadzać. Ty idź, ciebie nie opieprzy. Poproś w moim imieniu o dwa funty na zakupy.
Elżbieta zgodziła się. Zapukała w drzwi niebieskiego pokoju. Słysząc niechętne mruknięcie, weszła.
-Sorry, że przeszkadzam – rzekła. – Sprawa jest taka, że ta miejscowa chce się urwać i jeszcze prosi o dwa funty niby to na zakupy.
-Ten okrągły stolik jest dobry do picia herbaty, nie do pracy, muszę go wymienić na biurko – odparła Gabriela, zupełnie nie na temat. Wyjęła z kieszeni dwa banknoty jednofuntowe i podała je Elżbiecie. – Daj jej, niech kupi coś dobrego.
-Aż tak jej ufasz, że puszczasz ją samopas? – zdziwiła się Elżbieta. – Nie boisz się, że pójdzie donieść na policję, czy tam gdzieś?
-Elżbieta, jesteś bardzo niedoszkolona – stwierdziła Gabriela z dezaprobatą. –  Przecież widziałaś, że przybiłyśmy. Przybija się tylko bardzo ważne, poniekąd osobiste umowy. Co przybite, tego się nie łamie. Wieczorem zrobię ci szkolenie, a teraz daj jej dwa funty i idź poćwiczyć, hantle znajdziesz w swoim pokoju pod szafą.
Fruzia przyniosła z targu jakieś małże i raczki, do których rdzenne, śródlądowe Polki odniosły się bardzo nieufnie. Ale dziewczyna przyrządziła je tak, że palce lizać. Po obiedzie Fruzia położyła się w swym pokoju do drzemki, Gabriela poszła do siebie kontynuować myślenie, Mańka z Elżbietą usiadły w salonie przed telewizorem.
Krzyżowców aż do szpiku kości przenikały nietolerancja, okrucieństwo, ksenofobia i jeszcze raz okrucieństwo. Ostrza ich mieczy spływały posoką, a w oczach złowrogim blaskiem płonęła żądza krwi. Pomimo, że tak okropni, przecież byli odważni. Tego im reżyser wespół ze scenarzystą nie odmówili. Kiedy dobrzy muzułmanie napadli ich w górskim wąwozie aby pomścić krzywdy swoich żon i dzieci, rycerze w płaszczach zbroczonych czerwienią krzyży, walczyli jak szaleni. Lecz wreszcie dobro zatryumfowało, ostatni z rycerzy, Berengard Krzywozęby zwany też Złowrogim, seneszal Królestwa Jerozolimskiego, cięty w łeb krzywą szablą, zleciał z rumaka i pogrążył się w mroku zalegającym dno kanionu.
Wtedy właśnie Gabriela weszła do salonu, bez pytania wzięła pilota i wyłączyła telewizor.
-Nie, nie! – krzyknęła Mańka. – Zostaw, to jeszcze nie koniec. Zobaczmy, co zrobi Blanka Złotowłosa!
-No właśnie, chcemy zobaczyć – zażądała stanowczo Elżbieta. – Ona może porzuciwszy uprzedzenia  połączyć się ze swym ukochanym Ali ibn Busukim, albo ulec presji środowiska i wyjść za hrabiego Rajmunda pana zamku Moab, gdzie czekają ją same nieszczęścia, ponieważ ten Rajmund to zimny drań, który jej nie kocha.
Lecz Gabriela była nieubłagana.
-Czas na wykład – rzekła. – Mańka ty też posłuchaj, też ci się może przydać. Ty Mańka wiesz, a ty Elżbieta powinnaś wiedzieć, że tu panuje dwuwładza. Oficjalna władza administracji Unii Kontynentalnej oraz też właściwie oficjalna władza klanów. Tu nepotyzm  panuje od tak dawna, że mniejsze instytucje zostały w całości opanowane przez  krewnych i znajomych królika, a w tych większych jest kilka takich krewniaczych klanów. Jeżeli przeciągniesz na swoją stronę  naczelnika, masz klan do dyspozycji bo tam panuje hierarchia i żelazna dyscyplina. Na tym właśnie polegała dotychczasowa taktyka trzech walczących stron. Na przeciąganiu.
-Nie nudź – ziewnęła Mańka – Znam to na pamięć.
-Ale nowa nie zna, jest niedoszkolona z teorii.
-Po cholerę ją przysłali?
-Ma dobrego kopa. Pewnie innej nie mieli. Muszę jej powiedzieć, więc i ty słuchaj. Jeżeli załóżmy Ruscy przeciągną na swą stronę dostateczną liczbę strategicznie ważnych klanów, uśmierzą ich rywalizację, skoordynują ich działania,  wskażą cel, wspomogą wszystkim co mają, ukierunkują, to taka grupa jest w stanie rozwalić konkurencję, do reszty zdezintegrować zmurszałą administrację i opanować cały kontynent. Doprawdy, mało do tego brakuje. My nie mogłyśmy wiele na to poradzić, ponieważ boleśnie wręcz brakuje nam środków na łapówki i przekupstwa, nasz rząd nie godzi się z przyczyn moralnych na usługi płatnych morderców, instrukcję torturowania ułożyli dla nas jacyś harcerze zerżnąwszy ją żywcem z „Tomka na wojennej ścieżce”, sprzęt podsłuchowy mamy przestarzały, nasze techniki szantażu są sto lat za sposobami Ruskich, i tak dalej.
-Nie nudź – ziewnęła Mańka – Znam to na pamięć.
-Teraz będzie coś nowego. Ponieważ nie możemy przeciągać, będziemy rozwalać, ciąć kraty oraz kajdany, obracać w gruzy.
Obie słuchaczki zgodnie wybuchły śmiechem.
-Czym będziesz ciąć, pilniczkiem do paznokci? – spytała Mańka. – Na wybuch rewolucji nie licz. Dobrze wiesz, że tutejsze społeczeństwo ma gdzieś politykę. Nie patrzą dalej niż czubek własnego nosa.
-I o to chodzi – rzekła Gabriela. – W imperiach ludzie mają gdzieś odległą o lata świetlne władzę która dręczy ich podatkami oraz przepisami, nie identyfikują się z gromadami niby to współobywateli, a w rzeczywistości obcych zamieszkałych gdzieś hen, diabli wiedzą gdzie, nie mają wspólnej historii, legend, bohaterów. Obojętne im kto siedzi na szczycie. Dlatego Pizarro nie walczył z milionami poddanych Imperium Inków. On miał przeciw sobie garstkę Inków oraz ich pomagierów, reszta się przyglądała. Dlatego sto tysięcy Gotów z powodzeniem zaatakowało stu milionowe Imperium Rzymskie. Zapewniam was, oprócz zawodowych żołnierzy za Unię Kontynentalną nikt nie będzie chciał oddać nawet kropli krwi.
-Ja nie oddam za nich nawet kropli sików – powiedziała Fruzia, która niezauważenie stanęła w drzwiach salonu.
-A widzisz? – zwróciła się Gabriela z tryumfem w głosie do Mańki. – Będzie dobrze, zobaczysz. Oczywiście konieczne jest perfekcyjne przeprowadzenie wielu operacji, ale nic to. Dla ciebie Mańka mam zadanie trudne lecz wykonalne. Kiedy będzie ciężko, zamknij oczy i myśl o ojczyźnie.
-Dobra – zgodziła się Mańka. – Zamykanie oczu mi pasuje. Już teraz idę zamknąć oczy. Dobranoc. Ach, pomyślę o jakimś potężnie zbudowanym facecie, nie o ojczyźnie.

Guzik polski część IV

Zgrzytnął odsuwany rygiel. Do celi wszedł brodacz odświętnie ubrany w coś, co Elżbiecie kojarzyło się z surdutem. Wyglądałby jak ten aktor grający Wokulskiego w filmie Lalka, gdyby nie to, że w prawej dłoni trzymał bat, w lewej drewniany młotek. Towarzyszyło mu dwóch strażników. Obaj krępi i szerocy, jeden miał jakąś taką bulwiastą głowę, drugi był równomiernie zarośnięty rudą szczeciną, z wyjątkiem czoła i nosa.
-Wyłazić, dziwki – rzekł brodacz w surducie i aby dodać znaczenia swoim słowom, śmignął najpierw Gabrielę, następnie Elżbietę, batem po łydkach. Strażnicy popchnęli je tak, że niemal upadły i popędzili je klapsami korytarzem na wprost, następnie wprowadzili je do sali nie przypominającej izby tortur, raczej teatrzyk. Bokiem do drzwi siedzieli na krzesłach osobnicy w dziwnych maskach. Cztery rzędy po pięć krzeseł z czego połowa zajęta – dziesięciu osobników, dziwnie wielki tłum jak na śledczych. Było tu dość ciemno, świeciły tylko cztery słabe kinkiety oraz reflektorek skierowany na coś w rodzaju niskiej sceny znajdującej się na lewo od drzwi. Stał na niej pulpit. Elżbieta nie miała czasu by się dokładnie rozejrzeć, ponieważ kazano im by weszły na scenę, odwróciły się twarzą do ściany i założyły ręce na kark. Ale zdążyła zauważyć, że strażnicy stanęli przy ścianie między sceną a drzwiami, zaś brodacz wlazł za pulpit.
Wkrótce ktoś jeszcze wszedł do pomieszczenia. Elżbieta starając się nie odwracać głowy kątem oka zaobserwowała, jak cztery dziewczęta  ubrane w kolorowe, bardzo skąpe sukieneczki,  stają obok niej twarzami do ściany i zakładają ręce na kark. Eskortowało je dwóch strażników, jeden z nich był murzynem, drugi miał ze dwa metry wzrostu. Zajęli miejsca na wprost swoich kumpli, pod przeciwległą ścianą.
-Panie, panowie, towary mamy w komplecie – zabrzmiał głos brodacza. –  Jak zwykle asortyment oferowany przez naszą renomowaną oraz godną zaufania agencję Gęsta Sieć, jest zróżnicowany i najwyższej jakości. Rozpoczynamy licytację!
Tym razem by podkreślić znaczenie swych słów, brodaty nikogo nie uderzył tylko walnął drewnianym młotkiem w pulpit.
Z powodu nieopisanej ulgi mało brakło, a Elżbieta zaśmiałaby się w głos. To nie jakieś tutejsze Gestapo, nie ruskie GRU, nie amerykańskie CIA je aresztowało, tylko porwali je handlarze żywym towarem by je sprzedać jako seks niewolnice.  Gabriela też to zrozumiała, zakrztusiła się stłumionym chichotem.
-O rany, wolę być dziwką niż sfatygowanym trupem – wyszeptała.
-Przez jakiś czas to może nawet być przyjemne…
-No weźże, przestań.
-A potem sobie uciekniemy.
-Milczeć, suki – zabrzmiał szorstki głos.
Elżbieta poczuła żelazny chwyt na ramieniu. To brodacz położył na niej łapę. Śmierdział nieziemsko, jakby mieszaniną octu i benzyny. Popchnął ją na środek podium.
-Panie i panowie, piękny towar – rzekł. – Cena wywoławcza zaledwie pięćset funtów. Dojrzała lecz jeszcze młoda niewolnica pochodząca z Odwróconego Świata, więc nie może z nami zajść w ciążę bo się geny nie zgadzają. Jak wszystkie kobiety z OS jest znacznie bardziej uległa niż nasze dumne panie. Łatwo ją wytresować. Ciało ma wprost idealne, proszę spojrzeć.
Zmusił ją by obracała się tak, że kupcy widzieli ją ze wszystkich stron. Ona ze wstydu, zmieszania, oślepienia reflektorkiem, prawie nic nie widziała. Kazał jej  stanąć frontem do publiki.  Bezceremonialnie zadarł jej sukienkę aż pod brodę.
-Ty świnio!
Za takie coś tylko w mordę, więc zanim pomyślała, oberwał z liścia.  Zdrętwiała ze strachu.  Co jej zrobią?
-Już nie żyjesz! – wrzasnął brodacz.
Skoro tak, to można się choć wyładować, przywalić, bo nie mam nic do stracenia!” – pomyślała. Odbiegła od brodacza, by nabrać niezbędnego dystansu. Ruszył za nią, wtedy załatwiła go tak, jak instruktora tylko jeszcze celniej, więc stęknął, zemdlał i padł. W ten sposób niemal wyczerpała posiadany zasób chwytów, padów, ciosów i kopniaków. Czarnoskóry ochroniarz zbliżał  się, odpinając kajdany od pasa. Gabriela skoczyła mu na plecy i wbiła palce w oczy. Cztery dziewczyny odwróciły się od ściany i grzecznie stały, gapiąc się baranim wzrokiem. Wysoki ochroniarz na wszelki wypadek pogroził im pałką odpiętą od pasa i zamierzył się nią od tyłu na Gabrielę. Wtedy blondynka apetyczna niby cukiereczek – długie faliste włosy, zgrabna, spory biust – doskoczyła do niego, złapała go obiema rękami za przedramię a w muskuł wbiła zęby. Jej koleżanki ocknęły się, otoczyły wysokiego ochroniarza, wrzeszcząc, klnąc najpaskudniej jak umiały. W powstałym mętliku ktoś przewrócił i stłukł reflektorek. Szczeciniasty ochroniarz ruszył z rykiem na Elżbietę, jego bulwiasty kompan podszedł do drzwi, by je zamknąć. Przy pasie miał cały pęk kluczy, nie mógł dopasować właściwego. Elżbieta porwała z pulpitu drewniany młotek, ale była to za słaba broń na szczeciniastego osiłka, więc uciekała przed nim, a on gonił za nią dokoła pulpitu. Wreszcie się zniecierpliwił, rycząc jeszcze bardziej dźwignął mebel nad głowę, by go odrzucić i oczyścić w ten sposób pole egzekucji. Najchętniej bez wątpienia wycelowałby w Elżbietę, ale ona przyskoczyła do niego w ciągu ćwierci sekundy, z całej siły uderzyła go młotkiem w czoło. Pulpit wysunął się szczeciniastemu z rąk i spadł mu na głowę.
Wtedy publika, do tej pory rozbawiona, przyłączyła się do akcji. Potężny osobnik w żelazno – szklanej masce zagnał  Elżbietę do kąta, ścisnął muskularnymi ramionami, aż zatrzeszczały jej żebra. Ręce miała wolne, lecz co z tego. Paznokci użyć nie mogła z powodu maski i zapiętego pod szyję surduta, a jej ciosy pięściami tylko go rozśmieszały. Na swoje nieszczęście, uszy miał sterczące. Złapała za nie. Pociągnęła w dół. Ku jej przerażeniu, oderwały się od czaszki. Stała trzymając w każdej dłoni po uchu, a on skulił się i wrzeszczał. Skulił się do pozycji wręcz idealnej by oberwać w zęby czubkiem  odblaskowego, szpiczastego buta. Widząc nieszczęścia swego faceta, tłusta megiera w masce sowy rzuciła się na Elżbietę, krzycząc:
-Coś ty mu zrobiła, wstrętna suko?!
-Masz, weź uszy swego chłopa.
Zaskoczona Sowa przyjęła prezent, wtedy komandoska choć niedoszkolona, celnie trafiła ją w dołek, następnie w szczękę i posłała Sowę na deski. Ale już facet w masce nosorożca cwałował na nią z ostatniego rzędu. Elżbieta w samą porę przypomniała sobie ten drugi cwany sposób, którego się nauczyła. Przerzucony przez biodro Nosorożec fikał nogami w górze zanim plasnął o podłogę. Rozejrzała się – ochroniarz napadnięty przez dziewczęta siedział na podłodze przykuty do kaloryfera własnymi kajdanami, z głębokich bruzd wyoranych na twarzy ciekła mu krew. Czarnoskóry miotał się przyciskając dłonie do oczodołu, w którym najpewniej już nie było oka. Dziewczyny obrabiały wierzgającego na podłodze handlarza. Szczeciniasty leżał przygnieciony pulpitem. Brodacz próbował wstać, już prawie stanął na czworaka. Bulwiastemu właśnie udało się zamknąć drzwi. Na Gabrielę nacierało dwóch groźnie wyglądających facetów w czarnych maskach. Gabriela podniosła z podłogi stalową rurę, część statywu przewróconego reflektorka. Wywinęła rurą z widoczną wprawą.  Osobnicy wyraźnie spanikowali,  jeden się cofnął, drugi oberwał rurą po głowie.
-Koleżanki, uwaga! – krzyknęła Elżbieta. – Łapmy tego z bulwiastą czachą, odbierzmy mu klucze!
Przebiegając obok brodacza przypominającego wielkiego psa, poświęciła sekundę, aby wbić mu szpic pantofla w tyłek.
-Łapiemy bulwiastego, potem przebojem do drzwi! – rzuciła komendę Gabriela. – Dziewczęta, zostawcie nieszczęsnego sukinsyna. Nie urywajcie mu… wystarczy, że… ojej… Dość tego, chodźcie łapać Bulwę.
Ci z handlarzy żywym towarem którzy pozostali nieuszkodzeni, skupili się w kącie. Już nie próbowali się mieszać wychodząc z założenia, że nie ma sensu nadstawiać karku w cudzym interesie. To była sprawa organizatorów aukcji, a nie uczestników. Toteż nikt nie kiwnął palcem, gdy barwna tyraliera szła na bulwiastego. Ochroniarz cofał się z paniką w wytrzeszczonych oczach. Wreszcie wpadł na pomysł, odpiął od pasa pęk kluczy, rzucił go dziewczynom, uciekł, schował się za jedyną w pomieszczeniu szafę.
Wybiegły na korytarz. Od drzwi wejściowych kłusowało im naprzeciw trzech strażników. Ten biegnący na czele wyjmował z kabury broń. Rura rzucona przez Gabrielę trafiła go w czoło. Wyrwała mu rewolwer z osłabłej dłoni. Jego koledzy czym prędzej odsunęli się pod ścianę i podnieśli ręce do góry.
Pobiegły na przełaj przez mokre od rosy rabatki, w kierunku majaczącej w przedświcie bramy. Była monumentalna, odlana z żeliwa, bardzo ozdobna i zamknięta. Ale żeliwne wywijasy stanowiły dobre uchwyty dla dłoni i oparcie dla stóp. Łatwo wspięły się na szczyt i zeszły po drugiej stronie. Za nimi dom rozbrzęczał się dzwonkami alarmu. Zaświeciły się okna.
Trzy tubylcze dziewczyny bez słowa pożegnań oraz podziękowań rozbiegły się na trzy strony świata. Blondyneczka z falistymi włosami oraz ładnym biustem została pod bramą.
-Weźcie mnie ze sobą – poprosiła. – Ja…
-Zamknij się – odparła Gabriela. Ale nie kazała dziewczynie wynosić się. – Biegiem, prędko, do cholery.
Pokłusowały drogą ciężko dysząc, wyczerpane do cna lecz poganiane strachem. Mądrze byłoby skręcić z drogi gdzieś w bok, lecz po prawej stronie miały ogrodzenia zamożnych posesji, po lewej zbite, kolczaste poszycie lasu. Po kilku minutach wyczerpującego biegu, ujrzały drogowskaz: Radogoszcz 5 km.
-Chyba wiem, gdzie jesteśmy – wysapała Gabriela.
Skręciła ostro w lewo, w ścieżkę która przez łąkę wprowadziła je do lasu, a po około pół kilometra które przebyły marszobiegiem, zaprowadziła je na wysoki brzeg rzeki.
-Hooop, skaczemy! – wykrzyknęła Gabriela.
-Ale zaczekaj, czy tu nie jest za głęboko? – zaniepokoiła się  Elżbieta.
-Albo za płytko? – spytała blondynka, potrząsając długimi włosami.
Gabriela bez ceregieli, działając z zaskoczenia popchnęła je, aż wrzeszcząc i wymachując rękami, z pluskiem wpadły do wody. Gabriela rozłożyła ramiona, skoczyła za nimi. Przepłynęły albo przebrodziły ponad kilometr, wreszcie wypełzły na brzeg i tam leżały, kompletnie wykończone. Na szczęście ciepły wietrzyk zerwał się by pieścić ich mokre ciała i, co Elżbieta zauważyła z zadowoleniem, nie było tu komarów.
-Ta woda, to żeby psy nas nie wytropiły – wyjaśniła Gabriela, podnosząc się na nogi. – Wstawaj – szarpnęła za ramię tubylczą dziewczynę. – Muszę cię dokładnie obmacać.
-No co też pani – zachichotała dziewczyna. – To nie dla mnie – sprzeciwiła się, mimo to wstała. – W zasadzie wolę chłopców…
-Zamknij się – rzekła Gabriela. Dwa razy przesunęła z góry na dół dłońmi po ciele dziewczyny – Jest czysta – stwierdziła z zadowoleniem.
-No pewnie, myję się codziennie – oznajmiła blondynka.
-Nie ma pluskiew ani innego badziewia.
-Na człowieku to bywają wszy albo mendy, pluskwy to miał mój dziadziuś pod podłogą.
-Jak się nazywasz?
-Eufrozyna Kąkol. Może być Fruzia. Nie zostawiajcie mnie panie, bo sama zginę tutaj.
-Skąd jesteś?
-Z Pobliża.
-To smaruj do domu, zamiast gadać o zginięciu.
-Pobliże to taka wioska, nawet nie wiem jak daleko, bo nie wiem, gdzie jestem.
Gabriela nie skomentowała, tylko przyjrzała się Fruzi jeszcze raz.
-Idziemy – rzekła. – Gdzieś zgubiłam spluwę. Trudno, na szczęście dwie mam w domu. Posuwamy borem lasem, ale na przedmieściach musimy wejść na drogę i tam przewiduję kłopoty. Jak wyglądamy?
-Jak trzy tirówki wracające z pracy – Elżbieta spróbowała obciągnąć w dół kusą sukieneczkę.
-Właśnie, a od tej strony na przedmieściach jest dzielnica uciech.
-To chyba dobrze? Wtopimy się w tłum.
-Oj nie sądzę, żeby to było dobrze.
Maszerowały wąską, ledwie przetartą ścieżką przez budzący się las, gdzie kwiaty rozchylały kielichy i płatki, drzewa o wielu pniach prostowały zwinięte liście, a śpiew ptaków narastał z każdą sekundą, aż zabrzmiał niby przepiękna symfonia. Barwne ptaki, krążące po niebie, siedzące na gałęziach, było ich mnóstwo, śpiewały bez opamiętania. Na polanie w trawie kicały różowe króliki prawie niewidoczne wśród różowych kwiatów.  Zapach roślin upajał. Nawet powalone, martwe drzewa wyglądały pięknie, ustrojone w grona skrzepłej, błyszczącej żywicy. Drzewa podobne do buków stały jakby w ogniu, czerwono – żółte od jesiennych liści.
Gabriela przedzierała się przez zarośla niby doświadczony partyzant, bez wahania wybierała ścieżki tak, by po wyjściu z lasu skrajem dzielnicy uciech przemknąć do bardziej nobliwych rejonów, gdzie miała wynajęte dwa mieszkania. Tyle tylko, że nie była doświadczonym partyzantem, omyłkowo wprowadziła je w rejony, gdzie w trawie poniewierały się niesłychane ilości pustych butelek oraz zużytych prezerwatyw. Po wyjściu spomiędzy drzewek znalazły się w oku cyklonu, w sercu zakazanej dzielnicy, na placu jednym bokiem przylegającym do zarośli, a z trzech stron otoczonym ruderami. W porównaniu do roznegliżowanych lampucer które się tu przechadzały, trzy kobiety ubrane w skromne suknie, długie niemal do pół uda i zasłaniające wszystkie strategiczne miejsca, choć przylepiające się uroczo do zgrabnych ciał gdyż tkaniny były mokre, wyglądały jak uosobienie wiosny, powiew świeżości, jak zakonnice które przyszły się tu sprzedać z niewiadomych powodów. Wzbudziły entuzjazm wśród klientów i śmiertelną nienawiść u pracujących tu dziwek.
-Wynocha! – krzyknęła najbliższa, sięgając do kieszeni po nóż. Sukienkę miała tak skąpą, że jedynym powodem jej noszenia była chyba ta kieszeń. – Won do agencji, gdzie wasze miejsce!
-Szpadać na miaszto! – zasepleniła jej szczerbata koleżanka, wyciągając z torebki  łańcuch z obciążnikiem. – Tam sze szukajcie szponszorów!
-Dobra, już spadamy, my tu przypadkiem, nie robimy konkurencji – tłumaczyła się Gabriela, odpychając pijaka który kleił się do niej. – Spadamy. Przebojem koleżanki, do najbliższej przecznicy.
Pobiegły ciężkim truchtem odrzucając po drodze oferty, odpychając chętnych, bijąc po łapach tych, co wyciągali ręce. Raz niemal ugrzęzły w tłumie, Gabriela musiała złamać komuś nos. Wreszcie się przebiły.
-To było sssstrrraszszne – zasyczała Elżbieta. – Bagno moralne. Z samego rana wszyscy naćpani. Tyłek mi spuchł, tyle razy mnie uszczypnęli. Ja bym im… Ręce i nogi powyrywać, to mało.
Fruzia śmiała się, Gabriela zachowała kamienny spokój.
-W takim stanie nie możemy pokazać się w okolicy mojego mieszkania, gdzie uchodzę za bezbarwną i nudną kobietę interesu – rzekła. – Musimy przeczekać gdzieś aż będzie ciemno,  wtedy się przekradniemy do domu. Najlepsze miejsce jakie mi przychodzi na myśl, to krzaki za zajezdnią tramwajową bo są w połowie drogi stąd do mojego domu i o ile wiem, nikt tam nie zachodzi z wyjątkiem tramwajarzy którzy piją tam po wypłacie.
Droga do zajezdni wiodła przez skromną robotniczą dzielnicę. Mężczyźni byli w pracy więc nikt ich nie zaczepiał. Tylko jakaś babcia pogroziła im laską, a mały kundel próbował ugryźć Elżbietę w łydkę. Kopnęła go wyładowując całą złość, więc uciekł ze skowytem.
-Ciebie też mam ochotę walnąć – zwróciła się ze złością do Gabrieli. – Co ty wyprawiasz? Włóczysz nas chyłkiem po krzakach, zamiast iść otwarcie na policję. Ja nie mogę bo nie jestem tu dobrze osadzona i skradli mi papiery, ale wy obie? Trzeba donieść o niesłychanym napadzie na drodze, o handlu kobietami, niech policja ich zgarnie, sukinsynów.
-Chyba cię pogięło – odparła Gabriela. – Nie miałaś szkolenia o społeczeństwach w RU, czy co?
-Nie miałam. Nie zdążyłam.
-Kogo oni mi przysłali! – Gabriela przewróciła oczami.
-Ja też tak umiem – Fruzia szeroko otworzyła niebieskie oczy. – O!
Zakręciła oczami, jednym w prawo, drugim w lewo, jak kameleon.
Krzaki okazały się nie tak puste, jak spodziewała się Gabriela. Wyszło na jaw, że tramwajarze piją nie tylko w dni wypłat lecz również w dni pomiędzy wypłatami, choć, być może, mniej.  Aktualnie było ich tylko trzech.
-Ile panienki biorą? – spytał najmłodszy z nich.
-Pozory mylą, jak stwierdził jeż schodząc ze szczotki ryżowej – odparła Gabriela. – Nie jesteśmy takie, jak panowie myślą. Wskutek dziwnych zbiegów okoliczności jesteśmy ubrane w koszule nocne, w których nie możemy pokazać się na mieście bez skandalu, więc mamy prośbę abyście przynieśli nam panowie z domu jakieś przyzwoite ciuchy po żonie, córce, może być nawet po teściowej, byle pasowały. My się przebierzemy, razem pójdziemy do mnie do domu, gdzie wypłacę każdemu z panów po pięć funtów.
Tramwajarze przez chwilę kombinowali czy to aby nie jakiś kant, a kiedy nie wymyślili na czym miałby polegać, zgodzili się. Prędko przynieśli ubrania wypożyczone bez wiedzy właścicielek z żeńskiej szatni, gdzie tramwajarki zostawiały swoje ciuchy, ubierając się do pracy w mundurki.  Panowie niemal nie podglądali, gdy się przebierały. Poszli razem do mieszkania Gabrieli, gdzie tramwajarze zainkasowali po piątaku. Gabriela z ulgą zamknęła za nimi drzwi i zasunęła rygiel. Znalazły się w ciemnym, wysokim przedpokoju mieszkania w kamienicy, która liczyła co najmniej sto lat. Gabriela wprowadziła je do salonu gdzie królowała trójdrzwiowa szafa kryta fornirem z orzecha, obok stała wielka orzechowa komoda, na niej panoramiczny telewizor i wieża stereo, w kącie narożnik kryty czarną skórą, przed nim stół z ciemnego drewna i dwa fotele. Na ściana pokrytych perłową tapetą wisiało sześć mniejszych i dwa wielkie obrazy.  Wszystkie przedstawiały nagie kobiety. Niektóre figlowały ze sobą.
-Jesteś lesbijką? – spytała odrobinę zaniepokojona Elżbieta.
-Alibi – mruknęła Gabriela. – Przychodzą tu coraz to nowe dziewczyny, więc…
Fruzia nie wiedziała jaki jest jej status, postanowiła uważać się za służącą. Spytała czy ma posprzątać, czy może zaparzyć herbaty?
-Nie jesteś służącą – powiedziała jej Gabriela. – Gdybyś była służącą to musiałabym ci płacić, a ja nie mam pieniędzy. Ale możesz zostać u mnie  jakiś czas, jeżeli ci pasuje.
-Nawet bardzo – ucieszyła się Fruzia. – Jeśli, no wiesz… Nie będziemy spały ze sobą.
-Tu są trzy sypialnie i salon, więc śpimy wygodnie, każda osobno – roześmiała się Gabriela. – Kiedy znajdziesz zajęcie, to się dołożysz do czynszu i zakupów. Bojowa jesteś, temu wysokiemu wygryzłaś kawał muskułu, więc może ja znajdę dla ciebie zajęcie, jeśli zaakceptujesz cele i sposoby. Mam niewielkie fundusze na ściśle określone cele.
-Jakie to cele? – dopytywała się dziewczyna.
-O tym potem – rzekła Gabriela. – Teraz, całkiem za darmo – zaznaczyła z naciskiem –  pomożesz nam przygotować śniadanie. Tylko najpierw umyj ręce!
–Na pewno nadam się do celów, tylko mi powiedz, a wszystko zrobię – nalegała Fruzia, wbijając jajka na patelnię. – No powiedzmy, prawie wszystko. W każdym razie, dużo.
Gabriela zalewała wrzątkiem kawę nasypaną do kubków. Przyjrzała się Fruzi spod oka.
-Cieszę się, że masz hamulce moralne i wszystkiego nie zrobisz – rzekła.
Po śniadaniu wyjęła z szafy w salonie trzy puchate szlafroki w pastelowych barwach. Rzuciła je na kanapę
-Do przebrania po kąpieli. Ściągać łachy, dziewczynki. Idziemy pod prysznic.
-Może nie wszystkie naraz? – zaprotestowała słabo Elżbieta.
-Nie ma czasu na indywidualne namaczanie swoich skarbów. Kąpiel, herbatka i gadanie. Musimy pilnie pogadać.
Po kąpieli, kiedy usiadły obok siebie na kanapie narożnika, przy stole na którym stały parujące filiżanki i talerzyk z ciasteczkami, Fruzia natychmiast zasnęła.
Wzięły filiżanki z herbatą i przeniosły się do przytulnego małego pokoju, gdzie ściany, zasłony, tapicerka fotelików, narzuta na wersalce, dywan, były w odcieniach różu lub błękitu. Usiadły przy okrągłym stoliku, upiły po łyku gorącej herbaty, westchnęły jednocześnie i jednocześnie uśmiechnęły się, czując nieopisaną ulgę graniczącą ze szczęściem.  Gabriela pogmerała pod siedzeniem swego fotela, wyjęła ze skrytki czarny rewolwer i położyła go na blacie obok filiżanki.
-Zawsze jest pod tym fotelem, gdybyś potrzebowała – rzekła. – Drugi  trzymam w salonie za piecem.
-Spodziewasz się wojny, że taka u ciebie zbrojownia? – spytała Elżbieta.
Gabriela wytrzeszczyła na nią oczy.
-Czyś ty z księżyca spadła? – zapytała, uśmiechając się dziwnie. – Pewnie nic ci nie powiedzieli by cię nie spłoszyć, więc ja ci powiem. Od dziesięciu lat toczymy tu wojnę polsko – rusko – amerykańską pod flagą biało czerwoną. Od początku przewaga wrogów była miażdżąca, mimo to jakimś fuksem długo nam się udawało, lecz w końcu przyszła kryska na Matyska. Szczęście nie może trwać wiecznie. Ostatnimi czasy zostałyśmy rozgromione, rozproszone, wymordowane, zamknięte w lochach, nasi nieliczni stronnicy w tutejszej administracji i policji co do jednego zmienili front. Klęska totalna. Ja jedna zostałam, mam nadzieję, że tylko chwilowo samotna, bo przecież z czasem jeszcze jakieś się odnajdą. Taką mam nadzieję. Dlatego zażądałam od bazy posiłków, no i dostałam. Ciebie.
Skończywszy przemowę, Gabriela dystyngowanym gestem podniosła filiżankę do warg. Elżbieta która w miarę słuchania przybierała coraz to bardziej spłoszony wyraz twarzy, pokręciła głową.
-W takim razie, jedźmy nad jezioro, odpalmy portal i wynośmy się stąd – zaproponowała. – Nic tu po nas, w tym niesympatycznym świecie.
Gabriela wzniosła oczy ku błękitnemu sufitowi. Westchnęła z rezygnacją.
-Och, zamknij się lepiej bo co się odezwiesz, to palniesz większą głupotę. Nie możemy wynieść się stąd z trzech co najmniej powodów. Po pierwsze, za dezercję nie obcinają wprawdzie rączek i nóżek jak  straszą tym nowicjuszki, ale rozstrzeliwują. Po drugie, podejrzewam że Gęsta Sieć długo będzie obserwowała okolice jeziora czekając na nas, więc musimy ich przetrzymać. Po trzecie wreszcie i właściwie najważniejsze, jeśli uciekniemy, kataklizm przyjdzie za nami. Gra toczy się o cały kontynent, jakby odpowiednik naszej Europy. Jeśli Ruscy go opanują, oddadzą Amerykanom pewne obszary w zamian za ustępstwa USA w naszym świecie. Jak myślisz, kogo Amerykanie przehandlują?
-Nas, jak zwykle – stwierdziła Elżbieta bez specjalnych emocji, gdyż była to rzecz oczywista.
-No właśnie. Ponadto nasz system przeciwrakietowy przestanie działać. Tu nie chodzi o kraczki, o ziółka których skuteczność to raczej mit, lecz o poważny element który stąd sprowadzamy, bez którego system „Wisła” nie odpali. Na dokładkę, będą mogli zaatakować nas oprócz tradycyjnych kierunków z Kaliningradu, przez Białoruś i od morza, jeszcze od strony RU, przez portal w Górach Świętokrzyskich. Ogarniasz to? Jeżeli zaś kontynent zdobędą Amerykanie, to nie będą mieli siły żeby sami go mogli utrzymać, ponieważ komunikacja przez Rów Mariański jest bardzo mało wydajna. Będą musieli prosić Rosjan o pomoc w zamian za ustępstwa w naszym świecie…
-Dlaczego nas nie poproszą?
-Ponieważ jesteśmy za mało mocarstwowi, ponieważ Rada Bezpieczeństwa się sprzeciwi, ponieważ Niemcy byliby niezadowoleni, ponieważ według amerykańskich ekspertów jesteśmy zbyt ciency i niepewni by w nas pokładać nadzieję. Lepiej dogadać się z tradycyjnym mocarstwem. Nasi analitycy tak prognozują postępowanie Amerykanów i, wyobraź sobie, ja się z nimi zgadzam.
-Wszystko to teoretyczne gadanie, bo skoro gromada naszych dziewczynek dała radę wojować tu dziesięć lat pod flagą biało czerwoną, to chyba siły naszych wrogów nie były aż tak potężne, by opanować cały kontynent, no nie?
-Siły naszych wrogów są wystarczające by opanować cały kontynent – stwierdziła Gabriela. – Pogadamy o tym kiedy indziej bo słyszę jak parkiet skrzypi, chyba Fruzia się obudziła.

 

Guzik polski część III

Trwał pogodny, ciepły, jesienny dzień. Od mniej więcej trzydziestu minut siedziały przy stoliku na tarasie restauracji Mewa i Przyjaciele. Był to niedawno otwarty lokal z dnia na dzień modniejszy, o futurystycznym wystroju pasującym do zajęcia obu pań. Znajdował się w jednej z nowych dzielnic Metropolii Warszawskiej, odległej od centrum, mimo to pełen był ludzi.
Mariola odsunęła opróżniony talerzyk po sałatce i podniosła do ust  szklankę wody mineralnej  Vichy. Elżbieta wciąż jadła sałatkę z koziego sera, daktyli i smażonych ośmiorniczek. Najpierw wydziobała widelczykiem ser, teraz łowiła daktyle. Ośmiorniczki pomijała.  Wkoło przy stolikach zajęły miejsca niemal same pary, był tylko jeden singiel odziany w ciemny garnitur, z połową oblicza zasłoniętą przez czarne talerze okularów przeciwsłonecznych. Było kilka par hetero, ale większość stanowiły pary homo. Nieopodal dwie lesbijki w średnim wieku tuliły się do siebie i szeptały sobie do uszek jakieś, najpewniej czułe, słówka. Dwaj siwi, tłuści geje to  patrzyli sobie w oczy, to znów nachylali się ku sobie, przytulali jeden do drugiego i snuli szeptem jakieś wyznania, pocierając się przy tym obwisłymi policzkami. Wszystkie pary, i te homo i te hetero, migdaliły się do siebie w mniej więcej podobny sposób.
-Co oni tak wszyscy z tymi amorami – rzekła z niesmakiem Elżbieta. – Jeszcze te dwa młode chłopaki obok nas, to można popatrzeć. Ale te dwa stare, siwe, tłuste, obleśne geje, to mogłyby się tak nie afiszować.
-Och, to nie są geje – roześmiała się Mariola. – To znaczy, niektórzy prywatnie mogą być, tego nie wiem, ale nie dlatego tu przyszli. Oni omawiają różne ważne kwestie oraz negocjują, a dlatego szeptem, że tu jest podsłuch.
-Coś takiego! – zdziwiła się Elżbieta. – To po cholerę przychodzą negocjować ważne sprawy do tej knajpy, skoro tu jest podsłuch?
-Ponieważ w innych lokalach podsłuch jest znacznie bardziej skuteczny. Tam założyły go przeróżne służby specjalne, natomiast tutaj – kelnerzy. Amatorszczyzna. Mimo to nie będziemy tu rozmawiały. Wyjdziemy na spacer do parku, więc kończ już tę sałatkę.
-Już skończyłam.
-A ośmiorniczki?
-Nie chcę.
-To daj.
Mariola zgarnęła smażone potworki na swój talerz i schrupała je ze smakiem. Następnie gestem przywołała kelnera.
-Pan zakładał tu podsłuchy? – spytała go Elżbieta. – Mówią o nich, że do luftu. Może podesłać panu kogoś z Mossadu, oni to robią porządnie?
Kelner uśmiechnął się w odpowiedzi, kładąc na blacie rachunek  włożony między eleganckie okładki.
– Paragonik czy fakturka? – spytał.
Mariola Rakszas zapłaciła słony rachunek. Wyszły z lokalu na ulicę i skierowały się w stronę parku.
-Oczywiście nie musiałyśmy spotykać się akurat u Mewy i Przyjaciół, ale ten lokal mnie bawi, podobnie jak wszystkich innych gości – powiedziała Mariola. – To takie zabawne, cały czas uważać, żeby cię nie nagrali. Ale nadeszła pora na poważne sprawy.
-Słucham – rzekła lakonicznie Elżbieta.
-Proszę cię o wyrażenie zgody na zmianę umowy  polegającą na tym, że szkolenie skracamy do dwóch miesięcy, a pracę w terenie przedłużamy do czternastu miesięcy. Proszę również, abyś zgodziła się na wszczepienie mikro nośnika danych, to jest maleństwo którego wszczepienia a potem wyjęcia nawet nie poczujesz.
-Chyba oszalałaś  – odparła Elżbieta. – Dlaczego miałabym się zgodzić?
-Ponieważ zwiększymy ci wymiar urlopu do pełnego miesiąca i damy dwanaście procent ekstra premii.
-Ale tam jest niebezpiecznie. Skoro chcesz przerzucać mnie do RU tak nagle i gwałtownie, bez ukończonego szkolenia, na wariackich papierach, to znaczy, że tam szaleje sztorm, okręt nabiera wody i wszystkie ręce potrzebne są przy pompach. Może nie?
-Weź pod uwagę, że jeśli teraz zostaniesz przerzucona, wylądujesz na pokładzie, wypompujesz wodę i popłyniecie dalej hen, ku świetlanej przyszłości. Jeśli zostaniesz przerzucona za dwa miesiące wpadniesz wprost do wody i to na środku oceanu, bo już nie będzie okrętu.
-Aż taka jestem ważna, że beze mnie okręt zatonie?
-Wszystkie ręce są ważne, a ja aktualne nie mam innych rąk, tylko twoje. Amerykanie i Ruscy wiedzą, że jesteśmy najtajniejszą ze służb RP a nie jakąś mafią zwalczaną przez władze. Tego nie da się ukryć, jednak  oni muszą z tym żyć, bo nie mają na nas dowodów. Gdybym zwróciła się do wojska o wypożyczenie nam kobiet z wyszkoleniem komandosa, a nie ma takich wiele, oni dowiedzieliby się i mieliby dowód. Dlatego muszę działać z tym co mam, a mam tylko ciebie jedną wolną i choć trochę wytrenowaną. Twoje koleżanki ze szkolenia są jeszcze całkiem beznadziejne. Weteranki już są w RU. Teraz widzisz, jak bardzo jesteś ważna.
Elżbieta nie odpowiedziała, w milczeniu rozważała słowa Marioli.
Weszły do parku, pomalowanego kolorami jesieni. Gdzieś z oddali, z jakiegoś głośnika dobiegała piosenka. Czerwone Gitary śpiewały: „Jesień, jesień idzie przez park.” One też szły obsranym przez kawki chodnikiem, a zeschłe liście i papiery szeleściły im pod stopami gdyż firma sprzątająca się nie wyrabiała.
-Och, żeby ci chłopcy z gitarami wiedzieli, kto tak naprawdę idzie teraz przez park – westchnęła Mariola Rakszas.
Elżbieta pytająco uniosła brwi.
-My idziemy – wyjaśniła Mariola – Dwie piękne boginie, od których zależą losy świata. Tak właśnie, świata. My, Polacy, zawsze się nie doceniamy. Wydaje się nam, że jeżeli Polska zniknie, to jej sprawa. Ludzkość tego nawet nie zauważy. Przecież już raz znikła, i co? I nic. A to nieprawda. Wtedy znikając doprowadziła do utuczenia Prus i w konsekwencji do zjednoczenia Niemiec pod ich egidą, do bezpośredniego zetknięcia się Rosji, Niemiec i Austrii,  a to wszystko razem doprowadziło do Pierwszej Wojny Światowej. I weź moja droga pod uwagę, że wtedy gdy Pierwsza Rzeczpospolita znikała, to była bardzo słaba. Teraz, choć Polacy śmieją się z tego i nie przyjmują do wiadomości, nasz kraj jest lokalnym mocarstwem. Wyobraź więc sobie moja droga, jakie byłyby skutki, gdybyśmy teraz znikli. Doszłoby do wielkiej implozji, w opróżnione przez nas miejsce wdarłyby się przeróżne wrogie sobie siły i konsekwencją byłoby wielkie Bum! Może tak być. Wystarczy, że ja czegoś nie zrobię albo się pomylę, albo ty mi odmówisz, nie zgodzisz się na wcześniejszy przerzut i trzask, zapadł wyrok na miliony ludzi. Zagłada. Całe narody przechodzą do historii.
-Rozumiem, że tą zagładą wywierasz na mnie nacisk .
-Dokładnie. Lecz nic nie zmyślam.
-Jestem niedoszkolona. Przecież mnie tam zjedzą, zostanę mięsem armatnim.
-Skądże. Drugi etap szkolenia to właściwie zawracanie głowy, podtrzymywanie sprawności i nauka o RU. To uzupełnisz na miejscu, Gabriela cię wyszkoli jeszcze lepiej, niż ci tutaj. Wtedy poznasz wszystkie niuanse i zrozumiesz, jak bardzo sytuacja tam wpływa na sytuację tutaj. Ja opowiem ci tylko o dostawach. Sprowadzamy stamtąd kraczki. Śmiesznie się nazywają, no nie? Produkt ich inżynierii genetycznej. Na oko takie jak kaczki, tylko kraczą. To najszybsze stwory w obu światach. Potrafią przegonić rosyjskie SU 118. Uwielbiają głąby z kapusty. Szkolimy je używając szybowców z wyglądu takich samych jak ruskie SU 118…
-A jak amerykańskie F 216 nie wyglądają niektóre?
-Proszę abyś nie była przesadnie dociekliwa. Te szybowce w imitacjach silników mają umieszczone karmniki z posiekanymi głąbami kapusty. Kraczki wlatują tam i dziobią. Ty wiesz, co się dzieje, kiedy stadko ptasząt wleci do silnika odrzutowca. Mówią o tym w telewizji. Sprowadzamy stamtąd tyszmień. Jest to zioło obronne wyhodowane w RU, o nadprzyrodzonych wręcz właściwościach. Tyszmień wyczuwa niebezpieczeństwo i wysyła nanopyłki by je zlikwidować. Im więcej ziółek, tym lepiej wyczuwają. Powyżej pewnej krytycznej wielkości łanu, tyszmienie wyczują nadlatującego Iskandera z głowicą jądrową i wyślą przeciw niemu nanopyłki. Niestety ani ptaszki ani ziółka, u nas się nie rozmnażają. Potrzebne są ciągłe dostawy gdyż Ruscy już kilka razy próbowali zrobić nam kuku. Nadlatywały różne różności niby to wystrzelone przez islamistów z Azji Środkowej.
-O rany – westchnęła Elżbieta. – Niedobrze. Już to mi wystarczy, a to pewnie nie  wszystko, co stamtąd sprowadzamy?
-Nie o wszystkim możesz teraz wiedzieć. Te ptaszki oraz ziółka chyba unaoczniły ci wagę sprawy, no nie? Nasza pozycja w świecie rośnie z powodu tunelu do RU, wzrostu PKB, braku islamskich wariatów podkładających bomby i różnych takich okoliczności. Nie wszystkim się to podoba. Rozumiesz?
-Już chyba zrozumiałam.
-Zgadzasz się.
-Co mam zrobić, zgadzam się.
Mariola Rakszas napluła na wnętrze dłoni i wyciągnęła dłoń ku Elżbiecie.
-Przybij.
-To trochę obrzydliwe, nie? – skrzywiła się Elżbieta.
-W RU właśnie tak pieczętuje się sprawy. Musisz się przyzwyczaić.
Elżbieta przybiła.
Doszły na okrągły placyk jakby odizolowany od reszty parku przez rosnące wkoło drzewa. Na obrzeżu stały żeliwne, ozdobne słupy latarni stylizowanych na gazowe, pośrodku był trawnik, a na nim posąg mężczyzny  wyrzeźbiony w szarym kamieniu. Facet był brodaty, pięknie zbudowany, ubrany w kusą bluzkę której przód i tył łączyły jakieś rzepy a kusa spodniczka ledwie zasłaniała mu tyłek. W dłoni trzymał miecz.
Niespodziewanie Mariola złapała Elżbietę za ramiona i obróciła ku sobie.
-Podpisałaś umowę ze zobowiązaniem – rzekła dziwnie groźnym tonem. – Przysięgałaś na Biblię a wiemy, że jesteś wierząca.
-Oraz grzeszna – westchnęła Elżbieta. – Teraz puszczaj – szarpnęła się. – Tak mnie ściskasz, że aż boli. Czyś ty oszalała?
-Wiesz, że za zdradę a nawet nieopatrzne gadulstwo karą jest śmierć, ale nie wiesz jaka. – Rakszas podeszła do posągu. Wyjęła kamienny miecz z kamiennej dłoni. Taki kawał piaskowca musiał być ciężki, mimo to wzniosła go nad głowę. – Wybierz którąś latarnię żebyś nie pomyślała, że uderzę w jakąś specjalnie spreparowaną. No już, wybieraj.
Oszołomiona Elżbieta wskazała najbliższą. Rakszas podeszła. Jednym uderzeniem ścięła żeliwny słup. Latarnia łomotnęła o bruk. Szkło jej klosza stłukło się z głośnym brzękiem. Elżbieta podskoczyła. Rozejrzała się płochliwie.
-Nie bój się, nikt tu nie przyjdzie – rzekła Mariola. – Cały park jest obstawiony. – Podeszła do posągu. Oddała mu miecz. – Takim właśnie narzędziem obcinamy zdrajcom ręce i nogi i na ostatek głowę.
-To bardzo nie fajnie.
-Nie ma być fajnie. – Raptem Mariola objęła Elżbietę. – Bez urazy, koleżanko. Nie chcę cię straszyć, po prostu takie procedury. Cieszę się, że mnie rozumiesz bez problemu.
Elżbieta dopiero teraz uświadomiła sobie, że od jakiegoś momentu rozmowy Mariola mówi do niej w języku wieleckim, a ona tak samo Marioli odpowiada. Intensywna nauka języków z użyciem najnowszych technik przyniosła efekty.
-Kiedy ma być przerzut? – spytała.
-Jeszcze dzisiaj dokonamy wszczepu, to bardzo drobny zabieg w miejscowym znieczuleniu. Zaręczam, że prawie nic nie poczujesz. Potem szpital…
-Z powodu tego wszczepu? – przestraszyła się Elżbieta.
-No skądże – uśmiechnęła się Mariola Rakszas. – Przejdziesz rozmaite konieczne procedury medyczne. Potem ja cię zbadam w pełnym oporządzeniu, pod bardzo specjalistycznym kątem. Ważny jest iloczyn masy i informacji, mówiąc w uproszczeniu. Przy czym informacja to jest to, co zawarte w twoim DNA, w przedmiotach które masz przy sobie i na sobie, w skasowanym bilecie jeśliby taki zaplątał się w twojej kieszeni. Wszechświat wszystkie te informacje określa i sumuje. Ja tak nie potrafię, ale po zmianach aury umiem poznać wynik jaki uzyskał Wszechświat. Ponieważ ty będziesz miała wszczep z wiele ważącą informacją i list do Gabrieli z zapowiedzią dalszych przerzutów i podobnymi sprawami, to masa jaką będziemy mogli przerzucić, będzie niewielka. Po prostu ty i ubranie na tobie. Wyczuwasz, jakie to dziwne?
-Nie bardzo – przyznała się Elżbieta.
-Wszechświat nie umie czytać, a jednak jakoś wyczuwa i określa ilość informacji zakodowanej w zawijasach tuszu na papierze. Acha, i nie zdziw się, że przekazywanie informacji w drugą stronę, z RU do nas, odbywa się przy użyciu procy. Procą wstrzeliwuje się korespondencję w oko diabła. To zaskakująco prymitywny sposób, ale okazał się najlepszy.
-Ojej – odezwała się Elżbieta. –To ci dopiero.
Poraziła ją wizja Wszechświata zaglądającego jej pod pachę i mozolnie odcyfrowującego informację z kapsułki, podczas gdy ktoś z czegoś nie wiadomo po co strzela diabłu w oko.
-Kiedy już przejdziesz te wszystkie badania, wyjedziemy do Świętej Katarzyny. Tam poczekasz na odpowiedni moment.

Czerń nocy zakłócały niebieskie światła oświetlające polanę. Dokoła niewidoczna w mroku Puszcza Jodłowa szumiała, rozkołysana wiatrem.  Na polanie wianuszek techników nadzorujących przerzut otaczał Elżbietę.
-Ela, uwaga, koncentruj się – posłyszała głos jednego z techników. – Oko diabła już się formuje!
Wszyscy pospiesznie odbiegli gdzieś w mrok.
Raptem znalazła się we wnętrzu magicznego oka – w fiolecie im dalej od podróżniczki między światami, tym bardziej zbliżonym do czerni. Raptem fiolet rozłupała długa, pionowa, ognista kolumna. Zamknąwszy oczy, po omacku weszła w tę kolumnę.
Poczuła, że brodzi w wodzie tak płytkiej, że nie wlewa jej się do kozaków. Tak jak ją nauczyli, przebrnęła jeszcze kilkadziesiąt kroków zanim uniosła powieki.
Ujrzała postać w spodniach i kurtce z kapturem nasuniętym na czoło, stojącą na skraju fioletowej, błyszczącej wody, strzelającą z procy gdzieś jakby w jej stronę. Widziała to jedynie  przez chwilę  w świetle oka, które zaraz zgasło. Płci procarza nie dało się określić z wyglądu, lecz musiała to być kobieta która weszła do jeziorka rozchlapując wodę. Patrząc pod nogi podeszła, objęła Elżbietę, cmoknęła ją w ucho.
-Gabriela Wnęcka jestem – powiedziała. – Mów mi Gabi lub Gabriela.
-Miło mi. Elżbieta Kowalska. Ela.
-Chodźmy, nie ma powodu byśmy stały jak czaple w tym bajorze.
Elżbieta rozejrzała się rozgorączkowana, ciekawa nowego świata. Ciekawa, to mało powiedziane. Podekscytowana tak, że czuła dreszcze. Szły przez las i choć w nocy  nie mogła dostrzec szczegółów, wyczuwała jego obcość. Inne były zapachy. Nocny ptak odezwał się głosem niepodobnym do tego jaki mógłby zabrzmieć w Puszczy Jodłowej. Pomiędzy bielutkimi brzozami rosło coś, co w ciemnościach przypominało palmę. Kiedy już oswoiła się trochę z lasem, skupiła uwagę na idącej przodem Gabrieli. Stwierdziła, że są równego wzrostu i prawdopodobnie w jednym wieku. Gabriela nosiła dżinsy i kurtkę moro. Kaptur już zsunęła z głowy, bujne ciemne włosy opadały jej na  plecy.
Przeszły może kilometr do przesieki gdzie czekał kanciasty pojazd na wysokich kołach. Gabriela zapaliła lampkę sufitową. Przyjrzały się sobie i uśmiechnęły powściągliwie. Okazało się, że Wnęcka jest bardzo ładna, granatowe włosy uczesane miała z przedziałkiem nad lewą brwią w ten sposób, że odsłaniały lewe ucho. Według Elżbiety do tego ucha, do odrobinę cygańskiej urody Gabrieli, bardzo pasowałby duży, złoty kolczyk w kształcie koła.
-Dlaczego nie masz kolczyka? – spytała wprost. – Pasowałby.
-Prawda? – Wnęcka podniosła dłoń ozdobioną szerokim pierścieniem i jeszcze bardziej odsłoniła ucho. –   Założę go w cywilu. Teraz nie, teraz wystarczy jedno szarpnięcie, żeby wyrwali ci taki kolczyk z kawałkiem ciała.
-Uf, okropność – wstrząsnęła się Elżbieta.
-Coś niewiele przyniosłaś – Gabriela dotknęła palcem chlebaka, który Elżbieta położyła na kolanach.
-No popatrz, z emocji na śmierć zapomniałam, że mam ci dać to wszystko. List do ciebie. Jakiś moduł. Woreczek ze złotem.
Gabriela schowała tajemniczy moduł i złoto do schowka pod deską rozdzielczą. List przeczytała w świetle lampki kilka razy, chyba uczyła się go na pamięć, potem wyszła z wozu, podarła list na drobne skrawki i rozrzuciła je w krzakach w dużym promieniu tak, że najpracowitszym mrówkom ich zebranie  zajęłoby pewnie sto lat. Następnie wsiadła do pojazdu i uruchomiła silnik szarpiąc jakąś wajchę. Samochód ruszył powoli kolebiąc się na boki, słabe reflektory ledwie wyrywały leśnym ciemnościom widok na kilkadziesiąt metrów wertepów przed maską.  Trzęsło niemiłosiernie. Kiedy Elżbieta nabrała pewności, że za moment  wylecą jej z zębów wszystkie plomby i kamienie z nerek jeśli jakieś tam są,  wjechały na nieco gładszy trakt. Gabriela dodała gazu, lecz zaraz zwolniła przed zakrętem.  Za zakrętem ujrzały świetlistą barierę przegradzającą jezdnię. Sześć jasno świecących latarni, trzymanych przez wysokie postacie stojące ramię w ramię. Przed nimi długa belka na kozłach.
-Gazu, taranem, rozjedź ich! – zabrzmiał ostry głos Elżbiety. – No, jedźże!
Ale Wnęcka nie zdobyła się na to. Zahamowała przed kordonem. Zamaskowane sylwetki otoczyły samochód. Otwarli drzwi – nie było w nich blokady. Wywlekli kobiety na zewnątrz. Były tak zaskoczone, że nawet nie krzyczały. Przewrócili je na kocie łby, wepchnęli każdej do ust szmatę zabezpieczając ją taśmą klejącą. Kopnęli każdą kilka razy, związali, rzucili na podłogę zaparkowanej na poboczu furgonetki która natychmiast ruszyła. Zapalili małą lampkę na suficie, w jej świetle zrewidowali swe  ofiary obmacując je bardzo szczegółowo i gorliwie. Śmiali się przy tym, rechotali, że trafił im się niezły towar. Wszystkie drobne przedmioty które znaleźli, ukradli. Półprzytomna z przerażenia Elżbieta zapadła jakby w stan letargu. Ocuciło ją dopiero zimne powietrze nocy, gdy otwarto drzwi.  Wywleczono je z samochodu, który stał na podjeździe otoczonym drzewami, przed jednopiętrowym domem. Nie chciały iść, lecz po kilku ciosach pięściami i kijem, podreptały po schodach, przez hall, do zakratowanej celi. Brodaty, barczysty cham wepchnął je do wnętrza klitki. Zobaczyły tam umywalkę, kibel, dwie prycze, Na każdej leżała sukienka. Jedna żółta w pionowe czarne pasy, druga różowa z zielone poziome szlaczki. Obie wyglądały na kuse.
-Przebierać mi się w to – brodacz wskazał pstre łachy. – Ściągnąć wszystko co wasze, zwłaszcza majtki, staniki i wszelką elektronikę. Macie kwadrans żeby się przebrać, wysikać, napić kranówy jeśli chcecie. Potem – zarechotał ponuro zacierając ręce – potem się zacznie.
Wyszedłszy, zaryglował drzwi.
-Kto to, kim oni? – jąkała się Elżbieta.
-Sługusy Rusków albo Amerykanów, albo miejscowa bezpieka podobno tylko trochę gorsza od Gestapo, wszystko jedno kto – szlochała Gabriela.
-Jak to, Ruskich albo Amerykanów? Jak się oni tu dostają?
-Ruscy mają przejście na Syberii, podobno bardzo ciasne, połowa umiera, ale ta druga połowa przechodzi. Amerykanie opuszczają się batyskafem do Rowu Mariańskiego.
-Amerykanie naszymi wrogami?
-A co kretynko, myślałaś, że to szlachetni kowboje? Sojusznicy? Gówno prawda. Tu nie ma sojuszników. Tu trzy strony walczą jak dzikie bestie o opanowanie całego świata.
-O rany, są tu jeszcze jacyś trzeci? Kto to?
-My, idiotko. Jak zwykle najbiedniejsi i jak zwykle dostajemy w dupę. Teraz dosłownie dostaniemy. Ci szkoleni przez ruskie wiedźmy walą dechą w dupę, ci szkoleni przez amerykańskie suki wbijają szpile elektrod w cycki i puszczają prąd. Och Boże, ja tego nie wytrzymam. Słaba jestem. Ty byś dała wtedy na drodze gaz do dechy
-Nie dałabym – szepnęła Elżbieta. – Łatwo jest krzyczeć siedząc obok, ale bardzo trudno skierować auto na ludzi. Zresztą, mogliby zacząć strzelać. Wcale nie jesteś słaba.
-Słaba jestem – pojękiwała uparta Gabriela. – Wszystko im wyśpiewam i to od razu, jak tylko mnie wezmą na tortury. Kiedy ten brodaty trochę nas strzepał zanim zamknął nas w pokoju…
-Ładne trochę, ząb mi się rusza i mam siniaki.
-To ja wtedy już chciałam zeznawać, tylko że on jeszcze nie chciał słuchać.
-Ja też im wyśpiewam.
-Powinnam była się otruć.
-Co zrobiłaś z fiolką cyjanku?
-Wyplułam. Słaba jestem.
-Ja też wyplułam.
-Powinnyśmy były umrzeć za ojczyznę…
-Ja wolę żyć – powiedziała stanowczo Elżbieta. Wciągnęła przez głowę żółto – czarny pasiak. – Kusy i ciasny ten łach – stwierdziła.
-I tak nas zabiją, o matko, zabiją nas!
-Może nie – powiedziała z namysłem Elżbieta. – Czy tu handluje się żywym towarem?
-Jeszcze jak!
-Słyszałaś, co gadali między sobą kiedy nas wywlekali z samochodu? Mówili o nas „świetny towar”. Miejmy nadzieję, że kiedy wszystko z nas wycisną, sprzedadzą nas do jakiegoś burdelu czy gdzieś.
-Oby tak było – ucieszyła się Gabriela. Wydobyła spod pryczy odblaskowe, złote pantofelki z ostrym czubem i cekinami. Włożyła je. – To nie są więzienne trepy. O co tu chodzi?

 

Guzik polski część II

Elżbieta objuczona krzesłem, trzymając szklankę, weszła do pokoju gdzie spojrzały na nią ciekawie cztery kobiety.
-Elżbieta jestem – powiedziała, uśmiechając się najmilej, jak potrafiła. – To może ja tu gdzieś sobie przycupnę – postawiła krzesło w kącie a szklankę na stoliku.
-Barbara – przedstawiła się dziewczyna, trzymająca butelkę z czymś żółtym. Zaraz napełniła tym czymś szklankę i podała ją Elżbiecie. – Cytrynówka – wyjaśniła.
-Katarzyna – mruknęła brunetka która podwinąwszy nogi, siedziała wygodnie umoszczona w fotelu.
Ala i Asia – tak przedstawiły się dwie jasne blondynki siedzące na tapczanie, podobne do siebie jak siostry.
Elżbieta sącząc cytrynowy aperitif, przyglądała się dyskretnie towarzyszkom. Wnet nie tyle zobaczyła co wyczuła, że łączy je wszystkie jakieś nieuchwytne podobieństwo. Spróbowała je ustalić. Nie chodziło o kolor włosów, bo Katarzyna była brunetką, ona sama ciemną blondynką a Barbara szatynką. W każdym razie, taki był aktualny kolor ich fryzur, jutro mógł być inny. Co do figur to wszystkie długonogie, zgrabne, ale panie z imionami na A zdecydowanie chude, a ona niestety nie tak do końca. Wzrost trudno ocenić gdy jedna stoi, druga siedzi. Różnica wieku pomiędzy Asią z dziewczęcym warkoczykiem a Elżbietą to sześć albo siedem lat.  Z jednej strony sporo, z drugiej strony obie mieszczą się w kategorii: już nie smarkule a do starości bardzo daleko. Wykształcenia na oko nie da się ustalić, tym niemniej wszystkie kulturalne, na pewno matura. Jednym słowem fizycznie podobne ale tak, jak uczestniczki kursu pomaturalnego dla trzydziestolatek. Tymczasem Elżbieta czuła, że choć nie potrafi podobieństwa uchwycić ani zdefiniować, pod jakimś względem są jak siostry. Coś je łączyło. Pewnie ze względu na to coś zostały wyselekcjonowane.
-Jak myślicie, dlaczego właśnie nas wybrali? – odezwała się.
-Tego się nie dowiemy – odparła Agnieszka. – Gdybyśmy się dowiedziały jak cenne i rzadkie z nas okazy, mogłybyśmy zacząć grymasić, żądać prawdziwych pieniędzy, a tak, to siedzimy cicho i cieszymy się, że aż tyle nam płacą.
-Wypijmy za naszą wyjątkowość i nadludzkie wręcz cechy – zaproponowała Barbara.
Wypiły. Zagryzły słonymi paluszkami.
-Wie któraś, co jutro będzie? – spytała Elżbieta. – Od czego i o której zaczynamy?
-Pewnie. – Agnieszka sięgnęła ze swego krzesła do szuflady nocnej szafki. Wyjęła zadrukowaną kartkę z wielkim nagłówkiem: TYGODNIOWY ROZKŁAD ZAJĘĆ. – Rozkłady leżą na półce przy wejściu.  Nie czytałyście? To posłuchajcie:
Poniedziałek: zakwaterowanie.
Wtorek. Zaprawa na torze przeszkód o godzinie ósmej. Prysznic o godzinie ósmej czterdzieści pięć. Śniadanie o godzinie dziewiątej. Powitanie przez Komendanta Ośrodka  w auli wykładowej, budynek administracyjny, o godzinie dziewiątej trzydzieści.
Agnieszka przerwała ponieważ dziewczyny miały wiele do powiedzenia na temat powitania przez komendanta. Przysięgły sobie, że na zakończenie wytną mu taki numer, aż mu w pięty pójdzie. Kiedy już się wygadały, Agnieszka podjęła czytanie:
Zajęcia organizacyjno integracyjno motywujące od godziny dziesiątej.
Zajęcia organizacyjne. Prowadzący przedstawiają się uczestnikom, referują co będzie przedmiotem całego kursu, podają tematy i ramy organizacyjno  czasowe.
Zajęcia integracyjne. Przykład: uczestnicy siadają w kręgu, prowadzący podaje instrukcję: jedziemy na bezludną wyspę,  każdemu wolno zabrać jeden przedmiot. Prowadzący mówi, czy można dany przedmiot zabrać, czy nie. Punkty zdobywa kursantka, która odkryje klucz według którego podejmowane są decyzje.
-O matko jedyna, znam to na pamięć! – wykrzyknęła Elżbieta. – Prowadzę, czy raczej prowadziłam na ćwierć etatu, zajęcia integracyjne z niepełnosprawnymi.  Potem będą zeznania o ulubionej czynności połączone z zabawą w krzesło, tworzenie nie podpisanej prezentacji zawierającej ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ulubiony kolor, ulubioną potrawę, miejsce itp. Potem zgadywanie, która prezentacja do kogo należy. Potem jeszcze kilka takich głupotek. Mam rację?
-Mniej więcej masz – przyznała Agnieszka. – I tak aż do obiadu o trzynastej. Po obiedzie czas wolny do szesnastej. O jej, coś naprawdę ciekawego! Spotkanie z weteranką ściągniętą z akcji w RU. Potem zajęcia sportowe, kolacja i spać. Kolejne dni aż do soboty włącznie to sam sport i zaprawa fizyczna. W niedzielę śniadanie, czas wolny, obiad, czas wolny. O  szesnastej spotkanie z panią prezes, nie napisali czego – zauważyła Agnieszka – Mariolą Rakszas.
-Więc ona naprawdę istnieje? – Katarzyna opuściła nogi na podłogę i wyprostowała się w fotelu. – Baśka, nalej. Wypijmy za to spotkanie, to dla mnie wielka sprawa.
-Wypić można – zgodziła się Barbara. – Ale dlaczego jesteś taka podniecona, jakbyś się w niej kochała, czy co?
Katarzyna wypiła cytrynówkę jednym haustem, otrząsnęła się, zagryzła paluszkami.
-Jestem fizykiem – rzekła. – Asystentką w katedrze fizyki, mniejsza o to jakiej uczelni. Fascynuje mnie RU dlatego zgłosiłam się na ochotnika licząc, że czegoś się dowiem. Połączenie między światami czyli z naszego punktu widzenia przejście do RU, opisane jest tak zwanym równaniem demona pierwszego stopnia. Sterowanie przejściem do RU umożliwia podobno tak zwane równanie demona drugiego stopnia. Równanie demona pierwszego stopnia jest znane fizykom. Równanie drugiego stopnia jest tajemnicą Stowarzyszenia O strzeżoną tak pilnie, że wielu specjalistów kwestionuje jego istnienie.
-A ty skąd wiesz, że istnieje? – spytała Agnieszka.
-Stąd, że równanie pierwszego stopnia to jedynie opis, nie daje możliwości wpływania na zjawisko. Pewnie wiecie, że na co dzień oko diabła jak nazywają punkt przejścia, jest strzeżone przez żołnierzy ONZ. Ale ono niekiedy oscyluje po okolicy w dość dużym promieniu, zanim wróci na swe stałe miejsce. Stowarzyszenie O musi umieć tak sterować oscylacjami, aby oko znalazło się w określonej okolicy o określonej porze, gdzie wszystko jest przygotowane do przejścia. Skoro potrafi sterować, musi znać jakąś formułę, jakiś podkład teoretyczny który to umożliwia. Tę nieznaną formułę będącą prawdopodobnie rozwinięciem równania demona pierwszego stopnia, nazwano równaniem demona drugiego stopnia. A teraz to najciekawsze, tylko, Baśka, daj się najpierw napić.
Baśka ustawiła szklanki na szafce i rozlała po równo  resztę cytrynówki. Potrząsnęła smętnie pustą butelką i pomimo że trochę już wypiła, celnie wrzuciła ją do kosza na śmieci. Agnieszka sięgnęła do szafki, wyjęła z niej i postawiła na blacie flaszkę z charakterystyczną etykietą łąckiej śliwowicy, która, po trwających niezmiernie długo staraniach, od pierwszego lipca została zalegalizowana.
-Daje krzepę, krasi lica, nasza łącka śliwowica – rzekła Agnieszka. – Wujek osobiście ją wydestylował. Trzeba ją rozcieńczać, ma sześćdziesiąt gradusów.
Katarzyna wstała ze swego fotela, sięgnęła po pierwszą z brzegu szklankę, wypiła po czym rzekła, lekko się zacinając:
-O równaniu drugiego stopnia nikt nic nie wie, jak już mówiłam. Jednak przypuszcza się, że jego twórcą jest ta sama osoba, która sformułowała równanie pierwszego stopnia, a uczyniła to w swojej pracy magisterskiej niejaka Mariola Rakszas. Po pierwsze to niespotykane, aby w pracy magisterskiej pojawiła się sensacja naukowa na skalę globalną. Po drugie, posypały się zaproszenia na kongresy i sympozja. Mariola na wszystkie odpowiada negatywnie. Owszem, koresponduje mailowo czy nawet pisemnie, ale osobiście się nie pojawia. Po trzecie, Mariola zjawiła się na trzecim roku fizyki na UJ i nie wiadomo skąd przyszła, bo prawie się nie odzywała.
-Przecież są jej papiery w dziekanacie, które musiała przedstawić gdy przenosiła się z innej uczelni – zauważyła Agnieszka. – Skoro okazała się tak wybitną osobą że wszystkich interesuje, dlaczego nikt nie sprawdził?
-Sprawdzono. Papiery są z boliwijskiego uniwersytetu, który już nie istnieje. A jedyne co potrafią o niej powiedzieć wykładowcy i koledzy z roku to zeznanie, że była wyjątkowo ładna.
-Koleżanki potwierdzają? – spytała Elżbieta.
-Kwestionują – odparła Katarzyna. – Jest też po czwarte. Mianowicie, Rakszas to prawie na pewno przybrane nazwisko, gdyż jest to nazwa hinduistycznych demonów, które przybierając ludzką postać często mają włosy niby słoma, cerę bladą jak śmierć i ogromne, niebieskie ślepia. Wziąwszy wszystko razem, niektórzy twierdzą, że Marioli Rakszas wcale nie ma. Ich zdaniem jakaś dziewczyna o całkiem innym prawdziwym nazwisku, posłużyła  tajnemu zespołowi pracującemu na zlecenie państwa,  do opublikowania tych wyników badań, których nie utajniono. Ja właśnie byłam tego zdania, dałabym sobie obciąć, no może nie palec ale aż cztery włosy, że Mariola to fantom stworzony po to, żeby koledzy fizycy mogli się pochwalić choćby anonimowo, swoim równaniem. Inni twierdzili jak się okazuje słusznie, że nic podobnego, po prostu wybitnie zdolna Boliwijka polskiego pochodzenia wróciła do kraju przodków kontynuować studia na europejskim poziomie, osiągnęła wyniki bardzo dla władz interesujące, więc ją utajniono i pracuje w jakimś tajnym ośrodku dla państwa. Tak czy owak, bardzo jestem podniecona perspektywą spotkania z legendą polskiej fizyki.
Agnieszka sięgnęła po śliwowicę i wodę mineralną.
-Nie, nie – zaprotestowała Elżbieta. – Ja dziękuję. Muszę już iść się położyć, zasypiam po prostu.
-Strzemiennego, inaczej cię nie puszczę – wymamrotała Barbara, tarasując drzwi.
Elżbieta doznała wstrząsu z powodu tych gradusów, których pozostało sporo mimo rozcieńczania. Ale musiała przyznać, że trunek przyjemnie grzeje i nie drapie spływając w gardło. Z lekkim zawrotem głowy, czując przyjemną euforię, poszła do swego pokoju.
Budzik stojący na nocnej szafce wskazywał pierwszą. Nastawiła budzenie na siódmą. Pościeliła łóżko a kiedy przebierała się w nocną koszulę, posłyszała asynchroniczny śpiew na pięć głosów:
Hej powiadali!
Hej powiadali!
Hej, że Janicka porąbali!
-Dobrze tak skubańcowi!
– Za to, że uwiódł Marynę!
„Mają dziewczyny kondycję – pomyślała Elżbieta. – Albo pomylili się co do mnie i jestem za stara do tego towarzystwa, albo po prostu one przyjechały wcześniej i dążyły się zdrzemnąć.”

Po męczącym poniedziałku i cytrynówce, sześć godzin snu okazało się zbyt mało. Zbudziła się już zmęczona. Inne dziewczyny nie wyglądały lepiej, jedne miały cerę zieloną, inne śmiertelnie bladą. Wszystkie próbowały dość do siebie pod prysznicem, albo wkładając głowę pod kran  z zimną wodą.
Elżbieta myślała, że umrze na torze przeszkód. Był slalom między drzewami, trucht po łące z obrotami, obroty w wyskoku, sześć przewrotów, sześć skłonów, sześć przysiadów i a piać od nowa to samo, cztery razy. Przy ostatnim slalomie Elżbieta zaliczyła trzy zderzenia z drzewami i dwa razy upadła przy obrotach. Kiedy była pewna, że trener zarządzi koniec i odmarsz na prysznic i śniadanie, ten sadystyczny dupek kazał im wspinać się po linie zwisającej z konaru dębu i opuszczać się po niej. Przy trzecim opuszczeniu Asia odpadła od liny. Połamałaby się, gdyby trener jej nie złapał.   Silny facet. Zachwiał się, ale ustał.
-Ty to jeszcze pół biedy – rzekł. – Ale gdyby ta gruba – nie sprecyzował kogo ma na myśli – spadła mi na głowę, to mokry placek zostałby ze mnie. W trosce o własne życie ogłaszam prawie koniec, tylko najpierw przepłyńcie mi to jezioro tam i z powrotem.
Żadna się nie ruszyła.
-Potopić nas chce – oświadczyła Katarzyna.
-Sam se płyń – rzekła Agnieszka.
-Nie przestrzegasz rozkładu dnia – stwierdziła Baśka. – Jesteśmy spóźnione.
Asia usiadła na trawie i tylko wzruszyła ramionami.
-Pogięło cię? – spytała Elżbieta.
-Nigdzie nie płynę – stwierdziła Ala.
-No dobra – pogodził się z losem instruktor. – Ja tylko chciałem sprawdzić, czy wy umiecie prawidłowo ocenić własne siły. Okazuje się, że umiecie.
-Możemy przyjąć taką interpretację, która ratuje twój autorytet – rzekła Katarzyna. – Jednak pamiętaj, że z treningiem, jak z grą wstępną: trzeba mieć wyczucie co jeszcze wolno, a czego już nie.
Po śniadaniu kolejna porcja ćwiczeń. Elżbieta jakoś dotrwała do obiadu, przespała się, poszła na spotkanie z weteranką ściągniętą z akcji w RU. Jednak okazało się, że spotkanie odwołano. Zamiast niego dla odpoczynku i rozrywki zarządzono mecz koszykówki, kursantki przeciw kadrze ośrodka. Przegrały, lecz Katarzynie udało się boleśnie sfaulować komendanta, więc były zadowolone. Potem jeszcze jakieś ćwiczenia, które Elżbieta wykonywała jak lunatyk, śpiąc z otwartymi oczami.
Lecz wtorek, to była dopiero przygrywka, w kolejnych dniach było coraz gorzej. Buntowniczą Katarzynę komendant poskromił w ten sposób, że wsadził ją na trzy dni do aresztu o chlebie i wodzie, jak w średniowieczu. Do ciężkiego wysiłku fizycznego dochodził stres spowodowany chamskim zachowaniem instruktorów. Pewnie była to część treningu psychicznego, ale mało nieraz brakowało, by Elżbieta przez nich zapłakała.
W niedzielę Elżbieta otwarła oczy obudzona jakimś śmiechem i hałasami na korytarzu. Stwierdziła, że budzik lada chwila zacznie wydzwaniać pobudkę na śniadanie. Czym prędzej przestawiła budzenie na dwunastą i ułożyła się do dalszego snu.  Śniło się jej, że w piękną letnią niedzielę idą z Janem i Anią na mszę do świątyni, której mury wyrastały ponad zarośla przepięknie rozkwitłych magnolii. Na jawie może nie chodzili do kościoła tak często jak powinni wskutek nawału różnych spraw, ale we śnie właśnie szli.  Kiedy byli już blisko, z zarośli rozległ się terkot karabinu maszynowego. Przerażone serce Elżbiety zadygotało. Rzuciła się, by zasłonić Anię własnym ciałem. Obudził ją krzyk. To ona krzyczała, a głupi budzik terkotał imitując karabin maszynowy. Przyłożyła mu dłonią w dzwonek. Zwlokła się niechętnie z łóżka. Jakoś tam doprowadziła do porządku. Ledwie doszła do jadalni, takie miała zakwasy w nogach. Zgłosiła się więc po obiedzie do masażysty. Następnie opalała się na plaży nad jeziorem. Za piętnaście czwarta ubrała się, otrzepała kocyk z piasku i poszła w stronę zabudowań, na spotkanie z Mariolą Rakszas. Przeszedłszy ledwie kilkanaście kroków, zobaczyła idącą naprzeciw Kaśkę. Kaśka minę miała tryumfującą.
-A nie mówiłam? – spytała. – Odwołali spotkanie z Mariolą Rakszas. Odwołali, ponieważ ktoś taki w ogóle nie istnieje.
-Dlaczego mieliby zapowiadać spotkanie skoro wiedzieli, że go nie będzie? – sprzeciwiła się Elżbieta.
-A skąd mam wiedzieć, co oni tam kombinują – odparła Kaśka. – W każdym razie dotąd nie uwierzę w Mariolę, dokąd osobiście nie uszczypnę jej w pupę.

W następnych tygodniach obciążenia fizyczne i presja psychiczna zwiększały się. Nieraz dochodziło do scysji graniczących z buntem. Ale wtedy cwani instruktorzy cofali się, łagodnieli, potem od nowa zaczynali dokręcać śrubę. Baśka nie wytrzymała tego psychicznie i fizycznie. Załamała się. Rozwiązano z nią umowę i odesłano do domu, po zapłaceniu pewnej sumy.

-Tam nie ma chorób przenoszonych drogą płciową, więc będziesz mogła dawać dupy przy drodze i w burdelu, ile zechcesz! – wrzasnął dziwnie zniekształconym basem instruktor w masce skopiowanej od lorda Wadera, majaczący w kłębach dymu. – Ale tu nie jest burdel jeno poligon, więc, kurwa, zrób to jeszcze raz!
-Po raz dwudziesty szósty? – dobiegł jęk z głębi rury treningowej.
Rura długa na czterdzieści metrów leżała poziomo w krzakach okadzanych przez świece dymne.
-Co z tego, że dwudziesty szósty skoro ciągle źle!
-Chcę do domu – zabrzmiał z rury stłumiony głos.
-Na długo zostaniesz tutaj, laleczko – roześmiał się instruktor nieziemskim rechotem zniekształconym przez maskę – Jeśli wciąż będziesz leniwa, czeka cię tu jeszcze gorsze piekło. Jeżeli jakimś cudem osiągniesz przeciętny poziom co nie wiem, czy jest wykonalne z powodu twych nędznych możliwości, będziesz torturowana w normie, jak to każda taka niedojda, pseudo – komandos, więc się staraj!
-Pożałujesz, draniu  – zaszemrała z rury odpowiedź.
-Co mówiłaś? Głośniej, bo nie słyszę!
– MAM CIĘ W DUPIE!
-Dosyć tych igraszek  słownych – włączył się do rozmowy kobiecy głos. – Aaaa psik! Proszę uruchomić dmuchawę i rozgonić obłoki tego świństwa. A pani, niech stamtąd wyjdzie!
Elżbieta czerwona jak burak ćwikłowy, wypełzła opierając się na łokciach z długiej rury imitującej kanał. W lewej dłoni trzymała zdjętą maskę przeciwgazową, w drugiej makietę bomby. Wyprostowała plecy wciąż na klęczkach, z makietą bomby u kolan. Podniosła wzrok. Zobaczyła blondynkę z ostrym makijażem, dobiegającą trzydziestki. Klęczeć kiedy taka wypindrzona laska  stoi nad nią, to byłby już szczyt upokorzenia. Zerwała się na nogi. Kobieta podeszła ku niej dwa kroki, stawiając  ostrożnie stopy w czarnych  szpilkach, w trawie niskiej ale gęstej. Wyciągnęła rękę.
-Mariola Rakszas – przedstawiła się. – Ja panią znam, oglądałam pani ćwiczenia na wideo. Robi pani wielkie postępy.
Instruktor zdjął maskę odsłaniając twarz chyba po operacji plastycznej, tak była przeciętna i pozbawiona znaków szczególnych.
-Och pani prezes, to nieprawda – rzekł. – Ta nieszczęsna kobieta nadaje się może do programu „Chujowa pani domu”, ale nie do akcji. Ona nic nie umie.
-Moim zdaniem, umie bardzo wiele – odparła lodowatym tonem Mariola Rakszas.
-Tylko z pozoru, pani prezes – upierał się instruktor. – Tak naprawdę ona jest czułostkowa, romantyczna, seksowna, przyjazna, nie potrafi nikogo ukatrupić ani nawet solidnie, bez przepraszania w myślach, przylać komuś dechą z gwoździami w mordę. Ona jest miła, niby jakaś aksamitna przytulanka.
-Czy to prawda? – spytała Elżbietę Mariola Rakszas.
-Chętnie i bez przepraszania w myślach kopnę go w jaja – odparła z przekonaniem Elżbieta.
Cztery pozostałe kursantki odeszły od swych rur i stanęły wokół luźnym półokręgiem
-Spróbuj – uśmiechnął się krzywo instruktor. – Pospiesz się. Masz na to minutę, potem… Już wiem, rzucę tobą w pokrzywy.
Groźba była bezzasadna, musiałby ją przenieść ze sto metrów, dopiero tam rosło parzące zielsko. Ale wiedziała, że i bez tego drań może się boleśnie zemścić. Ponaglona w ten sposób czym prędzej zrzuciła z ramienia pasek futerału maski przeciwgazowej, założyła ręce za głowę cholera wie po co, może  by wyeksponować piersi. Były mokre, cienka bluzka nasiąkła tym czymś, co było na dnie rury.
-Hej, może jeszcze opuść spodnie oraz reformy, co? – zapiał falsetem rozbawiony instruktor. – Pardon pani prezes, tak mi się tylko powiedziało – ukłonił się fałszywie zmieszany, gapiąc się na odziane w czarne pończochy nogi Marioli Rakszas.
Elżbieta rzuciła się płaskim półobrotem nogami do przodu, upadając na prawe ramię. Jej złączone stopy trafiły mniej więcej tam, gdzie chciała.
Instruktor zawył, padł na glebę, zwinął się w kłębek i tarzał się, ciągle wyjąc. Jedne kursantki chichotały, inne wzdychały ze współczuciem.
-Niezły masz wykop, koleżanko – Rakszas westchnęła przeciągle.
-Taaak, właśnie się doigrałaśśś – stęknął instruktor gramoląc się spomiędzy rozgniecionych liści łopianu. – Chciałem cię chronić idiotko żebyś się czegoś wreszcie nauczyła zanim przejdziesz, ale skoro tak, to masz czegoś chciała.
-No i fajnie – odparła Elżbieta.
-Zabieram panią stąd – rzekła Mariola. – Proszę się wykąpać, przebrać, jedziemy do Warszawy.

Elżbieta wpadła do swego domu niby huragan. Niby huragan szalejący po pustyni. Nikogo nie było. Dopadła telefonu.
-Janek? Jestem w domu!
-Wsiadam w samochód i pędzę! – zabrzmiało ze słuchawki.
-Nie wiem, czy zdążysz. Wpadłam na chwilę, korzystając z okazji że zabrali mnie do Warszawy. Oni coś kombinują. Zgodnie z kontraktem mam jeszcze dwa miesiące szkolenia, ale oni coś kombinują. Nieważne. Gdzie Ania, pewnie z opiekunką na spacerze, ale gdzie jest gosposia?
-Musiałem ją zwolnić – padła odpowiedź ze słuchawki. – Twoja i moja mama donoszą nam obiady. Wygrzebaliśmy się, wszystko idzie dobrze mimo to wciąż oszczędzam, boję się szastać forsą. Zrezygnowałem nawet z najdroższego pakietu kablówki i wziąłem ten najtańszy. Czekaj. Już jestem w samochodzie. Jadę.
-Nie czekam. Dzwonię na komórkę do niani, pewnie jest w parku jak zwykle, powiem niech wraca z Anią w stronę domu, ja pobiegnę naprzeciw. Babcie wciąż na mnie wściekłe?
-Jak cholera.
Mama, teściowa, koleżanki z pracy, znajomi, cała rodzina wszyscy myśleli, że Elżbieta nareszcie zrobiła to o czym mówiła, gdy była rozgoryczona, zła i w depresji: rzuciła wszystko w diabły by zostać świecką misjonarką w Vanuatu, gdzie komórki nie mają zasięgu i skąd do domu jest niezmiernie daleko.
-Pa, wszystko będzie dobrze  – powiedziała do słuchawki.
Rozłączyła się, wykręciła numer komórki pani Marcysi opiekunki do dziecka. Kazała jej wracać. Wybiegła z domu i po chwili ujrzała panią Marcysię, truchcikiem pchającą wózek w jej stronę.

Guzik polski część I

Jan Kowalski z wykształcenia był inżynierem mechanikiem. Po ojcu Andrzeju Kowalskim odziedziczył fabrykę guzików. Za czasów komuny był to warsztacik zatrudniający dziesięciu pracowników, ale za demokracji interes rozwinął się najpierw w fabrykę guzików i zamków błyskawicznych, a następnie, pod rządami młodego inżyniera Jana Kowalskiego, w koncern Guzik Polski.

Kowalski jakoś tak chyłkiem wślizgnął się przez na pół otwarte rozsuwane drzwi do salonu o powierzchni czterdziestu metrów kwadratowych. Bez zapału, wręcz z ociąganiem szedł ku swej żonie Elżbiecie, która siedząc na narożniku obitym beżową skórą, przeglądała miesięcznik „Glamour”.  Na kanapie było  tyle barwnych ozdobnych poduszek, że Jan z pewnym trudem wywalczył sobie miejsce obok żony, spychając poduchy do kąta.
-Cześć – Elżbieta na mgnienie oka oderwała wzrok od tekstu i przyjrzała się małżonkowi. Przyglądać mu się dłużej niż przez mgnienie nie miała potrzeby. Przecież znała go doskonale. – Jak tam, w porządku? – spytała raczej retorycznie, poprawiła ułożenie ciała, wyciągnęła nogi opierając je na pikowanym podnóżku podobnie jak narożnik obleczonym beżową skórą. – Na pewno tak – odpowiedziała sama sobie i powróciła do lektury.
Jan Kowalski zaczerpnął oddechu. Wzniósł oczy do nieba, a właściwie do sufitu ozdobionego sztukaterią.
-Został nam guzik i to bez pętelki – rzekł, czując się jak kamikadze pikujący na wrogi lotniskowiec . – Kryzys całkiem nas wykończył.
-Żartujesz kotku? – spytała Elżbieta, odkładając czasopismo na prosty błyszczący stolik ze szkła i chromu, fajnie kontrastujący z monumentalnym narożnikiem.
-Nie żartuję – odparł Jan.
Znała go na wylot więc poznała, że o żartach nie ma mowy. Połączyła w myślach wszystkie jego wcześniejsze napomknienia, delikatne sugestie że nie wszystko idzie tak jak trzeba, i zrozumiała, że podczas gdy ona zajmowała się dzieckiem, domem a nawet pracowała na ćwierć etatu aby nie spleśnieć w chałupie, kiedy się tak męczyła i starała, on wszystko stracił, zmarnotrawił i spieprzył.
-To oczywiście twoja wina! – powiedziała wściekle. – Ostrzegałam żeby nie przeinwestować ale ty mnie nie słuchasz, ciągle twoje na wierzchu, no to masz.
-Mamy – poprawił Jan. – Ty też jesteś bez grosza. – Odchrząknął. – Przyznaję, moja wina. Moja i tych cholernych banków, rządu który polski przemysł ma w dupie no i kryzysu. Ale stało się. Już nie możemy zatrudniać opiekunki do dziecka, gosposi, a najgorsze jest to, że musimy przeprowadzić się do mieszkania w bloku….
-No co ty – zachichotała Elżbieta. – Teraz rozumiem, jednak żartujesz. Ty nigdy nie spoważniejesz, nawet teraz musisz głupio żartować.
-Wcale nie żartuję, niestety. Komornik zajmie nasz dom.
-Mamy zamieszkać z biedakami? Tam nie ma basenu! Zrób coś.
-W zasadzie nic się nie da zrobić – odparł Jan z pewnym wahaniem.
-No przecież widzę, że coś masz na myśli – powiedziała Elżbieta. Przysunęła się do męża, położyła dłoń na jego udzie i wyżej przesunęła paluszki. Paluszki miała smukłe. – Ty zawsze w końcu coś wymyślisz.
Jan jeszcze wyżej przesunął jej dłoń i przyjrzał się żonie z upodobaniem. Ela miała trzydzieści trzy lata. Nie przypominała najmodniejszych młodych dziewczyn podobnych do makaronu – długich, cienkich, o kształcie rurki. Ela miała okrągłości tam gdzie trzeba, wcięcie w talii, może odrobinę, ale to odrobinkę tłuszczyku tu i ówdzie, miała piękne nogi – tylko idioci twierdzili że o  nieco zbyt pulchnych udach, ale takie właśnie najbardziej się Janowi podobały. Miała piękną buzię której ozdobą były lśniące, brązowe oczy, spoglądające na męża błagalnie, kusząco, z ufnością.
-W zasadzie jest coś – Jan odchrząknął, wyraźnie zakłopotany. – No wiesz, słyszało się czasem… o takich… Ja powinienem wziąć wszystko na klatę, niestety nie mam żadnych dalszych możliwości, zrobiłem już wszystko. Ale oni poszukują kobiet…
-Mówże wreszcie, w  czym rzecz? – popędziła go Elżbieta.
-Stowarzyszenie O, słyszałaś o nim – zmieszany, czerwony ze wstydu Jan umilkł na kilka sekund. – Wiem, że to ciężkie jak zły los i w ogóle, i nie ty powinnaś się poświęcać. Ja nie powinienem własnej żony w coś takiego pakować, ale… – znowu umilkł, a Elżbieta patrzyła na niego z niedowierzaniem. – Za takie pieniądze, że może uniknęlibyśmy bankructwa – dodał, opuszczając wzrok na wełniany designerski dywan, który też miał paść łupem komornika.
-Mówisz o tym stowarzyszeniu co to szepczą w towarzystwie? – upewniła się Elżbieta.
-Chyba o tym właśnie szepczą – wybąkał Jan. – A ja dostałem propozycję dla ciebie i umowę do podpisu. To hieny, które czyhają na takie okazje, kiedy normalna, uczciwa kobieta znajdzie się w opałach.
-Jak możesz, jak w ogóle możesz… – Ela zakrztusiła się złością.
-Ale nie musisz się rozwodzić chociaż jestem świnią – powiedział słabo Jan – Jak się nie zgodzisz, to nie. Ja tylko myślałem, że wtedy zostałaby fabryka i dom i Ania miałaby angielską opiekunkę, potem lekcje tenisa, konie, przyjaciół na poziomie a nie jakichś blokersów i… tak dalej. Ale to dla nas trudne. Ja wiem.
-Nie dla ciebie – parsknęła Elżbieta.
-Nie dla mnie – przyznał Jan ciesząc się w duchu, że Ela nie odeszła, nie dała mi w pysk, więc może… – Będziesz zabezpieczona na kilka sposobów – zdecydował się odezwać. – Tak zapewnili mnie w emailu.
-Zamknij się.
Elżbieta siedziała jak sparaliżowana. Ciśnienie na pewno jej wzrosło, a głowa – tak czuła – płonęła w ogniu. Bo oto jej najskrytsze fantazje mogły się spełnić. Do krainy tych porąbanych marzeń  nie wpuszczała nikogo. Nie sądziła aby kiedykolwiek mogły się ziścić, ponieważ byli normalnym, standardowym można rzec, małżeństwem z klasy wyższej, z jedną córką i drugim dzieckiem w planie. Jakieś wirtualne insekty zaczęły buszować po jej ciele łaskocząc i zachowując się jak rozpasana horda.  – „Jeśli powiem nie, nigdy się nie przekonam, nie dowiem  – pomyślała. – I co najgorsze, zbankrutujemy”.
-Zgadzam się dla dobra dziecka – powiedziała. – Zgadzam się dla dobra Ani, ty cholerny dupku!
-Dziękuję, wyciągasz nas z czarnej dziury w którą wlazłem – powiedział cichutko Jan. – W takim razie, musisz podpisać umowę. Twój kontrakt  potrwa względnie krótko i za jaką cenę, wyobraź sobie…
-Mam może być dumna, że jestem sprzedana za wysoką cenę?! Zamknij się lepiej. Zawsze kiedy ty nabałaganisz, spieprzysz i zawalisz, to ja muszę sprzątać!  A ile jestem warta?
-Czterysta tysięcy netto za szesnaście miesięcy.
-Tak mało?
-To wychodzi całkiem nieźle. Dwadzieścia pięć tysięcy netto miesięcznie plus zakwaterowanie i utrzymanie. Płatne z góry, a po zakończeniu jeszcze ewentualnie premia. To nas uratuje. Oni zatrudniają  tylko porządne, wykształcone  kobiety, jakieś tam laseczki bez matury nie mają u nich szans.
-Nie wiem, czy tak długo wytrzymam.
-Jeśli podpiszemy umowę, to lepiej wytrzymaj. Sama wiesz, że z pewnymi osobami i organizacjami lepiej nie zadzierać. Jeśli podpiszemy, musisz wytrzymać. Więc jak? Umowę mam w komputerze. Wysłali emailem.
Zaczerwieniona Ela, czująca się jak we śnie, machnęła ręką.
-Drukuj.
-Ale… – zająknął się Janek
-Drukuj, szkoda czasu.  Potem chodźmy.
-Gdzie?
-Do sypialni. Myślę, że powinnam się z tobą pożegnać.

W poniedziałek kwadrans po jedenastej, granatowy Mercedes państwa Kowalskich zatrzymał się przed bramą  Spółdzielni Pracy WYWÓZ. Siedząca na fotelu pasażera Elżbieta przytuliła się do swego męża.
-Och jej, nie ma się co tak przejmować, przecież nie odlatuję na Księżyc – powiedziała niby to lekkim tonem.
-Istotnie nie na Księżyc, tylko jeszcze dalej – mruknął Jan, obejmując żonę. – Może lepiej zrezygnuj.
-Pamiętaj, opiekuj się Anią. Przecież mam trzy tygodnie urlopu, przyjadę najszybciej, jak będę mogła. Przedtem zawiozą mnie na Vanuatu, żebym gładko kłamała.
Jan pocałował żonę w usta i trwali tak przytuleni do siebie nie dbając, że jakiś lump siedzący na ławce, zerka na nich. Wreszcie Elżbieta wyzwoliła się z objęć męża.
-Muszę iść, i tak jestem mocno spóźniona – rzekła.
Jan wysiadł, otwarł bagażnik, podał żonie plecak. Patrzył za nią, jak przekracza bramę i idzie przez plac.
Elżbieta ubrała się zgodnie z instrukcją otrzymaną emailem, skromnie, w sposób nie rzucający się w oczy, w niebieski T-shirt marki Princess, dżinsową spódniczkę i sandały. Za całą biżuterię miała srebrny łańcuszek na szyi i srebrną bransoletkę. Ale chyba popełniła w ubiorze jakiś błąd, bo zamiast przemknąć się przez plac w sposób nie rzucający się w oczy, zwróciła na siebie uwagę umysłowego w chałacie który gapił się na nią ukradkiem oraz dwóch kierowców którzy jako ludzie prości, gapili się otwarcie.
Jednopiętrowy biurowiec miał dwa wejścia, nad każdym tablice z nazwami firm wynajmujących pomieszczenia od spółdzielni. Przyjrzała się szyldom, następnie podeszła do umysłowego. Z bliska niezbyt przypominał urzędnika. Miał ledwie widoczną bliznę na policzku, szerokie bary i zimne spojrzenie niebieskich oczu.
-Przepraszam…
-Już dobrze, ale na przyszłość bądź punktualna – przerwał jej osobnik w chałacie. – Kowalska, co? Spóźniona, no nie? Pierwsze wejście, pierwsze piętro, pokój dwanaście.
W kadrach pracują najczęściej kobiety. Od reguły są wyjątki, kadrowym w spółdzielni był Marian Walbinowski – tak głosiła tabliczka przymocowana do drzwi pokoju. Okazało się iż to nie jakiś wypłosz, tylko starszy gość wyglądający na  przebranego oficera. Podniósł się  szarmancko z obrotowego fotela gdy Elżbieta otwarła drzwi. Poprosił, by usiadła na krześle stojącym obok półkolistej dostawki do biurka. Założyła nogę na nogę w stylu Sharon Stone z Nagiego Instynktu.
-Witam na pokładzie – rzekł Walbinowski. – Po prawdzie u nas panuje taka dziwna sytuacja, że kiedy okręt wypływa nareszcie z portu na szerokie wody, my mężczyźni schodzimy z pokładu, a płyną kobiety. Mogła pani poczytać o tym w materiałach, któreśmy podesłali.
-Jest to pewien plus całej sytuacji, że facetów będę miała z głowy – odparła Elżbieta. –  Wiedziałam o tym od dawna, bez czytania waszych materiałów. Ale zastanawiałam się kiedyś z przyjaciółkami, co znaczy to coś okrągłego na końcu waszej, a właściwie teraz naszej, nazwy. Bo różnie mówią: Stowarzyszenie Zero, Stowarzyszenie Obłąkanych, Stowarzyszenie z Kółkiem Na Końcu lub Stowarzyszenie z Kółkiem Na Czole, Stowarzyszenie Duże „o”, Stowarzyszenie Z Czymś Okrągłym i tak dalej. Nikt nie wie, co to jest to okrągłe, czy to oznacza literę „o” czy cyfrę zero czy jeszcze co innego?
-Znaczy raz to, raz tamto – odparł enigmatycznie Walbinowski. – Cieszę się, że choć ten drobiazg pozostał sekretem. Ale czym się Stowarzyszenie zajmuje, oczywiście wszyscy wiedzą, choć to największa tajemnica III RP?
-Oczywiście wszyscy wiedzą, choć niedokładnie  – przyznała Elżbieta. – Opowiedzieć panu, co się mówi? To proszę bardzo. Mówi się, że jedno przejście do Równoległego Uniwersum jest na dnie Rowu Mariańskiego więc całkiem niedostępne, natomiast drugie jest u nas, na Łysej Górze. Ponieważ rząd nie może z niego korzystać ani w ogóle nic zrobić w sprawie RU bez zgody stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, więc w największej tajemnicy założył niby to nielegalne Stowarzyszenie, które niby to potajemnie handluje z RU. Wysyła tam kobiety, ponieważ mężczyźni nie mogą przeniknąć bariery między światami. Ja nie wiem, dlaczego? – Elżbieta spojrzała pytająco.
-My dlatego nie możemy prześliznąć się przez BMS, ponieważ mamy za dużą i za ciężką AM, czyli Aurę Malinowskiego, a Malinowski to jest właśnie ten profesor, który odkrył AM – wyjaśnił Walbinowski. – Czy to już wszystko, co pani o nas wie?
-Jeszcze to, że Stowarzyszenie przemyca stamtąd dziwne narkotyki zwłaszcza J23, suszony krzeszmień który jest rzekomo panaceum na sto dolegliwości, tresowane pinguiny i to chyba wszystko? Mnie osobiście  wydaje się nieprawdopodobne aby rząd potajemnie bawił się w handel takim badziewiem. W tym musi chodzić o coś więcej, no nie? Wyznam, iż kiedyś spróbowałam J23. Co za świństwo! Przez tydzień miałam biegunkę i migrenę! To chyba jest mieszanina gówna nietoperzy z gliną.
-Niemal pani trafiła – rzekł Walbinowski. – Jest w tej mieszance półtora procent amfy, trzy procent stanowi mielony groch, dwa procent okruchy wyschniętej plasteliny, reszta to mąka krupczatka.
Elżbieta potrząsnęła głową
-Fuj, co za świństwo – powiedziała ze śmiechem.
-Istotnie skład tego specyfiku jest dość zabawny – przyznał Walbinowski bez cienia wesołości. – Natomiast reszta spraw jest śmiertelnie poważna. Panie zaczynają karierę przenosząc  ceniony w RU bursztyn, kupując czego nam trzeba i wracając z towarem. Tak przedstawiamy działalność naszych agentek ich partnerom życiowym. Z zasady nie wspominamy, że gdy agentka nabierze doświadczenia, przechodzi do mniej bezpiecznych zadań. Ale ciekaw jestem, co się o tym mówi na mieście?
-Na ogół mówi się, że dziewczyny bardzo często organizują dla siebie dzień czy dwa wczasów nad jeziorem, oceanem czy tam gdzieś. Podobno są i takie, które lubią zaszaleć w RU. Tam nie ma chorób wenerycznych i z tamtejszymi facetami w ciążę zajść nie możemy. Istne wakacje w tropikach. Czasami trzeba postrzelać do tubylców pociskami usypiającymi gdy zbyt nachalnie żebrzą podczas zakupów, wycieczek do nocnych lokali, do starych ruin, czy tam gdzieś. Ale są i mroczniejsze opowieści.
-Ja bym stawiał na te mroczniejsze – rzekł Walbinowski. – Wszystkiego dowie się pani podczas szkolenia, które rozpocznie się jutro, w bazie OS1. Wiem, że kiedy pracowała pani w dziale zaopatrzenia koncernu Guzik Polski, jeździła pani samochodem dostawczym, był to bodajże Peugeot Boxer?
-Jest pan doskonale poinformowany.
-Istotnie, jestem – uśmiechnął się Walbinowski. – Wiem nawet, że właśnie w tej pracy poznała pani swego przyszłego męża.
-Taka historia o księciu i Kopciuszku. Tylko, że ja nie uciekałam o północy, więc nie musiał mnie szukać po całym królestwie.
-Istotnie, sprawa nabrała wtedy ostrego tempa – przyznał Walbinowski, wyjmując plik papierów z szuflady. – Teraz poproszę o pani podpisy. Na oświadczeniu o zachowaniu tajemnicy pod karą, proszę je najpierw uważnie przeczytać, bo to nie są puste słowa.
Elżbieta przeczytała i choć wiedziała już z dostarczonych tydzień temu przez kuriera materiałów co tam znajdzie, poczuła zimny dreszcz przebiegający po plecach, gdy odczytała słowa „pod karą śmierci”. Walbinowski odebrał od niej podpisany dokument który kojarzył się Elżbiecie ze słowem „cyrograf”, i podsunął jej do podpisu następny.
-Jest to przykrywka konieczna aby była pani jakoś umocowana podczas szkolenia – rzekł. – Umowa o pracę w Spółdzielni WYWÓZ, w charakterze kierowcy. Na placu czeka Peugeot Boxer, załadowany nasionami i sprzętem. Ośrodek Doświadczalny Instytutu Ochrony Roślin zlecił Spółdzielni WYWÓZ przewiezienie tego wszystkiego do siedziby instytutu w Borach Tucholskich. Zawiezie im to pani.
Elżbieta skrzywiła się, uniosła prawą brew i spojrzała pytająco.
-Mam wozić jakieś nasiona i motyki do borów czy tam gdzieś? – spytała.
-Baza OS1 jest zakamuflowana jako Ośrodek Doświadczalny Instytutu Ochrony Roślin – wyjaśnił Walbinowski. – Spodoba się tam pani. Położona jest nad jeziorem, można popływać, jest sala gimnastyczna, sauna, siłownia, kort no i, rozmaite tory przeszkód. Spółdzielnia oddelegowuje tam panią wraz z pojazdem, do dyspozycji Ośrodka. Dowód rejestracyjny, potwierdzenie ubezpieczenia, kartę drogową, kluczyki odbierze pani na parterze, u dyspozytora. W schowku pod deską rozdzielczą jest telefon komórkowy. Łączy tylko z numerem alarmowym, wystarczy nacisnąć dowolny przycisk. Proszę korzystać bez wahania w razie jakiegoś niebezpieczeństwa czy choćby tylko podejrzenia. Swoją komórkę proszę mi oddać – Walbinowski wyciągnął rękę. – Odbierze ją pani z depozytu za szesnaście miesięcy.

Zarządcą bazy OS1 był potężnie zbudowany, łysy pan Ryszard w wieku około pięćdziesięciu lat. Siedział w fotelu za ogromnym biurkiem, przed którym stała Elżbieta. Przyjrzał się jej, następnie rzekł:
-Zatrudniła cię firma, ale praktycznie to ja jestem twoim panem i właścicielem. Ponieważ jakimś cudem aż dotąd, czyli do czterdziestej wiosny, dałaś radę nie być dziwką, to być może masz jakąś godność, co?
-Jak śmiesz, ty… – zszokowana Ela szukała dostatecznie obelżywego słowa. – Ty stary pierniku! – powiedziała dobitnie.
Pan Ryszard roześmiał się.
-Nie wiesz mała, w co się wpakowałaś. Pierwsze co wybijemy ci z głowy, to godność. Będziesz szczała i srała na oczach wszystkich, kąpała się nago z setką chłopaków, czołgała się w błocie, lizała buty jeśli ci każą, a jeśli trzeba, to właśnie zostaniesz kurwą. Potem wybijemy ci z głowy strach, litość, nauczymy bezrefleksyjnie wykonywać rozkazy. Następnie poskładamy cię na nowo. Najpierw nauczymy cię godności, potem wbijemy do głowy, że kontrolowany strach jest podstawą sukcesu, następnie nauczymy cię analizować rozkazy, wydobywać ich cel i realizować go według własnej woli. Zrozumiano?
-Może tak, może nie.
-Odpowiada się: TAK JEST PANIE KOMENDANCIE! Stań na baczność
i powtórz.
Elżbieta spojrzała drwiąco.
-Nie zmuszaj mnie, bym wyegzekwował posłuszeństwo represjami. Pomyśl o tym, że jesteś uczciwą osobą która dobrowolnie podpisała kontrakt, więc masz obowiązek się z niego wywiązać.
Drwiący uśmieszek spełzł z twarzy Elżbiety. Czując zamęt w głowie,  rozważała słowa pana Ryszarda. Wreszcie, świadoma absurdalności takiego zachowania, stanęła w sposób który uznała za zbliżony do postawy zasadniczej i wrzasnęła:
-TAK JEST PANIE KOMENDANCIE!
-Tak jak to masz zapisane w umowie, po czteromiesięcznym szkoleniu przerzucimy cię do RU – zabrzmiał głos komendanta. – Słyszysz mnie, mała? Widzę, że nie bardzo kojarzysz. Widzę, że na  razie masz dosyć, więc: ODMASZEROWAĆ! Idź się wykąp i prześpij w swojej kwaterze.
-To znaczy, gdzie? – spytała Elżbieta.
-Odmaszerować! – ryknął pan Ryszard. – Nie pytać!
Elżbieta podniosła swój plecak i wyszła, wzruszając ramionami. Na dworze było już ciemno, mimo to kwaterę odnalazła bez trudu, ponieważ baza składała się ledwie z czterech budynków, z których jeden oznaczony był dużym napisem: Kwatery kursantek. Gdy weszła do środka, automatycznie zapaliły się lampy oświetlając szeroki korytarz ze stołem do ping ponga, bilardem, palmą, kilkoma fotelami i ogromnym telewizorem na  ścianie. Korytarz miał z każdej strony po pięć drzwi, na których przymocowano tabliczki z nazwiskami lokatorek.
Otworzyła drzwi swego pokoju. Klucz tkwił w zamku od wewnątrz. Zapaliła światło. Plecak zsunięty z ramion upadł gdzieś tam na podłogę, sandały ściągnęła na siłę bez rozpinania pasków. Położyła się na tapczanie nie rozścielając pościeli i właśnie miała zasnąć, gdy ktoś zapukał. Mamrocząc pod nosem przekleństwa, otworzyła.  Za drzwiami stała blondynka o ciepłym uśmiechu i długich nogach. Sądząc z wyglądu dobiegała trzydziestki, była w wieku kiedy zdaniem wielu mężczyzn kobiety są najpiękniejsze. Zdaniem mężczyzn do których Elżbieta przecież się nie zaliczała, więc momentalnie odkryła u tamtej mankamenty urody. Przede wszystkim, za chuda. Po drugie, nijaka. Po trzecie, gdy się dobrze przyjrzeć to być może szczękę ma odrobinę za dużą. Po czwarte… – no cóż, po czwarte na razie nic nie znalazła.
-Agnieszka – przedstawiła się nieznajoma. – Zapraszamy, urządziłyśmy nieformalny wieczorek zapoznawczy w moim pokoju. Zabierz krzesło, u mnie już nie ma na czym usiąść. Acha, i najważniejsze: zabierz szklankę.
Co było robić, integracja z zespołem to ważna rzecz.
-Ela – zaszczebiotała Kowalska, tłumiąc ziewanie i klnąc w duchu. – Fajnie, żeście o mnie pomyślały. Już idę, kochana.