część IX

Pochwała z ust pięknej kobiety ucieszyła Gustawa. Może Helena nie była zbyt mądra, ale jaka śliczna! Wąchał jej perfumy, rejestrował każde przypadkowe zetknięcie się ich ciał i jeszcze do tego podziwiał wspaniały wystrój wnętrz.
-Nie wiem, czy zauważyłeś, że łazimy w kółko? – odezwała się Helena – Dzięki temu nasz pałac wydaje się większy i zyskał miano Labiryntu.
-Faktycznie, w tej sali już byliśmy – odparł Gustaw.
-W tej akurat nie. Ale to już koniec obowiązkowej wycieczki.
Orszak wszedł z korytarza do komnaty o podłodze ze szkła, pod którym pływały bajkowe, kolorowe ryby w kształcie igieł, motyli, latawców albo rozczapierzonych dłoni. Stamtąd weszli już prosto do sali bankietowej.
To dopiero był szok. Cudzoziemscy goście rozejrzeli się bezradnie. Nie było tu podkowy stołu zastawionego jadłem i napojami, ław  po jego bokach, u szczytu foteli o wysokich oparciach. Zamiast normalnego umeblowania stały tu donice z egzotycznymi roślinami tworzącymi jakby małe zagajniki. Pomiędzy nimi kryły się stoliki otoczone fikuśnymi krzesełkami. Potrawy zgromadzono w ogromnych ilościach na niziutkim stole przysuniętym do ściany na wprost wejścia. Piętrzyły się tam białe talerze ułożone na kształt baszt. Na stojaczkach czekały łyżki uszykowane niby wojsko do parady. Czekały też srebrne walce beczułek zaopatrzonych w kraniki do nalewania trunków.
Lecz nigdzie nie było służby
-Samoobsługa! – rzekł Zeila, rad z wrażenia. – Ta sala jest produktem naszej demokracji. Nie mamy jednego stołu, gdyż u nas nie może być mniej lub bardziej zaszczytnych miejsc przy stole. Albowiem hasło nasze brzmi: „równość, wolność, braterstwo”. Każdy obywatel może tu przyjść… – uśmiechnął się – w teorii. A my – zwrócił się do Olgi i Gustawa – chodźmy do stolika w kącie za palmą, gdzie będziemy mogli spokojnie negocjować. Ale po drodze weźmy coś z bufetu.
Napełnili swoje talerze sałatką, dziwnymi warzywami, położyli kilka plastrów wędlin.
-Pozwól kochana, że pomogę ci wybrać – rzekła Helena.
Położyła na talerzu Olgi dziwnego, morskiego stwora.
-Poco mu aż tyle nóg? – spytała zaniepokojona Olga.
-Odłamuje się po kolei i wysysa.
Olga zzieleniała. Wyglądała, jakby miała zemdleć.
Usiedli przy stoliku w kącie za palmą.
-Kochanie, czy mogłabyś zająć się panami setnikami? – zwrócił się Zeila do małżonki. – Oni wydają się zagubieni. Utknęli przy baryłkach z trunkami i nie wiedzą, co dalej.
-Jasne – zgodziła się Helena. Udała, że dzióbie ze swego talerzyka  mieszankę zieleniny. – Wiecie, zazdroszczę wam dalekiej podróży. Tak bym chciała wyrwać się w świat z domowej niewoli, rozwinąć skrzydła, odpocząć trochę od męża, dzieci… No nie, zagalopowałam się – zachichotała. – Dzieci nie mam, ale Luiza powtarza tak ciągle w tym serialu, co go wystawiają trzy razy na tydzień w amfiteatrze, więc się osłuchałam i mi się powiedziało. Wiecie, uwielbiam seriale. Co tydzień grają nowy odcinek w amfiteatrze, a ja żadnego nie opuszczę. – Wypatrzyła w sałatce kawałek czosnku, wydłubała go i wyrzuciła na posadzkę. – Fuj! No mówiąc prawdę, opuszczałam z przymusu podczas tej wojny, bo, wyobraź sobie Olga to okropne nieporozumienie, Mateusz mnie zmobilizował.
-Pewnie chciał, żebyś słuchała jego rozkazów – odparła Olga.
-Myślisz, że on taki zboczeniec? – Helena trzepnęła męża dłonią w ramię. – Mówiąc prawdę, urządził tak nie tylko mnie ale i niektóre inne dziewczyny też. Bo ja – wypięła dumnie biust widoczny w dekolcie – pochodzę z wojennego rodu, chociaż w naszej ukochanej demokracji nie należy się tym chwalić, oczywiście w czasie pokoju. Podczas wojny sami ci przypomną. Jest takie okropne prawo jeszcze z czasów królestwa. W każdym razie, zazdroszczę wam. Odpłyniecie hen, za morza, zobaczycie cudny Ofir…
-Może zobaczę, może nie – rzekł Gustaw, nie spuszczając oczu z dekoltu Heleny. – Jeszcze nawet nie zaczęliśmy negocjacji
-Och, w takim razie zaczynajcie  – westchnęła smutno Helena. – To takie nudne, ciągle te negocjacje. Wy jesteście czwarci, z tymi poprzednimi trzema Mateusz wciąż negocjuje, wyobraźcie sobie. Mówił mi, że z jednymi już prawie skończył.
-Aż tak się posunęły negocjacje? – spytał Gustaw.
-Aż tak – rzekła Helena. – Oni są gotowi ryzykować za niewielką stawkę,  byle  tylko zobaczyć Ofir. Babcia opowiadała mi bajki z tysiąca i jednej nocy o cesarzu Janie, który przebierał się za podróżnego i wędrował nocą po mieście… Tam jest cudnie – ożywiła się. – Tam szemrzą palmy w oazach i szumią w nich źródełka.  Albo odwrotnie, palmy szumią, źródła szemrzą, dokładnie nie pamiętam. Tam dziewczęta całymi dniami zajmują się opalaniem…
-Zabrzmiało to dość podejrzanie – zaniepokoił się Gustaw. – Co lub kogo one opalają?
-Siebie. Całymi dniami leżą na krawędzi szmaragdowych fal, w promieniach gorącego słońca, a delikatna, morska piana pieści ich stopy.  Ubrane są w strój toples, który polega na samych majteczkach.
-Naprawdę? – Gustaw upił łyk wina z pucharu. – U nas niestety ten interesujący strój się nie przyjmie. Za zimno.
-Ja czasem go zakładam w dobrze ogrzanej sypialni, czasem nawet z modyfikacją polegającą na braku majteczek.
-Helena – jęknął Zeila. – Idź pogadaj z setnikami, tylko bez szczegółów sypialnianych, błagam.
-Zaraz. Wiesz Olga, on zawsze próbuje się mnie pozbyć, ponieważ uważa, że za dużo gadam. A tymczasem, beze mnie by zginął. Ale dobrze, pójdę sobie. A wy mu się nie dajcie. On bez najemnych jeźdźców czyli bez was i tych co byli wcześniej, nic nie wskóra w sprawie Ofiru. Bo wyobraźcie sobie, wskutek różnych okoliczności otwarła się podobno droga do cesarstwa. Ja się na tym nie znam, on wam to wytłumaczy. Ale to daleko, na piechotę nie zajdzie, trzeba konno, a u nas są okręty, koni i jeźdźców mało, maluteńko. W całej Cyrene jest podobno ledwie kilkanaście kuców.
-Och, Helena, błagam – jęknął Zeila. – Umilknij, jak cię kocham.
-Ty mnie kochasz? – spytała szyderczo Helena. – Tak mówisz, a jak cię proszę że trzeba pomóc wujkowi Adamowi, to nie chcesz.  Wiecie, ja mam dziadecznego wujka bądź wujecznego dziadka, dokładnie nie pamiętam, u króla Filipa, we Vlachii.  Ten wujo-dziadek jest kochany, w zasadzie mu się wiedzie, podczas wojny był za stary do wojaczki więc wszystkiego dopilnował, myknął na czas do górskich kryjówek ze stadami, więc nic mu nie zginęło. Fajnie, co? Otóż nie do końca, teraz ma za dużo bydła, a zwłaszcza koni. Całą trawę mu wyżerają na pastwiskach. Trzeba ratować wujo-dziadka więc proszę Mateusza żeby kupił te marne trzysta koni za ćwierć ceny, oczywiście z jeźdźcami…
-Kochanie, jeźdźców nie da się kupić – jękną Mateusz. – Nie mów tak bo pomyślą, że jesteś zwolenniczką niewolnictwa.
-Użyłam – Helena zerknęła na Gustawa. – Jak to było? Podnośnika? Mam! Przenośni.
-Może raczej skrótu myślowego – podpowiedział Gustaw.
-Właśnie, ty to jesteś ekspertem od trudnych słówek. – Helena wstała od stołu. – To wy sobie negocjujcie, a ja sobie pójdę. Ojej, Olga, co robi homar w doniczce pod palmą? Pewnie upadł ci z talerza. Masz. – Helena położyła stwora przed Olgą. – Ale wiesz, to się chyba nie odłamuje nóg tylko rozcina pancerz? Spytaj Mateusza, ja dokładnie nie pamiętam.
-Nikt nie może mieć trzystu bojowych wierzchowców na sprzedaż za ćwierć ceny – rzekł Gustaw gdy Helena oddaliła się tak, że nie mogła go usłyszeć w panującym gwarze. – Takich cudów nie ma. Pana żona coś pokręciła.
-Często jej się to zdarza – przyznał Zeila. – Ale w zasadzie wszystko co powiedziała, to prawda. Muszę prowadzić negocjacje równolegle z kilkoma partnerami, takie mamy procedury. To się nazywa rozeznanie rynku. Potem wybieramy najkorzystniejszą ofertę.
Gustaw wyjął z kieszeni kaftana karteczkę i podał ją Zeili. Premier odczytał, zaśmiał się, podał Gustawowi swoją kartkę. Gustaw odczytał ją, wybuchnął śmiechem a kiedy się wreszcie opanował, wyjął z kieszeni kaftana ołówek, przekreślił to co napisał Zeila i sam coś napisał,
Podczas gdy oni tak negocjowali, Helena podeszła do trzech setników.
-Mąż kazał mi się wami zająć, bo wyglądacie na zagubionych – rzekła. – Boicie się odejść od tych beczek z wódką a niesłusznie bo jeśli zabraknie, obsługa doleje, wszystko uzupełni. Czujcie się swobodnie, bawcie się, nie bójcie się, to tylko raut.
-Raut? – spytał Onufry. – Jest to forma zabawy na północy nieznana. Co to takiego?
-Najprościej mówiąc, raut jest to uroczyste zgromadzenie osób obojga płci – rzekła Helena. – Takie, które nie zajmuje się ani tańcami, ani jedzeniem, ani nawet modlitwą, tylko siedzeniem. Mężatki przyprowadzają ze sobą mężów, niekiedy też asystę w formie wielbicieli. Młode laski przyprowadzają kochanków. Potem siada się przy stolikach grupami, znaczy się przyjaciółki, przyjaciele, kochankowie, kandydaci na kochanków, ważne jest, żeby mąż i żona nie byli w jednej grupie.  A potem wszyscy się bawią. Ale czym się bawią?… Sorry, ja nigdy nie mogłam wyjaśnić sobie tej kwestii. Musicie spytać Mateusza.
-Już wszystko rozumiem – roześmiał się Onufry. – A więc, bawmy się. Pani zdrowie, pani Heleno.
-Źle – odparła, patrząc na Onufrego z naganą. – Niedostateczny z republikańskich obyczajów. Macie mówić mi Helena. Ewentualnie Hela. Między sobą możecie mówić o mnie Piękna Helena, o to też się nie obrażę, ale w rozmowie ze mną, to byłoby za długo.
-W takim razie, Heluniu bądź tak dobra i zawołaj służącego żeby uzupełnił, bo w tej beczułce – Fryderyk postukał palcem w srebrzysty pojemnik – zabrakło tego, co w nim jest. Nie wiem co to, ale bardzo mi smakuje.
-W naszej Republice nie ma sług oraz panów – Helena spróbowała wytłumaczyć zawiłości republikańskiego ustroju. – Wszyscy jednako zasługujemy na szacunek. Są niżsi funkcjonariusze administracji publicznej obsługujący kompleks reprezentacyjny, którzy odrabiają właśnie płatne nadgodziny. Ale gdzie odrabiają? Nie widzę żadnego. Aha, jest jeden. – Podniosła rękę, pstryknęła palcami. – Hej, chodź pan tu! – zawołała. – Gdzie wy się wszyscy wałkonicie?! W pracy jesteście, nie na zabawie! To znaczy na zabawie też, ale w pracy! Migiem, uzupełnij pan koniak w pojemniku. Co to jest, że zabrakło? Chcesz pan dostać po premii albo wylecieć z pracy? No już, migiem, do roboty!
Funkcjonariusz administracji obsługujący kompleks reprezentacyjny odbiegł truchtem, podeszli natomiast Olga z Gustawem.
-Wynegocjowana kwota – dowódca podał karteczkę pierwszemu z brzegu Fryderykowi. – Czy rada oddziału ją akceptuje?
Fryderyk podał kartkę Augustowi, ten Onufremu. Skinęli głowami.
-Łucji nie ma – zauważyła Olga.
-Wyszła gdzieś z tym oficerem marynarki – rzekł Onufry.
-Długo ich nie ma – zachichotała Helena. – Ciekawa jestem, co za magiczne cuda ona mu pokazuje?
-W tej sprawie jednomyślność nie jest wymagana – rzekł Gustaw. – Głos Łucji nawet gdyby negatywny niczego nie zmieni, więc, przybite.
Raut kończył się pomału, goście wychodzili parami albo w grupach, Kozę wyniesiono taki był pijany. Na dziedzińcu czekały pojazdy. Najemnicy odnaleźli karetę która ich tu przywiozła. Zaprzężona była w cztery brązowo – złote konie. Gdy podeszli, na jej dachu, z przodu, zapalił się jaskrawy reflektor. Wsiedli. Woźnica tradycyjnie strzelił z bata. Cuganty ruszyły z impetem. Popędzili w dół, z Wielkiej Bergamy ku miastu, nad którym stała łuna świateł.
-Taki stan jak teraz, na dłuższą metę jest nie do utrzymania – odezwała się Olga.
Gustaw ujął jej dłoń.
-Pamiętaj, mój skarbie…
Siła bezwładności rzuciła Gustawa na kolana Augusta. Kobiety wylądowały na Onufrym. Przenikliwy zgrzyt szczęk hamulcowych trących o obręcze kół towarzyszył gwałtownemu hamowaniu. Stary setnik jęknął, zabrakło mu tchu, jednak fasonu nie stracił:
-To normalne – wysapał. –  Kobiety na mnie lecą. Ale opanujcie się trochę, nie aż tak namiętnie, nie tak gwałtownie…
Łucja wstała, opierając się o jego ramię.
-Dlaczego stoimy? – zdziwiła się. – Co to było?
Ktoś zastukał w szybę drzwi. Woźnica.
-Nic się państwu nie stało? – spytał. – Ja przepraszam, musiałem hamować, jakiś głupek wylazł mi na drogę.

***

część VIII

Rano gościniec wyprowadził jeźdźców nad morze. Odtąd droga przez wiele dni trzymała się wielkiej, zielonej wody. Jedynie czasami odbiegała w głąb lądu gdzie wikłała się w górach, wiła po zboczach lepiej od żmii, a gdy już się wyszalała, to wracała do zielonej wody. Pewnego pogodnego dnia gościniec znów pobiegł na wyprawę w głąb suchych gór, skąpo porośniętych drzewami, osypanych piargiem. Składał się z samych zakrętów. Wreszcie zaczął stromo opadać i kiedy skręcił po raz kolejny, pokazała się zatoka pełna białych żagli. W miejscu gdzie dawniej stała nadmorska wieś, brzeg wciąż był czarny od wojennych pogorzelisk. Nawet sady tam popalono. Okrutnie spustoszony krąg był miejscem gdzie stoczono lądową część Bitwy Ostatniej Szansy. Ale nieopodal dumnie stało  nietknięte, wielkie miasto, sławne na wyspach i wybrzeżach. Wznosiło się nad nim wzgórze na szczyt którego wiodła droga o  murowanych skarpach, uwieńczone zamkiem nazywanym Wielka Bergama. Przed główną bramą miasta zbiegały się gościńce z trzech stron świata. Wszystko to przybysze widzieli z zakrętu drogi, opadającej z gór. Zatrzymali się w tym miejscu na dłużej niż kwadrans, by nacieszyć oczy wspaniałym widokiem. Potem ruszyli. Zjechali w nadmorską nizinę i wkrótce w idealnym szyku, spoglądając na tubylców z kpiącą obojętnością, wmaszerowali na długi, pylisty majdan przed bramą, gdzie zbiegały się drogi. Nad wjazdem do tunelu bramy zatknięto barwne flagi tworzące siedem rzędów, aż do szczytu bramnej wieży. Skądś tam z góry zabrzmiał krótki sygnał trąbki, a sekundę potem łomocząc opadła ciężka, stalowa krata odcinając wjazd do miasta.
-Wygląda mi to na przejaw niechęci – zauważył Gustaw. – Nie wiem o co im chodzi, więc co, zawracamy?
Ledwie to powiedział, konny oficer wyjechał zza przypory wieży, zbliżył się i zasalutował buławą.
-Czołem, panie i panowie – rzekł. – Bez urazy, ale takie mamy procedury. Wjazd czy wejście do miasta możliwe jest w grupach maksymalnie dwudziestoosobowych, po cywilnemu i bez broni. Teraz zaprowadzę państwa na kwaterę po tej stronie murów, w internacie szkoły…
-Dla dziewcząt? – spytał Onufry.
-Dla chłopców. Jutro odbędzie się prezentacja oddziału. No cóż, już teraz widzę, że wypadnie świetnie, więc na pewno pan premier Mateusz Zeila zechce się spotkać z radą oddziału za trzy dni. Akurat w takim terminie, ponieważ wtedy wypada Dzień Republiki. Odbędzie się wielkie przyjęcie na zamku i będzie to dogodna sposobność do spotkania.

W Dniu Republiki wielka kareta, wysoko zawieszona na stalowych resorach, z hurkotem i szczękiem podków wtoczyła się na dziedziniec Wielkiej Bergamy. Słudzy w barwnych liberiach otworzyli drzwiczki z obu stron pojazdu. Dwaj dworzanie podeszli z dwóch stron, jeden podał rękę Oldze, drugi Łucji, pomagając im zejść z wysokich stopni, chociaż, oczywiście, obie kobiety były znacznie od pomagierów sprawniejsze.  Obie prezentowały się wspaniale, Olga w połyskliwej zielonej sukni wyszywanej perełkami, Łucja w dopasowanej, bordowej kreacji.
Po drugiej stronie marmurowej przestrzeni dziedzińca, naprzeciw bramy wjazdowej, pod arkadami pałacu, stał premier Zeila w otoczeniu gromady dygnitarzy i pięknych pań. Posturą nie wyróżniał się, mimo to znać było, kto tu szefuje. Choćby z tego, że zajmował centralne miejsce. Ubrany był w haftowany złotem kaftan, niebieskie bryczesy i wysokie buty. Na jego piersi lśnił złoty łańcuch. Ale mimo wspaniałości stroju, przy kobiecie którą miał u swego boku wydawał się nieforemnym kurduplem. Właściwie, to ona miała go u swego boku. I niewiele zwracała na niego uwagi. Przyglądała się gościom źrenicami jak węgle, smukłą dłonią wygładzała na udzie nieistniejące fałdy czarnej sukni w złote kwiaty. Miała srebrną przepaskę na falistych włosach, srebrzysty żakiecik, pasek wykuty ze srebra, przy nim małą, srebrną torebeczkę i srebrne szpilki na stopach.
Nagle Zeila ruszył cwałem przed siebie. Rzucił się na Olgę, objął ją prawicą, zawlókł ku Łucji którą otoczył lewym ramieniem i zaczął je obie na przemian namiętnie całować, w przerwach krzycząc:
-Witam! Witam!
Oszołomione kobiety broniły się słabo. Zeila dość szybko je zostawił. Podbiegł do Gustawa, też go objął,  siarczyście cmoknął wargami koło jego ucha, potruchtał do Fryderyka który uczynił gest jakby chciał uciekać, ale został bo zrozumiał, że tak trzeba. Augusta premier klepnął w łopatki i stanąwszy na palcach, cmoknął w nos. Odwrócił się, a wtedy Onufry ruszył do szarży, wrzeszcząc ile tchu:
-Witam!! Witam!!
Schwycił Zeilę w ramiona, uściskał tak, że premierowi oczy wyszły z orbit. Dwukrotnie soczyście cmoknął Zeilę prosto w usta.
-Witam, panie eee… – rzekł Zeila. – Puść mnie pan wreszcie,  myślisz, że ja lubię się tak cmoktać? Ha! Dzisiaj to i tak było przyjemnie ze względu na obie panie. Ale onegdaj musiałem wycałować siedemnastu brodatych patriarchów! Nie ma rady, tak właśnie przewiduje nasz republikański, demokratyczny protokół.
Obrócił się energicznie do czarnookiej, długonogiej piękności która podeszła za nim i stała obok. Oczy ukryła za długimi rzęsami. Minę miała trochę roztargnioną. Premier złapał ją za rękę.
–Moja małżonka, Helena Zeila.
Mężczyźni uśmiechnęli się, uradowani perspektywą uścisków z tak piękną kobietą. Lecz Helena cmoknęła Łucję w policzek, Olgę gdzieś w okolicę ucha i na tym poprzestała.
-Helena jestem – powiedziała.
Sięgnęła do torebki, wyjęła chustkę nasączoną pachnidłem od którego pszczoły zbzikowałyby z zachwytu i wysiąkała nos.
-Ona jest tak uroczo, spontanicznie bezpośrednia, prawda? – powiedział Zeila uśmiechając się z czułością, zażenowaniem, nienawiścią, miłością; trudno było ten uśmiech rozszyfrować.
Podczas tej rozmowy ludzie zgromadzeni pod arkadami zbliżyli się i uformowali kolejkę. Podchodzili,  Zejla przedstawiał ich wymieniając imiona, nazwiska, godności. Nawet raz się nie pomylił, choć mówił z pamięci. Ci których już przedstawiono, oddalali się pod szerokie schody, gdzie ustawiali się w męsko – damskie pary. Długo to trwało. Na samym końcu przysunął się do premiera nieogolony mężczyzna w szarym gieźle i wystrzępionych gaciach. Szyję miał obwiązaną purpurową bandaną.
-Zjeżdżaj stąd, Koza – rzekł do niego premier.
-Ani mi się śni! – odparł Koza, o dziwo w uniwersalnym języku. – Państwo widzą jak się u nas lud traktuje? Nigdzie stąd nie idę, każdy obywatel tego dajmy na to kraju ma prawo wstępu na rządowe imprezy.  Nie ma tak, żeby jedni wsuwali kiełbasę za nasze podatki, a inni żeby dajmy na to łykali ślinkę!
-Ty nie płacisz podatków, nie płaciłeś i nie będziesz płacił.
-Mam prawo tu być. Każdy dajmy na to  obywatel ma prawo.
-Ale rozsądny obywatel z tego prawa nie korzysta. Uważaj Koza, uważaj…
-Nic mi pan nie zrobi, bo mam prawo.
-Jak bym się uparł, to bym zrobił. Tylko nie wiem czy mi się opłaca. Mogłaby wyniknąć afera, a ty Koza nie jesteś wart afery.
-Ja się nie boję, ja mam prawo, dajmy na to!
-Tak? A mnie się zdaje, że to wcale nie ty przede mną stoisz.
-Nie? – spytał podejrzliwie Koza. – A niby kto?
-Ktoś się za ciebie przebrał. Jakiś terrorysta. Będę musiał wsadzić cię do kozy na kilka tygodni, w tym czasie może zdążymy wyjaśnić twą tożsamość…
-Proszę bardzo! W więźniu jest dach nad głową i żreć dają. Ale najpierw idę na imprezę. Ja mam prawo!
-Och Koza, kiedyś się zdenerwuję. Na razie zejdź mi z oczu. I nie próbuj kraść łyżek!
Osobnik w bandanie odszedł ku schodom, salutując na pożegnanie.  Patrząc za nim, premier uśmiechnął się.
-On nic złego nie zrobi – rzekł, spoglądając na swych gości. – Nawet tych łyżek nie kradnie kiedy jest z wizytą.
-Panie premierze, czy naprawdę każdy obywatel ma tu prawo wstępu? – spytała zdziwiona Olga.
-Mów mi po imieniu. Tego wymagają nasze demokratyczne zasady. Jeżeli chcesz, to ja mogę mówić do ciebie „królowo” „słoneczko” „moja droga”, jak wolisz.
-Nie trzeba, Mateuszku.
Z ukłonem podał jej ramię. Dołączyli do gromady koło schodów, gdzie nastąpiło ostateczne uformowanie pochodu. Helena przypadła Gustawowi. Do Łucji uśmiechnął się z ukłonem przystojny oficer marynarki.  Fryderykowi i Augustowi nie pozostało nic innego, jak tylko zaproponować pomocne ramię dwóm samotnym damom, które wyraźnie tego oczekiwały. Ruszyli parami w barwnej, rozgadanej grupie, na której końcu człapał samotnie Koza szukając czegoś po kieszeniach, niewątpliwie pustych.
Idąc po marmurowych schodach uroczystym krokiem, Mateusz mówił do Olgi:
-Teoretycznie każdy obywatel ma prawo wstępu na każdą imprezę rządową, spotkanie czy bankiet. Tego wymagają nasze demokratyczne zasady. W praktyce zaś przychodzą zaproszeni goście plus Koza, gdyż jest on naczelnikiem bezdomnych, pijaków, lumpów oraz meneli.
Barwni lokaje otwarli pałacowe drzwi. Korowód wstąpił do wnętrza, gdzie marmurowe kolumny stojące wzdłuż korytarza podtrzymywały cyzelowany w drewnie strop. Zagrała ukryta gdzieś orkiestra. Zeila dumnie prowadził korowód przez korytarze i amfilady sal.
-Pięknie tu, prawda? – spytał z dumą.
-Wspaniale. Bardzo rozległy jest ten gmach, zwłaszcza gdy idzie się dwa razy przez te same korytarze.
Mateusz spojrzał na nią z iskrą sympatii w oczach.
-Zorientowałaś się? Taki sposobik by olśnić barbarzyńców do których wy się nie zaliczacie, więc mówię ci, jak jest.
Stąpającego w drugiej parze Gustawa przepych zadziwił, a perfumy Heleny niemal upoiły. Było w nich coś takiego… Gdy otarł się niechcący o jej udo, przeszły go dreszcze. Prawdę mówiąc, zdawała mu się piękniejsza nawet od Olgi. Zerkał na nią ukradkiem. Milczał, a ona też milczała. Do czasu.
-No chyba pęknę, jeśli się nie dowiem  jak to jest z twoją partnerką – powiedziała wreszcie. – Chodzi mi o te zmiany. Może to nieuprzejmie z mojej strony, może to wścibstwo, no ale jestem taka ciekawa…
-Pytaj – odpowiedział ostrożnie.
-Skoro mi pozwalasz… Często jej się to zdarza? Raz na miesiąc, albo częściej, czy może nieregularnie?
-Przeważnie raz na miesiąc – odparł zakłopotany Gustaw.
-Nie boisz się jej wtedy?
-Nie. Bywa rozdrażniona, ale bać, to się nie boję…
-Czy ona wtedy je surowe mięso?
-Dlaczego miałaby jeść surowe mięso?!
-No jak to, dlaczego. Ja nie słyszałam żeby lwice jadły marchewkę czy coś takiego. Więc skoro zmienia się w lwicę, to chyba je mięso, no nie?
-Zmienia się w lwicę?! – Gustaw spojrzał ze zdumieniem na piękną Helenę. – To jakiś żart którego nie rozumiem?
Ale ona mówiła zupełnie poważnie:
-Nie musisz się wypierać, to żaden wstyd. Zresztą i tak wszyscy o tym wiedzą. Publicznie o tym się mówi. Ja na przykład dowiedziałam się w Instytucie Literatury z poematu takiego jednego poety… Jak mu tam było? Złotousty i coś jeszcze… No, nieważne. Jak zwał, tak zwał. Recytował strasznie długo, o królach tam było, o bitwach, nawet o Mateuszu całkiem sporo no i o mnie. Że jestem piękna, z czym się oczywiście zgadzam. Długo tak recytował więc może przysnęłam, ale o kobietach Nordlingów słyszałam. Mniej więcej jakoś tak to szło: „Jasnowłose Walkirie przemienione w lwice rzuciły się obalać mężów obleczonych w stal”. Przecież taki znany człowiek nie kłamałby w żywe oczy, a wy nie musicie się wstydzić. Gorsze rzeczy ludziom się zdarzają. – Helena przygryzła wargi i skierowała na Gustawa błyszczące oczy. – A jak u was wtedy z tymi sprawami? No rozumiesz, czy śpicie ze sobą?
-Przecież z tą lwicą to była przenośnia!
Helena milczała chwilkę, zanim spytała:
-Przenośnia, to taka maszyna, co?
-Raczej podnośnik to maszyna…
-Hej, zdaje mi się, że znowu coś pokręciłam – zachichotała uroczo. – Zresztą ten Złotousty Artemizjusz, a widzisz? Przypomniałam sobie, więc ten Artemizjusz często plecie bez sensu. Na przykład mojego męża nazwał zwierzęciem, a jaki tam z Mateusza zwierz! Najwyżej wołek, i to zbożowy.
-Odważny gość z tego Artemizjusza, że się nie bał tak nazwać premiera – zauważył Gustaw.
-Naprawdę tak zrobił, znam to na pamięć.– Helena zaczerpnęła tchu. – Posłuchaj tylko: Już w gruzach leżą nasze osady, naród nasz dźwiga żelaza. Bronią się jeszcze Twierdze Nadmorskie, ale w tych twierdzach zaraza. Mateusz Zeila zwierz Alpuchary broni się z garstką żołnierzy…
-Hej, zaczekaj – Gustaw powstrzymał recytację. – To idzie tak: z przerwa wież. Liczba mnoga od wieża, taka wysoka.
-Aha, nareszcie załapałam. Popatrz, jak ty świetnie potrafisz wszystko wytłumaczyć.

część VII

Miała owalną twarz godną bogini, nie takiej od wojny, macierzyństwa, mądrości, urodzajów. Nie od żadnych poważnych spraw lecz od miłości, rozkoszy i radości. Jej długie, jasne, lśniące włosy od połowy długości układały się w spirale, ciemne oczy spoglądały spod długich rzęs.
-Czy pan Ronaldo Rey? – spytała, a jej śliczne usta uśmiechnęły się do gospodarza bardzo powściągliwie.
-Ależ tak, niewątpliwie, to ja – zapewnił.
Zdjęła niebieski płaszcz.  Rey wziął go od niej i się zagapił. Zapomniał powiesić okrycie na wieszaku koło drzwi do kuchenki, tak oszołomiła go figura nieznajomej która się wskutek zdjęcia okrycia ujawniła. Jaką miała na sobie sukienkę, biżuterię, buty, dodatki, tego nie zarejestrował. Ale biust, talia, biodra, nogi! To nie nogi lecz jeden z cudów świata, i to ten najładniejszy.
-Eee, no tak. – Ocknął się wreszcie. Powiesił płaszcz. – To ja. Ale, czy pani na pewno do mnie? Bo ja, no jaki tam ze mnie filozof, ale zawsze…
-Nazywam się Stefania Stefanos – przedstawiła się pani.
-Miło mi oczywiście, tylko że, ja raczej nauki ścisłe, takie nudziarstwo, oczywiście mógłbym też co innego, no przykładowo… – Rey porwał jedno z krzeseł, ustawił je przed biurkiem. –  Niechże pani spocznie. – Przeszedł na drugą stronę i usiadł w fotelu. – W czym więc mogę pomóc?
-Chciałabym przychodzić do pana na konsultacje –  rzekła Stefania. – Dwie godziny tygodniowo w ustalonym terminie za które zapłacę niezależnie od tego, czy przyjdę czy nie. Czasami bowiem nie będę mogła przyjść.
-A przedmiot owych konsultacji, jakby pani określiła?
-Och, różnie. Najczęściej, matematyka. Równania różniczkowe, wie pan. Rozwiązuję je dla odprężenia. No cóż, bywa że nie daję rady i to mnie denerwuje wręcz obsesyjnie, a nikt z moich…
-Zaraz, chwileczkę – przerwał jej Rey. – Czy na pewno chodzi pani o równania opisujące zależność między nieznaną funkcją a jej znanymi pochodnymi?
-Och, o to właśnie mi chodzi.
-I pani ot, tak sobie, dla odprężenia je rozwiązuje?
-Ale nie tylko o równania  mi chodzi, wie pan. Bo przykładowo, całki cyklometryczne też potrafią dać w kość.
-Niewątpliwie – jęknął Rey, myśląc: „choćbym się miał wściec, to sobie przypomnę”.
Ustalili szczegóły, cenę, godzinę i dzień: środy. Wreszcie Stefania sobie poszła, a Rey został, zakochany po uszy, zakochany jak nie wiem, od pierwszego wejrzenia, wkręcony, zatopiony, trafiony w serce przez Amora ale nie z łuku, tylko z jakiejś cholernej armaty. Między innymi dlatego, a raczej głównie dlatego, chociaż nadchodziła wiosna, całkiem przestał myśleć o wyjeździe. Jakoś dociągnął do najbliższej środy, byle szybciej dni mijały, byle przeleciały wykłady, byle zbyć. Raz kochał się z Mariką, było świetnie, to wspaniała kobieta, ale nie Stefania, niestety. Kupił wszystko co mieli w księgarni naukowej o rachunku różniczkowym i czytał po nocach odświeżając wiedzę, poznając nową symbolikę i metody.  Kiedy nadszedł dzień wyróżniony w jego ściennym kalendarzu czerwoną kropką, od rana czekał chory z niepokoju, nie był bowiem pewien, czy ona przyjdzie. Przecież wspominała, że niekiedy może nie przyjść. Gdy zobaczył ją w drzwiach, uśmiechnął się jak najszczęśliwszy człowiek świata.
-Och, widzę, że pan w znacznie lepszym humorze niż ostatnio – Stefania odpowiedziała uśmiechem, wskutek czego Rey doznał arytmii serca. – Mam propozycję. Przejdźmy na  „ty”, ponieważ tak będzie nam łatwiej rozmawiać.
Ronaldo oczywiście zgodził się z entuzjazmem. Kiedy na moment oderwał wzrok od Stefanii i przypadkiem spojrzał w okno, spostrzegł, że świat się odmienił, wypiękniał i rozsłonecznił, bowiem któregoś dnia – on głowę miał zajętą myślami o ukochanej więc nie zauważył –  nadeszła wiosna. Znikły ciężkie popielate chmury. Teraz srebrne obłoczki ozdabiały błękitne niebo. Wzgórze zamkowe od podstawy po szczyt okrywało coś białego z niebieskimi wstawkami.
-Co to jest, to na zboczach, białe z niebieskim? – spytał zaciekawiony.
-Och, jakiś ty zabawny – odparła Stefania. – To oczywiście kwiaty zawilców,  anemonów jeśli wolisz, bo i tak je nazywają.

***

Okno transferowe wciąż pozostawało otwarte, najemni wojownicy szukali nowych pracodawców. Okno zamknie dopiero nadchodząca wojna. Jakaś nadchodzi, to było pewne, choć nikt jeszcze nie znał terminu jej rozpoczęcia, nie wiedział kto z kim będzie walczył, czy tylko ludzie między sobą, czy może ludzie z nie-ludźmi, w jakich konfiguracjach sojuszy, pod jakimi pretekstami i o co tak naprawdę będzie szła gra. Ale było pewne, że wojna wybuchnie, ponieważ zawsze wybuchała, od początku świata. Ściśle mówiąc ani nie wybuchała ani się nie kończyła, tylko trwając nieustannie wędrowała po świecie, i akurat w tym rejonie globu jej aktualnie niebyło.  Kiedy znowu tu zawita, okno się zatrzaśnie, każdy najemnik pozostanie ze swym  pracodawcą a pracodawca ze swymi najemnikami, ponieważ wtedy zmiana barw to byłaby zdrada. Lecz teraz każdy przedsiębiorca wojskowy mógł szukać dla siebie i swych ludzi najlepszego kontraktu. Takich przedsiębiorców, werbujących żołnierzy we własnym imieniu i oferujących władcom usługi całych oddziałów, nazywano na południu kondotierami.  Na północy kontynentu z ich usług nie korzystano, ponieważ z powodu trudnych warunków wszystko było tam bardzo serio, wojny toczono krwawe, często na śmierć i życie i tylko wariat angażowałby się w coś takiego za pieniądze. Ale często się zdarzało, że drużyna północnych wojowników sformowana przez jakiegoś znanego rycerza, najmowała się do służby na południu. Byli chętnie angażowani, dobrze im płacono, ponieważ wyróżniali się wzrostem, siłą, hartem, wyszkoleniem, odwagą i wiernością. Jednym słowem, wszystkim. Taki właśnie oddział rosłych, północnych jeźdźców podążał na południe, szukając atrakcyjnego zatrudnienia. Kto znał tych z północy ten wiedział, że atrakcyjne zatrudnienie nie zawsze znaczy najlepiej płatne zatrudnienie.
Na czele drużyny pancernych jechał wódz, młody, potężnie zbudowany wojownik. Towarzyszyła mu młoda kobieta, pewnie jego wojenna partnerka, może żona bo i tak się zdarzało. Była uzbrojona, w kolczudze jak wszyscy, jedynie hełm przytroczyła do siodła, na głowę włożyła białą czapkę spod której wymykały się rude włosy. Za nimi w dwóch parach jechało trzech jeźdźców z insygniami setnika i jeszcze jedna kobieta.  Wszyscy jeźdźcy z otoczenia wodza tworzyli radę oddziału, z którą wspólnie sprawował dowództwo. Było to każdemu wiadome, ponieważ oddziały najemników tradycyjnie miały taką właśnie strukturę.  Z trzech setników żaden nie dowodził pełną sotnią, lecz takie nosili tytuły albo, jak kto woli, takie mieli stopnie wojskowe. Ponieważ nie podlegali żadnym zewnętrznym regulaminom, mogli się nazwać nawet feldmarszałkami. Pierwszy od lewej był siwy i brodaty. Drugi jasnowłosy z jasną bródką,  niezmiernie szeroki w barach. Kolejny, jadący w drugiej parze, był bardzo wysokim szatynem starannie ogolonym. Kobieta obok niego odziana w długi płaszcz jako jedyna nie nosiła kolczugi, przekroczyła czterdziestkę, była ładna lecz minę miała surową, wszystko więc wskazywało, że jest mistrzynią magii wojennej. Za kadrą jechało czwórkami około dwustu pancernych w kolczugach przykrytych ciepłymi płaszczami, w stożkowych hełmach, z mieczami u pasa. Jak zwykle podczas marszu przez bezpieczny teren, tarcze i kopie jechały na wozach taborowych. Wozów było ledwie kilkanaście, ale za to wiele jucznych zwierząt. Widocznie liczono się z tym, że wozy trzeba będzie porzucić.
Wokół traktu wszędzie stały rozlewiska z topniejącego śniegu. Oddział brodził między nimi rozmiękłym gościńcem, w najgorszych miejscach umocnionym kamieniami. Wokół jeźdźców wirowały miliardy komarów i skoszone wonią owadobójczego eliksiru padały na bagna. Mijali wody na których roiło się od dzikich kaczek i gęsi. Zniszczone mosty utrudniały im podróż. Mimo to przebywali nawet po trzydzieści mil dziennie. Pomimo nocnych przymrozków nocowali w namiotach, ponieważ równiny rozlewające się od horyzontu po horyzont, szpeciły czarne plamy pogorzelisk.  Tyle zostało ze wsi i miasteczek. Oczywiście nie wszystko zostało zniszczone, tak nigdy nie bywa, mijali warownie które oparły się szturmom i otwarte osady, z jakichś powodów oszczędzone. Lecz nigdzie nie było dość miejsca, by mogli nocować pod dachem. Na popasach konie ledwie znajdowały trawę aby się pożywić, za mało jej było, dokarmiano je obrokiem.  Jednak czas mijał, wiosna czyniła postępy, droga prowadziła na południe, więc równina zazieleniła się od młodej trawy, sfioletowiała od maków i  ozłociła kwiatami  dębika. Pokazały się stada bydła. Nareszcie wjechali w ciemne lasy. Z czasem między drzewa szpilkowe wciskało się coraz więcej dorodnych wierzb i brzóz, wygrzanych w słońcu południa. Napotykali drzewa których nigdy nie widzieli, nawet nazw nie znali. Na misternych koronach ich gałązek zieleniły się młode listki. Spotykali rozległe polany obsiane łanami zbóż. I chociaż tu również wiele zniszczyła wojna, niektóre miasteczka bardziej przypominały ruiny niż ludzkie osiedla, to jeźdźcy uważali, że mijane okolice są jasne, wesołe, rozpieszczone przez słońce. Droga prowadziła coraz wyżej. Góry zasnuwała mgła.  Mimo to czuło się w nich ciepłą, radosną aurę południa; nie było tu lodowców tylko skały, drzewa i wodospady. Ćwierkały barwne, nieznane na północy ptaki.
Minęli małą wioskę, której wojna nie tknęła. Wieśniacy podejrzewając, że wojna jednak zamierza ich tknąć, złapali dzieci i co tam mieli pod ręką i uciekli pod osłonę puszczy. Za wsią droga wspięła się na przełęcz. Potem schodziła zakosami przez las, czasem przez łąki czerwone lub żółte od kwiatów.
Z dołu wspinała się serpentyną karawana wozów.
-Hej, witajcie – krzyknął w uniwersalnym języku kupiec siedzący na koźle obok woźnicy pierwszego z dziesięciu wielkich, czterokonnych wozów. – Z daleka jedziecie?!
-Z daleka – potwierdził lakonicznie wódz.
-To widać,  znać w was mężów północy. I niewiasty północy – dodał kupiec, gdy lepiej się przyjrzał. – Witajcie w naszej krainie! Przed wami piękny kraj!
Na drodze zrobiło się ciasno. Oddział maszerujący dotąd czwórkami, sprawnie przeformował się w dwójki. Kobieta jadąca obok wodza podniosła rękę, pomachała do mijających ją kupców.
-Dokąd droga prowadzi?! – zawołała
-Do Vlachii! – odkrzyknięto od strony wozów.
Za kolejnym zakrętem zobaczyli morze. Schodziły do niego pagórki porośnięte zaroślami. Granatowy mrok wstawał nad morzem na wschodzie, za górami świeciła wspaniała  zorza zachodu.  Przed sobą, poniżej, widzieli zagajnik. Za nim rozpalały się światła miasta. Skierowali się tam brukowaną drogą, która wbiegała na łuk kamiennego mostu nad ciemną rzeką. Most kończył się pod bramą w murze obronnym. Jego ostatnie przęsło wykonano z drewna dlatego, by można je było łatwo rozebrać albo spalić. Bramę i most oświetlono mieszanym systemem, kombinacją latarni na gaz wytwarzany z rybich flaków, magicznych kul i pochodni.
Z otwartej bramy wyszła pełna rota, stu ciężkozbrojnych pieszych. Zasłonięci tarczami, najeżeni  włóczniami, zajęli stanowiska na drodze i moście. Ilu strzelców było na murach wokół bramy trudno orzec, bo kryli się za blankami. Przed szeregami jechał konno oficer w czerwonym płaszczu, w hełmie odbijającym światło latarń, ozdobionym białym pióropuszem. Tuż za nim szli pisarz z rulonem jakiegoś dokumentu i szeregowiec dźwigający latarnię oraz pulpit.
-Czołem, panie i panowie – rzekł oficer w uniwersalnym języku. – Wiemy kim jesteście, tym niemniej identyfikacja jest niezbędna, albowiem procedurom musi stać się zadość. Zaczynaj pan sprawdzać listę – skinął na pisarza.
Szeregowiec skończył rozstawiać pulpit i stanął obok, przyświecając latarnią. Pisarz rozwinął rulon na blacie. Odchrząknął.
-Pani Olga! – odczytał głośno.
-Ooobecna! – zgłosiła się rudowłosa kobieta.
-Pani Łucja!
-Tutaj! – mistrzyni podniosła rękę.
-Pan Gustaw!
Wódz bez słowa podniósł ramię.
-Pan Fryderyk!
Barczysty setnik milcząc uniósł dłoń.
-Pan August!
Wysoki powtórzył gest barczystego.
-Pan Onufry!
Siwy setnik stał blisko pisarza. Pochylił się w siodle.
-Jezdem!! – ryknął.
-O Najwyższy! – pisarz o mały włos byłby fiknął kozła. – Głośniej pan nie mógł?
-Czemu ni!! Mogie!! – zapewnił setnik.
Pisarz wolał wstrzymać się od dalszych uwag. Skrzywił się tylko.
-Oraz dwustu dziesięciu jeźdźców, których z imienia nie będę wymieniał – rzekł.
– Zgadza się?
-Tak – odparł wódz.
-Złożył pan w imieniu całego oddziału do władz republiki podanie o zatrudnienie.
-Nie – odparł wódz.
-Jak to? – zdziwił się pisarz. – Ja mam tak napisane!
-Nie. To Republika zaproponowała nam kontrakt. Jeszcze nie wiemy, czy się zgodzimy.
-U mnie tu inaczej pisze…
-Dajcie spokój – rzekł oficer z pióropuszem. – To jest ambicjonalna przepychanka słowna na temat, kto kogo pierwszy prosił. Tak czy owak, chodzi o negocjacje w sprawie zawarcia kontraktu o świadczenie usług militarnych.
-Tak lepiej – zgodził się pan Gustaw. – Może być.
Oficer wydał komendę. Piechota rozstąpiła się, tworząc szpaler na drodze i moście.
-Ruszajmy – rzekł oficer. – Zaprowadzę państwa na kwaterę w internacie szkoły żeńskiej. Prócz koszar to jedyny budynek w mieście, mogący pomieścić więcej osób.
-Mam nadzieję, że panny w tym internacie wszystkie pełnoletnie? – spytał Onufry.
-Co do jednej – odparł oficer. – Ale sprawdziliśmy nawet w schowku na miotły, żadna się nam nie zawieruszyła. Wszystkie odesłaliśmy do domu.
Chłodny wiatr owiał jeźdźcom twarze na moście. W mroku bramy głośno stukały podkowy bojowych rumaków. Pierwsza para wjechała na miejską ulicę, źle oświetloną,  pełną ludzi. Cały ten wzburzony tłum rzucił się ku jeźdźcom. Krzyk setek podnieconych głosów świdrował uszy. Drapieżnie migotały rozchwiane światełka lampek. Nie dało się zawrócić na wąskiej ulicy. Olga sięgnęła po miecz. Gustaw spiął konia, wysunął się przed nią gotowy walczyć choć widział, że przeciw szalonemu tłumowi nie mają szans.
Postawny młodzieniec biegnący na czele nie miał broni. Jedną ręką ciągnął chichoczącą dziewczynę. Stanął przed Gustawem. Zagadał, śmiejąc się od ucha do ucha.
-Co mówisz? – spytał ponury Gustaw.
Zaraz też się roześmiał ponieważ zrozumiał, że to nie napad, nie pogrom ani nie polowanie na obcych. To pokojowo usposobieni tubylcy przyszli obejrzeć przybyszów.
-Weseli są – mruczał Onufry podkręcając siwego wąsa. – Mają dryg do zabawy.
A kobitki, bardzo ładne.
W sypialniach internatu nie zmieściłaby się odpowiednia liczba łóżek, więc przygotowano sienniki rozłożone na podłogach. Po tygodniach nocowania w namiotach  takie warunki wydały się wszystkim luksusem. Zmęczeni zasnęli od razu nie zważając, że do późnej nocy za oknami internatu słychać było głośne rozmowy, pokrzykiwania, śmiechy, stuk damskich bucików i cięższe stąpania mężczyzn.

część VI

W pracy Gruby wiele mówił o nowo objawionym filozofie, który mieszka w beczce. Zastanawiał się, czy nie odstąpić mu większej beczki, z napisem „Dar Hurtowni Przepływ”.
Podczas obiadu Marika wykorzystała moment kiedy Ronaldo był sam przy stoliku. Podeszła, niosąc przyprawy.
-Dziś nasza ostatnia noc, zanim Nikis przyjedzie – powiedziała szeptem.
-Obiecałaś, że potem czasami też – szepnął Rey.
-Przyjdź o północy. Pogadamy.
-Chyba nie tylko…
-Nie tylko.
Przyszedł o północy. Marika uchyliła drzwi. Złapała go za rękę i wciągnęła do przedpokoju.
-Sąsiedzi śpią pijani, wymkniesz się wcześnie, nikt się nie dowie – powiedziała cicho. – Mam dosyć twojego namiotu.
-Ja też – potwierdził Ronaldo z widocznym entuzjazmem.
Powiesił kurtkę z kapturem na kołku, zdjął buty, ubrał kapcie, wszedł do pokoju.
Marika sprawdziła, czy zasłony w oknach są szczelnie zaciągnięte. Uaktywniła magiczną kulę, jej blask oświetlił pokój. Wzrok Reya przyciągnęło przede wszystkim łóżko niewątpliwie dwuosobowe, zaścielone puchatymi kołdrami i poduchami w różowych poszewkach. Przypominało mu ciasteczko z różowym kremem.
-Chcę ci coś powiedzieć – rzekła Marika. – Coś ważnego.
-Że mnie kochasz.
-Dobrze wiesz, że nie. Na moje szczęście. Wkrótce odejdziesz. Jesteś zbyt dziwny, żeby normalna kobieta mogła z tobą coś trwałego budować.
Rey milczał. Wiedział, że Marika ma rację.
-Chcę powiedzieć coś naprawdę ważnego – rzekła gospodyni, siadając za stołem. – Nie – odsunęła dłoń Ronalda. – Powstrzymaj zapędy, siadaj naprzeciw i słuchaj. Nie zorientowałam się od razu, może jestem tępa, ale lepiej późno niż wcale. Coś mi nie pasowało, coś chodziło po głowie, aż dzisiaj wieczorem zaskoczyłam. Chodzisz do kościoła?
-Czasami – zeznał Rey, skołowany przemową Mariki.
-Idź koniecznie najbliższej niedzieli, podziękuj Najwyższemu za niewiarygodne szczęście.
-Na czym ono polega?
-Że się nie wydało. Masz wielkie szczęście, że zapomniałeś włączyć pole wokół namiotu tej nocy, kiedy przyszedł król. Masz szczęście, że ja cię… nie kocham, ale i nie zdradzę. Masz szczęście, że Zięby to debile które się nie zorientowały, a jeśli nawet, to nikt tym dupkom nie uwierzy.
Rey słuchając tej wyliczanki zaczynał rozumieć, i zimny dreszcz go przeszedł.
-Chcesz powiedzieć, że macie tylko standardowe zapory, sterowane amuletem, które przepuszczają ludzkie ciała?
-Dziwi cię to?
-Właściwie, nie.
-Taka zapora jak twoja, to skarb dla każdej armii, rozumiesz to chyba? Nie użyj jej nigdy więcej, bo jeśli się wyda…
-Wykopią mój namiot z zaporą choćby mieli zabrać połowę plaży, a mnie złapią, żeby ze mnie wycisnąć…
-Dokładnie. Ale bez osłony mieszkać tam nie możesz.
-Nie mogę – Rey skinął głową. – We śnie, bez pola osłonowego każdy głupek by mnie załatwił, gdyby chciał.  A podejrzewam, że Zięby chcą. Z nimi to dziwna sprawa, oni są chyba zmutowani. Pamiętasz, jak to było? Napadli mnie w piątek wieczorem i sama mi opowiedziałaś, że dwóm połamałem żebra, a w niedzielę wieczorem posłyszałem od Krzywonosa, że już wstają z wyrek. To nie jest normalne. To jakaś mutacja. Trochę się ich boję.
-Oj, to dlatego, że wszystko traktujesz serio, zamiast brać poprawkę na ludzkie gadanie! – roześmiała się Marika. – Sprałeś gości, a że ludzie ich  nie lubią, to dodali połamane żebra i co tam jeszcze. Przecież widziałeś na własne oczy jak spieprzali, a gdyby byli połamani, to by najwyżej pełzli. To nie mutacja, tylko plotka. U nas plotka rządzi, tak to jest.
-Przecież ty sama mi powiedziałaś, że połamani byli…
-Jestem stąd, no nie? Zresztą, tylko powtarzałam co ludzie mówili. A żebyś ty słyszał, co wygadują o twoim spotkaniu z królem! Jakie skarby ci dawał! Filip nie przeczy, pewnie mu pochlebia, że taki niby hojny, więc robisz się troszkę, troszkę sławny. Tak to u nas jest. Z małej sprawy robimy wielką, z wielkiej gigantyczną.
-Wiesz, ty wcale nie mówisz jak bufetowa z zakazanego przedmieścia – stwierdził Rey. – Kontestujesz system jak Wergil? Kim tak naprawdę jesteś?
-A ty, kim jesteś?
-Długo by mówić…
-O mnie też należałoby długo mówić. Może innym razem. Teraz szkoda mi czasu, tygrysie, więc tylko powiem tak: idź rano do roboty jakby nigdy nic, ja sama nie chcę się angażować więc poślę Nastazję, znajdzie ci tymczasowe lokum. Potem możesz sobie szukać czegoś, gdzie mógłbyś nauczać paru uczniów, taki lokal dla filozofa. Za kilka dni zwolnisz się z hurtowni. To się nie opłaca, toczyć beczki skoro robisz się znany. Weź wszystko z namiotu, ale namiot zostaw, bo to poniekąd twój symbol.
-Widzę, ze wszystko masz przemyślane…
-Ktoś musi myśleć o wszystkim, skoro ty myślisz tylko o jednym! – roześmiała się Marika. – A może nie? Może już o mnie nie myślisz? – Wstała. Wyciągnęła ręce. Chwyciła go za sweter i udawała, ze ciągnie w stronę łóżka. – No choć tu, tygrysie.
Udawał, że stawia opór. Nagle poddał się, postąpił do przodu więc byłaby upadła na plecy, ale oczywiści schwycił ją w porę, zaniósł na łóżko i położył na różowej pościeli.

Tak oto Ronaldo Rey został nie tylko kochankiem Mariki, ale i filozofem. Gród w którym gościł, był niby perła błyszcząca w szarym żwirze innych miast. Blask tej perły w dużej mierze pochodził od światła sztuki, filozofii i nauk wszelkich, które w nim kwitły. Filozofów była tu spora gromadka. Mieli oni zwyczaj do południa przechadzać się po agorze otoczeni wianuszkiem uczniów i słuchaczy – jeśli któryś takich miał. Ci którzy nie mieli uczniów ni słuchaczy, stali w gromadkach pod portykami i obmawiali, szydzili oraz knuli przeciw tym, którzy mieli. Na agorze nikt nie pobierał opłat za nauki, ale była to jakby wystawa, gdzie uczeni mężowie prezentowali swój kunszt. Rey nieźle tam sobie radził. O filozofii wiedział mniej więcej tyle, co o wszystkim, czyli coś wiedział. Był bystry, wiele przeżył, miał dobrą wolę by jego gadanie nie było czystą ściemą, lecz do czegoś się komuś przydało. Więc czasem się komuś przydawało. Po południu udzielał płatnych lekcji z zakresu nauk przyrodniczych i ścisłych, w kantorku, w którym do południa działał punkt porad prawnych. Jeśli zachodziły szczególnie sprzyjające okoliczności, Marika szeptała podając obiad, kiedy tam przyjdzie. Jeżeli Rey miał akurat wtedy umówione lekcje, odwoływał je czym prędzej. Nocował w tym lokalu, rano wychodził zanim prawnik otwierał swój punkt.
Ronaldo ustabilizował swój pobyt w mieście o którym zaczynał sądzić, że jest całkiem przyjemne, zapewnia minimum bezpieczeństwa, władza się tu nikogo nie czepia i pomimo ubóstwa środków technicznych, żyje się tu względnie wygodnie. Już nie czekał na wiosnę z wielkim utęsknieniem, czasami przychodziła mu do głowy myśl, że, właściwie, dlaczego miałby stąd wyjeżdżać? Kto mu każe?
Spokojnie minęły święta, nadszedł nowy rok i karnawał. Był to jedyny okres w roku, kiedy wolno było pokazywać się w miejscach publicznych w masce. Ludzie chętnie i masowo korzystali z anonimowości jaką daje maskarada. Panie z towarzystwa bezkarnie flirtowały na balach a po balach zdradzały mężów. Zamaskowani mężowie zdradzali żony. Członkowie klas niższych pili alkohol w miejscach niedozwolonych, zachowywali się obscenicznie i w zaułkach dźgali się nożami. Odbywały się bale, przyjęcia, rauty, koncerty, spektakle teatralne i cyrkowe, przedstawienia w amfiteatrze, wielkie bitwy śnieżkami, marsze ze śpiewem i tańcami, marsze przy pochodniach, wyścigi jeźdźców, psów i karaluchów.
Namiot o którym wszyscy mówili „beczka” stał na plaży, ale Ronaldo rzadko tam zaglądał. Zarobił na czynsz za coś lepszego niż kantorek dzielony z prawnikiem. Przy ulicy Mała Bergama, w dwupiętrowej kamienicy, na pierwszym piętrze, wynajął pokój z kuchnią. Kiedyś pewnie była to jedna wielka izba jakiegoś warsztatu. Po przeróbce, wydzielono dwoma ściankami działowymi kąt na prawo od wejścia jako małą kuchnię. Na lewo od wejścia, krótkim bokiem przysunięta do ściany z drzwiami, stała szafa. Utworzyła się w ten sposób imitacja krótkiego przedpokoju. Duży pokój nadawał się na salkę wykładową. Ronaldo postawił w nim biurko na wprost wejścia. Przed biurkiem ustawił rząd krzeseł z przejściem pośrodku,  trzy krzesła na prawo od przejścia i na lewo trzy.  Aż sześciu uczniów naraz nigdy nie miał, ale kto wie? Na drągu umocowanym jednym końcem do szafy, drugim do ściany, zawiesił kotarę. W wydzielonym w ten sposób ciemnym kącie, oświetlonym jedynie umieszczonym pod sufitem okienkiem na korytarz, stało łóżko.  Łazienkę niestety miał w korytarzu, wspólną z sąsiadami. Ściany wymagały odświeżenia, tynk pękał na suficie, ale jedno w tym mieszkaniu bez wątpienia było piękne: widok za oknem. Kiedy siadał przy biurku, z lewej strony miał okno z widokiem na wzgórze zamkowe uwieńczone twierdzą.
Trwał karnawał, w szkołach były ferie, o filozofach zapomniano, nikt nie miał głowy do nauki. Ronaldo zwolniony od spacerów po agorze, siedział za biurkiem. Na blacie biurka leżała deska kuchenna, na desce stała patelnia z jajecznicą. Rey smarował kromkę masłem. A co, stać go było. Coś z impetem uderzyło w drzwi wejściowe, które otwarły się i wyrwały z zawiasów. Użyto zbyt wielkiej siły do ich otwarcia zakładając, że są zamknięte, ale że były otwarte, najsilniejszy z Ziębów który uderzył w nie barkiem wleciał do pokoju, potknął się o kraj dywanu i wylądował na czworaka przed biurkiem. Błyskawicznie podniósł głowę. Rey wyeliminował go, waląc w łeb patelnią. Nóż, dość tępy bo stołowy, utkwił w piersi drugiego Zięby. Trzeci zdążył odwrócić głowę, dzięki temu nie dostał widelcem w oko. Zęby widelca przebiły mu policzek.  Najpotężniejszy oprych doskoczył do biurka za którym wciąż stał Rey. Uderzył sierpowym zgrzytając zębami z nienawiści. Rey uchylił się, powalił napastnika ciosem deski kuchennej. Przeskoczył biurko stylem  przerzutowym, ręką opierając się o blat. W drugiej, uniesionej, trzymał deskę. Stopami trafił w pierś Zięby nabitego na widelec. Wył przy tym z radości i wrzeszczał coś w nieznanym Ziębom i ich kumplom języku. Z tym, że bracia już nie słyszeli. Czterech ich kumpli, całych bo trzymali się skromnie w drugim szeregu, rzuciło się do ucieczki. Tłok i przepychanka powstały w drzwiach. Dwóch przepchało się na zewnątrz. Dwóch legło z solidnymi guzami na wygolonych czachach. Rey związał ogłuszonych jeńców wszystkim, co się do tego nadawało, głównie ich własnymi paskami. Obejrzał ranę po nożu, stwierdził, że to nic poważnego i założył opatrunek. Następnie poszedł na przedmieście. W lokalu „U Mariki” prócz kilku nieznanych osób, zastał Jorgosa jedzącego drugie śniadanie przy najlepszym stoliku, pod jakąś ozdobną, rosnącą w donicy rośliną. Ponieważ Jorgos nie wiedział o tym, o czym wiedzieć nie powinien, przywitał Reya dość przyjaźnie.
-Co szanujący się człowiek powinien zrobić z jeńcami? – spytał go Rey. – Napadła mnie banda Ziębów, sześciu mam pod kluczem, czy powinienem zawołać Straż Miejską?
-No coś ty, chłopie!  – krzyknął Nikis tak głośno, że kilka ogłuszonych mszyc spadło z rośliny na podłogę (w każdym razie, tak się Reyowi o tym krzyku pomyślało). – To już lepiej dla ciebie i dla nich, żebyś ich zabił.
-Tego nie zrobię – stwierdził stanowczo Ronaldo.
Zaniepokojona okrzykiem Marika wyjrzała z zaplecza i przyłączyła się do dyskusji. W końcu ustalono, że Zięby wraz z kumplami muszą w obecności świadków zaprzysiąc dozgonną zgodę pomiędzy nimi a Ronaldo. Do grona świadków dokooptowano jeszcze Krzywonosa i Wergila, ponieważ byli to mężowie szanowani i przebywali aktualnie na przedmieściu – Krzywonos u kochanki, Wergil w swoim warsztacie, gdzie z niesmakiem (bo nie wierzył w zabobony) klepał na sztancy talizmany. Cała piątka udała się do mieszkania Reya, gdzie po krótkich i niewymyślnych torturach, zmuszono jeńców do przysięgi.
W konsekwencji tego napadu, Ronaldo stał się czujniejszy i przedsięwziął środki ostrożności. Sprawił sobie solidniejsze, lepiej zabezpieczone drzwi. Przemeblował nieco pokój, przesuwając biurko bliżej ściany, dalej od wejścia. Wymienił żyrandol na nowy, zawieszony na czterech łańcuszkach, w kształcie  dysku o średnicy metra i grubości cala, na którym wzdłuż krawędzi przytwierdził klejem dwanaście lampek olejowych. Wolał lampki od bardzo, ale to bardzo kosztownej magicznej kuli, w której było akurat tyle magii co, na przykład, w strażackim beczkowozie.

Wprawdzie dni stawały się dłuższe, ale już zrobiło się ciemno. Ronaldo chciał poczytać, zapalał lampki kijkiem z przymocowanym na końcu tlącym się knotem. Gdy był przy ostatniej, posłyszał stukanie do drzwi. Zapalił ostatnią lampkę, poślinił kciuk i palec wskazujący, zgasił nimi knot. Podszedł do drzwi, wyjrzał przez judasz. Widocznie to, co zobaczył na korytarzu bardzo go zaciekawiło, może usatysfakcjonowało, bo z wielkim pośpiechem zaczął odsuwać rygle, otwierać zamki, odpinać łańcuchy. Otwarł drzwi na oścież i z szarmanckim ukłonem, tyłem wycofał się z malutkiego niby – przedpokoju, wpuszczając do mieszkania przepiękną kobietę.

część V

Czasem Rey wdawał się w dyskusję z Wergilem na temat liczb. Wtedy pusto się robiło przy stole. Janos który musiał zostać, czym prędzej zjadał obiad i uciekał. Ale zanim zdążył zjeść, wysłuchiwał dziwnych rzeczy o sekretach liczb, ich stosunkach, mnożeniu się i całkowaniu. Opowiadał potem, że aż się rumienił słuchając o tych breweriach.

Zima robiła się coraz sroższa, padał śnieg, wyły wichry.  Przez śnieżne wzgórza, białą drogą na której ledwie znać było koleiny sań, powracała z dalekiej wyprawy wielka karawana. Ogromne, włochate, juczne woły brnęły przez śnieg, rozdeptując go na brunatną miazgę. Karawana chroniona była przez oddział trzydziestu zbrojnych. Dziesiętnikiem u tych ochroniarzy był Nikis Jorgos. Rozpędzony wiatr świstał i rzucał mu w twarz tumany śniegu, a on marzył o Marice, ciepłej wdówce którą poślubi na wiosnę, którą zobaczy – och i nie tylko zobaczy – za trzy dni.

            Tego dnia Janos nie przyszedł do restauracji, ponieważ był chory, Nastazja zaniosła mu obiad do domu. Wergil już sobie poszedł. Ronaldo samotnie kończył deser – suszone śliwki zalane miodowym syropem. Marika usiadła przy jego stoliku.
-Nikis Jorgos przyjedzie za jakieś trzy dni – rzekła. – Wtedy już będę mu wierna.
-Tak?! – Rey byłby się udławił pestką śliwki. – To znaczy, że…
-Właśnie tak, przez trzy dni jeszcze nie będę mu wierna. Przyjdź pod mój dom o północy, bardzo, bardzo dyskretnie. Sama boję się iść taki kawał.
-A nie można by u ciebie – wychrypiał Ronaldo przez ściśnięte gardło.
-Nie można by, sąsiedzi, dyskrecja. Ty też dyskretnie, chyłkiem, pod moim domem, o północy. Na razie znikam. Pa.
Znikła w drzwiach od zaplecza, odprowadzana spojrzeniem Ronalda tak intensywnym i gorącym, że chyba musiała czuć, jak parzy i obejmuje jej ciało. W namiocie nastawił ogrzewanie na ful, budzik na jedenastą. Więcej czuwał niż spał, nareszcie przyszła pora, by wyszedł w lodowatą ciemność. Morze huczało, chmury gnały po niebie zasłaniając i odsłaniając Lunę. Między zabudowaniami wichura zawodziła wyjątkowo wściekle w cieśninach uliczek. Rey przekradał się pod ścianami, niby partyzant podczas sławnej Bambusowej Wojny. Marika musiała zerkać przez okno, bo kiedy tylko się pojawił, zaraz wyszła i delikatnie, bezszmerowo,  zamknęła za sobą drzwi. Ubrana była w długi płaszcz z kapturem tak, że nikt by jej nie rozpoznał.
-Gwiżdże jak wtedy gdy byłam mała i jechałam z mamą i tatą w odwiedziny do babci – wyszeptała, przytulając się do Ronaldo. – Chodź prędko. Jesteś pewien, że nikt nas nie widzi?
-Mhhm Marika, nikt, zresztą nikt cię nie pozna w kapturze – odpowiedział, tuląc ją do siebie i idąc tak szybko, by mogła nadążyć.
Wkrótce byli nad morzem huczącym w ciemności. Brzeg znaczyła biała piana. Zdjął pilotem pole ochronne z namiotu, rozpiął zamek błyskawiczny, przepuścił ją pierwszą. Chciała coś powiedzieć, ale przecież nie usłyszałby, tak morze huczało i tak krew huczała mu w skroniach, więc objął ją, przycisnął do siebie, jej okrągłe, miękkie piersi  do czasu skryte pod materiałem do swego torsu, twarz do twarzy. Wsunęła mu język w usta. Namiętni kochankowie we wszelkiego rodzaju romansach nie mają takich problemów, a on, zaraza, miał. Nie potrafił wyłuskać swej kochanki z warstw odzieży. Nie znał tych ubrań, haftek, guziczków, tasiemek wiązanych w kokardkę, zresztą w namiocie jest ciasno, namiot to nie łoże pod baldachimem. Pomagała mu ale zahaczyła czymś o coś jego, zdaje się haftką od zapięcia spódnicy o szlufkę od pasa. Szamotali się z tym wszystkim, aż wreszcie Marika zaczęła chichotać. Mimo to czynili postępy, Ronaldo był już bliski celu, gdy niechcący wcisnął przycisk i rozległ się przeraźliwy ryk alarmu.
-Zaraza! – krzyknął Rey, doprowadzony do wielowątkowego, wielopłaszczyznowego, złożonego szału.
Szarpnął, targnął, rozległ się trzask materiału i nareszcie miał przed sobą odsłonięte, obnażone,  które śniły mu się w niejedną noc, piersi, biodra, brzuch, uda. Rzucił się na te cuda, ssał, lizał, lekko nagryzał sutki. Wsunął język w słodki pępuszek.
-Ała! – wrzasnęła Marika. – Przestań, jestem uczulona! Nie znoszę, jak mnie ktoś tam dotyka.  A jak już przestałeś, to wyłącz alarm, bo za chwilę znowu ryknie.  Ała, palce mi zgnieciesz. Gdzie się tak gramolisz?
-Do wyłącznika! – sapnął Ronaldo.
-Wiesz co, nie jesteś ty przesadnie zgrabny – chichotała. –Ała, uważaj trochę, wbiłeś mi łokieć, wiesz gdzie, ała!
Takie to są problemy, kiedy: nie zna się skomplikowanych zapięć ubioru i jeszcze bardziej skomplikowanych upodobań kobiety, z powodu nadmiernego podniecenia zapomina się o ważnych szczegółach, ma się mało miejsca. Ale Ronaldo przezwyciężył wszystkie te problemy. Chichot dobywający się ze słodkich ust Mariki  przemienił w jęki rozkoszy.
Coś się działo, jakieś głosy. Bardziej śpiący niż obudzony Rey wyciągnął rękę i dotknął czegoś cudownego. Niewątpliwie czegoś cudownego, ale co to? Ach tak, pierś  śpiącej Mariki uwieńczona twardniejącym pod dotykiem, przemiłym sutkiem. Ronaldo przypomniał sobie wszystko i poczuł się tak, jakby wzlatywał do nieba. Ale przed namiotem jakiś uporczywy głos znowu powtórzył:
-Hej, dobry człowieku, obudź się!
-Co, kto? – jęknęła przebudzona Marika.
-Dobry człowieku, my do ciebie! Pobudka! – powiedział inny głos, bardziej szorstki i donośny niż ten pierwszy.
Marika złapała Ronaldo za rękę.
-Nikt nie śmie wiedzieć, że tu jestem – szepnęła. – Nikt a nikt. Przegoń ich.
-Wrzucę ich do morza jak tylko się ubiorę – odparł szeptem Rey, kończący wymienioną czynność zapięciem pasa i rozporka. – To nie są Zięby, nie taka mowa. To raczej jakieś urzędasy. – Zerknął na monitorek ukazujący widok z zewnętrznej kamery. – No tak – skinął głową. – Straż miejska – szepnął. – Nie włączyłem kopuły ochronnej, stoją tuż koło wejścia.
-Nikt nie śmie wiedzieć, że tu jestem – szepnęła. – Gdyby się Nikis dowiedział, miałabym złamane życie.
Rozdrażniony najściem Rey na czworaka wygramolił się z namiotu, wprost pod nogi patrzącego z góry, tłustego szefa w futrze i kasku z czerwonym pióropuszem. Nie był to znany mu szef, tylko jakiś inny, brodaty. Z jego ust buchała para z powodu zimna, lecz wyglądał przez to jak potwór puszczający dym zanim zionie ogniem. Za dowódcą stało czterech strażników, dalej grupka gapiów, jeszcze dalej falowało morze na którym kolebała się kra. Wszystko to oświetlało jasne, wschodzące słońce. Pomimo jasnego słoneczka, było wściekle zimno.
-Czego znów chcecie? – warknął Rey, wstając na nogi.
-Dobry człowieku, powiedz, co mógłbym dla ciebie zrobić – zażądał szef.
-Co? – zastanowił się Ronaldo. – Najlepiej odsuń się pan, bo rzucasz cień i zasłaniasz słońce.
-Oczywiście, dobry człowieku, twoja wola – szef skinął głową.
-A, a co… – wyjąkał zdumiony taką potulnością Rey.
Mówił  do pleców oddalającego się przełożonego strażników za którym podążyli jego ludzie, a za nimi podekscytowana gromadka gapiów. Od namiotu dobiegł uszu Reya taki dźwięk jakby ktoś się dusił, więc odwrócił się tam. Leżąca na podłodze Marika zerkała przez szczelinę uchylonego wejścia. Buzię zasłaniała jakąś szmatką, różowy kolor i koronka wskazywały, że są to jej majteczki. Kobietą trzęsły drgawki.„Jakiś atak” – pomyślał Rey. Podbiegł do namiotu.
-Jak to możliwe, jak to mogło się zdarzyć, żeby ktoś… – Marika spojrzała na Ronaldo wytrzeszczonymi oczami. – O ja nie mogę!
Ronaldo zrozumiał, że Mariką trzęsie niepowstrzymany paroksyzm, po prostu kaskada śmiechu.
-Ty idioto – chichotała. – Ty przedziwny dziwolągu,  wciąż jeszcze nie wiesz, z kim gadałeś?  – pytała głosem przerywanym atakami śmiechu.
-No… Nie wiem – przyznał Rey. – A skąd miałbym się znać na waszych dziwacznych obyczajach?
-Też prawda – zgodziła się Marika przecierając załzawione ze śmiechu oczy. – Słuchaj, to był Filip Jedenasty, król Byłej Republiki Vlachii i Bałkanu.
-Zaraz, coś pokręciłaś – przerwał jej Ronaldo. – Jak można być królem republiki? To sprzeczność, moje słoneczko.
-Nic nie pokręciłam, tygrysie. Byłej republiki, więc kiedyś była republika, ale już nie jest. Skoro republika nie jest to co jest? Król. Proste, nie? On co roku w zimie przyjeżdża do nas na tydzień albo i dwa. Różnie mówią, dlaczego. Podobno ma u nas kochankę i troje dzieci, więc je odwiedza przed świętami, podobno zimą we Vlachii nad jeziorem nomen omen, Ohydzkim jest tak ohydnie że można się wściec, zwłaszcza, że w zamku z najróżniejszych przyczyn nie ma centralnego ogrzewania, podobno coroczne odwiedziny były warunkiem zawarcia pokoju po bitwie nad Jeziorem Ohydzkim, i tak dalej, tych przyczyn jest wiele. Mnie się zdaje, że on po prostu podziwia naszą kulturę, to jest kasyna gry, wino, łaźnie, dziewczyny, że lubi jak mu tu wszyscy kadzą i nadskakują, bo my tu, w Republice, tęsknimy za królami. W każdym razie, kiedy u nas jest, to spełnia dzieła miłosierdzia wobec biedaków. Lubi takich trochę głośniejszych, oryginalniejszych biedaków, takich nędzarzy – celebrytów, dziadów najgłośniej krzyczących pod katedrą, najohydniej owrzodzonych, najbardziej okaleczonych, najdziwniejszych mutantów, odmieńca mieszkającego zimą w beczce, opowiadającego dziwne bajki. Och, mogłeś go szarpnąć na wielką kasę. No cóż, nie wiedziałeś. Zeszłego roku, wyobraź sobie, wybrał mutanta który miał trzy ręce. Sfinansował operację tego biedaka spełniając jego największe marzenie. Teraz mutant ma cztery ręce.
-Och, fajnie by to było – rzekł rozmarzony Rey. – Mógłbym…
-Zabierz łapy! Teraz nie czas. Muszę znikać. Przyjdź o północy. Pa.
W pracy Rey marzył o Marice, czasami myślał o królu i okazji jaką stracił. Kaprawy Josif niekiedy musiał go opieprzać, bo Rey się zawieszał, nie reagował, stał i gapił się przed siebie z wesołym albo smutnym wyrazem twarzy. Rey czasami wyobrażał sobie, że zbóje napadli karawanę i zabili dziesiętnika z ochrony, wtedy było mu wesoło. Kiedy uświadamiał sobie, że to tylko marzenia, a na jawie ten drapichrust narzeczony Mariki wróci za kilka dni, było mu smutno.
Ludzie przynosili z miasta różne nowiny.
-Wiecie co się stało? – pytał fabrykant mydła, który przyjechał po olej. – Dzisiaj rano Filip był nad morzem u tego filozofa, co to mieszka w beczce na plaży. Pyta jak zwykle co może zrobić, na to filozof: „odsuń się, bo mi zasłaniasz słońce”.
-Taki dureń, jak i cała reszta filozofów – skomentował Kaprawy Josif.
-Wielki człowiek! – wykrzyknął fabrykant mydła. – Odparł taką pokusę, dochował wierności swoim ideom.
-Jakim ideom? – spytał Rey.
-Żeby wyrzec się wszystkiego. On mieszka w beczce, mało je, alkoholu nie pije, niczego nie posiada, nie śpi z kobietami… On mówi tak: „kto wszystkiego się wyrzekł, ten wszystko posiada”.
-Co by to miało znaczyć? – spytał Ronaldo.
-To jego trzeba spytać. Ale od razu da się wyczuć, jakie to głębokie.
Mydlarz był ostatnim klientem. Rey skończył pracę i poszedł na obiad. „U Mariki” powitano go jak bohatera za to, że pogonił króla. Bo istotnie, taki wyczyn nieczęsto i nie każdemu się zdarza. Wergil uścisnął go i dwa razy cmoknął w pobliżu ucha.
-Za to, żeś się oparł i nie sprzedał systemowi – wyjaśnił.
Krzywonos podszedł i rzekł:
-Szacun, młody, chociaż ja ci powiem, że jesteś nieźle pierdolnięty. Nie lepiej to było wydoić gościa na grubą kasę?
Po obiedzie zmęczony tym wszystkim Ronaldo poszedł się zdrzemnąć. Spał aż do wieczora. O północy spotkał się z Mariką pod jej domem. Zaszyli się oboje w namiocie, zapominając o bożym świecie. Nad ranem Marika powiedziała:
-Zmieniłam zdanie. Od czasu do czasu, w szczególnie sprzyjających okolicznościach nie będę wierna Nikisowi Jorgosowi, tylko cię odwiedzę, tygrysie.
-Oby jak najczęściej, moje słoneczko – odparł Ronaldo szczerze i z przekonaniem.
-Teraz odprowadź mnie do domu – poprosiła, rozpoczynając żmudną procedurę ubierania się w zimową odzież. – Lepiej już pójdę, bo a nóż nad ranem znowu przyjdzie tu jakiś król?
Odprowadził ją, potem poszedł na spacer nabrzeżem, przy którym spały krypy, łodzie i kutry. Brama do miasta była otwarta, wyszedł nią na keję przy której cumowały dalekomorskie statki. Podziwiał, jak słoneczna tarcza wysuwa się spoza zębatej linii  falochronu, wzniecając na morzu i niebie taką łunę barw, że gdyby namalował to jakiś artysta, okrzyknięto by go twórcą kiczów. Kiedy wracał było już jasno, mimo to nie spotkał żywego ducha wyjąwszy stadka wron i zięb, aż dopiero, gdy znalazł się na swoim kawałku plaży. Wtedy   z daleka zobaczył, że nieopodal jego przypominającej beczkę siedziby stoi kilka osób w zimowych płaszczach z kapturami. Nie wyglądali na popleczników braci Ziębów. ani na eskortę króla, ani na strażników, mimo to zbliżył się do nich ostrożnie, w miarę możności gotowy na niespodzianki. Z bliska przekonał się, że jest to sześciu młodych w bardzo porządnej odzieży  z ekstrawaganckimi dodatkami, zapewne mającymi podkreślać ich indywidualność. Wszyscy przy pasach mieli długie sztylety, ale to nic dziwnego, skoro szli przez przedmieście po nocy. Podchodząc jeszcze bliżej przekonał się, ze dwie z tych osób, to młode kobiety.
-Witamy mistrza! – wykrzyknęła entuzjastycznie jedna z nich. – Przyszłyśmy tak wcześnie żeby mistrza zastać, a mistrz już po spacerze! Czy to prawda, że mistrz wstaje przed świtem i pływa godzinę w lodowatej wodzie dla hartowania woli?
-A ja mam coś dla mistrza! – zawołała druga. – Któraś to u mistrza zgubiła! Wiatr by porwał, ale zaczepiło się o badyl! O!
Pokazała pas do pończoch który Marika zapomniała dopiąć w talii i na pończochach więc jej się zsunął i przepadł, dlatego przez całą drogę do domu podciągała pończochy.
-Cicho Kaśka, nie opowiadaj głupot! – wykrzyknął młodzieniec z capią bródką. – Przecież wiadomo, że mistrz z kobietami, ten tego… nie.
-Nie wierz młodzieńcze we wszystko co wiadomo – rzekł Rey, odbierając od Kaśki koronkowy pas. – O co chodzi, młodzieży? Dlaczego tu sterczycie na takim zimnie?
-Ponieważ mamy do mistrza mnóstwo niecierpiących zwłoki pytań – odparła Kaśka. – Przede wszystkim, chcieliśmy prosić o rozwinięcie frazy: „kto wszystkiego się wyrzekł, ten wszystko posiada”.
-I jaka ścieżka wiedzie do osiągnięcia takiej mocy charakteru, która pozwala bez wahania odrzucić bogactwa ofiarowane przez króla – rzekł chłopak z capią bródką.
-I co mistrz sądzi o dychotomii… – zaczęła druga z dziewcząt.
Przerwała, gdyż Rey podniósł ramię i rzekł:
-Stop, stop droga młodzieży. To doprawdy nie jest czas i pora na roztrząsanie tak głębokich kwestii. Myślę, że w tym tygodniu będę na agorze, wtedy pogadamy. A teraz na samym początku nauki, zdradzę wam najbardziej istotną tajemnicę: wiem, że nic nie wiem. Przemyślcie to sobie.

część IV

Prędko zjadł śniadanie i pocwałował do pracy, nie chcąc się spóźnić. W kantorku czekał na niego rozgorączkowany Gruby.
-Nareszcie jesteś! – zagrzmiał Gruby. – Natychmiast do roboty się bierz, czeka nas dzisiaj szaleńcza akcja, bo afera jest dwutorowa, z jednej strony jedno, z drugiej drugie, to znaczy zaraz tu będą platformy i to nie byle jakie, o nie, platformy rządowe, trzeba będzie im wydać tyle beczek takiego wina ile zechcą, a u mnie magazynier Kaprawy Josif od wczoraj chory, znasz go, to znaczy nie znasz, to taka chorowita lebiega. No nic, beczki są opisane kredą to poznasz co w której i im wydasz, tym rządowym, potrzebują, bo szykują duży jubel. A wiesz, dlaczego?
-Dlaczego? – spytał Rey.
-Będą podejmować jakiegoś ważnego kondotiera z jego oficerami. Teraz jest okno transferowe bo jedna wojna się skończyła, druga chwalić Pana nie zaczęła się, najemników pozwalniali, bezrobotni szukają nowej roboty, inni chcą zmienić barwy, jeden chodzi w chwale, glorii, szasta złotem, inny czerwony ze wstydu bidę klepie. Zeila szuka najemnych jeźdźców do dalekiego zwiadu, prawdę mówiąc do wariactwa, chce ich wysłać hen daleko na południe aż za Cyrene, podobno aż do Ofiru? Tak mówią na mieście, choć trudno dać wiarę. Tak czy owak gdzieś bardzo, bardzo daleko. To oczywiście bardzo niebezpieczne, a Mateusz Zeila skąpy, każdy wie, więc się pewnie nie dogadają. Zeila chce ich oszołomić wystawnością, naobiecywać gruszek na wierzbie, obiecać premia jak wrócą, co mu tam, przecież nie wrócą żywi. Wątpię żeby dali się nabrać na takie gadanie. Dwa oddziały już były latem i się nie nabrali. Ci pierwsi dali takiego czadu, tak narozrabiali w mieście, że tych drugich nie puścili za mury. Dali im kwatery pod miastem. Ciekawe, czy tych trzecich wpuszczą? Chyba nie! Tych pierwszych to widziałem, wyglądali na twardzieli, mówię ci. Najpierw jechał chorąży, na drągu niósł trupią czachę, złotą, nie szło wyznać czy prawdziwa pozłacana, czy cała ze złota. Potem ten ich komendant, kondotier na takiego mówią, potem jazda na taaakich ogromnych koniach! Na tych koniach taakie ogromne chłopy całe w żelazie, w kolczugach, szłomach, karwaszach, nagolennikach, napierśnikach, brzękadełkach, ryngrafach, pasach, rapciach i pendentach…. Uff – Gruby okropnie się zasapał. – Aaaaaa – wytarł pot z czoła. – Mówię ci, a najgroźniej wyglądał czarny, znaczy się murzyn, siedział na koniu to trudno na pewno rzec, ale chyba taki wielki jak ty? Miał złoty kolczyk w nosie! Mało się wykolczykował bo ten co jechał obok niego miał aż siedem kolczyków na gębie. A były tam kobiety. Mówią, że one najgorsze bo jak która się zaciągnie to już naprawdę z zamiłowania do przelewu krwi, i musi taka być ostra żeby się od chłopów opędzić. Nawet ładne te niewiasty były, co do figury to gorzej rozeznać  bo w kolczugach, ale nogi w obcisłych gatkach…
-Legginsach – wtrącił Rey.
-Właśnie, w legginsach nogi idealne, talie wcięte, na biodrach złote pasy, w sumie całkiem, całkiem, ale ja tam wolę łagodniejsze niewiasty. O kurka wodna, słyszysz turkot?! – Gruby wyjrzał przez okno. – Jadą, jadą! Goń do magazynu! A ja – Gruby zakręcił się wokół własnej osi – ja łapię się za papiery.
Dzień naprawdę był szaleńczy. Po zmroku i fajrancie wykończony Rey niemal na czworaka powlókł się na obiad. Wszedł do wielkiej izby ogrzanej i oświetlonej przez ogień na dwóch kominkach, pełnej ludzi, pogrążonej w półmroku bo oprócz ognia świeciły jeszcze tylko dwie latarnie. Ludzie przekrzykiwali się, szczękały talerze i kufle, do tego rejwachu muzyk dodawał jeszcze zawodzenie skrzypiec. Nastazja poprowadziła Reya do stolika.
-Szefowa kazała z najlepszym towarzystwem – mówiła po drodze. – Proszę, to pana miejsce. Panowie, oto pan Ronaldo. Panie Ronaldo, pan Janos, pan Wergil.
-Dobry wieczór – rzekł Ronaldo, zdejmując kurtkę i wieszając ją na oparciu wolnego krzesła.
Wypadło mu usiąść tyłem do sali, przodem do okna. Dwaj faceci siedzący pod ścianą po obu jego stronach odpowiedzieli pomrukami, nie przerywając jedzenia zupy. Obaj byli w względnie młodzi, długowłosi, ubrani w grube swetry. Janos zebrał czarne włosy w koński ogon, sweter miał mysi z granatowym szlaczkiem. Wergil miał siedem warkoczyków ufarbowanych na zielono i co najmniej siedem kolorów na swetrze.
-Z daleka jesteś? – zagadnął Janos.
-Najogólniej  mówiąc, zza oceanu.
-O! – Janos okazał zdumienie. – To z daleka. Świetnie mówisz po naszemu.
-Mam bardzo duże zdolności językowe.
-O!
Do tego na razie w zasadzie ograniczyła się ich konwersacja.  Rey nalał sobie zupy z wazy, Nastazja przyniosła drugie dania. Wkoło rozkręcała się zabawa, podgrzewała się świąteczna atmosfera, ponieważ jutro była niedziela, wolne, nikt nie idzie do roboty. Zresztą, byli tu tacy, którzy na pewno nigdy nie chodzili do roboty. Ronaldo wypatrzył Krzywonosa w towarzystwie mięśniaków połyskujących złotem sygnetów, breloczków, łańcuszków, zębów. W każdych czasach, we wszystkich możliwych światach, uznano by ich za gangsterów. Towarzyszyło im kilka kobiet. W ogóle kobiet naliczył sporo, chociaż więcej  było mężczyzn. Do skrzypka dołączyło dwóch gitarzystów. Kilkanaście osób, kobiet i mężczyzn, wyszło na parkiet. Stanęli rzędem, bokiem do siebie, wyciągnęli ręce na boki, chwycili się za ramiona, i:
-Opa! – krzyknął ktoś.
Orkiestra dała czadu. Ci na parkiecie drobili kroczki w przód, w tył, na boki, skłon, jakieś ewolucje nogą, kroczki, a orkiestra przyspieszała. Nie był to taniec całkiem obcy dla Ronaldo, chociaż nie był to jego rytm, który miał we krwi. Ale ten rytm i tak wciągał. Patrzył jak urzeczony. Nikt tu nie był zawodowcem, czasem ktoś nie wyczuł dobrze i nie zrobił czegoś albo zrobił choć nie było trzeba, czasem potknął się ktoś kto za dużo wypił. Ale to były szczegóły i detale. Orkiestra przyspieszała.
-Opa! – darli się ludzie, klaskali, gwizdali na palcach.
Ktoś złapał Ronaldo za ramię.
-Marika?
-Chodź, idziemy zatańczyć.
Ronaldo wiedział co to kod kulturowy więc prędko zdał sobie sprawę, że znaczenie jakie nieświadomie, błyskawicznie i z radością przypisał postępowaniu Mariki, jest to postrzeganie sytuacji właściwe jego kulturze. Marika może sądzić o tym wszystkim coś całkiem innego. Jeżeli będzie działał jak u siebie w domu w takiej sytuacji,  może dojść do kolizji kultur, wskutek czego dostanie w pysk, przestaną być z Mariką przyjaciółmi, albo wręcz zarobi kosę od jej faceta, który, pono, lada dzień ma wrócić z dalekiej wyprawy. A z drugiej strony jeżeli nic nie zrobi, może ją śmiertelnie urazić takim lekceważeniem, wskutek czego… i tak dalej. A jeśli ona weźmie go za geja, impotenta i ciamajdę? Albo przeciwnie, za chama, natręta i prostaka? Co robić, żeby nie przepuścić TAKIEJ okazji? Co robić, żeby nie spalić się ze wstydu? Nie dostać po gębie? Nie obrazić odrzuceniem? Nie zerwać delikatnych, powstających więzów przyjaźni? Wskutek roztrząsania tych dylematów tańczył niby sparaliżowany pracownik zoo, któremu słoń nadepnął na ucho. Gdy orkiestra umilkła, Marika powiedziała:
-Fajnie było, tylko musisz jeszcze trochę potrenować. No, ja wracam do pracy. Znikam.  Pa.
I pobiegła do kuchni. Rey, uwolniony od dylematu czy powinien zacząć gadać świństwa i uruchomić łapska czy też nie, poczłapał do swego stolika. Równocześnie z nim dobił tam zdyszany, zaczerwieniony Janos, lekko utykający na lewą nogę.
-Ostra akcja, co? – wysapał. – Takich spontanicznych, swobodnych imprez nie ma w mieście, dlatego nie mieszkam w mieście, tylko tutaj.
-To znaczy, pan… – zaczął Rey.
-U nas się tak nie mówi, między innymi dlatego tu mieszkam – przerwał mu Janos. – Mów mi Janos.
-Znaczy się, Janos, mógłbyś mieszkać gdzie chcesz, a mieszkasz na przedmieściu dla kaprysu?
-U nas się tak nie mówi – zaznaczył Janos. – Ale mniej więcej tak, mógłbym mieszkać w mieście. Jestem pocztowcem, więc stać by mnie było. Dawniej, przed wojną, jeździłem ambulansami nawet na zagranicznych kursach. Sporo widziałem nie chwaląc się. Jednak teraz pracuję na rozdzielni, bo niestety pocisk uszkodził mi lewe biodro i nie dam rady tyle godzin bez przerwy siedzieć w ambulansie.
-Widziałem jak tańczyłeś – zauważył Rey. – Pomimo tego biodra?
-Boli mnie noga w biodrze, nie mogę siedzieć dobrze, ale tańcować mogę choć żem chory na nogę – roześmiał się Janos. – Tak właśnie jest. Dwa razy mnie trafili.
Sięgnął do szyi i wydobył spod swetra zawieszony na łańcuszku medalion. Podsunął go przed oczy Reyowi. Medalion był wgnieciony, przedstawiał  nagą kobietę trzymającą w uniesionych rękach sierp, może księżyca.
-Kto to? – spytał Rey.
-Luna. Dobry demon. Jej symbolem jest księżyc. Ten talizman ocalił  mi życie, odłamek go nie przebił, więc wierzę w opiekę Luny bardziej niż w cokolwiek innego.
-Zabobony – mruknął Wergil, który podszedł do stolika z dzbankiem w ręce.
-Oczywiście równie ufam Najwyższemu,  bo to on dał zwycięstwo naszej flocie w Bitwie Ostatniej Szansy – mówił Janos. – Nikt inny, tylko on i Matusz Zeila. Byłem na okręcie flagowym, jako kanonier przy trzeciej machinie prawej burty. Zeila zastosował prosty trik.
-Mówią, że to nie on go wymyślił – wtrącił się Janos.
-Za szykiem ustawił pięć statków handlowych, takie zwykłe kabotażowe łajby, wyładowane pociskami. Kiedy już i u nas i u nich kończyły się pociski, my pobraliśmy nowe, a oni nie mieli skąd. Proste, ale jakoś wcześniej nikt nie wpadł na to, żeby do bitwy ciągnąć ze sobą transportowce. Myśmy strzelali, oni nie mieli czym, pozostało im uciekać albo iść do abordażu, poszli do abordażu. Wtedy właśnie jakiś dupek trafił mnie bełtem w biodro. Ale  prawie nigdzie nie doszło do zwarcia, zanim dopłynęli, nasza artyleria ich rozstrzelała.
-Dobrze im tak – rzekł Wergil, nalewając wino do kubków. – Wypijmy za zwycięstwo, do którego i ja się przyczyniłem walcząc na pokładzie zalanym krwią…
-Nie walczyłeś, bo nie doszło do abordażu – przerwał mu Janos. – Ale wypić za zwycięstwo warto.
Wypili.
-On był nauczycielem matematyki – Janos pokazał kciukiem Wergila. –  Zwolnił się ponieważ kontestuje system, zamieszkał tu i zarabia wytwarzając najprostsze amulety, ohydne pamiątki i tandetną galanterię skórzaną. A ty, czym się zajmujesz? Co cię do nas przygnało?
-U was czekam na wznowienie żeglugi, zajmuję się wieloma rzeczami, z czasem pewnie wam opowiem – odparł Rey. – Matematyką też się zajmowałem. Pewnie mógłbym być nauczycielem.
-Świetnie – ucieszył się Wergil. – Wreszcie będę miał z kim pogadać o czymś konkretnym. Wypijmy za nauki ścisłe.
Wypili. I jeszcze kilka kubków i jeszcze kilka, tak, że Rey szedł do namiotu lekkim zygzakiem.
Rano spał długo. Kiedy się obudził, orzeźwił się kąpielą w lodowatym morzu. Zjadł śniadanie „U Mariki”. Następnie wiedziony dziwnym impulsem poszedł na mszę do kościoła. Potem do łaźni wyparzyć się w gorącej wodzie bo zimnych kąpieli miał dosyć. Potem na spacer po mieście, którego dotąd zdążył poznać ledwie niewielki fragment. Szedł ulicami na chybił trafił, za punkt orientacyjny miał twierdzę na skalistym wzgórzu, widoczną ze wszystkich stron miasta. Twierdza była wspaniała, jej wyniosłe bastiony okrywał szron błyszczący w ostrym słońcu. Poza tym, miasto było takie sobie, ani ładne ani brzydkie, ruchliwe jak każde, w jednych kwartałach bogate, w innych biedne. Doszedł do reprezentacyjnej alei wiodącej pod górę od dalekiej, niewidocznej stąd bramy. Musiał przyznać, że aleja robi wrażenie. Otaczały ją monumentalne gmachy. Na jezdniach panował spory ruch dorożek, jeźdźców, powozów. Na pasie zieleni dzielącej jezdnie wznosiły się pomniki.  Ten najbliższy był kamiennym graniastosłupem, z którego sterczały obite miedzią i stalą dzioby okrętów. Wokół monumentu nie rosła zieleń, był tam wybrukowany placyk. Rey przeszedł jezdnię i stanął tam z zadartą głową, odczytując teksty wykute w kamieniu. Dowiedział się, że dzioby należą do wrogich jednostek zdobytych w bitwach, których opisy wyryto pod dziobami. Raptem wzmożony gwar odwrócił jego uwagę. Grupa może dwudziestu konnych jechała z dołu, od bramy. Przechodnie gromadzili się przy krawężnikach trotuarów i komentowali ten przejazd,  niekiedy coś wykrzykiwali. Jeźdźcy odziani byli bogato, po cywilnemu i nie mieli broni. Mimo to bez żadnych wątpliwości Rey odgadł, że to grupa najemników o których mówił mu Gruby, wybrała się do miasta. Świadczyły o tym ich gabaryty – wszyscy mężczyźni były to potężne chłopy, nawet zdaniem Reya, wyróżniającego się wzrostem. Może on był trochę wyższy, ale oni szersi w barach. Dwie wojowniczki też nie należały do rodzaju zwiewnych, delikatnych kobietek. Siedzieli w siodłach wyprostowani, a ich miny i postawy były tak wystylizowane, że biły od nich uczucia wyższości i pogardy. Jechali na wielkich, silnych koniach o rozmaitym umaszczeniu: kasztanki, zielone, siwe, kare, niebieskie, pomarańczowe. Niektóre z tych kolorów były zdaniem Reya przedziwne. W ostrym, zimowym słońcu błyszczały na odzieży jeźdźców i rzędach koni rozmaite złote drobiażdżki: brzękadełka, ćwieki, łańcuchy, zawieszki. Kopyta stukały o bruk, niewzruszona pewność siebie biła od jeźdźców gdy mijali Ronalda i jechali dalej, w górę alei. Tych ludzi Mateusz Zejla zamierzał wynająć i wysłać na rozpoznawczą wyprawę do Ofiru. Rey znał tę nazwę od dziecka. Była dla niego synonimem przygody, niezwykłości, egzotyki. Wyobrażał sobie rozległe parki oświetlone poświatą księżyca, po których, niby ogromne koty, wędrują bezszmerowo ogromne gmachy, a w samym środku parkowych zarośli, nad jeziorami przy ogniskach, tańczą maronowie w złotych pancerzach. Kiedy Rey wspomniał to wszystko, zapragnął przyłączyć się do jeźdźców i pojechać z nimi do odległego, tajemniczego cesarstwa. Jednak oceniał styl tych jeźdźców jako przesadny i nie wróżył im powodzenia w arcytrudnej wyprawie, zresztą chętka zaraz mu przeszła. Nie zamierzał ani z tymi jeźdźcami, ani z żadnymi innymi wędrować za morze, na południe. Zamierzał wrócić do domu. „Do domu? – pomyślało w nim coś z powątpiewaniem. – Tak, do domu, choćby nie wiem jak był odmieniony.”
Na razie jednak wrócił na posiłek do restauracji „U Mariki”. Przy obiedzie Janos opowiadał o Bitwie Ostatniej Szansy, Wergil o tym, jak opresyjny ustrój Republiki tłamsi indywidualność jednostek, Ronaldo też opowiedział im to i owo o sobie. Z dnia na dzień opowiadał coraz więcej, a że gadał ciekawie, a stół był duży, dosiadało się coraz więcej słuchaczy. Opowiadał przygody które przeżył osobiście, historie przeczytane albo zasłyszane lecz prawdziwe, a także legendy całkowicie zmyślone. I jedne i drugie przeważnie się podobały. Chociaż słuchacze często się z Reyem nie zgadzali.
-Co ty chrzanisz – Krzywonos oderwał wzrok od kufla i spojrzał na Ronaldo z naganą. – To nie był żaden bohater tylko kretyn. Skoro wszędzie był odporny z wyjątkiem pięty, to powinien iść do bitwy w samych majtkach, tylko piętę sobie dobrze opancerzyć, no nie?
-Achilles był wielkim bohaterem – upierał się Rey. – Chociaż faktycznie, jeśli się zastanowić, to coś tu nie gra… Muszę to przemyśleć.
-A widzisz? – rzekł Krzywonos z satysfakcją. – Ja zawsze mam rację. Tak przy okazji, tych dwóch coś ich sfatygował na plaży, wstało z wyrek, tylko patrzeć, jak zaczną kozaczyć na mieście.
Akurat tego wieczoru dwóch Ziębów i czterech ich kumpli bawiło się „U Mariki”. Z reguły bywali gdzie indziej, ale tego wieczoru z jakichś powodów właśnie tu. Ronaldo wstał, przeszedł całą salę do ich stolika. Złamał jednemu Ziębie lewą rękę, drugiemu prawą. Czterem ich kumplom nabił po parę guzów. Wrócił do swego stołu.
-Znowu jest ich sześciu na chodzie – rzekł. – Sześciu, więc się ich nie boję.
-No – Krzywonos z aprobatą skinął głową.

część III

Ze względu na swoje gabaryty oraz deklarowane umiejętności, Rey został dość szybko zaangażowany przez właściciela firmy „Przepływ”, handel hurtowy substancjami płynnymi. Pokaźnej tuszy pracodawca nie przedstawił się, więc Rey mówił do niego „szefie” a w myślach nazwał go „Gruby”. Ronaldo miał wykonywać pół na pół prace fizyczne z biurowymi. Zacząć miał nazajutrz, w siedzibie „Przepływu”, w dzielnicy handlowej powyżej portu.
Zadowolony Rey wrócił do pensjonatu, zapłacił, opuścił nieprzytulny pokój, który zajmował przez jedną noc. Poszedł brzegiem morza, za osiedle. Aż na koniec plaży, zamkniętej stromym zboczem długiego wzgórza  wcinającego się w morze, tworzącego cypel osłaniający zatokę. W zboczu wygrzebano jamę, za przednią ścianę mającą rachityczny płotek. Wewnątrz były popiół po ognisku i dwie spleśniałe szmaty.  Nieopodal stał rozpadający się szałas byle jak sklecony. Bliżej brzegu leżała dnem do góry stara łódź. Rey rozejrzał się po mało zachęcającym otoczeniu. Prawdę mówiąc, przypominało śmietnik. Mimo to wyjął ze swego ogromnego  plecaka niewielki pakunek, według stosowanych w mieście miar – mniej więcej pół łokcia sześciennego. Po dwudziestu pięciu minutach pakunek przemienił się w namiot przypominający beczkę leżącą na boku. W tym miejscu gdzie dotykała piasku ściętej, tak że miała płaską, prostokątną podstawę. Ronaldo na czworaka wszedł do środka, wciągnął za sobą plecak i zasunął zamek błyskawiczny wejścia. Wewnątrz było sporo miejsca. Najpierw przedsionek z twardą podłogą, w głębi miękkie posłanie dla dwóch osób. Materia namiotu opierała się na metalowych, składanych teleskopowo obręczach, do najbliższej wejścia  przymocowane były dwie kasetki z ekranikami i przyciskami, niewątpliwie elektronicznej natury. Ronaldo poprztykał palcami po klawiaturach kasetek, przeciągnął się, ziewnął. Widać ufając, że nie zamarznie rozebrał się do naga, położył na posłaniu, raczej symbolicznie przykrył niewielkim ręcznikiem i zasnął.W nocy obudziło go elektroniczne pikanie i bolesny ryk na zewnątrz. Wyłączył alarm, włączył ogląd z zewnętrznej kamery pracującej w trybie noktowizyjnym. Na ekraniku zobaczył osobnika tarzającego się w piachu i dwóch innych osobników pochylonych nad nim. Ubrał majtki, spodnie, buty, kurtkę – na zewnątrz temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni – otwarł zamek, wygramolił się na zewnątrz.
-Chłopaki!! – krzyknął. – Od teraz nastawię pole ochronne na większa moc, będzie bardziej bolało albo i zabije! A jak pole nie pomoże, ja wyjdę z drągiem i połamię wam kości! Więc odpuśćcie sobie i nie gmerajcie mi przy namiocie!
-Takiś cwany?! – dobiegła odpowiedź z mroku. – To chodź tu, cwaniaczku! No chodź!
-Idę, idę – odparł gderliwie Ronaldo.
Szedł niemal na czworaka, żeby ich swoim wzrostem nie spłoszyć. Dwóch odwróciło się do niego, ten trzeci nadal się tarzał. W rękach dwójki pokazały się noże. Ronaldo uśmiechnął się, krew żwawiej w nim krążyła, czuł coś zbliżonego do euforii. Ile to już lat minęło od ostatniej draki? Bardzo wiele! Ale jest, stało się, nareszcie, w pewnym sensie, był w domu! O kilka kroków od nich rozwinął się niby sprężyna. Ilości przydatnych ćwiczeń jakie w życiu wykonał, od różnych systemów walk po siłowe, ogólnorozwojowe i jakie tam jeszcze, na dwóch wołowych skórach by nie spisał. Spis walk, od knajpianych nieporozumień po takie na śmierć i życie, też zająłby sporo miejsca.
-Au! – Kur…! – Uch! – Aaa! – zabrzmiało w mroku.
-Dobra chłopaki, spieprzajcie i żebym was tu więcej nie widział, no chyba, że z flaszką na zgodę, a jak jeszcze który przy mnie wyciągnie noża, to mu rękę i nogę złamię, a potem nakopię do dupy! – zakomunikował tryumfalnie zwycięzca.
Ronaldo nie był taki głupi żeby odwracać się do nich plecami. Patrzył za nimi, jak się wloką, tak długo, aż znikli w mroku. Wtedy wszedł do namiotu. Sprawdził lub uruchomił wszystkie systemy, i zasnął.
Rano nagi wszedł po kolana do morza tak zimnego, że faktycznie tylko patrzeć jak pokaże się na nim kra. Wysikał się, ochlapał morską wodą klnąc i parskając. Z torbą w ręce obiegł sprintem plażę kilka razy, czasem zwalniał, schylał się i wkładał do torby upatrzony kamień. Sporo kamieni było na piaszczysto – żwirowej plaży, niektóre nawet ładne, ale chyba nie ze względu na kryteria estetyczne je dobierał.  Wrócił do namiotu. Ubrał się, bo zimny powiew jednak dokuczał.  Rozpalił kuchenkę, podgrzał na niej kubek wody nalanej z bidonu.   Wystarczyła mu ta odrobina ciepłej wody by się ogolił i umył zęby. Zasunął wejście do namiotu, pilotem włączył system obronny który nie tylko pikał i wył, ale potrafił też nieźle trzepnąć włamywacza. Zadowolony, pogwizdując bardzo fałszywie, udał się na śniadanie do restauracji „U Mariki”. Siedział tam za stołem jeden jedyny gość, ponury typ ze źle zrośniętym, niegdyś złamanym nosem. Miał siwe rozczochrane włosy i siwy, bardzo niestarannie ogolony zarost.
-Szacun, panie młodszy – rzekł, widząc Reya. – Pan żeś to  podobno dokopał dzisiejszej nocy trzem braciom Ziębom?
-Skopałem jakichś trzech, ale mi się nie przedstawili więc nie wiem, czy zięba im było, czy turkawka, czy jeszcze jakoś inaczej – odparł uprzejmie Ronaldo.
Siwy osobnik walnął pięścią w stół.
-Ha! Turkawka! – wykrzyknął. – Tak się od dzisiaj te palanty nazywają. Może być, nie?
-Jak dla mnie, może być – zgodził się Rey. – Nie widział pan gdzieś gospodyni?
Ale Mariki nie było. Kelnerka zrealizowała zamówienie na jajecznicę. Rey wypytał ją, którędy najlepiej iść do dzielnicy handlowej.
Hurtownia „Przepływ”, był to ogrodzony plac, na nim trzy wiaty magazynowe i biurowy kantorek przy bramie wjazdowej.
-No, jesteś – rzekł gruby szef, widząc nowego pracownika. – Zaraz wystylizuję umowę  dla ciebie, bo tera za bezumowną pracę takie grzywny rypią że lepiej, jakby od razu łeb człowiekowi urwali. A ty bierz się za faktury – szef pokazał stos skłębionych szpargałów na biurku. – Jak na nie patrzę to ogarniają mnie fale niemocy, dlatego pognałem jak chart pod Malowany Portyk i przytargałem tu ciebie. Jesteś duży ale mam nadzieję nie głupi? Naprawdę umiesz dodawać a nawet procenty? To dobrze. Wiesz co, jednak najpierw idź do magazynu numer dwa, poprzestawiaj tam beczki tak, żeby się zmieściło jeszcze pół setki, bo dostawy idą planowo a odbiorcy spóźnieni, to już pachnie obłędem, ja nie mam rozciągliwych magazynów. No cóż, wyżej głowy nie podskoczysz, zresztą życie to gra pozorów, nie wiem, czemu się jeszcze tym wszystkim przejmuję. Jeszcze tu jesteś? Gdzie to miałeś iść? Do magazynu numer trzy?
-Numer dwa.
-Nie kłóć się ze mną. Gnaj szybko jak leopard ewentualnie gepard, zresztą to zdaje się to samo. Gnaj tam gdzie wiesz, bo zaraz przyjedzie tu nowy transport więc musi być miejsce bo jak nie, to będzie masakra stężona i dziadostwo doszczętne. Ten towar – szef puścił oko do Ronalda – nie może stać na dworze, pod gołym niebem.
-Jaki towar?
-Nie bądź za ciekawy, tylko idźże wreszcie.
Kiedy dniówka się skończyła i wymęczony gadaniną szefa Rey opuszczał zakład pracy, było już ciemno, dął zimny wiatr i sypał śnieg. Postawił pionowo kołnierz kurtki i poszedł na obiad do Mariki. Było tam jasno, ciepło, wesoło, pełno ludzi, w kącie muzyk grał na skrzypcach szaloną melodię. Wszystko się Reyowi podobało prócz tego, że nie znalazł wolnego miejsca. Już miał pójść sobie, gdy z drzwi od zaplecza wyszła Marika. Pomachała mu ręką.
-Chodź tu! – zawołała.
Zaprowadziła go do służbowego stolika, gdzie stały misy, dzbany, przy którym przycupnęła na krześle zmęczona kelnerka.
-Nastazja, do roboty, goście czekają – przegnała ją Marika.
-Kiedy akurat nikt nic nie chce…
-My chcemy. Przynieś panu zestaw obiadowy.
Nastazja przyniosła zestaw. Na przekąskę coś marynowanego, czego zacofany Rey nie rozpoznał. Miał tylko nadzieję, że nie są to odpady po  kastracji Pigmejów. Kubek bulionu ale nie takiego jak jego wstrętne buliony z proszku, tylko pysznego. Smażone mięsiwo z frytkami. Nieodzowną szklankę słabego trunku, tym razem było to wino owocowe. Kiedy Nastazja ustawiła to wszystko na stole, siedząca naprzeciw swego gościa Marika rzekła:
-W nocy skopałeś Ziębów. Dwóch ma połamane żebra i coś tam jeszcze, nie mogą chodzić. Podobno cud, że o własnych siłach zwiali z plaży. Chyba ze strachu nie czuli, że są połamani.
-Napadli mnie. Broniłem się, miałem rację.
-Racja nie zawsze wystarczy,  -Wiem o tym, dlatego już rano chciałem z tobą po
rozmawiać. Nie było cię.
-Teraz jestem.
-Więc powiedz mi, czy po tym co się stało mogę tu zostać, czy muszę się wynosić.
-Zależy, co jest w stanie ci zagrozić. Czego się boisz.
-W polu strzału w plecy albo napadu więcej niż sześciu nożowników klasy Ziębów. W namiocie, napadu przez więcej niż dziewięciu napastników. Pole nie idzie oczywiście po ścianach namiotu tylko tworzy kopułę, mam na zewnątrz trochę miejsca, zwłaszcza po bokach, żeby rozprostować kości albo, no wiesz, się wysikać. Wyjdę z kamieniem ukrytym w dłoni, sprowokuję, a kiedy podejdzie żeby mi nawymyślać, pilotem wyłączę na moment pole, rzucę kamieniem w łeb, zanim reszta do mnie podbiegnie, włączę pole. Myślę, że ze trzech dałbym radę wyeliminować różnymi takimi manipulacjami, jak zostanie sześciu wychodzę do nich z drągiem, i po krzyku. Ale jeśli będzie ich zbyt wielu, czeka mnie długotrwałe oblężenie, a tego się boję jak cholera.
-Długotrwałe, to znaczy jak długie?
-Bo ja wiem? Ze dwa lata? Potem zwariuję. Nie wiem, czy ktoś by mi pomógł? Może zgłosiłabyś do Straży Miejskiej w razie czego.
-Dwa lata?! – roześmiała się Marika. – Przecież to nie pustynia, tu żyją ludzie. Straż Miejska może tu sobie chodzić, my praworządni obywatele, nie bijemy ich jeśli nie próbują sięgać łapskami zbyt głęboko. Ale broni nas samoobrona. Przedmieście dawno temu podzieliło się na części, my je dzielnicami nazywamy, a w każdej jest samoobrona. Bezdomni z plaży też podlegają pod jej ochronę, tak jak każdy, czyli w pewnym sensie.
-W jakim sensie? – spytał Rey ciekawy miejscowych zwyczajów, od których wiele mogło zależeć.
-W takim, że ochrona jest ograniczona, nawet bardzo. To dzielnica dla dorosłych ludzi, a nie jakaś ochronka. Tu róbta co chceta, chceta się bić czy nawet zabijać, proszę bardzo ale tak normalnie, jak ty z Ziębami, a nie jakoś podle.
-To ma być normalnie, we trzech na jednego?
-To się zdarza, jeden ma więcej kumpli, drugi mniej, ich sprawa.
-To co w takim razie jest podłe?
-Bo ja wiem? Jak jeden poćwiartował dziewczynę, to było podłe, więc jego też porąbali. Nie, sorry, spalili żywcem. Rozumiesz? Po prostu, wszelka przesada jest niezdrowa. Dziesięciu na jednego przez dwa lata bez przerwy czy noc czy dzień, to właśnie byłaby przesada, to nie przejdzie. A co do tego co nazwałeś w polu, to cała banda Ziębów liczy ośmiu cwaniaczków, dwóch leży w gipsie, zostało sześciu. Mimo to uważaj, Zięby mogą wejść w układ z jakimś podobnym gangiem. Jeśli zaś chodzi o strzały w plecy, to ich się u nas nie stosuje.
-Bardzo praworządne osiedle – zdziwił się Ronaldo. – Nie macie prawdziwych gangów, tylko takie po kilku głupków?
Marika pochyliła się nad stołem. Przez to zbliżyły się do Reya: czerwone wargi, wielkie piwne oczy, nieskazitelnie gładka cera, zgrabny nosek. Zrobiło mu się przez to odrobinę gorąco, tętno ciut przyspieszyło, ale oczywiście nie dał nic po sobie poznać, tylko kroił i zajadał mięso. Spod zakręconych rzęs posłała na boki dyskretne, sprawdzające spojrzenia.
-Są u nas wielkie gangi – powiedziała cicho. – Ale one działają na zewnątrz, w mieście i na morzu. U nas nikogo nie ruszą oprócz kretynów którzy się u nich zadłużyli i nie spłacają i oprócz szpicli. Jeden taki wielki szef, Krzywonos, gratulował ci rano kasacji Ziębów. On ich nie znosi ale nie może ruszyć bo nie są u niego zadłużeni, nie są szpiclami, nie są tacy głupi żeby mu jawnie pyskować. Wielkich gangsterów się nie bój, ale czy nie przyszło ci do głowy, że ci mniejsi przyjdą nocą z amuletem potężniejszym niż twój, złamią zaporę i co wtedy zrobisz?
-Nie ma na tym przedmieściu nic, co złamałoby moją zaporę – odparł Rey z przekonaniem. – Wygląda na to, że mogę u was przezimować.
-Tylko patrzeć, jak nadejdą wielkie mrozy. Widocznie nie wyobrażasz sobie jakie ostre skoro myślisz, że przetrwasz w namiocie. Zamarzniesz pod namiotem.
-Spokojnie – Rey potrząsnął głową. – Nie zamarznę. Musisz koniecznie wpaść, zobaczyć na własne oczy jak się urządziłem. Może teraz, od razu?
Marika roześmiała się.
-Już ja wiem, co czeka niewiastę która odwiedziłaby dużego, samotnego mężczyznę w jego położonej gdzieś  na pustkowiu jamie!
-Trudno, idę samotnie zamarzać – westchnął Rey. – Przyjdę rano na śniadanie. Czy można u ciebie zarezerwować stolik na obiad po pracy?
-Cały stolik nie – odparła Marika. – Miejsce przy stole tak. Dam ci abonament na śniadania i obiady, będziesz miał taniej.
Rano prószył drobny śnieg, zrobiło się zimno, poniżej zera. Ronaldo wypadł goły z namiotu tak szybko, jak śnieżny irbis, rzucił się w lodowatą wodę, potaplał się parskając i wyjąc i oczywiście wysikał, wrócił pędem do namiotu, wytarł się energicznie, ubrał jednocześnie podgrzewając wodę której użył do umycia zębów i do golenia. Kiedy zadowolony z siebie i mniej więcej z życia wyszedł z namiotu, zobaczył trzech strażników i medyka, tych samych, którzy w Malowanym Portyku oglądali mu zęby. Szef w kasku z czerwonym pióropuszem oraz medyk w białym płaszczu stali pośrodku plaży, jeden strażnik zaglądał do ziemianki wyrytej w zboczu, drugi zaglądał pod wywróconą łódź. Obaj w rękach mieli halabardy, a na grzbietach dość wypchane plecaki. Kiedy spostrzegli przyglądającego się im Ronaldo, wszyscy czym prędzej ruszyli ku niemu.
-To znowu, ten tego, wy, obywatelu – stwierdził szef.
-Ja – zgodził się Rey. – Czego tym razem chcecie? Co mi zbadacie? Hemoroidów nie mam, więc tam nie musicie…
-Chcemy wam pomóc, ten tego – stwierdził szef. – Zima nadeszła, zamarzniecie tutaj. Chodźcie do noclegowni, tam jest ciepło, raz dziennie dają zupę, można się przespać. Oczywiście, ten tego, pić alkoholu nie można.
-Ciężki warunek – westchnął Ronaldo.
-Dacie radę – zapewnił szef. – Tam jest ciepło, a tutaj, ten tego… Nie przetrwacie zimy.
Ronaldo nie miał zamiaru śmiać się czy popisywać sarkazmem. Czuł pewien szacunek dla starań tych ludzi i dla władz Republiki które im zleciły to zadanie, którym chciało się zająć bezdomnymi nędzarzami.
-Nie zamarznę panie władzo – odparł. – Mój namiot jest wysokiej jakości, a jeśli byłoby mi zimno, wynajmę pokój. Znalazłem wtedy pracę pod tym portykiem, więc mnie stać.
-Dajcie mu koc – rzekł szef.
Strażnik wyjął z plecaka czysty, chociaż wystrzępiony koc i podał go Reyowi.
-To wolna republika, ten tego – rzekł szef. – Każdy robi co chce, byle w granicach prawa. Jak chcecie to sobie zostańcie, ten tego. Potem nie miejcie pretensji jak zamarzniecie na śmierć.
-Nie będę miał pretensji – zapewnił Rey.

część II

Weszli do malutkiej izby pobielonej wapnem, z lustrem naprzeciw wejścia, krzesłem z poręczami dla klienta, szafką, regałem i kotarą malowaną w błyskawice za którą prawdopodobnie kryły się akcesoria wróżebne. Gość próbował usiąść w krześle, nie zmieścił tyłka między poręczami. Szafka wyglądała solidnie, usiadł na niej. Już się opanował. Siedział i milcząc analizował dziwną sprawę, a fryzjer przyglądał mu się nieufnie.
„Ten facet twierdzi, że Kolchidy aktualnie nie ma – myślał Rey. – Ale jego zdaniem niedawno była. Jeszcze wcześniej nie było jej, to wiem na pewno. A jeszcze wcześniej może była, może nie. Jakiś uporczywy kraj, co pojawia się i znika. Czy zgodnie z obrotami koła czasu? Czy innym krajom też się to zdarza? Czy można to wyjaśnić w ramach normalnej wersji świata, bez kół czasu i podobnych rzeczy? Tak! – ucieszył się w duchu. – Ofir przywołany z niebytu przez cesarza Mbabane, Izrael po więcej niż dwu tysiącleciach reanimowany przez Żydów, dawne kolonie które na wzór starych królestw nazwały się jedna Ghana a druga Mali choć niewiele miały z oryginałami wspólnego, następnie Asyria stworzona przez maronitów po rozpadzie Iraku, w pewnym sensie Liga Odrodzenia Celtyckiego… Wszystkie te kraje czy organizacje przyjmowały za swoje prastare nazwy państw zdawałoby się zaginionych bezpowrotnie.”
Odprężył się. Spojrzał na swoją dłoń. Krwawiła, skaleczył się o gwóźdź w ramie wizerunku Aspazji.
–Zechciej pan zrobić mi opatrunek – powiedział.
-Opłata była za rozmowę, choć nic pan jak dotąd nie gada – zaznaczył fryzjer. – Za usługę medyczną policzę osobno…
Rey przytaknął ruchem głowy. Uważnie śledził poczynania fryzjero – felczera. W razie czego, miał w bagażu resztkę opatrunku w aerozolu i ostatek środka dezynfekującego.
Gospodarz zdjął z regału i odetkał flakonik uwalniając ostry zapach spirytusu.   Odkaził gryzącym płynem rankę.
W drzwiach pojawiła się dziewczyna. Na granatowych włosach miała białą przepaskę, na granatowej spódnicy biały fartuch. Zagadała coś niezmiernie szybko, sądząc z intonacji pytała.
-Udzieliłbym pannie responsu, ale nic nie rozumiem! – odparł Rey
-Tak – odpowiedział gospodarz. – Wszystko w porządku. Pan był zdenerwowany, ale już mu przeszło.
Wziął bandaż i zaczął obwiązywać nim rankę nie żałując materii, z pewną przesadą.
Dziewczyna uśmiechnęła się, pokazując białe ząbki.
-Strasznie pan wielki – powiedziała. – I strasznie dziwnie pan mówi.
-Bo z dalekich stron los mnie tu przywiódł.
-Och, jaki pan zabawny! – roześmiała się. – Znikam! Pa!
-Marika z restauracji przyszła zapytać, bo my tu pilnujemy się wzajemnie. Różni się tu kręcą. – Felczer poprawił swój chałat, gdy patrzeć z bliska niezupełnie biały. – Obliczymy rachuneczek… Materii bandaża dużo wyszło i spirytusu ma się rozumieć dużo. Odkazić taką wielką dłoń, to ho, ho!
Ronaldo bez targów zapłacił. „Nie stać mnie” – pomyślał. – „Jednak skoro przyjdzie mi tu mieszkać parę miesięcy, lepiej żyć w zgodzie z fryzjero  – felczero – wróżbitą, który na pewno ma tu spore wpływy.”
-Podzielę się z panem wnioskami, skoro płaciłem za rozmowę – rzekł. – Otóż po kilkunastu nieraz wiekach, mniej czy bardziej zasadnie, nawiązywano do znanych, otoczonych szacunkiem tradycji. Z czego wniosek: jeśli pamiętają o jakimś kraju, to może znów powstać coś o tejże nazwie, choćby słabo związanego z oryginałem. Taki zabieg socjotechniczno – propagandowo – reklamowy.
-Reklama dźwignią handlu i usług – wtrącił się fryzjer. – O ile dobrze zrozumiałem, bo jeszcze dziwaczniej pan teraz gadasz, niźli wprzódy.
-Pewnie za dawnych dni kaukaski kocioł znów eksplodował, powstał nowy kraik, szukano dla niego nazwy… Ktoś krzyknął: Wiem! Kolchida! Ta nazwa jest znana nawet w Ameryce i możemy sobie dorobić długą historię! Złote runo jest nasze, Medea to nikt inny, tylko pra, pra cioteczna babka Pana Prezydenta. No i Kolchida pojawiła się z niebytu bez żadnych kół czasu. A raczej, koło czasu na tym właśnie polega. Istniała sobie Kolchida, istniała, aż jakiś miesiąc temu pierdyknęła. Dlaczego?
-Ja nic nie wiem… – zastrzegł się fryzjer. – Zresztą za szybko pan gadasz i już całkiem dziwnie, ale jeśli chcesz pan usłyszeć wszystko jak było, to… – wyciągnął rękę.
-Dosyć już pan ze mnie  wyciągnąłeś – stwierdził zniecierpliwiony Rey. Ale wydobył z kieszeni jeszcze jedną monetę. – Proszę. Opowiedz pan o wdowie Aspazji i kolchidzkiej nawie która niewieście żywot odebrała.
Zadowolony felczer skinął głową.
-Siedziałem sobie na progu – rozpoczął z pewnym namaszczeniem, wychodząc na środek izby jakby na środek sceny. – Może przysnąłem trochę a może się zdrzemnąłem, aż tu musiałem się obudzić bo patrzę, okręt płynie. Wielki – wyciągnął ręce na boki – takie zawijają do portu w mieście, nie tu. U nas przystań głęboka, też mogłyby zawijać jeno infrastruktury brakuje, a brakuje, bo nie opłaca się inwestować bo obwarowań nie ma, więc rozpieprzają. W ostatnią wojnę wszystko rozpieprzyli, ledwie my odbudowali, ale nie takie jak było. No to patrzę sobie, a tu Aspazja stoi, trzyma się latarni,  widać pijana trochę była. „No, spokój” – myślę i już miałem zamknąć oko, kiedy coś mnie tknęło z tym okrętem. Był daleko, a  jest cholernie blisko! Nie zwalnia! Kuter staranował, rybacy ledwie zdążyli hycnąć do wody! Fala przed dziobem aż na brzeg bije, za rufą łuna od amuletów, nie idzie na żaglu, tylko zapieprza jak na pełnym morzu! Masztów nie ma, dziury ze dwie w burcie nad wodą, no wrak szybkobieżny, pewnie mu sterowanie siadło! Uciekaj!  – drę się do Aspazji i sam się zbieram, ale się okręcam i łapię co podleci, bo żal zostawić! Aspazja nie słucha bo pijana była, stoi, aż tu okręt jak nie pizdnie w nabrzeże! Ściął latarnię, zwalcował Aspazję, drze ziemię, skrzyp, łomot jak cholera! Zdrętwiałem ze strachu, czekam aż mnie też sięgnie, za późno już uciekać. A on jak raz zatrzymał się może dziesięć stóp ode mnie. O, gdzieś tu! – podniecony własną opowieścią fryzjer wybiegł z zakładu, tupnął w piach ulicy, i wrócił. – Marynarze z niego wyskakują. „Kurwa mać! – drze się jeden. – na koniec my łajbę rozwalili, bo sterowanie nam siadło!” Twarz ma zakrwawioną no to, mówię, chodź, bo ja felczerem jestem. Masz czym zapłacić, zapłać. Nie masz czym, nie płać. Tak mówię, bo ja taki jestem. Wielu udzieliłem pierwszej pomocy i, nie powiem, przeważnie płacili. W tym trakcie dowiedziałem się, że Królestwo Kolchidy rozpiździło się wskutek zamieszek, buntu oraz gwałtownego wzrostu przestępczości, a wszystko to za sprawą jakiegoś skurwiela, którego miana nie pomnę. W każdym razie był to drobny gangster, który tak jakoś zaraz po wojnie zaczął rosnąć ni z tego, ni z owego, na ogromnego gangstera. Wreszcie zabił króla, zagarnął wszystko, wszędzie pobudował burdele, dzieciom darmo rozdaje narkotyki. Wiesza kogo popadło i to z worem piachu u nóg, żeby stryczek łeb urywał! Jedna jedyna baza królewskiej floty długo broniła się przed motłochem, jako że silnie ufortyfikowana i na wyspie połączonej z brzegiem tylko groblą. Ale i na nią przyszedł kres. Z całej królewskiej floty ten jeden okręt uciekł, postrzelany przez piratów którzy przystali do tego skurwiela. Tyle mi opowiedzieli marynarze klnąc przy tym, a niektórzy wypluwając zęby. – Spojrzał na słuchacza, czy zrobił odpowiednie wrażenie. – I to by było na tyle – zakończył.
-Tak spytam na wszelki wypadek. Ten korab nie nazywał się Agro, mam nadzieję?
-Inaczej mu było… Cudzoziemska nazwa… – Felczer podrapał się po ciemieniu. – Nie pomnę. Wszyscy tu mówimy „kolchidczyk” i wiadomo, o co chodzi. Wnet go odholowali do portu wojennego. Jeżeli prowadzi pan interesy z Kolchidą i czeka na płynący stamtąd okręt „Argo”… No, to możesz się pan nie doczekać.
-Jakoś to przeboleję – westchnął Rey. – Zwłaszcza, że nie czekam ja bynajmniej na żeglarzy ze wschodnich krain, bo Kolchida na wschodzie się znajduje, jak mniemam?
-Prawda – fryzjer skinął głową. – Gdzieś na północnym wschodzie, na brzegu  morza za cieśninami.
-Właśnie. Ja czekam na okręt, którym popłynę na zachód, za Słupy. Wszelako do wiosny muszę gdzieś mieszkać, słyszał pan może o jakiejś niedrogiej, przytulnej stancji?
-Słyszałem. Ale czy fajna i niedroga, sam musisz pan ocenić.
Fryzjer zamknął drzwi swego lokalu, podprowadził cudzoziemca może pół mili, do piętrowego budynku ustawionego frontem do morza, z tarasami na parterze i piętrze, z których były wejścia do „apartamentów” jak wyraził się właściciel obiektu. W każdym razie, translator tak to przetłumaczył. Uzdolniony lingwistycznie Rey starał się samodzielnie zrozumieć co do niego mówią, ale jeszcze daleko było do tego, by mógł wyłączyć translator. Obejrzał lokal – wydał mu się względnie czysty. Składał się z pokoju i kuchni na zapleczu, z okienkiem wychodzącym na dziedziniec sąsiedniej posesji. Pokój miał drzwi i okno wychodzące na taras, na którym barierki wyznaczały powierzchnię przynależną do lokalu. Na każdym poziomie było pięć takich mieszkań i wspólna toaleta z wejściem na końcu tarasu. Właściciel zaprowadził tam gościa, z dumą zaprezentował kran, odkręcił kurek, z kranu pociekła wątła stróżka rdzawej wody. Miała trafić  do umywalki, ale że kran był za długi trafiła w nogawkę spodni Reya.
-Wodociąg. Nowoczesność – rzekł właściciel z dumą.
Ronaldo na próbę zapłacił za cztery doby. Nabrał do blaszanego kubeczka rdzawej wody z nowoczesnego wynalazku, rozmoczył w nim dwa pokruszone suchary wygrzebane z plecaka, zjadł, wypił, zamknął drzwi na klucz, przesunął pod nie szafkę, sprawdził czy okna zamknięte, zasunął storę, uwalił się na łóżko i zasnął jak zabity. Spał może dwie, może trzy godziny. Potem obudziły go: zimny wiatr od morza wpadający do pokoju przez szczeliny okien i drzwi tak że stora powiewała, chóralny śpiew z dziedzińca sąsiedniej posesji, swędzenie nóg które coś pogryzło. Potem długo nie mógł zasnąć,  a gdy zasypiał prędko się budził i stwierdzał, że swędzi go coraz więcej części ciała. Rano opowiedział to wszystko gospodarzowi, który rzekł:
-Okna i drzwi możesz pan ogacić mchem, akurat mam trochę, tanio sprzedam. Śpiewają na sąsiedniej posesji gdyż jest tam gospoda, a prawo klienta śpiewać w knajpie jak wypije. Zresztą wczoraj było cicho, w noce przed świętami śpiewają głośniej. Co do swędzenia to nie mam innej rady jak się drapać bo stworzonku nie przetłumaczysz, jak głodne to się musi napić krwi.
Ronaldo cały dzień spędził w pokoju, wyszedł tylko kupić od właściciela drew do kuchennego piecyka, zagotował wrzątek w którym rozpuścił kostki bulionu na obiad. Resztę czasu poświęcił na odsłuchiwanie rozmów nagranych przez translator i naukę języka. Nocą spał jeszcze gorzej z powodu mocniejszego wiatru, głośniejszego śpiewu,  głodniejszych stworzonek. Kolejny dzień spędził identycznie jak poprzedni. Trzeciej nocy spał jeszcze gorzej niż drugiej. Kolejnego dnia podjął próbę zmiany kwatery, lecz wszystkie które obejrzał, były jeszcze gorsze. Na obiad poszedł do restauracji „U Mariki”. Okazało się, że jest to miły lokal, jedzenie smaczne i niedrogie, a właścicielka bardzo sympatyczna. Czwarta noc była koszmarna. Rano stwierdził, że jest pogryziony, niewyspany, ma katar i, że się stąd wynosi. Wiele godzin chodził po przedmieściu i po mieście, szukając kwatery. Wreszcie zaczęło zmierzchać, więc żeby nie zostać pod gołym niebem, za sporą kasę wynajął w mieście byle co i z plecakiem na grzbiecie – bał się go zostawić – poszedł zjeść coś do „Mariki”.
Sporo było ludzi, kelnerki uwijały się z dzbankami i talerzami, mimo to gospodyni zaraz go spostrzegła i podeszła, żeby osobiście obsłużyć.
-Znalazłeś coś fajnego? – spytała. – Widzę po minie, że nie. Straszny z ciebie dziwoląg: wielkolud delikacik. Wyglądasz, jakbyś łby ukręcał behemotom, a boisz się pluskwy?
-Za drogo dla mnie w tym mieście – rzekł Rey. – Chyba muszę się wyprowadzić na prowincję, znaleźć opuszczoną kurną chatę, zaszyć się w kupę zwiędłych liści i tam przezimować, albo tutaj  znaleźć pracę. Szkoda tylko, że wszystkie moje zawody pasują do tego miasta jak wół do karety albo jak pięść do nosa.
-Pięść do nosa nieraz pasuje! – roześmiała się Marika. – Widziałam tu u mnie niejedną pięść lądującą na czyimś nosie, i wyobraź sobie, pasowała! No dobra, dość gadania, co zamawiasz? Polecałabym rybkę…
Ronaldo potwierdził skinieniem głowy. Marika po chwili przyniosła na tacy talerz ze smażoną rybą, surówką, ziemniakami i kufel piwa.
-Piwo na koszt firmy – rzekła. – Masz gdzie spać?
Ronaldo zaczął intensywnie myśleć.
-Nie kombinuj – roześmiała się Marika. – Nie zaproszę cię do łóżka. Zajęte. Tak tylko pytam.
-Mam – przyznał Ronaldo. – Na jedną, dwie noce, nic specjalnego, ale drogo. Co dalej nie mam pojęcia, chyba muszę się stąd wynosić.
-Bardzo płynnie mówisz – zauważyła Marika. – Inaczej niż gdyśmy się pierwszy raz spotkali. Prawie bez tych ozdobników, aż trochę szkoda…
-Nauczyłem się, zdolny jestem – mruknął Rey. – Nie słyszałaś może o pracy dla silnego, zdrowego, zdolnego człowieka?
-Słyszałam! Daj ogłoszenie do rubryki „towarzyskie”, zobaczysz, ile bogatych wdów się zgłosi! Wiem, bo sama jestem dość bogatą wdową, nie, nie, ja nie reflektuję, zajęta jestem. Ale inne biedactwa… Jest deficyt mężczyzn po ostatniej wojnie.
-Nic nowego pod słońcem – mruknął Rey. – Ale nie, ja też nie reflektuję, takie zajęcie jest poniżej mojej godności. Aż żałuję, że moja godność taka jest wybujała, bo, jeśli ty jesteś typową przedstawicielką tutejszych wdów, takie zajęcie jest bardzo przyjemne.
Marika roześmiała się.
-Podrywacz – rzekła. – Jedz lepiej, bo wystygnie. A co do pracy, idź rano pod Malowany Portyk. Patrząc od rynku, po lewej stronie stają fizole szukający pracy, umysłowi do wynajęcia stoją po prawej.
-Co bym miał robić?
-Cokolwiek. W zimie trudno o robotę, nie grymaś tak jak z kwaterą. Gdybyś umiał sprawnie rachować, znał się na procentach składanych, umiał wyliczać objętości i te jak im tam, masy właściwe?
-Umiem.
-Stawaj po prawej. Raz dwa cię wezmą.
-Dzięki – ucieszył się Rey. – A co z mieszkaniem?
-No nie, paradny jesteś! – Marika ujęła się pod boki. – Czy ja jestem twoją niańką? Strasznie grymaśny jesteś, tyle kwater obejrzałeś i nic, chyba musisz wybudować sobie domek tam na końcu plaży.
-Serio? Można tam postawić domek?
Marika potrząsnęła głową.
-Niby wolno – odparła. – Różne włóczykije i morscy koczownicy stawiają tam szałasy, ale to w lecie. Zimą żaden szałas się na plaży nie ostoi, wiatr go zdmuchnie a jak nie, to i tak delikwent w środku zamarznie, więc nawet nie myśl o tym.
-Nie myślę o szałasie.
-A o czym?
-O beczce.
-Żartowniś z ciebie.
-Nie żartuję, zobaczysz. Takiej przytulnej, dwuosobowej, z mięciutkim posłaniem, z ogrzewaniem ale nie aż takim, żebym nie potrzebował jakiejś ognistej brunetki…
-Przestań fanzolić farmazony – odparła Marika. – Jedz i nie zawracaj mi głowy.
Odeszła. Rey patrzył, jak nie za bardzo, tak w sam raz, bez przesady, kołysze biodrami.
-Zobaczysz – mruknął.
Rano ustawił się pod Malowanym Portykiem, wrogo przyjęty przez umysłowych czekających  na pracodawców. Zerkali na niego i szeptali między sobą. Najwyraźniej uważali, że i tak jest ich zbyt wielu i jeszcze jeden obcy, to przesada. Gdyby nie był taki duży, pewnie by mu wpieprzyli. Ale że był, donieśli na niego do Straży Miejskiej. Czterech funkcjonariuszy weszło pod Malowany Portyk. Dwóch niosło halabardy, trzeci miał hełm z czerwonym pióropuszem, czwarty ubrany był w biały kitel i niósł czarną walizeczkę. Ten z pióropuszem niewątpliwie był szefem. Zadarł głowę, spoglądając w twarz Ronaldo Reya.
-Kontrola uzębienia – rzekł.
-Czego? – spytał Ronaldo.
-Zębów, ten tego – wyjaśnił szef. – Cóż żeś pan taki zdziwiony? Siadaj pan i otwórz, ten tego, usta.
Ronaldo usiadł na kamiennej ławie pod ścianą portyku i, ogłupiały ze zdziwienia, posłusznie otworzył usta. Zajrzał do nich facet w białym kitlu.
-Zęby typu ludzkiego – oznajmił po kilku sekundach. – Naturalne, bez protez, jedynie trzy plomby nadzwyczajnej jakości… No chętnie bym panu wyrwał ząbek z taką plombą żeby ją lepiej obejrzeć…
-Szalony dentysta? – spytał Ronaldo, zamykając usta. – Skończyłeś pan to niedorzeczne badanie?
Medyk skinął głową. Szef z pióropuszem postąpił krok do przodu.
-Cel, ten tego, pobytu w mieście? – spytał.
-Czekam na nowy sezon żeglugowy, chcę popłynąć stąd do Gades lub Irun. Pytałem w porcie, muszę czekać do wiosny.
-Idziemy, ten tego – rzekł szef. – To wolna republika, jak chce tu stać, ten tego, to niech stoi.

część I

Ronaldo Rey po pierwsze nie widział powodu by się kryć, po drugie jednak sądził, że lepiej się nie afiszować. Dlatego wybrał nieodległą od miasta ale odludną zatoczkę, nad którą nie było żadnej przystani. Wnet się okazało, że przystani nie sposób tu założyć, ponieważ płycizna zaczyna się dobre sto metrów od brzegu. Rey przełożył nogi przez gumową napompowaną  burtę, wskoczył do wody. Sięgała mu poniżej kolan, była zimna, ale on miał na sobie impregnowany kombinezon ocieplany pianką. Wziął ponton na hol, przyciągnął go do brzegu, spuścił z niego powietrze. Rozebrał mokry kombinezon. Zwinął obie te rzeczy – zajęły tyle miejsca co bochenek chleba – włożył je do nieprzemakalnego worka, worek schował do plecaka. Zarzucił szelki na ramiona i dźwignął na grzbiet wielki, ciężki plecak. Przeżegnał się, splunął trzy razy, rozstawił palce w widły i wdarł się w zarośla otaczające plażę.  Przebił się na pole, trudno rozstrzygnąć czego, pozostały na nim zeschłe szablaste liście i wysokie łodygi, to co na szczycie, ścięto.   W sumie przypominało to kukurydzę. Miedzą przeszedł do drogi i poszedł nią w kierunku miasta. W zasięgu wzroku naliczył czworo ludzi. Najbliżej niego szły do miasta dwie kobiety ubrane w beżowe  płaszcze ponadczasowe można rzec, pasujące w zasadzie i mniej więcej do każdej epoki.  Kiedy je dogonił przekonał się, że są ładne, nawet zgrabne chociaż niskie. Nieco dalej rolnik prowadził rogatego? Tak, wzrok Reya nie mylił – rolnik prowadził rogatego osła. Osioł był duży. Rolnik niewielki. Człapiący za nim dziad z worem na plecach był jeszcze  niższy. Napełniło to Reya zadowoleniem, bo choć proporcjonalnie zbudowany, silny, sprawny, jako najniższy spośród kolegów cierpiał z tego powodu na różne kompleksy. A tu, jak się zdaje, będzie uchodził za wielkoluda.
Z tyłu nadjechał cyklista na dość topornym rowerze. Droga akurat zaczęła iść pod górę, zasapany cyklista zsiadł z ciężkiego wehikułu zbudowanego w większej części z drewna. Zdjął czapkę cyklistówkę i otarł spocone czoło. Rey z pewnym napięciem wyczekiwał, czy nieznajomy zagada do niego a jeśli tak, czy translator podoła zadaniu. Translator miał w kieszeni na piersi, a bezprzewodowy głośniczek w lewym uchu. Cyklista zagadał:
-Dzień niezły – przetłumaczył translator. – Pewnie do miasta idzie osoba, a?
Maszyna  przetłumaczyła, ale nie mogła za człowieka udzielać  odpowiedzi. Wszelako Ronaldo był swego czasu poliglotą, znał starą wersję jeśli nie tego, to zbliżonego języka, więc odpowiedział:
-Zaiste prawdę rzekłeś, szlachetny panie. Podążam do grodu, jako i ty zapewne?
Cyklista nieco się zdziwił, podrapał się po głowie, po czym odparł:
-Zaiste, podążam. To znaczy, co ja plotę, normalnie jadę do miasta na zakupy.
-A – odpowiedział Rey.
Chwilę milczeli, po czym cyklista zapytał:
-Sorry, ale czemu tak dziwnie pan gada? Chyba z daleka pan jesteś, no nie?
-Zaiste prawdę rzekłeś mój dobry panie, z daleka ja podążam i daleko dążę, przejazdem jeno tu jestem i przelotny planuję mój pobyt w tutejszym grodzie.
-A gdzie to On prowadzi, jeśli mogę spytać?
-Tam – Ronaldo machnął ręką na zachód. – Zamiarem mym jest wstąpić na pokład korabia i pożeglować na zachód, do któregoś z grodów na wybrzeżu oceanu.
Obie panie idące obok poboczem które słyszały tę rozmowę, patrzyły na Ronaldo z podziwem i rozbawieniem. Z podziwem, gdyż był wielki i przystojny, z rozbawieniem, bo plótł że aż uszy bolały. Wytrzeszczały oczy, a usta im się śmiały od ucha do ucha.
„Zaraza ciężka, muszę prędko nauczyć się aktualnego żargonu bo zdaje mi się, że się ośmieszam” – pomyślał Rey.
-Oj, to żeś pan niezbyt trafił z porą roku – stwierdził cyklista. – Goń pan zaraz do portu, może pan załapiesz jeszcze statek na zachód ale raczej wątpię bo zima idzie, dalekosiężne rejsy już raczej zawiesili aż do wiosny.
-Tak mniemasz, mój dobry panie? – zapytał zmartwiony Ronaldo. – Aż do wiosny będę musiał pozostać w tym zacnym grodzie?
-Tak mniemam, mój dobry panie – odparł cyklista. – Tfu, normalnie tak myślę, że posiedzisz pan tu do wiosny, i już.
Co rzekłszy, wsiadł na rower i popedałował ku nieodległemu już miastu. Po kwadransie Ronaldo zobaczył go, jak wjeżdża w warowną bramę. Wydało się to Reyowi dziwnym anachronizmem. Brama otwierała się w potężnym bastionie wysuniętym z muru obronnego i mała postać długiego, ciemnego tunelu w którym kroki, rozmowy i stukot kopyt brzmiały dziwnym echem. Za bramą rozciągała się  ruchliwa ulica wypełniona różnorodnym tłumem, wśród którego Rey wypatrzył nawet czarnoskórych ludzi. Ronaldo nie wyróżniał się wcale odcieniem cery, a nie tak bardzo ubiorem, ale wyróżniał się wzrostem. Znów poczuł zadowolenie, gdy to skonstatował. „Fajnie być taki wielki” – myślał. – „Muszę tylko uważać żebym nie zahaczał głową o markizy, nie walił czołem w daszki przed wystawami i żeby jakaś reklama nie wykłuła mi oka.” Znalazł kantor, wymienił w nim część złotego złomu którego miał dość sporo na miejscowe drachmy, spytał o drogę do portu i poszedł tam bez zwłoki.
Zgodnie ze wskazówkami właściciela kantoru, szedł prawym chodnikiem ulicy. Po drugiej stronie, za ruchliwą jezdnią, stały odrapane kamienice mieszczące na parterach bary, tawerny, jadłodajnie, garkuchnie, restauracje, gospody, zajazdy, hotele, kwatery prywatne i sądząc z frywolnych szyldów, domy absolutnie nie prywatne. Z prawej strony chodnika biegł parapet z blankami. Sięgał Reyowi poniżej ramienia, ale było to zwieńczenie wysokiej skarpy.  U jej stóp chlupotało morze. Sterczały z niego głazy, więc nikt tu nie cumował. Następnie ulica skręciła w głąb lądu. Od wody oddzielił ją mur. Znajdowała się w nim zamknięta brama strzeżona przez uzbrojonych marynarzy, więc najpewniej  wysoki mur ogradzał port wojenny. Ciągnął się dobrą milę, skręcił w morze, dobiegł do twierdzy wyrastającej z fal.  W ten sposób nikt nie mógł zajrzeć do portu wojennego. Ale każdy bez przeszkód mógł wejść na cywilne nabrzeża, biegnące wzdłuż basenów oddzielonych od morza wysokim, warownym falochronem zataczającym wielki łuk od brzegu do morskiej twierdzy. W falochronie były trzy przejścia, z obu stron wzmocnione basztami.  Przy nabrzeżach cumowało ze trzydzieści statków. Rey przyglądał się im z wielką ciekawością.   Kilka największych, pewnie dalekobieżnych jednostek miało przymocowane na rufach ozdobne skrzynie.  Rey pomyślał, że nie może to być nic innego, jak kasety napędu w przesadnie ozdobnych opakowaniach . Oprócz kaset okręty miały na masztach reje do rozpinania dwóch albo i trzech żagli.  Ronaldo ocenił, że wszystkie jednostki są dość wątłej  budowy, za to ozdobne jak pływające galerie sztuki. Zwłaszcza sztuki prymitywno – erotycznej, stwierdził przyglądając się z zadartą głową najadzie pod bukszprytem, baraszkującej z dwoma naraz delfinami.
Szedł pomalutku rozglądając się na boki, wypatrując jakiegoś terminalu pasażerskiego, kas, informacji, czegoś w tym guście.  Wymijał tragarzy ugiętych pod worami, ominął gromadę pijanych marynarzy idących na dalsze pijaństwo do miasta, spoglądających na niego hardym wzrokiem. Reszta pstrokatego towarzystwa kręcącego się po kei raczej jemu schodziła z drogi. Zawędrował nareszcie na koniec nabrzeża,  pod ceglany fort. Z lewej strony fortu zaczynał się ogromny mur warowny otaczający miasto, do prawego skrzydła dochodził ufortyfikowany falochron otaczający port. W fasadzie ceglanej budowli znajdowało się wiele drzwi, jedne otwarte, inne zamknięte, znajdowała się też otwarta brama, w której tłoczyli się ludzie wchodzący i wychodzący z portu i zarazem z miasta. Nad drzwiami do lokali przymocowano szyldy z nazwami firm. Pierwszy napis jaki Ronaldo z pewnym wysiłkiem odcyfrował, brzmiał: „Kapitan Kostas. Linie dalekobieżne i żegluga kabotażowa.”
„To coś dla mnie” – ucieszył się Ronaldo. Wszedł do wnętrza zastawionego stołami na których umieszczono tajemnicze morskie przyrządy, ze stojącą pod ścianą gablotą z modelami okrętów,  z mapami zawieszonymi na ścianach, z ciężkimi szafami stojącymi po obu stronach drzwi. Tylko jeden człowiek urzędował w tym pomieszczeniu. Siedział za wielkim biurkiem na wprost wejścia, minę miał poważną, palił fajkę i bawił się wielkim, niebieskim, pluszowym delfinem.
Ronaldo założył iż jest to kapitan Kostas. Starając się mówić możliwie najzwięźlej, rzekł:
-Witam, czy wolno mi zająć chwilkę pańskiego cennego czasu? Otóż, okoliczności życiowe zmuszają mnie, abym udał się na zachód aż za ocean, ewentualnie gdyby to było niemożliwe z powodu braku odpowiednich połączeń, do któregoś z portów nad oceanem,  skąd mógłbym podjąć dalszą peregrynację. Zwłóczyć nie mogę lecz zaiste, znać ponad wątpliwość iż jesteś acan kompetentnym oraz doświadczonym żeglarzem więc mniemam, iż mi acan pomoże zrealizować mój zamiar?
Kapitan odłożył niebieskiego delfina na blat z ciemnego kamienia. Wyjął fajkę z ust i odparł:
-Czyś pan zwariował? O tej porze roku nikt nie wypływa w dalekie rejsy, ponieważ tylko patrzeć jak zerwą się zimowe wichury a  na wodzie  pojawi się gęsta kra. Teraz to tylko jeszcze żegluga kabotażowa na niewielkie odległości. Przecież widzi pan, że w porcie niemal pusto i nic się nie dzieje, no nie? Zapraszam na wiosnę.
Zdaniem Ronaldo, w porcie działo się bardzo  wiele. No ale, widocznie w sezonie działo się tu jeszcze więcej. Kapitan wiedział lepiej. Dyskusja nie miała sensu, należało się wycofać, jednak skoro już tu był, zapytał o cenę.
-Do Irun sto pięćdziesiąt drachm, do Gades które jest bliżej Słupów, jedynie sto dwadzieścia.
-O, kurwa mać!
-No, nareszcie zacząłeś pan gadać jak człowiek – ucieszył się kapitan Kostas. – Tanio nie jest, ale to najdłuższa linia, dość niebezpieczna, więc okręty które tam pływają niewiele różnią się od wojennych. Bezpieczeństwo musi kosztować, tak to jest. Przyjdź pan na wiosnę, nie ma sensu odwiedzać konkurencji, bo ja jestem najtańszy i najsolidniejszy.
-Jasne. Żegnam, rączki ściskam, kłaniam się, i tak dalej – wymamrotał wstrząśnięty ceną Ronaldo.
Poznał już cenę złota i widział, że nie jest dobrze. Na podróż do Gades mu starczy, lecz niewiele zostanie. Co z przeprawą przez ocean? A za oceanem musi się zagospodarować. A jak tutaj przetrwać zimę?
-Mało gotówki, hę? – domyślił się Kostas. – W sezonie bym pana zatrudnił, boś pan ponad normę wielki i silny, ale teraz – wzruszył ramionami. – Na zimę interes się zwija.
-Wszelako, może pan o czymś słyszał?
-Ciężka sprawa, dostać robotę w zimie. Gadasz pan jak filozof, to może w tym kierunku…
-Nie filozof ja. Nietutejszy, wiele by mówić, przeto mowa moja dziwna. Nie było czasu ni powodu się uczyć, wszelako skoro z wiosną dopiero mi ruszać, to się podszkolę bym gadał normalnie.  Ale, możesz mi acan podpowiedzieć, gdzie mógłbym tanio przemieszkać?
-A mógłbym, czemu nie. Najtaniej tam – Kostas wskazał palcem za siebie. – Za bramą, na przedmieściu. Kwatery tanie, z pełnym zestawem: wszy, pchły, pluskwy, karaluchy, zimno więc przydatne są do łóżka tanie lecz zarażone dziwki na rozgrzewkę. Drożej tam – wskazał palcem przed siebie. – Mijałeś pan hotele idąc do portu. W nich zestaw jest niepełny. A to karakony palonym ziołem akurat wytruli, a to zmieniając tapety pluskwy wygubili, albo znowuż wszy i mendy gorącą parą i gorącym żelazkiem w pościeli przetrzebili. Dziewczynki mają więcej zębów niż te z przedmieścia i niektóre nawet zdrowe, tylko jak to poznać, które?
-Ja bym poznał – rzekł Ronaldo, mając na myśli zestaw medyczny spakowany w plecaku.
-Tak? To masz pan nie tylko źródło utrzymania, ale wręcz żyłę złota.
-Jakieś to niegodne, badać dziewki w burdelu, czy zdrowe… Spróbuję szukać innego zajęcia.
-Jak pan chcesz. Ale bez wypchanej kieski, to tylko tam – Kostas wskazał kciukiem za siebie. – Naprawdę dobre kwatery są w górnym mieście, gdzie można mieszkać wygodnie i bezpiecznie lecz krótko, do wiosny to nawet ja bym finansowo nie wydolił. Następne są kwatery przy drodze do portu, ale w pana przypadku stosunek cena zysk jest niekorzystny, albowiem ich najistotniejsza przewaga nad tymi z  przedmieścia jest taka, że na przedmieściu dość często biją obcych, a w mieście nie. Jednakowoż przy pańskich gabarytach nie bałbym się żuli z przedmieścia, co do insektów to w istocie wszystko jedno, czy gryzą pana wszystkie cztery rodzaje, czy tylko dwa. Jak chodzi o dziewczynki na rozgrzewkę, to skoro umiesz pan rozpoznać zdrową, to i na przedmieściu taką znajdzie, a jest ona dwa razy tańsza od tej z miasta. Polecam przedmieście, w pana przypadku.
-Okrutnie wdzięczny jestem acanowi za poradę, zakonotowałem wszystko, pędzę więc na przedmieście – rzekł Ronaldo, salutując niby po wojskowemu.
Kostas odsalutował mu ze śmiechem.
„Szlag by to, muszę prędko się uczyć bo nie chcę robić za błazna” – pomyślał Rey, wychodząc. – „Oni tu gadają w jeszcze jakimś języku, jest to jakaś kreolska mieszanka w której wiele słów brzmi znajomo, też muszę się tego nauczyć”. Oczywiście nie uwierzył Kostasowi tak na słowo bez sprawdzenia. Wrócił na nadmorską promenadę wiodącą do portu, gdzie w kilku pensjonatach sprawdził, że ceny naprawdę są wysokie, za to standard pokoi niski. Zawrócił więc do portu, przeszedł nabrzeże, w ceglanym forcie na końcu kei obok firmy Kostasa znalazł jeszcze jedno czynne biuro linii żeglugowych. Cena za podróż do Gades jaką tam posłyszał była jeszcze wyższa niż ta u Kostasa, po prostu zwalała z nóg. I też nie wcześniej niż na wiosnę, dopiero wtedy wznawiali dalekobieżne rejsy. Skoro tak, nie pozostało mu nic innego jak iść na przedmieście, szukać kwatery na najbliższe sześć miesięcy.
Przeszedł  długi, cuchnący jak garbarnia czyli nie owijając w bawełnę śmierdzący sikami  tunel, następnie most nad fosą z którego pijak rzygał do brudnej wody. Dymy z palenisk i ognisk zasnuwały piaszczystą drogę. Przy czarnej od brudu kei kolebały się na drobnych falach  krypy, łajby, szkuty, odrapane barki, duże szalupy, śmierdzące rybą kutry. Od ogni wrzeszczeli sprzedawcy gorącego jadła. Gdzie spojrzeć, tam osobnicy o podejrzanej profesji plątali się wzdłuż nabrzeża, między szopami i straganami. Koza zżerała jakiś karton. Przed budą dziewczyna wystawiona na wabia siniała z zimna Skrzeczące ptaszyska pikowały do szarych fal. Dwóch oberwańców tłukło się po mordach obok straganu z pornografią.
Rey ogarnął to wszystko jednym rzutem oka. Ożywił się. Lubił takie klimaty. Niegdyś, choć niewysoki, znany był z bitności.  Ruszył w głąb ruchliwej enklawy rybaków, drobnych przewoźników a zapewne i przemytników. Pamiętając o złodziejach, co chwilę dotykał kieszeni. Nie było tu muru obronnego ni falochronu. Jedynie cypel zatoki dzielił przystań od pełnego morza. Przeszedł, depcząc piach zmieszany ze śmieciami, może jakieś  dwieście metrów, gdy zobaczył wielką, szeroką rysę w podmurówce dzielącej ląd od wody. Coś ogromnego zdarło tu warstwę brudu i wyszczerbiło jasny piaskowiec. Ślad bruzdy ciągnął się od szczerby przez drogę i kończył przed  białym domkiem w którego otwartych drzwiach siedział na progu jegomość w białym kitlu. Domek z jednej strony sąsiadował z długą szopą bez okien, z drugiej strony z pawilonem mieszczącym zamknięty kram, jadłodajnię „U Mariki”, sklep „Alkohole świata”. Szyld na domku ogłaszał: „Międzynarodowy dyplomowany zakład felczersko – fryzjersko – wróżbiarski”. Było tam napisane jeszcze coś, czego Rey nie zdołał rozszyfrować.
Osobnik w kitlu jadł śliwki i pstrykał pestkami, starając się dosięgnąć konstrukcji stojącej  na przeciwnym skraju drogi, nad morzem obok szczerby.
Konstrukcja wyglądała jak ołtarz. Ronaldo podszedł do niej. Zobaczył, że wykonano ją ze starych pudeł i okryto granatową szmatą. Wyrastała z niej rama ozdobiona zeschłymi kwiatami. W ramie umocowano wykonany węglem na deskach portret kobiety w średnim wieku, dość przystojnej. Pod tym wizerunkiem znajdował się długi napis, a na samym dole, na granatowej szmacie, stały dwie wypalone lampki.
Napis już trochę wyblakły, wykonano kulfoniastymi, ozdobnymi literami prawdopodobnie w tutejszej mowie, ale z taką ilością przeinaczeń, błędów ortograficznych, gramatycznych, dziwnych wtrąceń, że Ronaldo ledwie mógł podjąć się rekonstrukcji zamierzeń pisarza. Trudził się i kombinował. W końcu jednak zdołał odczytać, a częściowo domyślić się treści napisu:
„Świętej pamięci Aspazja Gacowa, wdowa po Gacopulosie Hurtowniku, oby Najwyższy wybaczył jej duszy sknerstwo i ogólne skurwienie, przyszła tu spotkać się z kochankiem a spotkała ją w tym miejscu śmierć od dzioba okrętu, gdyż tak jej było pisane, który płynął by ją zabić aż z Kolchidy. Pokój jej duszy.”
Tętno łomotnęło w skroniach przybysza. Zjeżyły mu się włosy na ciele. Wytrzeszczył oczy. Zgiął się w pół nad podestem i przytrzymując się ramy, starannie przeliterował: „aż z Kolchidy”. Podniósł wzrok, szukając na ziemi lub niebie upiornego koła czasu.
Fryzjer opuścił swe miejsce na progu i podszedł dość blisko, gapić się na niego.
Ronaldo odruchowo wytarł czoło. Wbił ręce w kieszenie. „Jestem spokojny – powtarzał w myśli. – O proszę, stoję tu sobie z rękami w kieszeniach,  nic po mnie nie znać, tak właśnie przywykłem zachowywać się w podobnych sytuacjach.” Pochylił się  jeszcze raz i bardzo staranie, litera po literze, przeczytał: „aż z Kolchidy”.
-Aż stamtąd?! – spytał fryzjera, czując jak pot go oblewa i ręce zaczynają dygotać. – To jest jakiś monstrualny spisek! Matrix, czy co? W realnym świecie nie ma Kolchidy.
-No… – zastanowił się fryzjer – nie rozumiem, co i nie dziwota skoro gadasz pan z takim akcentem, jakbyś pan kluski wyżerał z michy. Pewnie chciałeś się pan wyrazić: w tym pieprzonym świecie nie ma…
-Kolchida nie istnieje – przerwał mu Ronaldo stanowczo, wręcz z odcieniem groźby.
-Tak jest! – przestraszony fryzjer cofnął się o krok.
-Jeśli istniała, to bardzo, bardzo dawno temu.
-Wedle życzenia, panie…
-A co, jesteś pan odmiennego zdania?
-Ja się nie upieram, jednakowoż tak mówiąc między nami, to pierdyknęła może z miesiąc temu…
-Co pierdyknęło? Kolchida?
-No, Kolchida…
-Ta od Argonautów, Jazona, Medei i złotego runa?!
-Panie, ja o nich w życiu nie słyszałem. Nie znam ich!
-Chodźmy do pańskiego zakładu – rzekł Rey. Wyjął z kieszeni monetę, dał ją fryzjerowi. – Pogadać chcę. Traktuj pan to jako rozmowę przy goleniu.