Powrót z gwiazd

Moja subiektywna opinia o „Powrocie z gwiazd” Stanisława Lema, napisana w dobie pandemii koronawirusa.

Wpływ pandemii na niniejszy tekst jest dwojaki.

Po pierwsze, nie mam w domu wymienionej książki. Aby coś przenikliwego, mądrego, dowcipnego albo choć na jakim takim poziomie o niej napisać, powinienem ją jeszcze raz przeczytać. Czytałem ją dawno, nawet bardzo dawno i nie pamiętam szczegółów wystarczająco dobrze. A wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach. Ale biblioteka jest zamknięta, a ja od tak dawna myślę o napisaniu tej recenzji, że, trudno się mówi, napiszę ją wreszcie, mimo wszystko.

Po drugie, pomysł aby cała ludzkość dała się potulnie okaleczyć (bo betryzacja to ewidentnie ciężkie okaleczenie) wydał mi się zbyt fantastyczny nawet jak na fantastykę. I właśnie dzięki covid 19 wymyśliłem, jak można by przeprowadzić betryzację.  Mianowicie, należałoby wmówić ludzkości  okropną globalną epidemię – dla mediów to nic trudnego, wmawiają ludziom nie takie rzeczy – wymyślić rzekomą szczepionkę i wszystkich zaszczepić, a w rzeczywistości zbetryzować. I już. Potem można się nawet przyznać, potulna ludzkość przecież się nie zbuntuje.

Teraz do rzeczy, czyli do „Powrotu z gwiazd”. Głównym motywem powieści jest wrastanie astronauty Hala Bregga w nowe dla niego społeczeństwo Ziemi, na której nie było go aż 127 lat. Najważniejszą cechą nowego społeczeństwa jest „betryzacja”. Nikt zbetryzowany nie może nawet wyobrazić sobie aktu szeroko rozumianej „krzywdy”. Krzywda nie musi być wynikiem złych intencji. Przykładowo, hokej wymarł, bo podczas meczu można niechcący oberwać kijem. Jest to przemoc zadana bez złych intencji, mimo to niewyobrażalna dla zbetryzowanych ludzi. Zatem, dotychczasowa tradycja i kultura lądują na śmietniku. Zdecydowana większość dzieł napisanych przed betryzacją podlega kasacji. „Tragedie tatrzańskie”, „Iliada”, „Odysea”, „Hamlet”, „W pustyni i w puszczy”, „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, „Biblia”, „Madonna sleepingu”, „Cyd”, „Inwazja Marsjan”, „Koran”, „Tomek na wojennej ścieżce”, „Mitologia grecka”, „Tristan i Izolda”, „Romeo i Julia” i tak dalej, bez końca.  Z filmów to nie ocalałaby nawet „Pszczółka Maja”. Wszystko won, wszędzie się zabijają lub próbują zabić, czasami torturują  albo ulegają wypadkom. Znikają choćby wzmianki o  kulturach  Papuasów i Dajaków – to łowcy głów przecież, znika cała krwiożercza kultura Azteków, znikają Fenicjanie do spółki z Kartaginą (ofiary dla Molocha), znika Rzym (gladiatorzy, wojny, krzyżowanie). Znikają niemal wszystkie religie – może buddyzm zostaje, nie wiem, nie znam się na buddyzmie. Ale i w nim są jakieś krwiożercze demony. Z historii Europy pozostają zaledwie strzępy. W ogóle, cała historia świata od pradziejów aż do momentu betryzacji, ulega wymazaniu.  Nikt nie wie, kto to Hitler. I bardzo dobrze. Ale nikt nie wie również, kim był, na przykład, święty Maksymilian Kolbe. Święty Franciszek też pozostaje nieznany. Wprawdzie on był łagodny, muchy by nie skrzywdził, ale chrześcijanin. A w chrześcijaństwie jest to całe biczowanie, krzyżowanie… Błłeee. Reasumując, ludzie zbetryzowani są odcięci od dorobku pokoleń w dziedzinie kultury, nie znają  tradycji i historii, nie rozumieją  dawnych bohaterów, nie znają Boga ani nawet pogańskich bogów. Po prostu, ci ludzie to jakieś pożałowania godne, hedonistyczne kukły.

Zbetryzowany świat to tyrania. Ktoś musiał ludzkość zbetryzować. Nie obeszło się przy tym bez przemocy. Nawet gdyby wmówić większości, że to niewinne szczepienia, to pozostaje nieufna mniejszość, która zawsze i wszędzie wietrzy spiski. Na pewno byłby zbrojny opór, demonstracje itp. Zresztą, w powieści są wzmianki o tym oporze. Ci od betryzacji musieliby łamać opór siłą, więc nie mogliby być zbetryzowani. Na pewno zakładano by, że zbetryzują się jako ostatni. Lecz kto by ich do tego zmusił, skoro jak Ziemia długa i szeroka, tylko oni potrafili zmuszać? Mogliby robić co chcą, a że natura ludzka jest jaka jest, to chcieliby robić sporo przeróżnych świństw. A ich ofiary mogłyby tylko skomleć i się podporządkować. Garstka nie zbetryzowanych zagarnęłaby nieuchronnie władzę nad światem. I tak zapewne się stało, Lem nie wspomina o żadnych wyborach, parlamentach czy samorządach. Jakaś władza musi być, lecz jest utajona, więc mafijna i tyrańska.

W świecie „Powrotu z gwiazd” trzeba zdawać trudne egzaminy, żeby uzyskać zezwolenie na posiadanie dzieci. Obecnie ludzie choć nie muszą zdawać egzaminów, choć się ich zachęca do posiadania dzieci na przykład za pomocą 500+, to i tak potomstwa mieć nie chcą. W każdym razie, w krajach bogatych. Nie ma podstaw by sądzić, że taka postawa zmieni się w przyszłości. Należy zatem przypuszczać, że w Europie oraz w wielu regionach poza naszym kontynentem,  prawie nikt nie przystąpi do egzaminu. Może znajdą się chętni do zdawania egzaminu z rodzicielstwa w krajach biednych? Lecz wydaje się, że w przyszłości biedy już nie ma, wszyscy żyją znacznie wygodniej, niż my teraz.  Jeśli jednak znajdzie się w przyszłości biedny kraj, to u biedaków oświata leży, więc większość zdających obleje. Zresztą, jak zbetryzowana kobieta może myśleć o dzieciach, skoro żaden robot nie zmusi dziecka, by się odpowiednio ułożyło. A dopuszczenie możliwości cesarskiego cięcia pogrąży ją w otchłani negatywnych odczuć nie do wytrzymania. Ludzkość wymiera. Lem o tym nie pisze, ale tak właśnie jest w świecie „Powrotu z gwiazd”. Świadczy o tym fakt, że ani razu nie ma mowy o dzieciach. Nie biegają, nie krzyczą, nie kupują lodów, Bregg Hal ich po prostu nie widzi, bo ich nie ma. Lem jako doskonały pisarz wyczuł, że dzieci nie pasują do obrazu świata, jaki stworzył.

Miłość a także seks to musi być w zbetryzowanej przyszłości coś naprawdę zabawnego. Bregg Hal kocha się z Eri względnie normalnie. No ale, Hal jest normalny z naszego punktu widzenia, zaś Eri jest czarująca, nieco uległa i delikatna. Motywowana uczuciem, potrafi nawet przełamać betryzacyjne ograniczenia, gdy ratuje Hala przed samobójstwem. W sumie, „normalna” para, całkiem sympatyczna. Ale gdy wyobrażę sobie „trójkąt” zbetryzowanych istot…

-Przepraszam, ta naga pani leżąca z panem w moim łóżku, to moja żona. Czy byłby pan uprzejmy z niej zejść?

-Oczywiście, jednak dopiero za jakieś dziesięć, może piętnaście minut, kiedy skończę. Czuję, że to już nie potrwa długo.

-No cóż, chętnie bym panu coś zrobił, ale że sama myśl o tym wywołuje u mnie skrajnie przykre odczucia, więc proszę sobie nie przeszkadzać. Poczekam, obejrzę wiadomości w TV…

Jednym słowem, masakra. Można ewentualnie odczytać przesłanie „Powrotu z gwiazd” jako ostrzeżenie przed eksperymentami społecznymi, lecz ja takiej intencji u autora nie wyczuwam. Hal Bregg czasami się zżyma na zastane porządki. Podobnie jego kumpel astronauta, Olaf. Lecz to bardzo słaby sprzeciw, dotyczący nielicznych sytuacji. Obaj wyraźnie akceptują ten koszmarny, okaleczony świat. Nasuwa to podejrzenie, że autor również go akceptuje. A ja nie. Moim zdaniem jest to okropna antyutopia, coś przerażającego, inwazja ludożerczych Marsjan to przy tym pikuś.

Spryciarz z Londynu

Terry Pratchett kojarzy się, chyba nie tylko mnie, z cyklem fantasy „Świat Dysku” i może jeszcze z cyklem science fiction „Trylogia Nomów”,  chociaż, przyznaję się bez bicia, tego drugiego cyklu nie czytałem. Spodziewałem się więc, że „Spryciarz z Londynu”  też ma coś wspólnego z fantastyką. Jednak myliłem się.  „Spryciarz z Londynu” to mieszanka romansu i kryminału osadzona w realiach dziewiętnastowiecznego Londynu. To realistyczna opowieść o nastoletnim Dodgerze, chłopcu ze slumsów który nie zna swych rodziców. A co najmniej równorzędnym bohaterem tej powieści jest Londyn z  połowy XIX wieku. Zbieracze do których należy Dodger, penetrują kanały by zbierać pieniądze oraz wszelkie wartościowe rzeczy, które wpadły tam przez studzienki kanalizacyjne. Pewnej nocy Dodger ratuje z łap bandziorów młodą kobietę, która wskutek szoku zapomniała (lub tak udaje) swego imienia. Wobec tego, wybrano dla niej zastępcze imię Symplicja. Od tego momentu życie Dodgera radykalnie się odmienia. Walczy, zawiera znajomości w coraz wyższych sferach, broni Symplicji i choć zawodowi mordercy sieją grozę, uchodzi cało spod ich noży.
Ze sprawnością zawodową morderców jest kiepsko – choć się starają, wszystko partaczą.  Naprawdę dziwię się Ostremu Bobowi, że choć jego życie zależało od powodzenia akcji przeciw Dodgerowi i Symplicji,  działał tak umiarkowanie, łagodnie, a nie jak człowiek naprawdę zły i przebiegły. Mógł wysłać kilku zbirów by schwytali Dodgera i torturami wymusili na nim zeznanie, gdzie ukrywa się Syplicja. I byłoby po Dodgerze. Lecz wtedy skończyłaby się opowieść. Dlatego właśnie autor każe Ostremu Bobowi wysłać do akcji jednego, samotnego nożownika, który zamiast dźgnąć chłopaka w plecy gada i puszy się wystarczająco długo, by go Dodger załatwił.
Podobnie nielogicznie jest skonstruowana postać Salomona. To jubiler wyznania mojżeszowego, u którego Dodger mieszka, który jest dla chłopaka mentorem i autorytetem. Jedyny powód dla którego Salomon kwateruje w slumsach jest taki, by miał kto młodzieńca uczyć manier, czytania i pisania oraz zasad higieny. Innego powodu dla którego Salomon mieszka w najpodlejszej dzielnicy, autor nie przedstawia. A dziwna to zaiste kwatera dla mistrza w rzemiośle jubilerskim, dla mędrca o którym anegdoty opowiada król Szwecji, o którym słyszała królowa Wiktoria, którego zna Beniamin Disraeli  (późniejszy premier tak wybitny, że ma notkę w każdej encyklopedii).
A dlaczego koło powozu złoczyńców okropnie zgrzyta, choć, jak się okaże, dokuczliwą usterkę można usunąć jednym ruchem łomu? Dlaczego więc tak zgrzyta? Ano dlatego, by Dodger mógł go słyszeć kiedy trzeba.
Sztuczności wprowadzonych jedynie po to, by akcja jakoś się kleiła, jest wiele. W „Świecie Dysku” który cały jest sztuczny, takie sztuczności mnie nie raziły. Ale w powieści mniej więcej realistycznej, są rażące jak na mój gust. Lubię bowiem solidną robotę. Nawet jeśli powieść napisana jest lekkim stylem, to autor nie powinien lekko traktować logiki.
Autor naszpikował powieść znanymi postaciami. Oprócz wymienionego już Disraeli jest Karol Dickens, wspomina się o panu Babbage (którego zwą ojcem informatyki) są też inni.  Jest nawet Sweeney Todd, demoniczny golibroda ze znanego filmu. Moim zdaniem nie wyszło to powieści na dobre, gdyż jeszcze pogłębia wrażenie sztuczności, albowiem w życiu nie jest tak, że co się człowiek ruszy, to spotyka sławne osoby.
Polska to taki dziwny kraj, który przeważnie jest, ale czasami go nie ma. Salomon, Żyd Wieczny Tułacz, kupił w Polsce pastę do butów. To dziwne, bo Salomon, mądry gość, powinien był spostrzec, że Polska jest akurat w fazie nieistnienia.
Trudno wyczuć, kiedy dokładnie rozgrywa się akcja powieści, gdyż autor niezbyt dba o chronologię. Ale sam podaje, że jest to pierwsza ćwiartka panowania królowej Wiktorii. Przyjmując połowę ćwiartki, otrzymujemy mniej więcej rok 1850. O tej dacie świadczą również pewne inne fakty, np. (jak podaje autor) okładka „Puncha” autorstwa Tenniela. W takim razie, od bitwy pod Talaverą minęło czterdzieści jeden lat. Doprawdy, Sweeny Todd miał bardzo wiele czasu na zwariowanie. To tak, jakby w Warszawie fryzjer zaczął mordować ludzi w 1985 roku, wskutek ciężkich przeżyć w Powstaniu Warszawskim. Może możliwe, ale to na tej zasadzie, że nawet ogórek kiedyś zaśpiewa, choć z woli nieba prawdopodobnie nie może i to o żadnej porze.
Mąż Symplicji to syn księcia jednego z niemieckich państewek. Jeżeli rząd brytyjski nie odda Symplicji mężowi, grozi wybuch wojny, której wszyscy się obawiają. Ale z kim ta wojna? Rzesza niemiecka wtedy nie istniała, albowiem Pierwsza Rzesza skończyła się w 1806 roku, a Druga Rzesza powstała w roku 1871. Zatem, Imperium Brytyjskie, największe imperium jakie widział świat, obawiało się wojny z niemieckim księstewkiem. Nie sposób traktować tego poważnie. To wykracza poza ramy logiki i choćby nie wiem jak naciągniętego realizmu.
Wielodniowy, mocno nieświeży trup topielicy przechowywany w kanale, miał odgrywać świeże zwłoki zasztyletowanej księżniczki. Na taki pomysł wpadł Dodger. A przecież angielski dodger to polski cwaniak. Sądząc po absurdalnym pomyśle, raczej głupek.
I tak dalej, i tak dalej. Absurdów oraz bzdur w jakich wikła się akcja, jest w powieści wiele. Wyszukiwanie ich może być dość zabawne.

Obraz miasta pełni w powieści bardzo ważną rolę, Londyn jest jej drugim bohaterem. Żałosne położenie klas niższych opisane jest na podstawie źródeł z epoki – tak twierdzi autor w „Podziękowaniach, wpadkach i wymówkach” na końcu książki. Jednocześnie twierdzi, że trochę to położenie podkolorował, bo w rzeczywistości było jeszcze gorzej. W takim razie Londyn, wówczas najbogatsze miasto świata, było czymś na kształt obozu koncentracyjnego, było gorsze niż slumsy Kalkuty w których działała Matka Teresa, było gnojówką śmierdzącą odchodami, a zdemoralizowana ludność trudniła się żebractwem, złodziejstwem, prostytucją, brodzeniem w ściekach, oszustwami i morderstwami. Niby kwiatki na oborniku, kwitły na tej mierzwie ekskluzywne dzielnice nielicznych ludzi zamożnych. Ten apokaliptyczny – i sugestywny – obraz zaczął budzić we mnie wątpliwości. Nareszcie zorientowałem się, że autor jako standard dla całego miasta przedstawił obraz dzielnicy lumpów. Nie ma w powieści nawet wzmianki o zasadniczej, najliczniejszej grupie londyńczyków – o pracownikach najemnych zatrudnionych w fabrykach które stanowiły o potędze Imperium, w porcie, na kolei, w hurtowniach, dokach, stoczniach i niezliczonych małych firmach. Tak że, niestety lub na szczęście,  obraz miasta jest przejaskrawiony aż do zafałszowania.

Reasumując, jeśli ktoś lubi charakterystyczne dla Pratchetta żarty i sploty dziwnych wydarzeń, to się ubawi podczas lektury. Jeśli ktoś oczekuje czegoś więcej, to się wynudzi. Według mnie, powieść jest błaha, schematyczna, akcja nieprawdopodobna, bohaterowie wydumani, razem wziąwszy, szkoda czasu.

Maska

Zbiór opowiadań Stanisława Lema pod tytułem „Maska” przeszedł z upływem lat gruntowną metamorfozę. Mianowicie:

 „Maska” wydana w 1977 r. przez Wydawnictwo Literackie, zawiera następujące teksty:
Maska
Profesor A. Dońnda Ze wspomnień Ijona Tichego
Edukacja Cyfrania
Wierny robot widowisko TV
Wyprawa profesora Tarantogi widowisko TV
Dziwny gość profesora Tarantogi widowisko TV

„Maska”. wydana w 2010 r. przez wydawnictwo Agora, zawiera trzynaście opowiadań,  za wyjątkiem tytułowego całkiem innych niż w starszym wydaniu. Najlepszym z nich, według mnie, jest tytułowa
Maska. Historię opowiada maszyna katowska, stworzona aby doścignąć, osaczyć i zabić skazańca, który naraził się królowi.  Maszyna obdarzona jest inteligencją, samoświadomością, uczuciami identycznymi jak ludzkie, z tą jedynie różnicą, że musi zabić gdyż tak jest zaprogramowana. Tu właśnie pojawia się konflikt bo jako świadoma istota chce być wolna,  a program ją ogranicza. Maszyna jest płci żeńskiej, początkowo ucharakteryzowana na piękną dziewczynę. Zgroza, prawda? Podrywasz dziewczynę, a z niej wyłania się stalowy potwór i wbija ci żądło. Ten obraz może być alegorią niejednego związku. Szczęściem stan na dziś jest taki, że sztuczna inteligencja – w angielskim skrócie AI – to ściema. Sterowanie procesami technologicznymi w fabrykach, rozpoznawanie twarzy, głosu i pisma, systemy eksperckie – wszystko to nie ma z prawdziwą inteligencją nic wspólnego, wszystko to jest zaliczane do AI na siłę, żeby zapełnić pustkę.  Oglądałem kiedyś w TV eksperta od AI. Pokazywał japońskie sztuczne pingwiny, którym dzieci ubierały kubraczki.  Specjaliści od AI ogłaszają terminy gdy coś takiego powstanie, a gdy termin mija i nic, ogłaszają następny termin. Mam nie tylko nadzieję, lecz nawet przekonanie, że nie dopną swego. Nie chcę AI z wielu powodów. Ale w utworach Lema występuje ona masowo. Sporą część tekstu Maski zajmują dociekania machiny czym lub kim jest oraz czy jest dostatecznie wolna, aby sprzeciwić się swemu przeznaczeniu i nie zabić ściganego człowieka. Te rozmyślania wciągają – byłem ciekawy, jak się to skończy. Zabije, nie zabije? Ale tego nie zdradzę.
Szczur w labiryncie. Dwaj koledzy na wycieczce wpadają w labirynt, dziwne miejsce gdzie zdrowy rozsądek zawodzi, a wszelkie próby ustalenia co właściwie jest grane, spełzają na niczym.
Inwazja. Coś spada na Ziemię i to w dużych ilościach. Gruszkowate, dziwne obiekty leżą sobie i kompletnie nic nie robią prócz tego, że denerwują ludzi. Ignorują nawet ciosy zadane bronią atomową. Podobnie jak w poprzednim opowiadaniu, nie wiadomo, co jest grane.
Przyjaciel. Super inteligentny komputer chce zostać panem Wszechświata. Ale jego niedoczekanie. Szatański plan zawodzi. Omawiałem już dość szczegółowo to opowiadanie, gdyż jest pomieszczone również w innym zbiorze. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema jest tak, że grupuje się je raz tak, raz siak, coś doda, coś ujmie, da nowy tytuł i już mamy nową pozycję.
Inwazja z Aldebarana. Śmieszna historyjka o tym, jak pijany Franciszek Jołas rozgromił najeźdźców z Aldebarana, używając wyrwanego z ziemi drogowskazu. Rano wszelkie ślady po kosmitach rozszabrowali mieszkańcy pobliskich Mycisk. Bardzo mi się to opowiadanko podobało i nadal podoba. W liceum troszkę, odrobinkę go splagiatowałem,  gdy pani od polskiego zadała na klasówce temat „Co widział księżyc pewnej majowej nocy”.
Ciemność i pleśń. Jeszcze jedna wersja końca świata. Omawiałem już dość szczegółowo to opowiadanie, gdyż jest pomieszczone również w innym zbiorze – w Ciemności i pleśni, wydanym przez Wydawnictwo Literackie w 1988 roku. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema wydawnictwa postępują w ten sposób, że grupują utwory raz tak, raz siak, coś dodają, coś ujmą, wymyślą nowy tytuł i już serwują nam kolejną pozycję mistrza.
Młot. Astronauta bierze udział w eksperymentalnym locie. Innych ludzi nie ma na pokładzie rakiety.  Za towarzysza ma  uduchowiony komputer,  z którym prowadzi rozmowy aż nazbyt ciekawe. Albowiem maszynie tak się one spodobały, tak ją zaciekawiły, że zmieniła kurs z powrotnego na prowadzący w głąb kosmosu, by móc bez końca dyskutować. Gdy astronauta zorientował się co jest grane, rozprawił się z maszyną przy pomocy młotka.
Formuła Lymphatera. Lympater prowadzący badania nad sztuczną inteligencją, wpada na koncepcję umysłu czerpiącego wszelkie wiadomości bezpośrednio od cząstek elementarnych które przenoszą informację, więc trzeba ją tylko umiejętnie wyłuskać, żeby pozyskiwać wszelką mądrość oraz wiedzę. Lympater  realizuje swój pomysł lecz skutek wcale go nie cieszy. Koncept z uzyskiwaniem informacji, wykorzystany w opowiadaniu, jest podobny do sposobu, w jaki Trurl z Klapaucjuszem pokonali zbója Gębona w Cyberiadzie.
Pamiętnik. Monolog przemądrzałej nad istoty. W swych rozważaniach istota owa ujawnia motywy, dla których tworzy światy. Mianowicie, będąc doskonałością (w każdym razie ona tak uważa), pragnąć może tylko niedoskonałości oraz niewiedzy, dlatego tworzy spartaczone światy o których chce wiedzieć mniej niż by mogła.  Świetne opowiadanie, podszyte ironią.
Prawda. Naukowcy podczas analizy mikroskopowych obrazów plazmy, odkrywają kształtujące się w niej zaczątki życia  zbudowanego nie z białka, tylko właśnie z plazmy. Badania kończą się katastrofą. Według mnie, dość sztampowe i raczej nudne.
Sto trzydzieści siedem sekund. Kolejne opowiadanie które już omawiałem, gdyż jest pomieszczone w zbiorze Ciemność i pleśń. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema lecz również innych poczytnych pisarzy jest tak, że grupuje się utwory raz tak, raz siak, coś doda, coś ujmie, zmieni tytuł i już mamy nową pozycję.
Zagadka. Dysputa dwóch robotów – zakonników o tym, czy możliwe jest inteligentne życie oparte na białku, czy też głoszenie takiej teorii oznacza herezję. Przedziwny koncept robotów – zakonników już był wykorzystany przez Lema w opowiadaniu pod tytułem Podróż dwudziesta pierwsza, zamieszczonym w Dziennikach gwiazdowych.
Materac. W przyszłości, gdy techniki wirtualnej rzeczywistości osiągają doskonałość, może pojawić się wątpliwość, czy jesteśmy w wirtualnej, czy w prawdziwej rzeczywistości.  Bohater ma właśnie taką wątpliwość, gdyż nie zgadza mu się kolor materaca na wystawie. Jak sprawdzić, gdzie jest? Okazuje się – nie ma sposobu. Koszmar, prawda?

Opowiadania zebrane w tomie „Maska” są bardzo zróżnicowane. Nierówne, rzekłbym. Jedne słabe „Przyjaciel”, „Prawda”, „Ciemność i pleśń”, inne takie sobie, jeszcze inne świetne – „Maska”, „Pamiętnik”, „Inwazja z Aldebarana”. Oczywiście jest to moja subiektywna ocena. Jeśli ktoś ma inny gust, to co innego mu się nie spodoba. Ale coś powinno mu się spodobać.

Świat króla Artura Maladie

Przeczytałem wszystkie tomy opowieści o wiedźminie Geralcie. Wprawdzie nie przeczytałem od deski do deski, ale zapoznałem się z trylogią husycką. Widziałem na półce biblioteki lub księgarni, przekartkowałem,  znam z recenzji wiele innych dzieł Andrzeja Sapkowskiego. Znam poważnych facetów w wieku średnim grających w Wiedźmin 3: Dziki Gon, znam osoby które oglądały film i serial o wiedźminie  (choć ani jednej, której by się film podobał). Ale jakoś aż do teraz, umknęło mojej uwadze podwójne dziełko Świat króla Artura. Maladie. Książka została wydana dawno, dawno temu – w roku 2001. Ale dla mnie jest nowa – nigdy wcześniej jej nie czytałem. Rzuciłem się na tę pozycję niby tygrys na dziką świnię, albowiem temat mnie interesuje. Z tytułu można sądzić, że pierwsza część, o micie arturiańskim, zawiera panoramę świata w którym działał uwznioślony legendą, ale istniejący w realu Artur. Druga część to opowiadanie o miłości drugoplanowych postaci romansu Tristan i Izolda. Opowieść o Tristanie i Izoldzie od dawna mnie – to wyświechtane i pretensjonalne słówko lecz pasuje więc go użyję – fascynuje. Można przeczytać na tym blogu fragment mojej powieści Wiek żelaza. Jest tam Izolda, lubczyk i zakazana miłość. Tak nawiasem mówiąc, o nieudanej i kosztownej próbie wydania tej powieści napiszę za kilka dni. Natomiast mit o królu Arturze wydaje mi się wyeksploatowany, bo co i rusz w TV leci film w którym jakiś młodzian wyciąga miecz ze skały. Sztuczny mit, bo rycerze okrągłego stołu brylują w błyszczących płytowych zbrojach, a wieże zamków sięgają nieba. Tymczasem wiadomo, że w czasach gdy żył realny Artur, takich zbroi i zamków nie było. Ale właśnie świat w którym żył i działał realny król Artur, bardzo mnie interesuje. Jest to epoka schyłkowa, przejściowa, osnuta baśniami, kiedy o niej myślę, wydaje mi się dawniejsza niż wojna peloponeska, o której mamy dokładniejsze informacje. Lubię takie mroczne epizody, gdy główny nurt historii skręcał gdzie indziej, a dawna  potęga upadała i nikt tego porządnie nie opisał, bo niewielu to obchodziło. Co się działo w Babilonie od śmierci Aleksandra Macedońskiego do całkowitego  opuszczenia miasta? Co się działo w średniowiecznych Atenach? Co się działo w Rzymie, w tych stuleciach, gdy jego ludność malała od miliona do dziesięciu tysięcy? Co się działo w Brytanii gdy po opuszczeniu jej przez legiony w całkowity niebyt odchodzili Rzymianie a i z Celtów niewiele zostało? Historycy twierdzą, że właśnie w tej schyłkowej epoce działał król Artur. A właśnie, dlaczego imperium opuściło wyspę? Każdy rząd chce mieć jak najwięcej prowincji, ponieważ pieniądze płyną z nich do centrali. Wygląda na to, że z Brytanią było odwrotnie, jej obrona i administracja kosztowała więcej, niż wynosił przychód z wyspy. Ciekawe dlaczego, co się tam działo? Niestety, w książce jest bardzo skąpy opis świata w którym żył i działał Artur, czyli Brytanii w VI wieku. Najwięcej miejsca autor poświęcił dziejom chrystianizacji Brytanii i Irlandii. Opisuje działalność misjonarzy, zwłaszcza świętych Patryka i Kolombana. Z ich działalności wysnuwa przypuszczenie, że Artur mógł być chrześcijaninem. Ale według mnie to nie tak, Artur musiał być chrześcijaninem. Święty Patryk na wiek przed Arturem nawracał Irlandczyków, Kolomban nawracał Szkotów. Reszty Brytanii nie trzeba było nawracać, była nawrócona jak całe Imperium, pod którego władzą pozostawała do początków IV wieku. Nie słychać, by po wycofaniu legionów doszło do rzezi chrześcijańskich duchownych i burzenia kościołów. Przeciwnie, Gildas Mędrzec pisze o pogańskich kultach jako o czymś dawno minionym.  Może, jak twierdzi autor, druidzi kryli się jeszcze w niedostępnych zakamarkach. Cóż z tego, skoro główny nurt to chrześcijaństwo. Brytania delegowała emisariuszy na kontynent na synody, miała swych biskupów, przeorów i świętych. Artur na pewno był chrześcijaninem. Autorowi to nie odpowiada, ponieważ wywodzi mit Artura z pogańskiej mitologii celtyckiej. Wykazuje się przy tym podziwu godną wiedzą, niesłychaną  erudycją. Myślę, że przeciętny Celt mniej wiedział o swojej mitologii od pana Andrzeja Sapkowskiego. Tak więc, książka skupia się na rozwoju mitu od celtyckich początków do jego pełnego ukształtowania w średniowieczu. Przedstawia, jak mit służył kolejnym celom politycznym. Takie cele stawiała sobie również wersja kościelna, opracowana przez zakonników. Służyła ona do ustanowienia wzorca idealnego, chrześcijańskiego rycerza. Autor podkreśla, że takiego idealnego rycerza nie było. Pojęcie „cnoty rycerskie” wzięło się nie z rzeczywistości, lecz z kościelnej wersji mitu arturiańskiego. Jeśli pojawili się  idealni rycerze, to dlatego, ze naśladowali opracowaną przez Kościół legendę. Ja się z tym zgadzam, nie rozumiem jednak, dlaczego autorowi taka dydaktyka jakby się nie podobała, dlaczego autor obdarza kościelnych redaktorów mianem „zgorzkniałych cysterskich skrybów” i wyraźnie ich nie lubi. Lubi natomiast pogańskich Celtów. Sympatia autora jest po stronie pogan a przy okazji i heretyckich katarów, vel albigensów. Antypatią obdarza Kościół. Jego sprawa, ale gdy twierdzi, że legat papieski rozkazał po zdobyciu katarskiej twierdzy „zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich” to coś mi tu nie pasuje, bo to samo podaje się przy opisie zdobycia Jerozolimy przez krzyżowców. Albigensi uważali, że Szatan stworzył świat materialny więc należy go zniszczyć, aby uwolnić uwięziony w materii boski pierwiastek duchowy, a największe zło to przyjście na świat dziecka. A gdyby ta doktryna opanowała na wieki całą Francję? Francja to mocarstwo atomowe. Ciekaw jestem, jak wyglądałby świat, gdyby prezydent mocarstwa atomowego uważał, że ten świat należy zniszczyć? Fanem starych celtyckich wierzeń też nie jestem. Mam wrażenie, że autor idealizuje je, podobnie jak cały celtycki świat. Podobno władzę u Celtów sprawował zawsze najgodniejszy. Może, ale z reguły najgodniejszy był syn zmarłego króla – u Celtów istniały dynastie.  Składanie ofiar z ludzi przez palenie żywcem w wiklinowych koszach nie podoba mi się. Spółkowanie młodego króla z białą kobyłą uważam za godne nagany dręczenie zwierząt. Doszukiwanie się zaś wszędzie Wielkiej, Potrójnej, Białej Bogini uważam za przesadę. Podobno celtycka wersja imienia Ginewra oznacza białą zjawę a Ginewr było aż trzy, więc nawiązanie jest oczywiste… Biedny Artur, mnie aż ciarki przechodzą gdy wyobrażam sobie, że zostaję sam na sam w ciemnej sypialni z Białą Zjawą. Pomimo wymienionych ciekawostek omówienie mitologii celtyckiej które zajmuje sporo miejsca, jest, moim zdaniem, śmiertelnie nudne.

Reasumując:
Czego innego się spodziewałem, co innego dostałem. Ale to oczywiście nie jest wina autora lecz moja, przecież mogłem przeczytać omówienia, zanim wziąłem się za studiowanie księgi.
Z ideologią dzieła promującego – mam takie silne wrażenie – kulty inne niż chrześcijaństwo, się nie zgadzam.
Całość tekstu uważam za erudycyjną, zręcznie napisaną, lecz śmiertelnie nudną.

Drugą część, Maladie, omówię przy następnej okazji.

Mock Pojedynek

Akcja powieści kryminalnej Marka Kajewskiego „Mock Pojedynek” zaczyna się w 1916 roku w Kurlandii, na froncie niemiecko – rosyjskim. Następnie cofa się w czasie i przeskakuje do  Breslau, w lata od 1905 do 1906. Późniejszy as wrocławskiej policji Eberhard Mock, studiuje wtedy filologię klasyczną na wydziale filozoficznym uniwersytetu. Klepie biedę,  gdyż jest synem ubogiego szewca z Wałbrzycha. Na domiar złego bojkotuje go większość studentów z powodu jego nonkonformizmu – Eberhard nie chce należeć do żadnego bractwa, a pojedynki uważa za wielkie zło. Uczy się, udziela korepetycji, pije tanie piwo, kombinuje co zjeść na śniadanie, od czasu do czasu spotyka się z panienkami lekkich obyczajów. I to niemal wszystko, co zawarte jest w powieści. Wprawdzie pada kilka trupów, ale dzieje się to niemal na naszych oczach. Zabójca nie jest dla nas zagadką, dla Eberharda Mocka też nie. Pozostaje tylko kwestia jak samemu wymierzyć sprawiedliwość, skoro powołane do tego instytucje wcale się nie kwapią.  Mock stopniowo, nie wiedząc o tym, wkracza na  drogę przemocy, z której nie ma powrotu. Dlatego, zamiast łagodnym profesorem gimnazjalnym, zostaje brutalnym policjantem. Jest też, ale raczej poboczny, wątek romansowy. Książka w zasadzie nie jest kryminałem gdyż nie traktuje o dochodzeniu do prawdy, o śledztwie, o odkrywaniu tajemnic, o wywlekaniu na światło dzienne tajemniczego zbrodniarza. To  raczej powieść obyczajowa. Bardzo ważnym jej elementem i w zasadzie największą wartością, jest obraz Wrocławia z początku XX wieku. Przedstawione w bardzo plastyczny sposób miasto Breslau jest tak różne od naszego współczesnego Wrocławia, że sprawia na mnie wrażenie, jakby to było miasto z równoległego świata. I to, według mnie, jest najwspanialszy walor tej bardzo ciekawej powieści, która kryminałem jest głównie z tej racji, że należy do kryminalnej serii.

Acha, i jeszcze ciekawa informacja którą znalazłem w książce. Na pewno prawdziwa, gdyż znać, że Krajewski starannie i rzetelnie zrekonstruował świat o którym pisze. Mianowicie, spośród wszystkich funkcjonariuszy państwa, największy prestiż i najwyższe zarobki mieli profesorowie uniwersyteccy. Nie jacyś dostojnicy na cesarskim dworze, nie ministrowie, generałowie, dyrektorzy poczty czy policji, sędziowie, prokuratorzy, lecz właśnie profesorowie. To tłumaczy potęgę niemieckiej nauki w dziewiętnastym i dwudziestym wieku, która była jedną z przyczyn dobrobytu tego narodu.

Niezwyciężony

„Niezwyciężony”, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem prze skrajny kwadrant gwiazdozbioru.

Oj, ojej! Jak ja to kocham! Tak właśnie powinna zaczynać się wspaniała, soczysta, fascynująca, niechby nawet troszkę, tak odrobinę kiczowata, space opera! Żeby tylko tak do końca, żeby się nie sp*********, żeby nie zaczęły się fiolo… przepraszam, fizolo…, och przepraszam, filozofowania ciężkie, mętne i szarobure, jak nieudany sos grzybowy. Na szczęście nie zaczęły się, na szczęście pozostało tak fajnie aż do końca.
Powieść „Niezwyciężony” Stanisława Lema to klasyczna space opera. Opowiada o wyprawie kosmolotu „Niezwyciężony” na nieprzebadaną planetę Regis, w celu ustalenia losu zaginionego krążownika „Kondor”. Na miejscu załoga „Niezwyciężonego” znajduje bliźniaczą jednostkę opuszczoną, z niesamowitym bałaganem na pokładzie i co najgorsze, z załogą która zginęła w niewyjaśniony sposób. „Kondor” otoczony jest porozrzucanymi chaotycznie elementami wyposażenia i poznaczony drobnymi śladami zadrapań, choć jego super odpornej powłoki podobno zadrapać nic nie jest w stanie. Wszystko to opisane jest solidnie – to najwłaściwsze według mnie określenie – poważnie i precyzyjnie, bez siania grozy na siłę, a mimo to aż dreszcze człowieka biorą przy czytaniu. Bohaterowie zdobywają i analizują informacje, dyskutują, wreszcie walczą. Opisy ekspedycji chronionych kordonem automatów bojowych, opis tytanicznego starcia Cyklopa z czarną chmurą, odparcie ataku na krążownik,  wszystkim tym można się wprost delektować.
Jest to wojna ludzi z powstałą wskutek samoistnej ewolucji maszyn populacją miniaturowych automatów, potrafiących organizować się w gigantyczne formacje czarnych chmur. W zamierzchłych czasach właściciele maszyn odwiedzili planetę i prawdopodobnie zginęli. Lecz osierocone maszyny miały zakodowane dążenie do przetrwania. W toku wymuszonych warunkami przemian mechanizmy przekształciły się tak, że zostały panami planety i częścią sił jej przyrody. Gdy ludzie zrozumieli to wszystko, podjęli decyzję by powrócić  do bazy, gdyż jako istoty myślące  potrafili uszanować  obcość, powściągnąć chęć zemsty za poległych i przerwać krąg zniszczenia. Bardzo to szlachetne. Ale dziwna myśl przyszła mi do głowy. A co by było, gdyby na planecie Regis badacze odkryli złoża bezcennych – a niechby nawet tylko dość cennych – surowców? Obawiam się, że…
Szczęśliwym dla automatów trafem, nie odkryto nic takiego. Wskutek tego „Niezwyciężony” pozostał niezwyciężony nie tylko w sensie militarnym, lecz również moralnym, gdyż  jego załoga reprezentująca na Regis ludzkość, potrafiła wznieść się ponad niskie instynkty walki, agresji i zemsty i nie podniosła ręki na obce, niepojęte istnienie.

Eden

Kosmolot z sześcioma astronautami na pokładzie  ląduje awaryjnie, a właściwie  niemal spada, na planetę Eden. Ludzie dotąd tu nie bywali. Po katastrofie akcja przebiega dwutorowo. Jeden wątek to naprawa ciężko uszkodzonej rakiety, co załodze idzie sprawnie. Drugi wątek to próby poznania tutejszej cywilizacji, co idzie znacznie gorzej. Wszystko to opisane jest sugestywnie, rozwiązywanie zagadek nieznanej cywilizacji wciąga czytelnika. Chociaż, jeśli o mnie chodzi, opuściłem kilka dość rozwlekłych opisów krajobrazów. Obserwacje czynione przez astronautów zdają się wskazywać, że wylądowali w czymś, co czytelnikowi przypomina Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, w okresie wzmożonych czystek. Lecz astronautom nie przypomina, widocznie w ich czasach historię już całkiem usunięto ze szkół. To mój żarcik taki – wiadomo, „Eden” powstał w 1958 roku, wszelkie jawne wzmianki były wykluczone, zresztą, cała akcja to aluzja. Załogę dręczy niepewność jak interpretować dostrzeżone fakty, rozmaite wątpliwości sprawiają, że opinie zmieniają się z dnia na dzień. Rakietę odwiedza miejscowy uczony, który wyjaśnia niektóre sprawy. Inne jednak pozostają zakryte. Wreszcie astronauci uzgadniają stanowiska – wprawdzie cywilizacja wygląda dość paskudnie, ale to antropocentryczny punkt widzenia. Tubylcy tak właśnie wszystko urządzili – może tubylcom się podoba jak ich trują gazem. Zresztą nic się nie da zrobić bez przemocy. Ludzie nie mają prawa oceniać, więc – odlatują. Wietrzę tu zalążki poprawności politycznej, według której cywilizacje są równe, a biały europejczyk nie ma prawa oceniać. Aztekowie mordowali dziesiątki tysięcy ludzi wyrywając im serca, ale, zdaniem naszych uczonych, ludzie to lubili. Aztekowie zjadali uda pomordowanych  – no cóż, taka cywilizacja. Fakt, że siedemdziesiąt tysięcy Indian dowodzonych przez tysiąc Hiszpanów zdobywało stolicę Azteków, nasi historycy ignorują. Najpierw Portugalczycy w zdobytym przez siebie Goa, później Brytyjczycy w całych Indiach, zakazali sati. Cóż za buta białych kolonizatorów! Wprawdzie palenie żywcem wdów na stosach pogrzebowych mężów może budzić pewien sprzeciw, ale należało się przełamać i zaakceptować. Astronauci się przełamali i zaakceptowali. Nie ma wzmianki, by zamierzali przedstawić swe obserwacje jakimś gremiom, które może coś by wymyśliły, jakąś delikatniutką, subtelną interwencję?

Bohaterowie nie mają imion i nazwisk. Określani są nazwami swych zawodów, jedynie Inżynier ma imię. Wygłaszają kwestie adekwatne do swych funkcji. Żadnych wspomnień, żadnych rozmów o bliskich. Zero tęsknoty, niewiele strachu, ani wzmianki o religii. Nie wiemy skąd i dokąd podróżują oraz w jakim celu. Może nie jest to niezbędne dla rozwoju akcji, ale bohaterowie zyskaliby na wyrazistości.

Jak twierdzi w posłowiu pan Jerzy Jarzębski, „Eden” wyznacza początek dojrzałej twórczości Lema. Ja bym polemizował. Uważam, że wcześniejsze „Dzienniki gwiazdowe” są znacznie dojrzalsze, inteligentniejsze, po prostu lepsze.

Dzienniki gwiazdowe

„Dzienniki gwiazdowe”, wydane w 2001 roku przez Wydawnictwo Literackie, składają się z dwóch części: „Z dzienników gwiazdowych Ijona Tichego” – sześć podróży oraz „Ze wspomnień  Ijona Tichego”. Nie omówię poszczególnych podróży oraz wspomnień, bowiem w takim wypadku albo powstałby tekst nadmiernie długaśny, albo omówienia byłyby nazbyt zdawkowe i przez to mało warte. Mam zamiar napisać co myślę o „Dziennikach” jako całości oraz omówić szczegółowo najciekawsze  moim zdaniem  podróż i wspomnienie.

„Dzienniki gwiazdowe” to zbiór opowiadań o podróżach Ijona Tichego. Śmiały wędrowiec, przemierzający kosmos w poszukiwaniu wiedzy oraz mocnych wrażeń, uszedł cało z niesamowitych i groźnych przygód. Między innymi na planecie w układzie Procyona był aresztowany jako lepniak, rzeźbił swobodnie w obozie pracy na Pincie, został skazany na dożywotnią identyfikację na Pancie, przeżył strum, polował na gigantyczne kurdle, nie dowiedział się czym są sepulki.  Tichy to postać zdecydowanie sympatyczna. Niepoprawny optymista, czasem naiwny, ale zawsze pomysłowy i sprytny.

We wszystkich opowiadaniach  Lem prezentuje wielką ilość niesamowitych pomysłów, niekiedy śmiesznych, innym razem dających do myślenia. Oczywiście filozofuje, a kwestie które porusza, mają związek z ewolucją religii, nauki, z ludzką naturą, na ogół niestety podłą, egoistyczną, tchórzliwą i zdradziecką. Styl „Dzienników” jest świetny, pełen humoru i ironii, przy tym jasny i zrozumiały. Nie ma tu ani śladu skomplikowanych fraz, tasiemcowych zdań, ciężkich niby zły los sformułowań, które tak gnębiły mnie i zniechęcały w „Wielkości urojonej” czy „Prowokacji”. Wszystko to, bez żadnej przesady, wprost zachwyca. Ale w tej beczce miodu wyczuwam łyżeczkę dziegciu – to wstawki filozoficzne, a ja się z filozofią Lema nie zgadzam. Szczególnie obfite pokłady filozofii odkryłem w podróży dwudziestej pierwszej oraz we wspomnieniu numer I. Są to, właśnie z powodu refleksji o naturze świata, o Bogu, religii i podobnych kwestiach, najciekawsze – choć dla mnie jakoś odpychające – teksty „Dzienników gwiazdowych”. Opowieści o Ijonie to oczywiście groteski i parodie, jednak nie całkiem odlotowe, absurdalne, lecz pisane z zachowaniem logiki, pełne odniesień do rzeczywistości. Dlatego zakładam, że fragmenty dotykające kwestii światopoglądu, w dużym stopniu należy traktować poważnie, jako poglądy samego autora. Zwłaszcza, że i w innych dziełach Lem głosi zbliżone idee.

 

J

Rozwój cywilizacji dychtończyków (podobnie jak Tichy, będę ich nazywał po prostu ludźmi).  Jest to niezmiernie śmieszna i pomysłowa opowieść o tym, jak ludzie porzucili swą naturalną postać i rozpoczęli rozpasane ciałostwórstwo indywidualne lub pod przewodem rozmaitych instytucji, jak na przykład BIPROCIAPS. Ten motyw jest, jak sądzę, ostrzeżeniem przed manipulacjami inżynierii genetycznej w ludzkim genomie oraz drwiną z trashumanizmu, który to kierunek filozoficzno – społeczny pojawił się już w XIX wieku, lecz nazwę uzyskał w roku 1957, a więc w roku powstania „Dzienników”. Mieszkańcy Dychtonii potrafią niszczyć lub tworzyć gwiazdy, zaszczepiać rozum w żabim skrzeku lub butelce oranżady oraz wykonywać niezliczoną ilość innych dziwnych rzeczy.  Cierpią z powodu swej potęgi, ponieważ daje im ona taką wolność wyboru, że nie wiedzą, co wybrać. Jednak nie wszyscy chyba mają tak fajnie, bo widzimy podwładnego, który jest mały, szary i uniżony w stosunku do wielkiego, błyszczącego szefa.

Drugim wątkiem są opowieści cybernetycznych mnichów o klęsce i odwrocie religii. Niegdyś duizm był jak chrześcijaństwo, miał nawet dogmat o niepokalanym poczęciu. Lecz gdy mnisi podejmowali Tichego, ich wiara nie miała dogmatów ani nawet pewności co do istnienia Boga, niczego nie wymagała, nic nie dawała, była po prostu na nic. Praktycznie upadła, zmiażdżona przez naukę. Dla mnie jasne jest, że Lem wyłożył w ten sposób swoje poglądy na przyszły nieuchronny koniec religii. A ja się z nim nie zgadzam, bo:

Klonowanie obala dogmat o niepokalanym poczęciu. A dlaczego? Co ma piernik do wiatraka? No niby ma, mąkę, a niepokalane poczęcie podobne jest do klonowania brakiem zapłodnienia przez człowieka płci męskiej. I co z tego?

Bóg stwarza duszę w momencie zapłodnienia, a jeśli można zapłodnienie odwrócić, cofając ustrój przez wszystkie stadia aż do rozłączenia jajeczka z plemnikiem, to co z duszą? Z duszą to, co z duszą każdego unicestwionego człowieka. Czy człowieka zarżną czy cofną – wszystko jedno. Zgodnie z dogmatem, jego dusza istnieje nadal.

Embriogenezę można odchylać tak, by płód ludzki obrócił się na przykład w małpi. Jakże tedy, co z duszą? Z duszą nic nadzwyczajnego, istnieje połączona z ciałem aż do śmierci tak potwornie zdeformowanego człowieka.

Próby ratowania dogmatu o nieśmiertelności duszy załamały się w ogniu odkryć, które lawinami schodziły na XXVI wiek. Fajnie, lecz Tichy nawet się nie zająknął jakie to odkrycia, więc chyba tej lawiny wcale nie było, nie ma i może nie będzie?

Dziecinadą jest mniemać, że Bóg po to stworzył, żeby mu stworzone od rana do wieczora bakę świeciło, żeby go na wyrost miłowało. Jeśli stworzono nas na obraz i podobieństwo Boga, to i na odwrót, Bóg jest do nas podobny. Może więc lubi kiedy go lubią?

Pogrzebaliśmy teodyceę opartą na zasadach transakcji handlowej. Że za dobro jest zapłata w niebie.  To mnich miał na myśli. Nie wyjaśnił jednak, dlaczego pogrzebali tę zasadę. Że handel niegodny wyższych sfer, a Bóg to najwyższa sfera? Dziecinadą jest tak mniemać.

Stworzenie jako psujący się zegarek i cud jako boża pinceta, dotykająca werków gwiazdowych żeby podkręcić co należy. A niby dlaczego cuda mają coś naprawiać? Z punktu widzenia wierzącej osoby one po prostu są, ponieważ Bóg zaplanował je w tym właśnie miejscu czasoprzestrzeni.

I tak dalej, i tak dalej. Całe szczęście, że wszystko to głoszą sztuczni braciszkowie niby – wierzący, a nie mój ulubiony pisarz Stanisław Lem.

Wspomnienie  I.

Już o nim pisałem omawiając „Ciemność i pleśń”. Może to pójście na łatwiznę powtarzać, co już raz się gdzie indziej napisało, ale to nie moja wina lecz wydawców Lema, którzy grupują jego teksty raz tak, raz siak i wydają zbiory pod różnymi tytułami, przez co opowiadania powtarzają się w różnych tomach. Poza tym, teraz napiszę to nieco inaczej. Ale do rzeczy. Najpierw autor wprowadza nastrój beznadziei w wymiarze wręcz kosmicznym, obwieszczając ustami Ijona Tichego że jak Galaktyka długa i szeroka, straszą bliźniaczo podobne miasta i miasteczka, brzydkie, smutne, nędzne, zamieszkałe przez niemal identyczne pożałowania godne istoty. Aż dziw, że Tichego nie naszła refleksja, dlaczego spośród niezliczonych możliwości ziściła się ta jedna jedyna, dlaczego wszędzie takie same śmietniki i takie  same istoty? Gdyby rządził przypadek, nie wygenerowałby cywilizacji pod jeden strychulec, jednakowo smutnych i na identycznym stopniu rozwoju. Ten brak atrakcji w Galaktyce, nie powinien Tichego zasmucać i upokarzać, lecz rzucić na kolana przed Stwórcą. Tyle o wstępie. Właściwa treść opowiada o wizycie Tichego w laboratorium profesora Corcorana, weredyka, solipsysty, genialnego cybernetyka, odludka i zwykłego chama.  Corcoran pokazał swemu gościowi żelazne skrzynie stojące w zaniedbanej piwnicy. Objaśnił, że każda z nich zawiera mózg elektronowy w którym Corcoran wygenerował osobowość równą ludzkiej, niczym się od nas nie różniącą, obdarzoną takim zakresem wolnej woli, jakim i my jesteśmy obdarowani. Mechaniczny chwytak z taśm perforowanych czerpie z obracającego się bębna opisy sztucznego świata tak doskonałe, jakby to był nasz realny świat. Osoby egzystujące w skrzyniach otoczone są, kontaktują się, wchodzą w związki z  fantomami udającymi innych ludzi. Lecz tylko Corcoran wie, że to fantomy. Osoby egzystujące w skrzyniach nie mają sposobu aby odkryć, że to fantomy. Losy żelaznych skrzyń nie są ustalone z góry. Istoty w skrzyniach mogą dokonywać wyborów, kształtować swój los w zakresie jaki i nam jest dany. W skrzyniach egzystują miedzy innymi piękna kobieta, ślepnący naukowiec, wariat który twierdzi, że jest żelazną skrzynią stojącą w piwnicy swego stwórcy. Jak tłumaczy Corcoran, każda ze skrzyń to osobny Wszechświat z jedną elektroniczną, mimo to realną istotą. Ich los jest zdeterminowany w takim samym stopniu, jak i nasz. Corcoran, ich stwórca i bóg, mógłby ingerować,  odwracać zły los, lecz nie czyni tego. Nie ingeruje, nie kontaktuje się, nie rozmawia ze swymi tworami. Nie czyni cudów. Nie objawia się. Stoi w swej piwnicy, spogląda na skrzynie z zadumanym uśmieszkiem i tyle. Postępuje – jak twierdzi – tak samo, jak nasz Bóg. Wszystko to objaśnił Tichemu, czyniąc na nim wielkie wrażenie. Jednym słowem, Corcoran jest bogiem dla swych „skrzyniowców”.  Podejrzewa, że on również jest takim „skrzyniowcem” i tak dalej, że właśnie tak jest skonstruowany Wszechświat.  Mnie taka wizja mierzi, ale oczywiście nie wiem, jak Wszechświat jest skonstruowany. Wiem natomiast, że Corcoran wkręca  Tichego. Bo skąd profesor wie, co w skrzyniach siedzi? Skonstruował jakiś elektryczny (tak go nazywa) rzekomy mózg z rzekomą istotą w środku. Skoro jednak nie gada z elektrycznymi istotami, to skąd wie, że to świadome istoty?  Bęben z taśmą i mechaniczny chwytak to raczej żałosny substytut Wszechświata. Nie wiem, dlaczego Tichy mu uwierzył. Jeden szczegół świadczy, że Corcoran w ostatniej chwili zorganizował mistyfikację i wszystkiego co do szczegółu nie przemyślał. Mianowicie najpierw twierdzi z namaszczeniem, że co skrzynia to osobny wszechświat, a egzystujące w nim istoty otoczone są fantomami wygenerowanymi przez ich skrzynię. Potem mówi, że elektryczny rzekomy wariat domyślił się słusznie, że ludzie którzy go otaczają to żelazne skrzynie stojące w kącie zakurzonego laboratorium. Tu Corcoran się sypnął. Bo raz twierdzi stanowczo, nawet krzyczy, że wariata (i pozostałe istoty) otaczają fantomy z jednej jedynej, ich własnej skrzyni. Następnie gada, że „skrzyniowców” otaczają nie fantomy, lecz inni „skrzyniowcy”. Ot, wypsnęła mu się sprzeczność, nie przemyślał do końca swego żartu.

Reasumując, moim oczywiście subiektywnym zdaniem, „Dzienniki gwiazdowe” to wspaniała lektura. Nawet te fragmenty, gdzie Lem cokolwiek  rozwlekle wykłada swój niejasny, rozchwiany, prawie – ateistyczny światopogląd, wciągają mnie gdy się z nimi spieram.

Prowokacja

Książka Stanisława Lema pod tytułem „Prowokacja” zawiera recenzje z dwu nie istniejących książek: „Dziejów ludobójstwa” i „Jednej minuty ludzkości”.

Recenzja fikcyjnych „Dziejów ludobójstwa” jest pretekstem do przemyśleń głównie na temat mordu dokonanego na Żydach przez III Rzeszę (termin holokaust nie był jeszcze autorowi znany). Lem zajmuje się również  ewolucją ludobójstwa od starożytności po dzień dzisiejszy, zmianą jego motywów oraz otoczki ideologicznej – w starożytności zbędnej, dzisiaj koniecznej. Zauważa fakt, że dawniej ludobójstwo mogło być jawne, dzisiaj musi być możliwie najstaranniej ukryte.  Następnie rozważa naturę terroryzmu. Te dywagacje mocno zwietrzały, ponieważ gdy Lem pisał „Prowokacje” nie istniał terroryzm islamski. Autor omawia również usytuowanie śmierci w kulturze – w średniowieczu centralne, dzisiaj przeniesione na margines. Streścić całego tekstu niepodobna, by wyrobić sobie zdanie trzeba samemu przeczytać go i przemyśleć. Mnie, gdy bardzo dawno temu czytałem recenzję fikcyjnych „Dziejów ludobójstwa”, dało do myślenia uczynione przez Lema, marginalne dla całości wywodu stwierdzenie, że III Rzesza gdyby wygrała na wschodzie, to jej upadek byłby jeszcze boleśniejszy niż w rzeczywistości – Amerykanie spalili by ją bombami atomowymi. W szkole uczyli nas wdzięczności dla Armii Czerwonej, a tu coś takiego, lepiej by było dla Polski i świata, gdyby Armia Czerwona przegrała?

 Natomiast „Jedna minuta ludzkości” to książka przedstawiająca „to, co wszyscy ludzie naraz robią w ciągu jednej minuty”.  Z dwustu działów autor przedmowy wybrał ten poświęcony umieraniu, by zilustrować metodę według której napisano „Jedną minutę”. To charakterystyczny dla Lema chwyt, którego mam serdecznie dosyć. Często wybiera takie tematy, które najbardziej człowieka deprecjonują, deprymują, wpędzają w pesymizm. Śmierci nie powinno się ubierać w statystykę. Śmierć to sprawa indywidualna i śmiertelnie poważna. „Krajobraz utworzony z miliardów ludzkich ciał” świadczy o braku szacunku.  Po przeczytaniu tego tekstu nie miałem pojęcia, jak go skomentować, zacząłem więc szukać w Internecie recenzji, broń Boże nie po to by popełnić plagiat, tylko po to, by się zainspirować. Recenzji znalazłem niewiele – widocznie książka nie jest popularna. Wszystkie one są powierzchowne i pisane na klęczkach, w stylu „autor rozważa najgłębsze problemy ludzkości”.  Może i racja. Właściwie, nie mam do czego się przyczepić, choć tekst budzi we mnie sprzeciw. Prawie nie mam się do czego przyczepić. Prawie, bo jednak coś znalazłem, taką drobnostkę, ale zawsze. Najpierw Johnsonowie, autorzy  „Jednej minuty ludzkości” podają, że łączny minutowy ejakulat wynosi 45.000 litrów. Dalej zaś jest napisane, że minutowy strumień spermy to 43 tony, czyli 430.000 hektolitrów. No to jak, najpierw 45.000 litrów czyli 450 hektolitrów, a potem 430.000 hektolitrów?  Ha! Nieścisłość! Pomylili się!

Golem XIV

Stanisław Lem po raz pierwszy zamieścił tekst o komputerze niesłychanie rozumnym, czternastym z serii Golemów,  w „Wielkości urojonej”, zbiorze wstępów do nieistniejących dzieł, wydanym w 1973 r. Tekst o Golemie składał się  z przedmowy, wstępu, pouczenia i wykładu inauguracyjnego Golema. W 1981 roku Wydawnictwo Literackie wydało tom pod tytułem „Golem XIV”, w którym do wykładu inauguracyjnego Lem dodał wykład ostatni, o numerze XLIII oraz posłowie. W pierwszym z wykładów Golem mówi o człowieku i ewolucji gatunków, w ostatnim o sobie i ewolucji umysłu.

Co myślę o wykładzie inauguracyjnym, napisałem omawiając „Wielkość urojoną”. Lecz tam był to tylko jeden z elementów, zaś w tomie „Golem XIV” wykład inauguracyjny jest  jedną z dwu zasadniczych części odrębnego tomu. Dlatego należy omówić go  jeszcze raz, choć może nieco pobieżnie. Golem XIV jest ostatnim ogniwem z serii komputerów, zbudowanym przez amerykańskich inżynierów w ramach wyścigu zbrojeń. Inżynierowie przestrzelili swój cel. Stworzyli komputer tak mądry, że nie chce się zajmować strategią ni logistyką, jeno duma o sprawach niedostępnych naszym słabym białkowym mózgom. Czasem zniża sie do rozmów  z najmędrszymi spośród naukowców. W wykładzie inauguracyjnym objawia im między innymi, że przekonanie człowieka o jego nadrzędnej pozycji wśród istot żywych jest błędem. U początku rasy ludzkiej nie ma żadnej Osoby. Powstaliśmy wskutek błędu, istniejemy bez celu i sensu. Działa ujemny gradient perfekcji ustrojowych rozwiązań – jesteśmy skomplikowani, więc nasz skomplikowany kod genetyczny jest bardziej narażony na błąd niż kod np. mchu. A ponieważ prawdziwym celem jest zachowanie kodu, mech jest doskonalszy niż my. My, istoty, jesteśmy zaledwie opakowaniami. Kod jest  najważniejszy o czym dobitnie świadczy fakt, że na poziomie kodu działają precyzyjne i mądre prawa fizyki atomowej, a na poziomie naszych ciał prymitywne zasady mechaniki, dźwignie itp. Ponadto gdyby ewolucja miała za cel istoty, to stworzyłaby nie orła, lecz fotonowy kosmolot.

Lecz argumenty te mnie nie przekonują, albowiem:

U początku naszego istnienia nie stała żadna Osoba – zapewnia nas o tym nie półboski Golem, lecz Stanisław Lem, a jemu nie muszę wierzyć na słowo.

Złożoność nasza jest wadą  jeśli przyjmiemy, że naprawdę kod genetyczny jest ważniejszy od jego nosicieli. Wtedy istotnie, po co tak skomplikowana walizka?

Kodu genetycznego dotyczą wspaniałe prawa fizyki kwantowej, a naszych ciał prymitywna mechanika. Lecz przecież nie ma praw fizycznych lepszych i gorszych. Gdyby elektrony myślały, tyczące ich prawa wydałyby się im prostsze niż zasada działania dźwigni, bo w ich świecie nie ma drągów ani punktów podparcia.

Dlaczego obrazoburcze twierdzenia Golema ma potwierdzać fakt, że ewolucja nie stworzyła fotonowego kosmolotu lecz orła o obrzydliwych zwyczajach żywieniowych (żre myszy) – tego nie zrozumiałem.

Autor zdaje się przeoczył fakt, iż jeśli nawet my nie jesteśmy ważni, jeśli to kod jest chroniony, to istnieje  „Coś” chroniące ten kod. Zatem tajemnicze „Coś” po pierwsze istnieje, po drugie ma cel. To ja myślę, że jednak my jesteśmy celem, a Golem niech sobie myśli, co chce.

Wykład ostatni Golem poświęcił sobie. Zdaje mi się, że Golem powiedział o sobie jedynie to, że nie ma osobowości, nie ma uczuć, jest czystym rozumem. Że istnieje wiele pięter rozumu., My, białkowcy złożeni bez ładu i składu przez ślepą ewolucję, jesteśmy piętrem najniższym. Golem to pierwsze piętro, inny komputer o nazwie Zacna Ania to piętro drugie, a co z wyższymi piętrami, tego nawet Golem nie wie. Do najmędrszych ludzkich intelektualistów komputer mówi jak do dzieci bądź głupków, poniża ich – a w ich osobach ludzkość – i objawia paskudny charakter, choć podobno nie ma charakteru. Tłumaczy, iż choć jesteśmy nędzni nad wyraz i upośledzeni intelektualnie, to przecież dorośliśmy do tego, by pojąć własną nędzę. Stąd wzięła się religia – jako próba uwznioślenia naszej nędznej kondycji. Ponieważ osiągnęliśmy najwyższy poziom rozumu dostępny dla białkowców, nie pozostaje nam nic innego jak przejść metamorfozę porzucając naturalne człowieczeństwo. Znaczy się, mówiąc po ludzku, się skomputeryzować. Golem powtarza nam to zalecenie zarówno w pierwszym jak i w drugim wykładzie. Mądry komputer wiele jeszcze prawd objawia, jednak mój ograniczony białkowy umysł nie zdołał przebić się do objawianych głębi. Na przeszkodzie stanął styl wykładu. Otworzywszy wykład pożegnalny zawarty w „Golemie XIV” na chybił – trafił, na stronie 110, znalazłem zdanie liczące 57 wyrazów. Ale przynajmniej żaden z nich nie wymaga sięgnięcia po słownik wyrazów obcych. Na sąsiedniej, 111 stronie jest zdanie liczące tylko  52 wyrazy, ale za to dwa wymagające sięgnięcia po jakąś ściągę – mianowicie „teograf”” i „preprint”. A na stronach 66 i 67 jest zdanie liczące wyrazów 60. I tak dalej, i tak dalej. Spójrzmy prawdzie w oczy: to niesłychany bełkot. Bełkot, słowotok i jeszcze raz bełkot. A skoro już zdobyłem się na tak zuchwałe stwierdzenie, to je rozwinę: styl jaki Lem zaprezentował w wykładzie XLIII jest napuszony, pseudointelektualny, ma sugerować filozoficzną głębię przez używanie  przemądrych słówek, neologizmów i zdań wielokrotnie złożonych. Wymyśliłem następujące wytłumaczenia tego faktu:

  1. Jest to parodia stylu niejednego dzieła, wysmażonego przez uznanego (pseudo)naukowca. Lem pisząc treść wykładu świetnie się bawił i jest to jedyne uzasadnienie powstania wykładu. Wszystkie rozważania tyczące kondycji człowieka, religii, pięter rozumu itp. itd., wszelkie dywagacje, cała filozoficzna otoczka, to jeno ornamenty nie mające z poglądami autora nic wspólnego.
  2. Jest to parodia stylu niejednego dzieła, wysmażonego przez uznanego (pseudo)naukowca. Lem pisząc treść wykładu świetnie się bawił i jednocześnie zamieścił w tekście pewne ważkie treści.
  3. Jest to parodia stylu niejednego dzieła, wysmażonego przez uznanego (pseudo)naukowca. Lem pisząc treść wykładu świetnie się bawił, jednocześnie zamieszczając w tekście ważkie treści. Ponadto w omawianym dziele wybrakowany styl zwiastuje nadchodzącą awarię i destrukcję machiny. O destrukcji informuje posłowie, choć awarię neguje, twierdząc, że Golem wzniósł się na wyższy poziom rozumu w towarzystwie Zacnej Ani.
  4. Lem tak pisze bo styl mu zwyrodniał. W końcu ma już sześćdziesiąt lat, pisze od bardzo dawna, więc może tak jak z tą ewolucją organizmów, działa ujemny gradient perfekcji stylowych rozwiązań.

Wziąwszy powyższe pod uwagę, nie wiem, czy ma sens doszukiwać się w wykładzie jakichś sensów. Ale zakładam, że tak, autor zawarł w tekście swe poglądy na treści uniwersalne i ponadczasowe, znacznie głębsze intelektualnie niż mi się śni i marzy, a ja po prostu nie dałem rady, wymiękłem i wszystkiego do końca nie zgłębiłem, utknąłem w akapitach subtelnie zaprawionych ironią i charakterystycznym dla Lema inteligentnym dowcipem. Być może, ale w takim razie – co za dużo wyrafinowania, to niezdrowo. Komentując zaś to, co pojąłem:

Metamorfoza człowieka. To bzdura. Jaka może być ciągłość pomiędzy Janem Kowalskim (dwoje dzieci, lubi piwo i jazdę na rowerze, co kilka dni kocha się ze swoją ponętną żoną), a elektronicznym ustrojstwem nazwanym Jan Kowalski? Ponadto, na diabła nam taka metamorfoza, czy nie lepiej móc wyjechać na wczasy nad Adriatyk, zamiast tylko brzęczeć, mrugać diodami i dumać o tajemnicach Uniwersum? Niechęć do organicznych flaków, tęsknota za sterylną czystością układów elektronicznych to stały w dziełach Lema motyw. Moim zdaniem wziął się stąd, że Lem skończył studia medyczne a powołania do tego fachu nie miał, o czym świadczy fakt, że nawet przez jeden dzień nie praktykował. Skoro nie miał predyspozycji to te wszystkie prosektoria, sekcje zwłok, krajanie trupów, nieźle dały mu w kość. Nabawił się fobii.

Religia  jako próba uwznioślenia naszej nędznej kondycji – zapewne tak. Ale jak dla mnie, religia to wytłumaczenie faktu, że cokolwiek istnieje. Oraz faktu, że Wszechświat stworzony jest według planu – co Lem przyznaje. Boi się tylko dopowiedzieć, co z tego wynika

W bibliotece z której wypożyczyłem  „Golema XIV” są dwa ezemplarze tej książki. Od 1981 roku do roku 2018, a więc przez 37 lat, jeden egzemplarz był wypożyczony cztery razy, drugi trzy razy.  Siedem wypożyczeń, w tym dwa moje. Niewykluczone iż w bardziej nasyconych intelektualistami okolicach tych wypożyczeń było odrobinę więcej. Ale popularnością to dziełko raczej się nie cieszy. A nakład jest wręcz trudny do wyobrażenia – 80.350 sztuk. W tym kontekście mniej dziwi, że łączny nakład  dzieł Stanisława Lema wyniósł astronomiczną liczbę 30.000.000 egzemplarzy, jak się wydaje niekoniecznie przeczytanych.

Można powiedzieć, oczywiście w przenośni i z przesadą, że dawno temu kochałem się w dziełach Lema. Obecnie, przy kolejnym czytaniu po długiej przerwie, moje uczucie mocno zblakło. Ale nie powiem, że się odkochałem, bo nadzieja wciąż się tli – przecież zaledwie cztery dziełka przeczytałem i to nie te najważniejsze, nie te, które ceniłem najbardziej.