Początkowy fragment

 

Godne podziwu trofea myśliwskie ozdabiały Salę Rycerską, Komnatę Rady, Sal Map, apartamenty prywatne. Ale były też trofea nadgryzione zębem czasu, szpetne, byle jakie, trzymane przez kurtuazję gdyż były podarunkami albo ktoś znaczny czuł do nich nieuzasadniony sentyment.  Książę Skaerlingów choć go nie proszono, czasem przysyłał jakiegoś zwierza lub jego część, w zamian również bez zaproszenia przypływał skórzanym okrętem lub, zależnie od pory roku, przyjeżdżał kościanymi saniami na wszelkie uroczystości, uczty i bankiety, na jakie miał ochotę. Niekiedy książę potrafił przysłać dwa wieloryby, innym razem słoik z białym szczurem marynowanym w occie. Ataman autokrator też miewał dziwaczne pomysły. Pewnego razu podarował wypreparowaną ogromną głowę kobiety – nosorożca. Patrzeć się na nią nie dało tak była obrzydliwa.  Wszystkie te niechciane eksponaty gromadzono w zakurzonej komnatce zwanej Salą Łowiecką, gdzie dworzanie nie zaglądali wcale a służba może raz na dwa tygodnie. Sala Łowiecka znajdowała się na ostatnim, trzecim piętrze Złotego Zamku, na krańcu zachodniego skrzydła. Z jej szerokiego okna roztaczał się wspaniały widok. Lecz księżna Izolda choć stała przy oknie, nie zwracała uwagi na skute lodem morze jaskrawo szkarłatne w świetle zachodu ani na uliczki Roze na których zapalały się latarnie. Księżna kartkowała najnowszy „Spis poległych” rozłożony na parapecie. Kiedy znalazła poszukiwaną literę, zmrużyła oczy odczytując nazwiska w słabym świetle wpadającym przez brudnawą szybę. Zmarszczone brwi i zaciśnięte usta nadawały jej twarzy wyraz napięcia, gdy tak wpatrywała się w stronicę strasznej broszurki. Nareszcie westchnęła z ulgą, odwróciła się od okna i oparta o parapet rozmyślała o czymś z ledwie widocznym półuśmiechem, a wokół niej  pogrążały się w mroku zawieszone na ścianach wyliniałe skóry niedźwiedzi i wilków, poroże łosia, łeb woła piżmowego z ułamanym rogiem, ryj taharki zakończony zwisającym smętnie pękiem macek oraz ukryta w kącie za szafą głowa kobiety – nosorożca.
Skrzypienie zawiasów wyrwało księżnę z zamyślenia. Izolda prędko wsunęła broszurkę do szerokiego, obszytego koronką rękawa. „Spokojnie – pomyślała, zła na samą siebie. – Przecież, do cholery,  nie robię nic złego.”
Do pokoju weszła Esi Abena.
-Och, już niemal wszędzie szukałam cię pani, a ty właśnie tu się zaszyłaś! – powiedziała Esi z radosnym ożywieniem. – Przepraszam jeśli przeszkadzam w zadumie
-No faktycznie, rzadko ktoś tu zagląda, a ja chciałam chwilkę pobyć sama – powiedziała kwaśno Izolda.
-Jasne, każdemu należy się chwila spokoju, ale wprost nie mogę wytrzymać, muszę czym prędzej podzielić się nowiną. Prześwietna pani, mistrz Julian odebrał komunikat – oczy Esi błysnęły radością. –  Weisefort donosi, że jutro około południa flota powróci do Roze.
Zaskoczona, uradowana Izolda machnęła ręką, a wtedy „Spis poległych” wypadł
z rękawa na posadzkę. Esi pierwsza podniosła „Spis”. Kiedy odczytała tytuł, zrobiła dziwną minę. Ta mina, zdaniem Izoldy, mówiła coś takiego: „Kogo ona szukała w tej broszurce? Przecież nie męża, o którego każdym ruchu wie cały kraj. A właściwie, co za pytanie. Przecież wiadomo, kogo ona tam szukała”.

***

Luna  srebrzyła się na niebie za oknem. Wiatr wył niby potępieniec. Było zimno, jak zwykle w bezchmurną księżycową noc. Mimo to na ulicy coś się działo, ktoś wydzierał się na całe gardło.
-Kochanie, włóż kożuszek i wyjrzyj na ulicę, tylko ostrożnie, zobacz kto tak wrzeszczy –  powiedziała do Ezany jej matka, stojąca przy piecu kuchennym.
Ezana nie trudząc się ubieraniem kożuszka, wyjrzała. Zobaczyła herolda przypominającego kulę gdyż na pewno był tęgi, do tego odziany w gruby pikowany kaftan. Herold krzyczał bardzo głośno, przyłożywszy wzmacniacz do ust.
Uradowana dziewczyna wpadła do kuchni. Zakręciła się na środku.
-Mamo, stryjek Kleofas nie otworzy jutro kantoru  obrachunkowego! – oznajmiła ze śmiechem. – Mam  wolne od ślęczenia nad kontami. Herold ogłasza, że zwyciężyliśmy. Jutro wraca nasza flota, dlatego wszyscy mają wolne.
Rano Ezana czym prędzej załatwiła domowe sprawy typu ścielenie czy zmywanie po śniadaniu. Ubrała puchową kurtkę z kapturem którego jednak nie założyła, odświętne wąskie spodnie, nowe kozaczki. Wokół szyi trzykrotnie luźno owinęła wielki zielony szal.  Wyszła na ulicę otoczoną  zamożnymi kamieniczkami Górnego Miasta. Przeszedłszy może sto kroków napotkała Mariolę, niemal identycznie ubraną, również bez czapki, okutaną po nos obszernym zielonym szalem.
-Gdzie idziesz?  – spytała.
-Do ciebie!
-A ja do ciebie! To co teraz? Do portu?
-Jeszcze pytasz? – zdziwiła się Mariola.
Poszły zatłoczonym trotuarem ulicy Długiej, biegnącej środkiem miasta. Mnóstwo ludzi nie musząc iść do roboty, podobnie jak one, szło na Długi Targ. Szli mieszkańcy wszystkich dzielnic rozłożonych od Złotego Zamku do portu: z Górnego Miasta, Dymarek, Rybaków, Gnojnik.  Ubrani byli ciepło, w torbach nieśli kanapki i butle z czymś na rozgrzewkę.
-Dzień dobry – czterdziestoletni mniej więcej przechodzień wyszczerzył zęby do Ezany. – Niech panienka kapturek założy, bo uszka zmarzną…
Dziewczyna prychnęła gniewnie. Dumnie zadarła brodę.
-Bezczelny ten Liskowski – syknęła do przyjaciółki. – Już próbuje bawić się w ojca… Teraz to już na pewno nie ubiorę kaptura, choćby mi uszy z zimna odpadły!
-Pewnie cię ojcowanie Lisa nie ominie – Mariola uśmiechnęła się perfidnie. – Taki jest naturalny bieg rzeczy, jak mówi moja babcia. On ma papiery majstra, nie ma warsztatu. Wy macie warsztat, nie znacie fachu. We dwie z mamą i uczniami nie pociągniecie długo, przecież nie nauczycie się roboty w dwa albo trzy miesiące. Zresztą, taka jest kolej rzeczy. Wdowa powinna wyjść za mąż.
-Grawerstwo jest okropnie nudne! Mój tata, oby Najwyższy przyjął jego duszę, całymi dniami rył w metalu niby te krety, co to ryją w ziemi w ciepłych krajach. To ja już wolę rachunki u stryja. Ale tak naprawdę, to chciałabym prowadzić salon odnowy biologicznej.
-Wczoraj chciałaś zapisać się na medycynę.
-Tak mi się tylko powiedziało. Kroić trupy? Nigdy w życiu! Zresztą, medycyna i odnowa to bliskie krewne, no nie?
Wyszły już na Długi Targ i, wkładając w to cały, niemały spryt oraz zręczność, przeciskały się coraz bliżej ozdobnych fasad domów w których mieściły się siedziby lóż. Lóż albo klanów, mówiono i tak i tak. Ostatnio modna była nazwa „loże”. Przeciwległe ściany tych domów tworzące zwarty, warowny mur, wychodziły na port wojenny. Przebijała je brama łącząca plac z nabrzeżami. Jej skrzydła były rozwarte, ale dostępu broniło kilkunastu mężów w baranicach i żelaznych hełmach. Poziomo przed sobą trzymali drzewce halabard. Z ich ust wraz z obłoczkami pary wydobywały się klątwy i pogróżki, którymi starali się powstrzymać napierających ludzi.
Ludzie garnęli się do siebie, by zachować ciepło. Zmieszali się ze sobą robotnicy, handlarze, służebne, rybacy, łowcy, matrony z dziećmi, rzemieślnicy, panienki lekkich obyczajów, bakałarze uniwersytetu i żebracy dygocący w podszytych wiatrem łachmanach. Trafiali się nawet członkowie wojennych rodów z prowincji, którym zabrakło znajomości aby załatwić sobie miejsca na blankach Fortu Morskiego, albo, jeszcze lepiej, w ogrzanych halach lóż.
Sześciu chłopców wdrapało się na łupkowy dach siedziby Loży Maczugi. Niektórzy z nich byli właściwie młodymi mężczyznami. Różnił ich wiek, wygląd, jakość odzieży, ale wszyscy mieli wielkie zielone  szale. Widzieli z dachu głowy, tylko głowy szczelnie okrywające plac. Ale jeden z nich miał oko do ładnych dziewczyn. Wypatrzył na dole dwie znajome główki. Prawą ręką obejmował jedną z figur stojących wzdłuż gzymsu, lewą machał, starając się zwrócić na siebie uwagę.
-Ezana! Mariola! – wrzeszczał. – Dostaniecie w domu lanie! Tyle razy słyszałem, kazali wam nosić czapki!!
-Donosiciel! – wyłowił odpowiedź z gwaru, który brzmiał jak szum morza.
-Nie doniosę, jeśli się tu do mnie wdrapiecie! Stąd jest fantastyczny widok!
-On jest niepoważny! – pisnęła Mariola. – Tak wysoko?
-Ja idę – powiedziała Ezana. – Stąd nic nie widać. Czekaj tu na mnie, Mariola. Potem jeszcze pójdziemy zobaczyć słonecznego. Hej, jak się mam do was dostać?!
Chłopak trzymając się posągu zawisł na rękach. Zeskoczył na balkon poniżej, zwinie jak żbik. Wychylił się przez balustradę.
-Ej ludziska, zróbcie miejsce! – krzyknął.
Przełożył nogi przez barierkę, spojrzał w dół, zawahał się sekundę, potem skoczył. Wylądował na ugiętych nogach, podpierając się rękami. Ezana przepchała się do niego przez trochę oburzony, trochę rozbawiony tłum.
-Misiek, co ty wyprawiasz, wariacie? – spytała ze śmiechem.
-Nic takiego – odparł niedbale chłopak, trąc o spodnie podrapane wnętrze dłoni. – No to chodź, ja cię podsadzę, a Szerszeń cię wyciągnie.
-Tylko – powiedziała Ezana z surową miną – bez żadnych takich, rozumiesz Misiek co mam na myśli, bo mnie popamiętasz! Albo po prostu więcej się do ciebie nie odezwę.
-Jestem! – krzyknął Szerszeń który już znalazł się na balkonie pierwszego piętra. – Chodź, nie bój się! – zawołał.
Misiek podsadził Ezanę, Szerszeń złapał ją za ramiona i pomógł wywindować się na balkon. Tam dziewczyna stanęła mu na barkach, a z góry dwóch kolegów wyciągnęło do niej ręce. Leżeli na skraju dachu osłonięci figurami wojowników i łowców uzbrojonychw maczugi. Fasada siedziby Loży Maczugi posiadała boniowania, gzymsy oraz szerokie parapety dające oparcie stopom dziewczyny.
-Och jej! Trzymajcie mnie! Trzymajcie, ofiary losu, bo… – krzyczała wdrapując się na gzyms.
Tłum szemrał z potępieniem.
-To dopiero była akcja! – wysapał Misiek, kiedy czerwony jak burak, z pomocą kolegów, wgramolił się nareszcie. – Księgowa, dobra jesteś – przyznał. – Dałbym sobie obciąć mały palec u lewej tylnej nogi, że nie wejdziesz.
Ezana wstała trzymając się posągu brodatego osobnika, niosącego na ramieniu sękatą pałkę.
-Bo jesteś głupi. No i co? Po co ja tu weszłam?
-Trzeba jeszcze kawałek, na sam szczyt. Stamtąd wszystko widać i jest ciepło, kiedy trzymasz się komina. Tylko, na wszystkie cnoty, ostrożnie, ostrożnie, bo łupki są śliskie.
-Chyba już mi wystarczy.
-No chodź, nic się nie bój. My pomożemy, popilnujemy, popieścimy i tak dalej.
-Tylko bez pieszczot! Dalej, nie ma rady, musiałabym leźć na czworaka, a ubrałam najlepsze spodnie.
-To je zdejmij, nami się nie krępuj – Misiek wprost musiał to powiedzieć aby nie uznano go za gapę bez krzty polotu. Zdjął szeroki, fantazyjny zielony szal czterokrotnie okręcony wokół szyi. – Masz. Owiń nim nogawkę, to jej nie ubrudzisz.
-A druga?
-Edek odda ci swój szalik. No nie, Edek? Tym chomątem  wycierałeś chyba rzygowiny. Musisz sprawić sobie nowy szal bo ten to obciach.
Edward dosyć niechętnie skinął głową.
Dalej poszło względnie łatwo. Wznios był łagodny, a powierzchnie kamiennych płytek mocno nierówne. Oczywiście odświętne ciuchy znowu poważnie oberwały i nadawały się już tylko do czyszczenia.
-Czy ja mam dobrze w głowie? – spytała Ezana. Zaraz sobie odpowiedziała: – Chyba nie!
Ale już trzymała się ciepłego komina. Uklękła na dość szerokim szczycie, zerknęła na drugą stronę i pisnęła z przerażenia.  Z tej strony było naprawdę wysoko. Port leżał poniżej Długiego Targu. Mur dzielił go na części wojenną i handlową. Po lewej stronie widziała baseny handlowe niemal bez życia z powodu święta, a na wprost wciąż jeszcze pustą taflę lodu pomiędzy zębatymi murami i opustoszałe nabrzeża portu wojennego. Wejścia od morza strzegły dwa forty. Fort Wojskowy miał baszty zwane Gruba Enguerade oraz Piękna Kasia.   Umocnienie strzegące części cywilnej, nazywano Bramą Handlową. Jeszcze dalej, za fortami, dziewczyna widziała  bezkresną przestrzeń smaganą wichrem, niosącym wirujące tumany i smugi lodowego pyłu.
-Ej, mnie też pomóżcie! – dobiegł z dołu znajomy głos.
Ezana odwróciła się ostrożnie, przytulona do komina.
Mariola stała na szerokim gzymsie między figurami a wzniosem dachu. Była czyściutka, wymuskana i uśmiechnięta.
-Jak tutaj weszłaś? – zdziwiła się Ezana, znająca ostrożność przyjaciółki
-Normalnie, to znaczy schodami, podobnie zresztą jak chłopaki. Stróż tylko do sal nie puszcza, a na klatkę schodową można wejść. Oj, oj, moja droga! – Mariola zachichotała z satysfakcją. – Zrobiłaś z siebie niezłe przedstawienie.

***

W głębi pustkowia oślepiającego bielą i jednocześnie zamglonego od niesionych wiatrem kryształków lodu, manewrowała flota. Jeszcze godzina żeglugi pozostała jej do Roze. Wiatr coraz głośniej świszczał w olinowaniu sań. Maciej van Korrain przez podpinkę hełmu już nie słyszał komend. Zdjął go i wkrótce czarne włosy pobieliła mu lodowa kasza. Pomimo lekkiego mrozu ociekał potem. Z twarzą czerwoną od wysiłku, wparty nogami w pokład, całym ciałem pchał rumpel. Osadzona na czopie belka obracała się pociągając łyżwę sterową, która z przeraźliwym zgrzytem orała lód. Kapitan wywrzaskiwał komendy, a on ledwie nadążał je wypełniać. Prowadził sanie niesione zrefowanym żaglem pomiędzy wypiętrzającymi się z trzaskiem zwałami kry i szczelinami chlupoczącymi wodą. Lód kruszył się, gnany wiatrem na wybrzeże.
-Zmiana! Zmiana przy sterze! – głos kapitana przebił trzaski, zgrzyty, świst wiatru.
Sternik floty odpoczywający na zwoju lin, poderwał się. Van Korrain nieustannie czuł jego nieufny, badawczy wzrok. Oddał mu rumpel i ledwie żywy usiadł na schodkach zejściowych z rufy. W tej chwili nic go nie obchodziło prócz tego, by mięśnie przestały dygotać i palić żywym ogniem. Nie miał wprawy. Męczył się na pewno szybciej, niż prawdziwi fachowcy z floty. Ale po bitwach w których zniszczono wiele sań, po kontuzjach o które łatwo przy robocie sternika, po różnych epidemiach, prawdziwych sterników brakowało. Van Korrain umiał to robić, więc choć był oficerem piechoty, postawiono go jako zmiennika przy sterze.
Żeglarze pilnujący lewej burty wbili żelazne bosaki w zwałowisko lodowych tafli, najeżone ostrymi krawędziami. Odpychali sanie od niebezpiecznych złomów sapiąc i klnąc przez ściśnięte zęby. Kiedy przepełźli szczęśliwie obok przeszkody, gwardzista ubrany w płaszcz maskujący, niegdyś biały, odłożył solidny bosak. Usiadł obok Maćka. Zsunął pod kaptur czarne krążki okularów ochronnych, odsłaniając młodą twarz, pokrytą delikatnym zarostem.
-O mały włos skończylibyśmy niosąc resztki krypy na plecach – odezwał się.
-Hej, Michael, już prawie koniec tej zabawy – odparł Maciek. – Udało się nam.
-Zwłaszcza tobie. Nie dość ci ryngrafu i dowództwa roty, to jeszcze zrobili cię sternikiem. Ja ci nie zazdroszczę, ale… chyba masz mocne plecy tam u góry. To znaczy… Przepraszam. Nie miałem nic specjalnego na myśli…
-Więc jednak miałeś jakieś myśli! – wykrzyknął  Maciek. – To u ciebie cholerna rzadkość. – Uśmiechnął się. Zawiść młodszego kolegi mile połechtała jego ambicję. Ukradkiem zerknął na swój ryngraf. Już pół roku minęło odkąd przypięto mu do ramienia złotą blachę, a mimo to nie mógł się powstrzymać od zerkania na nią od czasu do czasu. – Wielu jest takich jak ja – odezwał się z fałszywą skromnością. – Ty również dałeś się naciąć pod siódmym żebrem, więc gwardia już cię nie wypuści.
Przesiedzieli milcząc dobre pół godziny, zasłuchani w wiatr świszczący koło uszu.
-Zmiana! Zmiana przy sterze! – dobiegł ich głos kapitana.
Maciek wstał.
-Bywaj, aspirancie Michaelu Geldern – rzekł. – Znowu moja kolej. A ty nic się nie martw, trzeba ci tylko cierpliwości. Rycerski ryngraf praktycznie masz  w kieszeni.
-Wolałbym mieć go na ramieniu – odparł Michael.
Wicher nieco przycichł, lecz silny powiew nadal wypełniał zrefowane żagle. Niesione nimi sanie przebyły wreszcie niebezpieczną strefę i wsunęły się na gładź. Tu rozproszone w trudnych warunkach dywizjony skupiały się i ustawiały jeden obok drugiego w szeroką ławę. Gotowały się do końcowego biegu. Jednak z  trójmasztowca seneszala jeszcze nie padał znak. Trójmasztowiec błyszczący ostrzami żelaznych kos sterczących z burt manewrował przed frontem, spowalniając bieg opuszczonymi belkami hamulców. Na jego środkowym maszcie łopotał turkusowy proporzec, podarowany Weisefortowi przez króla. Z  niższych masztów  powiewały długie chorągwie rodu Weisefort z godłem złotego Feniksa. Pomost śródokręcia zapełniali mistrzowie i specjaliści ze wsparcia, dzierżący w dłoniach rozpalone amulety. Ich przełożony, Hugo Soares, wypatrywał czegoś przez amalunetę. Nagle odjął ją od oka i rozkazał, by umówionym kodem zamigotała lampa sygnałowa. Na wszystkich ślizgach alarm poderwał z ław i prowizorycznych siedzisk wojowników gwardii. Na każdym ślizgu było ich kilkunastu. Teraz ustawiali się wzdłuż burt, tworząc żywe osłony przeciw świetlnemu biczowi. Jedynie ci przeszkoleni we flocie, zastępujący poległych lub chorych marynarzy, nie ruszyli się ze swych stanowisk przy sterach i żaglach.
Na pomoście trójmasztowca iskierki amuletów połączyły się w oślepiającą łunę. Wystrzelona ze śródokręcia dymna raca poszybowała na zachód, wskazując wroga.
To latający wóz próbował chyłkiem podkraść się do floty. Lecz gdy sternik machiny pojął, że został odkryty, zrejterował. Gwałtownie zawrócił,  zbyt daleko aby strzelec mógł użyć bicza. Wóz malał unosząc się i uciekając na południe, aż zniknął przyczajony gdzieś we mgle oddalenia. Żegnały go uniesione pięści, przekleństwa, nienawiść paląca się w oczach. Ale znów zamigotała lampa, każąc im oderwać spojrzenia od wroga i ruszać.
Marynarze podnieśli żagle. Van Korrain mocniej ujął rumpel. Szli po gładzi, gdzie przy silnym wietrze ślizgi potrafiły być niesamowicie szybkie. Gnały idąc zakosami, jakby niosła je magia. Taka jazda dodawała skrzydeł, upajała lepiej od destylatu. Tym razem gdy nadszedł czas zmiany, van Korrain mimo zmęczenia niechętnie oddał ster. Ledwie usiadł, posłyszał krzyk dobiegający z bocianiego gniazda. Porywisty wiatr tłumił słowa, jednak gest obserwatora wychylającego się z kosza mówił wyraźnie: coś pokazało się przed dziobami!
Maciek powstał i trzymając się relingu oraz masując bolące krzyże, poczłapał na dziób. Kto mógł, podobnie jak on przemykał do przodu mimo sprzeciwu kapitana przepełnionego obawą, że przeciążony dziób zagrozi stabilności sań.
Pośród bieli i jasnego błękitu wykwitły barwne, ruchliwe cętki. Przecinki rosnące z minuty na minutę, zmieniające się w falangę saneczek ustrojonych wstęgami, zaprzężonych w kłusujące ostro konie albo srebrne reny. Pędziło tam więcej niż sto saneczek,  wszystkie wypełnione kobietami. Większość z tych pań wstała i jedną ręką trzymając się oparć lub poręczy aby nie wypaść gdy trzęsło na wertepach, drugą ręką machała na powitanie.
Wojenne ślizgi opuściły hamulce. Okute żelazem belki darły lód z okrutnym wizgiem,  wystrzeliły spod nich fontanny sproszkowanego lodu. Jadący naprzeciw woźnice ściągnęli lejce hamując zaprzęgi, jeden po drugim, strzelając biczami i pokrzykując na zwierzęta, wykonywali zwrot. Wkrótce saneczki wyrównały swój bieg z żaglowymi ślizgami. Zaraz powiązała je sieć utkana z radosnych powitań, śmiechu, żarliwych spojrzeń, gorących niby ogień wyznań, wykrzykiwanych głosem łamiącym się ze wzruszenia.
Van Korrain jak  inni  wrzeszczał i gwizdał zapominając w tej chwili, iż powaga przystoi rycerzom. Wychylił się przez reling, a wtedy zapomniał o całym bożym świecie. Zapatrzył się w gładkie twarze nie skażone szramami odmrożeń, w uniesione oczy pod brwiami jak arkady świątyni, zachwycił go kształt głów otoczonych puszystymi lokami, barwnym haftem  kapturów i lśnieniem złotych obręczy. Furkotały szale nad smukłymi barkami i spódnice dokoła smukłych nóg, a doskonałość kobiecych sylwetek podkreślały jeszcze kurtki modnie wcięte w talii. Wszystkie te panie otaczała aura luksusu. Stać je było na zaprzęgi, podczas gdy biedaczki musiały człapać pieszo albo czekać nieopodal brzegu.
Maciek uśmiechał się do tych cudownych istot. Co z tego, skoro każda z nich śmiała się do swego mężczyzny, a na niego żadna nie zwracała uwagi. „Nie rozumiem sam siebie – pomyślał z rosnącą irytacją. – Powinienem już skończyć z beznadziejnym uporem. Najwyższy czas zająć się którąś z tych ślicznotek”.
Wokół ślizgów przybywało psich zaprzęgów, narciarzy, wreszcie pieszych. Chłopcy wyrywali się matkom, w biegu czepiali się bojowych pomostów. Z murów obronnych Roze wystrzeliły barwne race. Buchnął krzyk tłumu, powitał morskie ślizgi i towarzyszył im, gdy kolejno wsuwały się w tunel Fortu Morskiego, pomiędzy basztami Piękną Kasią i Grubą Casinelle.
Upłynęło wiele czasu, zanim niemal setka ślizgów pokonała tunel długi i wąski, wysoki na przeszło trzydzieści stóp. Niektórym saniom udało się przebyć go rozpędem. Inne wspomogły się amuletami służącymi im za drugi napęd obok żagli. A były i takie jednostki, które załogi musiały przeciągać na linach i przepchać przez tunel. W basenie panował tłok oraz pozorne zamieszanie. Kapitanowie ochrypli od wrzasku, marynarzom od przekleństw zdrętwiały języki. Wydawało się, że zaraz nastąpi potworna katastrofa, lecz jak zawsze w długiej historii tego portu wszystko skończyło się dobrze.
Van Korrain dociągnął rozklepaną i pogiętą sprzączkę przy rapciach swego czarnego Glaumrunga, poprawił na ramieniu rzemień od torby raportowej, nałożył hełm, podniósł z pokładu swą tarczę. Wyskoczył przez reling na nabrzeże, zapominając o krzyżach naderwanych podczas sterowania. Łupnęło go okropnie. Jęknął i zgiął się w pół.
-Michael, zbierz resztę chłopaków – wyjąkał. Miał na myśli tych żołnierzy swej roty, którzy żeglowali jako ochrona na innych ślizgach.
-Jasne – odparł Michael Geldern. On też zeskoczył, ale z lepszym skutkiem. – Starzejesz się – powiedział współczująco. – Bardzo cię boli?
-Wykonaj rozkaz – syknął Maciek z irytacją.
-Rozumiem twój zły nastrój – odparł Michael. – Cierpisz. Reumatyzm. To okropne, chociaż normalne i banalne w podeszłym wieku.
Takie pogaduszki mogły się zdarzyć tylko w gwardii gdzie panował nastrój koleżeństwa. No i, aspirant prędzej lub później zostanie oficerem a ponieważ Geldern był dzielny i pochodził z wojennego rodu, to powinien doczekać się złotego ryngrafu. Dlatego mógł uśmiechać się i żartować z Maćka jak równy z równego sobie. Oczywiście trwało to jedynie chwilkę. Michael odwrócił się i poszedł szukać zagubionych żołnierzy.
Nabrzeże ciągnęło się ponad milę, od Fortu Morskiego do bramy  na Długi Targ. W regularnych odstępach przecinały je pochylnie na których okręty czekały swojej pory roku, ustawione prostopadle do basenu, z opuszczonymi dziobami i uniesionymi pomostami ruf. Pochylnie wznosiły się do galerii przykrytej dachem na szczycie muru obronnego otaczającego port. Stały tam wielkie kołowroty od których biegły łańcuchy oplatające kadłuby uśpione w zimowym letargu. W miejscach  gdzie pochylnie schodziły niżej poziomu nabrzeża, znajdowały się drewniane pomosty.
Van Korrain stał na takiej pokrywie z grubych desek. Wojownicy z czterech rojów podróżujący na jednym ślizgu ze swym dowódcą, zgromadzili się wokół niego. Pawęże ułożyli w stos, oparli się na włóczniach i czekali rozkazów. Przed nimi, na pochylni, drzemał krążownik Gryf.  Patrząc w górę rycerz doznawał uczucia jakby odrobinę igrał z losem, chociaż przed żelaznym dziobem Gryfa znajdowała się poprzeczna, solidna sztaba blokady.
Najbliższą część kei zajęli tarczownicy z czarnego batalionu brygady Much. Była to lekka piechota słynna z zajadłej uporczywości podobnej do tej, z jaką muchy atakują większych od siebie. Siedzieli na swych tarczach położonych na zimnym bruku. Ich dowódca leżał na noszach, okryty kocami. Próbował gramolić się, nie wiedząc co czyni w gorączce. Siwy dziesiętnik przytrzymywał go mamrocząc, aby spokojnie czekał i co chwilę podnosił głowę wypatrując sanitariuszy. Jednak najpierw od strony fortu przytoczył się karawan. Dwóch osiłków wrzucało do niego nieboszczyków zamrożonych niby sople, a skryba siedzący na koźle zapisywał ich nazwiska w „Spisie poległych”. Chwilę potem nadjechał wreszcie furgon sanitarny i zabrał wodza tarczowników.
Bałagan wydawał się Maćkowi nieco większy niż zazwyczaj. Ale to pewnie dlatego, że i skala operacji była większa. Rozglądał się niepewny co teraz powinien robić, aż zauważył podniesiony właśnie proporzec namiestnika gwardii. Zanim zdążył poprowadzić tam swych ludzi, od Fortu Morskiego nadeszła gromada wojowników na pierwszy rzut oka łatwych do rozpoznania jako niepoślednie tuzy. Okrywały ich futra niedźwiedzie albo i sobole, spięte klejnotami. Łyskały spod nich kolczugi na których złociły się łańcuchy i ryngrafy.
Przodem szedł seneszal Weisefort, barczysty, wysoki, w szpiczastym hełmie. U jego nóg buszował pręgowany molos Dżil; co chwilę wybiegał w przód, odwracał się i zadzierając płaską mordę  spoglądał panu w oczy. Za seneszalem podążali dumni rycerze wysocy rangą dowodzący wielkimi jednostkami, oficerowie sztabowi, mistrz nad mistrzami wsparcia siwobrody Hugo Soares, adiutanci, a  wreszcie, na końcu, dziesiętnik powszechnie znany pod przezwiskiem Śledź.
Jeden z adiutantów przyłożył wzmacniacz do ust i ogłosił, ile tchu w płucach:
-Dostojny pan oraz prześwietna pani Izolda przybywają do portu powitać swe zwycięskie wojska!! To wielki zaszczyt dla nas wszystkich! Pan seneszal rozkazuje formować szyk do przeglądu! Frontem do pochylni!
Gwardziści obejrzeli się na swego wodza.
-Wykonać – rzekł machinalnie van Korrain myśląc o czymś całkiem, całkiem innym.
-A my co? – spytał siwy dziesiętnik tarczowników. – Trza jakoś powitać króla, no nie ma nam kto dać rozkazów a tu cholerny ścisk, i bez to ni ma jak porządnie stanąć w dwuszeregu…
-To ustawcie się w osiem szeregów  – odparł van Korrain.
Gromada wojowników otaczających Weiseforta podeszła na odległość kilku kroków. Adiutant ponownie zawołał:
-Dostojny król oraz prześwietna księżna przybyli powitać zwycięską armię i jej wodza! Spotkało nas ogromne wyróżnienie!
-Istotnie – mruknął Maciek.
-No – potwierdził dziesiętnik dociągając pas i wyrównując fałdy płaszcza ozdobionego godłem muchy. – Przecie zwykle to wodzowie przybywają do króla, a on czeka se w Złotym Zamku, albo w świątyni albo w komnatach Domu Wojny.
-Formować szyki do przeglądu! – ryknął adiutant. Wzmacniacz poniósł jego głos nad portem.
-Jeszcze coś dodaj – rzekł głośno Weisefort. – Niechaj maruderzy szybciej wywlekają tyłki spod pokładów.
Dżli skoczył mu dwiema łapami na pierś. Wywiesiwszy czerwony jęzor usiłował liznąć starannie ogolony podbródek pana.
-Czarna zaraza! – seneszal zaklął odpychając psa. – Kiedyś miarka się przebierze. Wtedy nie będę zważał co, kto i od kogo, tylko otruję bydlaka. – Rozejrzał się. – Śledź! Weź bestię na smycz!
Ruszył energicznym krokiem, ciągnąc za sobą, niby kometa ogon, orszak przybocznych.
Żołnierze chwytali tarcze, włócznie i ustawiali się w szeregach wzdłuż nabrzeża.
W ten sposób odsłonił się widok aż do odległej, rozwartej bramy od której łagodnie opadał brukowany zjazd. Van Korrain wbił tam wzrok. Nie widział, nie słyszał co się dzieje wokół niego. Nic go to nie obchodziło. Dłonie bezwiednie zacisnął w pięści. Kiedy jeźdźcy pokazali się w bramie, rozpoznał tę jedną, jedyną postać. Jechała na białym koniu. Serce rycerza na chwilkę stanęło.
Sędziwy król zsiadł z karego rumaka przy pomocy dwóch giermków. Dla starego człowieka jazda przez miasto musiała być niemal nad siły. Otoczony dworzanami ruszył jednak wzdłuż nabrzeża podpierając się laską, ale prędko przystanął. Wojsko szczerze wiwatowało na jego cześć, ponieważ w młodszych latach dostojny pan był znakomitym wojownikiem. Lecz teraz sił mu brakło. Giermek podtrzymywał go dyskretnie. Weisefort podszedł złożyć meldunek. Król wziął go w ramiona i serdecznie uściskał, następnie zwrócił się do księżnej, a ona słuchając teścia potakiwała ruchem głowy. Król przysiadł na skraju pochylni i gestem zaprosił Weiseforta aby spoczął obok niego.
Księżna Izolda nie usiadła z nimi. W asyście kilku dworzan kontynuowała przegląd. Szła wzdłuż szeregu.  Przystanęła – pewnie zauważyła znajomego z którym pragnęła porozmawiać. Ubrana była w płaszcz z pajęczej mory wykończony białym futrem. W osłoniętym porcie nie czuło się mroźnego wiatru, więc sięgnęła dłonią w białej rękawiczce i kaptur odrzuciła na plecy.
Maciek był pewien, że uczynić tego z równym wdziękiem nie potrafiłaby nawet Biała Nike. Sprzeczne uczucia szalejące w nim stopiły się w dziwne pragnienie. Wyobraził sobie jak chwyta garścią jej złote włosy, szarpie płaszcz i suknię odsłaniając oślepiająco piękne, nagie ciało. Zmusza Izoldę aby uklękła. I jednocześnie sam przed nią klęka.
Księżna uśmiechnęła się do niego zdawkowo.
-Panie rycerzu, opowiadano mi o pana brawurowej odwadze podczas bitwy na Wzgórzach Moreńskich. Jestem pod wrażeniem.
-Dziękuję.
-Słyszałam, że również podczas walki na lodowcu i na rozlewiskach Tema oraz w trakcie bitwy pościgowej dołożył pan wszelkich sił, dokonując wielkich rzeczy w służbie Królestwa.
-Nie uczestniczyłem w bitwie pościgowej – odparł Maciek. – Z powodu złych warunków sanitarnych dostałem okropnej wysypki i wpakowali mnie do lazaretu. Prześwietna pani nawet sobie nie wyobraża, jak mnie przeraźliwie swędziało.
„Kocham cię, zdradziecka dziwko. Myślisz, że jak jesteś pozbawiona uczuć to już nic cię nie dosięgnie?”
-Och, widocznie chodziło o jakiegoś innego rycerza imieniem Maciej.
-Wątpię, prześwietna pani. W całej armii tylko ja jeden jedyny mam takie głupie imię.
Zacisnął pięści. „W życiu różnie bywa. Jeszcze możesz być zdana tylko na mnie”.
-Zdecydowanie nie jest ono głupie. Ono jest oryginalne – roześmiała się Izolda. –
W każdym razie jestem zadowolona widząc, że sprzyjało panu szczęście we wszystkich bitwach i nie przytrafiło się nic gorszego od wysypki. – Przeszła kilkanaście kroków wzdłuż szeregu. Nagle cień dystyngowanego uśmieszku zgasł na jej wargach. – Panie rycerzu, wojownikom z tej roty musiało przytrafić się coś bardzo złego. Chłopcy, dlaczego naliczyłam was ledwie trzydziestu?!
-Dwudziestu dziewięciu – uściślił rycerz. – Jeszcze pół setki zagubiło się gdzieś w tym bałaganie, aspirant Geldern ich szuka. Reszta, no cóż, nie miała szczęścia…
-Och, wystraszyłam się, że… Rozumiecie co przyszło mi do głowy. Powodzenia, życzę wam szczęścia, niech nadal sprzyja gwardii. – Obróciła się do siwego dziesiętnika. – Szczęścia życzę piechocie, która nie tylko tarczami, ale jeszcze więcej własną piersią zasłania Królestwo.
Uniosła dłoń w białej rękawiczce gestem pozdrowienia, odwróciła się i odeszła.
Maciek usłyszał za sobą głośne szepty:
-Stary, widziałeś ją?! Ja nie mogę!
Poczuł dumę, jakby chwalili urodę jego dziewczyny.
-Jakie ma włosy. Takie złote. Super, mówię ci.
-Stary, co tam włosy. Grunt, że ma czym oddychać!
„Wiem coś o tym” – pomyślał mściwie. Poniewczasie wpadł na pomysł jak mógłby Izoldzie dokuczyć. Wydobył z torby raportowej zawiniątko. Miał w nim szarfę, w barwie turkusa zastrzeżonej dla dynastii. „Taka mała prowokacja” – pomyślał. Przepasał się, budząc popłoch wśród tarczowników.
-Mam prawo nosić tę szarfę – stwierdził pragnąc wybawić ich z rozterki. – Zdobyłem ją podczas lodowego polowania.
-Niby jak? – spytał zdenerwowany dziesiętnik. – Ja tam nie chcę na koniec awantury, no ja nie mogę udać, że nic nie widzę. Zdejmijcie panie tę taśmę, prosimy was pięknie…
-Nie bójcie się, nie jestem buntownikiem ani szaleńcem.
-Szef nie jest tak do końca szalony – zapewnił wysoki gwardzista. – Ubił białego misia zeszłej zimy, z czego wybuchł nielichy skandal…
-Albo to nie wolno ubijać niedźwiedziów? – zdumiał się dziesiętnik.
-Wolno, lecz słuchaj dalej. Zwycięzca lodowego polowania ma prawo wybrać damę i zażądać od niej nagrody.
-Cie wy! I ona musi się zgodzić?!
-W zasadzie tak. No więc, szef wybrał księżnę Izoldę…
-A juści!
-Poprosił o szarfę  którą była opasana, na co wielu ważniaków się zmarszczyło…
-Przecie to głupie było. Ja bym chciał od takiej dziouchy całkiem co innego.
-Sprytnie kombinujesz – roześmiał się gwardzista. – Tak czy owak, szarfa zdobyta jest legalnie i szef ma prawo ją nosić.
Przejechał przed nimi furgon wiozący rannych do szpitali. Nadeszła księżna szybkim krokiem wracająca pod bramę. Mijając rycerza przygryzła  w znajomy mu do bólu  sposób dolną wargę i chyba – tak mu się zdawało – nieznacznie odwróciła głowę. Myśli rycerza rzuciły się analizować, czy ten odruch coś znaczył. Spoglądał za nią. Widział jak dosiada białej klaczy, jak król gramoli się na swego rumaka. Wkrótce oboje opuścili port.
Wojownicy uformowali kolumnę w sposób ściśle określony obyczajem wojskowym. W szyku wyszli na Długi Targ.
Zagrały bębny i trąby, zabrzmiał grzmot broni uderzającej miarowo o tarcze.  Słychać było okrzyki tłumu, niektóre pełne takiego uniesienia że niemal dzikie, inne szczerze radosne.
Najpierw jechał rycerz ze Złotej Chorągwi, trzymający pionowo kopię z nabitą na grot głową wilka. Był to zębaty łeb potwora, który bezczelnie nazwał się admirałem Morza Wewnętrznego i gubernatorem wysp. Za rycerzem podążał Weisefort dosiadający białego rumaka. Konie obu mężów były niesamowicie chude, ale i tak miały szczęście. Pozostałe wierzchowce padły co do jednego na lodowcach i teraz cała kolumna wojska szła pieszo. Za seneszalem maszerował jego sztab błyszczący złotymi sznurami na kolczugach i złotem rycerskich ryngrafów. Następnie podążali spieszeni rycerze ze Złotej Chorągwi, każdy na czele swego pocztu Za nimi maszerowała piesza gwardia, dalej, pod przewodnictwem mistrzów, roty wsparcia połyskujące srebrem  błyskawic wyszytych na płaszczach, następnie obsługi machin. Wreszcie szła piechota niosąca wielkie pawęże i długie włócznie. Może skromna ale gorąco witana przez tłumy na Długim Targu i na ulicach, bo w rotach tarczowników służyło najwięcej synów tego miasta. Za armią lądową szli marynarze uszykowani według swojej hierarchii, w której czołowe miejsca przypadały kapitanom i sternikom. Na szarym końcu, po długiej przerwie, już niejako poza obrębem pochodu, człapali taboryci niosący rycerskie bagaże i resztki zapasów.
Van Korrain szedł na prawym skrzydle swej roty, wysunięty przed nią o dwa kroki. Dokładnie tak, jak nakazywał regulamin. Szedł ulicą Długą, z prawej strony mijając chałupy dzielnicy Gnojnej.  Z krzywych trotuarów i zapleśniałych podsieni uśmiechały się do niego szczerbate dziewczyny, które chyba nigdy nie były dziewicami. Następnie mijał zamożniejsze Rybaki. Tłum jeszcze zgęstniał. Dzieci wspinały się na palce, by lepiej ich widzieć. Starzy mieszczanie, przez doświadczenie pozbawieni złudzeń a przez szkorbut zębów, spoglądali z uznaniem spod siwych brwi. Z lewej strony cały czas  pomimo wolnego dnia, rozsnuwała dymy przemysłowa dzielnica zwana Dymarki. Świątek czy piątek, zawsze coś się w Dymarkach paliło.
Z powodu turkusowej szarfy Maciek wzbudzał większe zainteresowanie niż sam Weisefort. Czuł się głupio. „Kto jeszcze o mnie nie słyszał, ten właśnie się dowiaduje – myślał. – Oto idzie ten zawzięty idiota zakochany w żonie następcy tronu, uporczywie odmawiający wypicia antidotum.” Ale szarfy nie zdejmował i nie wszyscy mieli go za idiotę. Widział kciuki uniesione na znak poparcia, zapatrzone dziewczęta, jakaś dama rzuciła  mu pod nogi kosztowny, wyhodowany w cieplarni kwiat. Popularność złagodziła jego gorycz. Dał się porwać pieśni śpiewanej przez wojsko, zahipnotyzować miarowym dudnieniem kroków o bruk. Podobnie jak każdego z wojowników których prowadził, ogarnęło go słodkie uczucie tryumfu.

Pokojowcy zdjęli z ramion króla ciężką szubę. Odebrali z rąk księżnej płaszcz uszyty z pajęczej mory.
-Chodź, córko – rzekł do niej król. – Chodźmy do Sali Map. Musimy porozmawiać.
Nikt nie śmiał pomyśleć, że sędziwy monarcha gramoli się po schodach. On wstępował na nie, stukając kościaną laską.
„Szybciej, stary” – poganiała go w myślach księżna. Niecierpliwił ją powolny marsz, sapanie i stękanie teścia. Prawdę mówiąc, wszystko ją niecierpliwiło.
Król przystanął na podeście schodów.
-Widok floty odświeżył w mojej pamięci czasy, gdy wracałem z Adeiry
i dalszych jeszcze krain – rzekł, gdy już uspokoił oddech. – Biała i Czarna Nike grywały wtedy o mnie w kości. Kiedy o tym myślę, trudno mi odpowiedzieć, która z nich częściej wygrywała. Trzeba by spytać kronikarzy.
-Tym razem Biała wyrzuciła szóstkę – odparła księżna.
-Nieśmiertelne siostry dopiero czynią przygotowania do gry – zaprzeczył król. – Właśnie o tym chcę porozmawiać z tobą przed jutrzejszą radą.
-Tak, dostojny panie – Izolda skinęła głową. – Oczywiście.
Teść, postukując laską, podjął wspinaczkę a potem marsz korytarzem.
W Sali Map usiedli przy stole, którego blat był mapą plastyczną. Król podniósł wzrok na Izoldę i spytał:
-Powiedz kochanie, co jest konieczne do wygrania wojny?
Odpowiedź na pytanie teścia  była oczywista, ale na wszelki wypadek zastanowiła się chwilkę, zanim odparła:
-Pieniądze, ojcze.
-Nieprawda – skierował na nią wyblakłe oczy pod siwymi brwiami i leko się uśmiechnął. – Do wygrania wojny konieczne są bardzo duże pieniądze. To jest spora różnica.
-Nam udała się ta sztuka, chociaż jesteśmy praktycznie bez grosza.
-Druga część twojej wypowiedzi jest prawdziwa. Natomiast pierwsza niestety nie. Myślisz jak wszyscy, że wygraliśmy wojnę. To nieprawda.
-Ależ ojcze, co mówisz – żachnęła się. Przyłożyła palec do mapy. – W tym miejscu Bertulf rozgromił wilków w górach Południowej Marchii. – Przesunęła palec na północ, gdzie jęzory lądu zwane Północnymi Wyspami wysuwały się spod lodowej czapy ograniczającej zamieszkane lądy od północy. – Pan seneszal odzyskał dla ludzi Północne Wyspy.
-Nasz drogi Bertulf odniósł błyskotliwe, lecz zaledwie taktyczne zwycięstwo. W skali operacyjnej prędzej lub później przycisną go do muru.
-Niech on już wraca – wyrwało się Izoldzie.
-Powiedziałaś to szczerze – stwierdził król.
Półmrok już zasnuł komnatę. Ukrył dziwny wyraz jej twarzy, kiedy powiedziała:
-Przecież muszę go kochać.
-Czujesz się z tego powodu poniżona?
-Wprawdzie wyszłam za niego z poczucia obowiązku… Jeśli ma to przysporzyć chwały Królestwu… Jeszcze nie pojmuję sensu tych wróżb.
-Oby nie był taki, jakiego się obawiam.
-Ten… specyfik – wyraz „lubczyk” z jakichś powodów nie chciał jej przejść przez gardło – może nie był wcale potrzebny. Jednym słowem, nie żałuję tego co uczyniłam.
-Tego, co uczyniłaś – powtórzył król z pewnym naciskiem. – Tak, wiem.  – Umilkł,
a w Izoldzie zakiełkował niepokój. Król podszedł do gasnącego okna. – Powinniśmy obejrzeć mapę – rzekł. – Ja już nie widzę po ciemku, oczy mam stare…
-Ja też nie widzę w ciemnościach,  chociaż oczy mam względnie młode.
-Naprawdę? Zapomniałem jak to było w młodości.
-Tata żartuje. W każdym razie, idę po światło.
W ściśle ekranowanej sali magia amuletów nie działała. Być może nie działała tu również magia ezoteryczna, ale co do tego nie można było mieć pewności. Jednym z efektów takiego stanu rzeczy była niemożność korzystania z magicznych kul. Izolda wyszła i po chwili wróciła na czele sług niosących rozpalone kandelabry.
W świetle plastyczna mapa zabłysła barwami. Księżna lubiła oglądać to dzieło sztuki i kartografii. Ciekawiły ją obco brzmiące nazwy królestw o niepewnych granicach zaznaczonych przerywanymi liniami, odległe miasta rzadko rozrzucone wśród białych plam, góry i rzeki których w rzeczywistości może wcale nie ma w tych miejscach, gdzie zechciał je umieścić kartograf. Wśród tych cieni ziemie Królestwa, bogate w szczegóły, ozdobione modelami zamków, rozpierały się pośrodku świata, pomiędzy Wschodem a Zachodem. Izolda zdawała sobie sprawę, że jest to odbicie wiedzy, a raczej niewiedzy, kartografa. „A jednak – myślała – tak powinno być. Taki obraz właściwie oddaje potęgę Królestwa Pól i Ludów Środka.”
Miasto Roze oznaczała na mapie złota wieżyczka. Okręcik wielkości łupiny orzecha kierował się od niej w tę stronę, gdzie w świecie mapy był zachód. Figurki jeźdźców pod wieżą przedstawiały pocztylionów królewskich. Rozwijały się przed nimi kolorowe nitki głównych dróg Królestwa. Czarny Trakt biegł na południowy wschód do Czarnego Zamku. Tu skręcał zdecydowanie na południe, omijał od wschodu Mały Lodowiec i tam przekraczał granicę. W Czarnym Zamku oddzielał się od niego Szary Trakt biegnący wiele mil na wschód, aż  wreszcie grzęznąc i nurzając się  w bagnach za miasteczkiem Skisłe mijał granicę państwa. Zielony Trakt prowadził z Roze na zachód wzdłuż wybrzeża. Błękitny Trakt wiódł na południe mijając  Błękitny Zamek gdzie oddzielał się od niego Czerwony Trakt prowadzący na zachód. Natomiast Błękitny Trakt prowadził wciąż na południe, omijał od zachodu Mały Lodowiec i kończył się na granicy. Biała Droga prowadziła z Roze na północny wschód w zasadzie równolegle do wybrzeża, lecz w sporej odległości od morza nad którym leżały ziemie Zakonu Powroźników. Biała Droga biegła w rodzinne strony Izoldy, obiektywnie straszne, ale opromienione w jej wspomnieniach beztroską dzieciństwa.
Kiedy więc król pochylał się i kaszlał nad mapą, ona siłą wyobraźni uruchomiła posłańca na Białej Drodze. Umieściła go w letnim krajobrazie. Galopował, aż zostawił za sobą kępy wysokich drzew i wjechał w krainę porośniętą lichą trawą, urozmaiconą fioletowym makiem i żółtym dębikiem.  Czasem w osłoniętych od wichru dolinkach mijał karłowate wierzby ścielące się po ziemi. Gdyby jechał zimą widziałby tylko nieskalaną poduchę śniegu w której lemingi ryją swoje korytarze. Wreszcie posłaniec stanął w Szarym Zamku, jedynie kilkadziesiąt mil od czoła lodowej pustyni. Dalej w mroźnym piekle tundry i lodowca walczą o przetrwanie jasnowłose plemiona Skaerlingów, których szamani służący mrocznym bogom posiadają wielką moc. Za ich obozami są już tylko pustkowia i siedziby demonów mrozu. W tej przerażającej okolicy, w zamku Vejonis, Izolda spędziła dzieciństwo. Ponieważ wspomnienia rodzinnego domu już nieco wyblakły, więc myśli Izoldy bawiły tam krótko. Spojrzała na mapę, uruchamiając jeźdźca na Czarnym Trakcie. Posłała go tam, gdzie chciało podążyć jej serce. Posłaniec wyobraźni porzucił bity trakt w Czarnym Zamku i pogalopował na przełaj przez coraz wyższe wzgórza. Wkrótce spotkał Mały Lodowiec, dzikie góry i wojnę. Spotkał Bertulfa jadącego doliną Szczerby. Izolda wyobraziła sobie szczelinę w skałach jakby wyrąbaną przez demony, tak głęboką, że słońce nigdy nie zagląda na jej dno. Mimo to kolczuga jej męża błyszczy niby srebro, to Biała Nike opromienia go chwałą zwycięzcy. Jeźdźcy za nim niosą nabite na włócznie głowy potworów…
Często pogrążała się w marzeniach tego wieczoru. Do rzeczywistości przywrócił ją głos teścia:
-Spójrz na mapę – król dotknął palcami czarnych płaszczyzn i jadowicie czerwonych plam. – Widzisz, co nasi wrogowie knują?
Czerń oznaczająca posiadłości wilków rozlewała się na  prawym skraju mapy za wschodnimi królestwami. Od północy ograniczała ją biel lodowca. Wysuwały się z niej dwie macki. Północna właśnie została odrąbana, południową Bertulf też nieźle przypiekł.
-Zamierzali nas okrążyć. – Izolda przesunęła dłonią po czarnych klinach.
-Nadal zamierzają. A teraz przyjrzyj się dziewczyno tej cholernej czerwieni.
-Słoneczni. Wredni, kompletnie odjechani, ale cóż oni… Mają oderwane enklawy, Tombur na zachodzie, większość na południowym wschodzie, od Pontu… Och zaraza, jeśli się przyjrzeć widać jakąś równoległość z wilkami… – Izolda przygryzła wargę, pokręciła głową – Jak tamci, słoneczni też celują w Mały Lodowiec tyle, że od południa, potem mogą go obejść południowym skrajem, połączyć się z komarmem Tomburem i ciach, odciąć nas od Zachodu.
-Bystra jesteś. Niektórzy radni przez dziesiątki lat oglądają tę mapę. Widzą, jak czerń sięga coraz dalej na zachód i myślisz, że wyciągają jakieś wnioski? Ale skądże! Po każdej wygranej potyczce tryumfalnie ogłaszają koniec i chcą zniesienia podatku wojennego. Wyobraź sobie co się będzie działo, kiedy rano zażądam podwyżki tego podatku. Musisz mnie poprzeć z całej siły.
-Ojcze, zawsze możesz liczyć na mój głos.
-To za mało. Musisz użyć również swoich wpływów. – Widząc, że Izolda chce coś powiedzieć, przerwał jej gestem ręki. – Szkoda czasu na krygowanie się i skromność. Masz wpływy. Twój stryjek, Aleksander Vejonis, głosuje tak jak ty. To zrozumiałe. Pan Tytus Abena popiera cię ze względu na córkę. Pani Eliabel nie wiem dlaczego, może przez kobiecą solidarność. Ale jutro pewnie się zbuntują. Żądanie zwiększenia daniny wojennej, i to akurat w chwili tryumfu, mogą uznać za nadmierną łapczywość dynastii. Iza, porozmawiaj z nimi. Przekonaj ich – mówił tak gwałtownie, że brakło mu tchu. – Złamaliśmy ledwie forpoczty wilków. Teraz czeka nas, a raczej was bo ja nie będę już żył, ich główne uderzenie. – Znowu uciszył ją gestem ręki. – Nie ma czasu na kurtuazję. W moim wieku dni życia są policzone. – Pochylił się nad mapą. – To coś więcej niż równoległość działań. To wyraźne współdziałanie wilków i słonecznych.
Izolda skoro już spostrzegła jak czerwone enklawy słonecznych układają się w klin pełznący o Morza Pontyjskiego na północny zachód do Otwartego Morza, w poprzek kontynentu, niemal trzęsła się z niepokoju. Ale jeszcze próbowała nie wierzyć.
-Tombur – rzekł król. – Zastanawiająca koordynacja  działań, prawda? Wyobraź sobie, co się stanie jeśli on wspomoże wilków swoją kawalerią?
-Nieprawdopodobne – żachnęła się. – Słoneczni są ludźmi. Nie sprzymierzą się
z wilkami przeciw własnemu gatunkowi.
-Pierwszy Czarnoksiężnik tak właśnie uczynił.
-Jeden pomylony psychopata na kilkanaście stuleci, który w dodatku marnie skończył. To się nie liczy.
-Tombura również nazywają Czarnoksiężnikiem. Zastanawiałaś się może, dlaczego ktoś tak wybitny objął władzę w małej, oddalonej od centrum enklawie, nie wyróżniającej się niczym prócz tego, że jest wysunięta najdalej na zachód?
-Ktoś musiał przejąć schedę po Klaudiuszu, skoro on zajmuje się już tylko rozniecaniem śnieżyc. A dlaczego Tombur? Pewnie zagrażał innym ważniakom, więc się go pozbyli.
-W takim razie, dlaczego wciąż podsyłają mu ludzi i sprzęt? Ja uważam sojusz słonecznych z wilkami za pewny. – Spojrzał jej w oczy. – Wtedy niechybnie nadejdzie moment, kiedy zostaniesz sama. Rozumiesz, co chcę powiedzieć.
„Kiedy Bertulf zginie. Jak starość zmienia ludzi! On cały świat widzi w grobie”.
-Jesteś podobna do Joany, o której śpiewają: Piękna jak noc Joana, Stalowym Kwiatem zwana…
-Ona była brunetką. Z charakteru też nie jestem do niej podobna ani trochę. O nie.
-O tak – rzekł król. – Wróżbici oczywiście manipulują przepowiedniami, mimo to
w ostatecznym rozrachunku przeważnie dobrze wyczuwają fale czasu. Sens przepowiedni, sens waszego małżeństwa widzę w tym, że wybrano odpowiednią osobę do zakończenia spraw Królestwa. Jeśli spełnią się moje koszmary, będziesz ostatnią królową.
-Ależ ojcze…-  Izoldzie zabrakło słów.
-Chcę, aby to miało odpowiedni styl. Abyś z hukiem zatrzasnęła wieko. Nie musisz przysięgać, tylko, proszę, obiecaj mi.
„Sklerotyk. Dziad nad grobem” – pomyślała, ale czuła, jakby mrówki maszerowały po jej ciele, od kostek nóg aż na policzki.
-Obiecaj.
-Przecież to się nie stanie.
-Obiecaj mi.
-Przysięgam, tato.
-Dziękuję. Widzę, że jesteś wzburzona. Trudno. Lepiej żebyś zawczasu się przyzwyczajała.
-Mogę odejść? Idę potrenować, mam ochotę wybić komuś zęby.
Na ofiarę wybrała twardego przeciwnika. Nie wołała swego giermka Pauli ani Esi, nie poszła do salki treningowej w pałacu. Poszła do koszar gwardii gdzie zmusiła instruktora szermierki aby z nią walczył. Stanął naprzeciw ze znudzoną miną, drewniany miecz trzymał niby kwiatek który zamierza podarować damie, ziewnął następnie ostentacyjnie wgapił się w jej biust.  Zanim się ocknął i połapał jak głupie jest jego zachowanie, wbiła mu sztych miecza w dołek, gdy go sparaliżowało uderzyła po palcach aż upuścił broń, następnie łamiąc rycerskie zasady (przecież nie była rycerzem) rąbnęła go w golenie więc upadł rycząc z bólu i wściekłości. Przeczołgał się, podniósł broń, chwiejnie ale na serio stanął do walki. Gdyby zderzające się kije mogły jak stal krzesać iskry, hala stanęłaby w ogniu. Dokoła zgromadził się tłumek gwardzistów. Wreszcie, kiedy poobijani, zlani potem, stanęli po kolejnej paradzie naprzeciw siebie z uniesioną bronią, Izolda rzuciła miecz na posadzkę.
-Poddaję się. Mam kompletnie dosyć.
-Dziękuję – powiedział instruktor. – Dziękuję, że tak to pani zakończyła.
Żegnana brawami opuściła pomieszczenia zwane dormitorium gwardii.

 

Powrót z gwiazd

Moja subiektywna opinia o „Powrocie z gwiazd” Stanisława Lema, napisana w dobie pandemii koronawirusa.

Wpływ pandemii na niniejszy tekst jest dwojaki.

Po pierwsze, nie mam w domu wymienionej książki. Aby coś przenikliwego, mądrego, dowcipnego albo choć na jakim takim poziomie o niej napisać, powinienem ją jeszcze raz przeczytać. Czytałem ją dawno, nawet bardzo dawno i nie pamiętam szczegółów wystarczająco dobrze. A wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach. Ale biblioteka jest zamknięta, a ja od tak dawna myślę o napisaniu tej recenzji, że, trudno się mówi, napiszę ją wreszcie, mimo wszystko.

Po drugie, pomysł aby cała ludzkość dała się potulnie okaleczyć (bo betryzacja to ewidentnie ciężkie okaleczenie) wydał mi się zbyt fantastyczny nawet jak na fantastykę. I właśnie dzięki covid 19 wymyśliłem, jak można by przeprowadzić betryzację.  Mianowicie, należałoby wmówić ludzkości  okropną globalną epidemię – dla mediów to nic trudnego, wmawiają ludziom nie takie rzeczy – wymyślić rzekomą szczepionkę i wszystkich zaszczepić, a w rzeczywistości zbetryzować. I już. Potem można się nawet przyznać, potulna ludzkość przecież się nie zbuntuje.

Teraz do rzeczy, czyli do „Powrotu z gwiazd”. Głównym motywem powieści jest wrastanie astronauty Hala Bregga w nowe dla niego społeczeństwo Ziemi, na której nie było go aż 127 lat. Najważniejszą cechą nowego społeczeństwa jest „betryzacja”. Nikt zbetryzowany nie może nawet wyobrazić sobie aktu szeroko rozumianej „krzywdy”. Krzywda nie musi być wynikiem złych intencji. Przykładowo, hokej wymarł, bo podczas meczu można niechcący oberwać kijem. Jest to przemoc zadana bez złych intencji, mimo to niewyobrażalna dla zbetryzowanych ludzi. Zatem, dotychczasowa tradycja i kultura lądują na śmietniku. Zdecydowana większość dzieł napisanych przed betryzacją podlega kasacji. „Tragedie tatrzańskie”, „Iliada”, „Odysea”, „Hamlet”, „W pustyni i w puszczy”, „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, „Biblia”, „Madonna sleepingu”, „Cyd”, „Inwazja Marsjan”, „Koran”, „Tomek na wojennej ścieżce”, „Mitologia grecka”, „Tristan i Izolda”, „Romeo i Julia” i tak dalej, bez końca.  Z filmów to nie ocalałaby nawet „Pszczółka Maja”. Wszystko won, wszędzie się zabijają lub próbują zabić, czasami torturują  albo ulegają wypadkom. Znikają choćby wzmianki o  kulturach  Papuasów i Dajaków – to łowcy głów przecież, znika cała krwiożercza kultura Azteków, znikają Fenicjanie do spółki z Kartaginą (ofiary dla Molocha), znika Rzym (gladiatorzy, wojny, krzyżowanie). Znikają niemal wszystkie religie – może buddyzm zostaje, nie wiem, nie znam się na buddyzmie. Ale i w nim są jakieś krwiożercze demony. Z historii Europy pozostają zaledwie strzępy. W ogóle, cała historia świata od pradziejów aż do momentu betryzacji, ulega wymazaniu.  Nikt nie wie, kto to Hitler. I bardzo dobrze. Ale nikt nie wie również, kim był, na przykład, święty Maksymilian Kolbe. Święty Franciszek też pozostaje nieznany. Wprawdzie on był łagodny, muchy by nie skrzywdził, ale chrześcijanin. A w chrześcijaństwie jest to całe biczowanie, krzyżowanie… Błłeee. Reasumując, ludzie zbetryzowani są odcięci od dorobku pokoleń w dziedzinie kultury, nie znają  tradycji i historii, nie rozumieją  dawnych bohaterów, nie znają Boga ani nawet pogańskich bogów. Po prostu, ci ludzie to jakieś pożałowania godne, hedonistyczne kukły.

Zbetryzowany świat to tyrania. Ktoś musiał ludzkość zbetryzować. Nie obeszło się przy tym bez przemocy. Nawet gdyby wmówić większości, że to niewinne szczepienia, to pozostaje nieufna mniejszość, która zawsze i wszędzie wietrzy spiski. Na pewno byłby zbrojny opór, demonstracje itp. Zresztą, w powieści są wzmianki o tym oporze. Ci od betryzacji musieliby łamać opór siłą, więc nie mogliby być zbetryzowani. Na pewno zakładano by, że zbetryzują się jako ostatni. Lecz kto by ich do tego zmusił, skoro jak Ziemia długa i szeroka, tylko oni potrafili zmuszać? Mogliby robić co chcą, a że natura ludzka jest jaka jest, to chcieliby robić sporo przeróżnych świństw. A ich ofiary mogłyby tylko skomleć i się podporządkować. Garstka nie zbetryzowanych zagarnęłaby nieuchronnie władzę nad światem. I tak zapewne się stało, Lem nie wspomina o żadnych wyborach, parlamentach czy samorządach. Jakaś władza musi być, lecz jest utajona, więc mafijna i tyrańska.

W świecie „Powrotu z gwiazd” trzeba zdawać trudne egzaminy, żeby uzyskać zezwolenie na posiadanie dzieci. Obecnie ludzie choć nie muszą zdawać egzaminów, choć się ich zachęca do posiadania dzieci na przykład za pomocą 500+, to i tak potomstwa mieć nie chcą. W każdym razie, w krajach bogatych. Nie ma podstaw by sądzić, że taka postawa zmieni się w przyszłości. Należy zatem przypuszczać, że w Europie oraz w wielu regionach poza naszym kontynentem,  prawie nikt nie przystąpi do egzaminu. Może znajdą się chętni do zdawania egzaminu z rodzicielstwa w krajach biednych? Lecz wydaje się, że w przyszłości biedy już nie ma, wszyscy żyją znacznie wygodniej, niż my teraz.  Jeśli jednak znajdzie się w przyszłości biedny kraj, to u biedaków oświata leży, więc większość zdających obleje. Zresztą, jak zbetryzowana kobieta może myśleć o dzieciach, skoro żaden robot nie zmusi dziecka, by się odpowiednio ułożyło. A dopuszczenie możliwości cesarskiego cięcia pogrąży ją w otchłani negatywnych odczuć nie do wytrzymania. Ludzkość wymiera. Lem o tym nie pisze, ale tak właśnie jest w świecie „Powrotu z gwiazd”. Świadczy o tym fakt, że ani razu nie ma mowy o dzieciach. Nie biegają, nie krzyczą, nie kupują lodów, Bregg Hal ich po prostu nie widzi, bo ich nie ma. Lem jako doskonały pisarz wyczuł, że dzieci nie pasują do obrazu świata, jaki stworzył.

Miłość a także seks to musi być w zbetryzowanej przyszłości coś naprawdę zabawnego. Bregg Hal kocha się z Eri względnie normalnie. No ale, Hal jest normalny z naszego punktu widzenia, zaś Eri jest czarująca, nieco uległa i delikatna. Motywowana uczuciem, potrafi nawet przełamać betryzacyjne ograniczenia, gdy ratuje Hala przed samobójstwem. W sumie, „normalna” para, całkiem sympatyczna. Ale gdy wyobrażę sobie „trójkąt” zbetryzowanych istot…

-Przepraszam, ta naga pani leżąca z panem w moim łóżku, to moja żona. Czy byłby pan uprzejmy z niej zejść?

-Oczywiście, jednak dopiero za jakieś dziesięć, może piętnaście minut, kiedy skończę. Czuję, że to już nie potrwa długo.

-No cóż, chętnie bym panu coś zrobił, ale że sama myśl o tym wywołuje u mnie skrajnie przykre odczucia, więc proszę sobie nie przeszkadzać. Poczekam, obejrzę wiadomości w TV…

Jednym słowem, masakra. Można ewentualnie odczytać przesłanie „Powrotu z gwiazd” jako ostrzeżenie przed eksperymentami społecznymi, lecz ja takiej intencji u autora nie wyczuwam. Hal Bregg czasami się zżyma na zastane porządki. Podobnie jego kumpel astronauta, Olaf. Lecz to bardzo słaby sprzeciw, dotyczący nielicznych sytuacji. Obaj wyraźnie akceptują ten koszmarny, okaleczony świat. Nasuwa to podejrzenie, że autor również go akceptuje. A ja nie. Moim zdaniem jest to okropna antyutopia, coś przerażającego, inwazja ludożerczych Marsjan to przy tym pikuś.

30.05.2019

Długo nic się tu nie działo, nic nie dodałem, ponieważ spiętrzyły mi się i skumulowały rozmaite zajęcia.więc niestety, brakowało mi czasu. A poza tym, mam kłopoty z wydawcą, który wziął pieniądze i się nie wywiązuje  z umowy. Wprost prosi się aby nazwać go … No, jeszcze się powstrzymam, aż do ostatecznego wyjaśnienia sprawy. Ale mam wrażenie, że spotkamy się w sądzie. Wtedy wszystko opiszę, aby ostrzec innych autorów przed oszustem. Puki co, nie będę więcej o tym pisał. Mam natomiast zamiar napisać w najbliższym czasie aż dwie recenzje, jedną już kończę i wkleję jutro..

 

Spryciarz z Londynu

Terry Pratchett kojarzy się, chyba nie tylko mnie, z cyklem fantasy „Świat Dysku” i może jeszcze z cyklem science fiction „Trylogia Nomów”,  chociaż, przyznaję się bez bicia, tego drugiego cyklu nie czytałem. Spodziewałem się więc, że „Spryciarz z Londynu”  też ma coś wspólnego z fantastyką. Jednak myliłem się.  „Spryciarz z Londynu” to mieszanka romansu i kryminału osadzona w realiach dziewiętnastowiecznego Londynu. To realistyczna opowieść o nastoletnim Dodgerze, chłopcu ze slumsów który nie zna swych rodziców. A co najmniej równorzędnym bohaterem tej powieści jest Londyn z  połowy XIX wieku. Zbieracze do których należy Dodger, penetrują kanały by zbierać pieniądze oraz wszelkie wartościowe rzeczy, które wpadły tam przez studzienki kanalizacyjne. Pewnej nocy Dodger ratuje z łap bandziorów młodą kobietę, która wskutek szoku zapomniała (lub tak udaje) swego imienia. Wobec tego, wybrano dla niej zastępcze imię Symplicja. Od tego momentu życie Dodgera radykalnie się odmienia. Walczy, zawiera znajomości w coraz wyższych sferach, broni Symplicji i choć zawodowi mordercy sieją grozę, uchodzi cało spod ich noży.
Ze sprawnością zawodową morderców jest kiepsko – choć się starają, wszystko partaczą.  Naprawdę dziwię się Ostremu Bobowi, że choć jego życie zależało od powodzenia akcji przeciw Dodgerowi i Symplicji,  działał tak umiarkowanie, łagodnie, a nie jak człowiek naprawdę zły i przebiegły. Mógł wysłać kilku zbirów by schwytali Dodgera i torturami wymusili na nim zeznanie, gdzie ukrywa się Syplicja. I byłoby po Dodgerze. Lecz wtedy skończyłaby się opowieść. Dlatego właśnie autor każe Ostremu Bobowi wysłać do akcji jednego, samotnego nożownika, który zamiast dźgnąć chłopaka w plecy gada i puszy się wystarczająco długo, by go Dodger załatwił.
Podobnie nielogicznie jest skonstruowana postać Salomona. To jubiler wyznania mojżeszowego, u którego Dodger mieszka, który jest dla chłopaka mentorem i autorytetem. Jedyny powód dla którego Salomon kwateruje w slumsach jest taki, by miał kto młodzieńca uczyć manier, czytania i pisania oraz zasad higieny. Innego powodu dla którego Salomon mieszka w najpodlejszej dzielnicy, autor nie przedstawia. A dziwna to zaiste kwatera dla mistrza w rzemiośle jubilerskim, dla mędrca o którym anegdoty opowiada król Szwecji, o którym słyszała królowa Wiktoria, którego zna Beniamin Disraeli  (późniejszy premier tak wybitny, że ma notkę w każdej encyklopedii).
A dlaczego koło powozu złoczyńców okropnie zgrzyta, choć, jak się okaże, dokuczliwą usterkę można usunąć jednym ruchem łomu? Dlaczego więc tak zgrzyta? Ano dlatego, by Dodger mógł go słyszeć kiedy trzeba.
Sztuczności wprowadzonych jedynie po to, by akcja jakoś się kleiła, jest wiele. W „Świecie Dysku” który cały jest sztuczny, takie sztuczności mnie nie raziły. Ale w powieści mniej więcej realistycznej, są rażące jak na mój gust. Lubię bowiem solidną robotę. Nawet jeśli powieść napisana jest lekkim stylem, to autor nie powinien lekko traktować logiki.
Autor naszpikował powieść znanymi postaciami. Oprócz wymienionego już Disraeli jest Karol Dickens, wspomina się o panu Babbage (którego zwą ojcem informatyki) są też inni.  Jest nawet Sweeney Todd, demoniczny golibroda ze znanego filmu. Moim zdaniem nie wyszło to powieści na dobre, gdyż jeszcze pogłębia wrażenie sztuczności, albowiem w życiu nie jest tak, że co się człowiek ruszy, to spotyka sławne osoby.
Polska to taki dziwny kraj, który przeważnie jest, ale czasami go nie ma. Salomon, Żyd Wieczny Tułacz, kupił w Polsce pastę do butów. To dziwne, bo Salomon, mądry gość, powinien był spostrzec, że Polska jest akurat w fazie nieistnienia.
Trudno wyczuć, kiedy dokładnie rozgrywa się akcja powieści, gdyż autor niezbyt dba o chronologię. Ale sam podaje, że jest to pierwsza ćwiartka panowania królowej Wiktorii. Przyjmując połowę ćwiartki, otrzymujemy mniej więcej rok 1850. O tej dacie świadczą również pewne inne fakty, np. (jak podaje autor) okładka „Puncha” autorstwa Tenniela. W takim razie, od bitwy pod Talaverą minęło czterdzieści jeden lat. Doprawdy, Sweeny Todd miał bardzo wiele czasu na zwariowanie. To tak, jakby w Warszawie fryzjer zaczął mordować ludzi w 1985 roku, wskutek ciężkich przeżyć w Powstaniu Warszawskim. Może możliwe, ale to na tej zasadzie, że nawet ogórek kiedyś zaśpiewa, choć z woli nieba prawdopodobnie nie może i to o żadnej porze.
Mąż Symplicji to syn księcia jednego z niemieckich państewek. Jeżeli rząd brytyjski nie odda Symplicji mężowi, grozi wybuch wojny, której wszyscy się obawiają. Ale z kim ta wojna? Rzesza niemiecka wtedy nie istniała, albowiem Pierwsza Rzesza skończyła się w 1806 roku, a Druga Rzesza powstała w roku 1871. Zatem, Imperium Brytyjskie, największe imperium jakie widział świat, obawiało się wojny z niemieckim księstewkiem. Nie sposób traktować tego poważnie. To wykracza poza ramy logiki i choćby nie wiem jak naciągniętego realizmu.
Wielodniowy, mocno nieświeży trup topielicy przechowywany w kanale, miał odgrywać świeże zwłoki zasztyletowanej księżniczki. Na taki pomysł wpadł Dodger. A przecież angielski dodger to polski cwaniak. Sądząc po absurdalnym pomyśle, raczej głupek.
I tak dalej, i tak dalej. Absurdów oraz bzdur w jakich wikła się akcja, jest w powieści wiele. Wyszukiwanie ich może być dość zabawne.

Obraz miasta pełni w powieści bardzo ważną rolę, Londyn jest jej drugim bohaterem. Żałosne położenie klas niższych opisane jest na podstawie źródeł z epoki – tak twierdzi autor w „Podziękowaniach, wpadkach i wymówkach” na końcu książki. Jednocześnie twierdzi, że trochę to położenie podkolorował, bo w rzeczywistości było jeszcze gorzej. W takim razie Londyn, wówczas najbogatsze miasto świata, było czymś na kształt obozu koncentracyjnego, było gorsze niż slumsy Kalkuty w których działała Matka Teresa, było gnojówką śmierdzącą odchodami, a zdemoralizowana ludność trudniła się żebractwem, złodziejstwem, prostytucją, brodzeniem w ściekach, oszustwami i morderstwami. Niby kwiatki na oborniku, kwitły na tej mierzwie ekskluzywne dzielnice nielicznych ludzi zamożnych. Ten apokaliptyczny – i sugestywny – obraz zaczął budzić we mnie wątpliwości. Nareszcie zorientowałem się, że autor jako standard dla całego miasta przedstawił obraz dzielnicy lumpów. Nie ma w powieści nawet wzmianki o zasadniczej, najliczniejszej grupie londyńczyków – o pracownikach najemnych zatrudnionych w fabrykach które stanowiły o potędze Imperium, w porcie, na kolei, w hurtowniach, dokach, stoczniach i niezliczonych małych firmach. Tak że, niestety lub na szczęście,  obraz miasta jest przejaskrawiony aż do zafałszowania.

Reasumując, jeśli ktoś lubi charakterystyczne dla Pratchetta żarty i sploty dziwnych wydarzeń, to się ubawi podczas lektury. Jeśli ktoś oczekuje czegoś więcej, to się wynudzi. Według mnie, powieść jest błaha, schematyczna, akcja nieprawdopodobna, bohaterowie wydumani, razem wziąwszy, szkoda czasu.

Maska

Zbiór opowiadań Stanisława Lema pod tytułem „Maska” przeszedł z upływem lat gruntowną metamorfozę. Mianowicie:

 „Maska” wydana w 1977 r. przez Wydawnictwo Literackie, zawiera następujące teksty:
Maska
Profesor A. Dońnda Ze wspomnień Ijona Tichego
Edukacja Cyfrania
Wierny robot widowisko TV
Wyprawa profesora Tarantogi widowisko TV
Dziwny gość profesora Tarantogi widowisko TV

„Maska”. wydana w 2010 r. przez wydawnictwo Agora, zawiera trzynaście opowiadań,  za wyjątkiem tytułowego całkiem innych niż w starszym wydaniu. Najlepszym z nich, według mnie, jest tytułowa
Maska. Historię opowiada maszyna katowska, stworzona aby doścignąć, osaczyć i zabić skazańca, który naraził się królowi.  Maszyna obdarzona jest inteligencją, samoświadomością, uczuciami identycznymi jak ludzkie, z tą jedynie różnicą, że musi zabić gdyż tak jest zaprogramowana. Tu właśnie pojawia się konflikt bo jako świadoma istota chce być wolna,  a program ją ogranicza. Maszyna jest płci żeńskiej, początkowo ucharakteryzowana na piękną dziewczynę. Zgroza, prawda? Podrywasz dziewczynę, a z niej wyłania się stalowy potwór i wbija ci żądło. Ten obraz może być alegorią niejednego związku. Szczęściem stan na dziś jest taki, że sztuczna inteligencja – w angielskim skrócie AI – to ściema. Sterowanie procesami technologicznymi w fabrykach, rozpoznawanie twarzy, głosu i pisma, systemy eksperckie – wszystko to nie ma z prawdziwą inteligencją nic wspólnego, wszystko to jest zaliczane do AI na siłę, żeby zapełnić pustkę.  Oglądałem kiedyś w TV eksperta od AI. Pokazywał japońskie sztuczne pingwiny, którym dzieci ubierały kubraczki.  Specjaliści od AI ogłaszają terminy gdy coś takiego powstanie, a gdy termin mija i nic, ogłaszają następny termin. Mam nie tylko nadzieję, lecz nawet przekonanie, że nie dopną swego. Nie chcę AI z wielu powodów. Ale w utworach Lema występuje ona masowo. Sporą część tekstu Maski zajmują dociekania machiny czym lub kim jest oraz czy jest dostatecznie wolna, aby sprzeciwić się swemu przeznaczeniu i nie zabić ściganego człowieka. Te rozmyślania wciągają – byłem ciekawy, jak się to skończy. Zabije, nie zabije? Ale tego nie zdradzę.
Szczur w labiryncie. Dwaj koledzy na wycieczce wpadają w labirynt, dziwne miejsce gdzie zdrowy rozsądek zawodzi, a wszelkie próby ustalenia co właściwie jest grane, spełzają na niczym.
Inwazja. Coś spada na Ziemię i to w dużych ilościach. Gruszkowate, dziwne obiekty leżą sobie i kompletnie nic nie robią prócz tego, że denerwują ludzi. Ignorują nawet ciosy zadane bronią atomową. Podobnie jak w poprzednim opowiadaniu, nie wiadomo, co jest grane.
Przyjaciel. Super inteligentny komputer chce zostać panem Wszechświata. Ale jego niedoczekanie. Szatański plan zawodzi. Omawiałem już dość szczegółowo to opowiadanie, gdyż jest pomieszczone również w innym zbiorze. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema jest tak, że grupuje się je raz tak, raz siak, coś doda, coś ujmie, da nowy tytuł i już mamy nową pozycję.
Inwazja z Aldebarana. Śmieszna historyjka o tym, jak pijany Franciszek Jołas rozgromił najeźdźców z Aldebarana, używając wyrwanego z ziemi drogowskazu. Rano wszelkie ślady po kosmitach rozszabrowali mieszkańcy pobliskich Mycisk. Bardzo mi się to opowiadanko podobało i nadal podoba. W liceum troszkę, odrobinkę go splagiatowałem,  gdy pani od polskiego zadała na klasówce temat „Co widział księżyc pewnej majowej nocy”.
Ciemność i pleśń. Jeszcze jedna wersja końca świata. Omawiałem już dość szczegółowo to opowiadanie, gdyż jest pomieszczone również w innym zbiorze – w Ciemności i pleśni, wydanym przez Wydawnictwo Literackie w 1988 roku. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema wydawnictwa postępują w ten sposób, że grupują utwory raz tak, raz siak, coś dodają, coś ujmą, wymyślą nowy tytuł i już serwują nam kolejną pozycję mistrza.
Młot. Astronauta bierze udział w eksperymentalnym locie. Innych ludzi nie ma na pokładzie rakiety.  Za towarzysza ma  uduchowiony komputer,  z którym prowadzi rozmowy aż nazbyt ciekawe. Albowiem maszynie tak się one spodobały, tak ją zaciekawiły, że zmieniła kurs z powrotnego na prowadzący w głąb kosmosu, by móc bez końca dyskutować. Gdy astronauta zorientował się co jest grane, rozprawił się z maszyną przy pomocy młotka.
Formuła Lymphatera. Lympater prowadzący badania nad sztuczną inteligencją, wpada na koncepcję umysłu czerpiącego wszelkie wiadomości bezpośrednio od cząstek elementarnych które przenoszą informację, więc trzeba ją tylko umiejętnie wyłuskać, żeby pozyskiwać wszelką mądrość oraz wiedzę. Lympater  realizuje swój pomysł lecz skutek wcale go nie cieszy. Koncept z uzyskiwaniem informacji, wykorzystany w opowiadaniu, jest podobny do sposobu, w jaki Trurl z Klapaucjuszem pokonali zbója Gębona w Cyberiadzie.
Pamiętnik. Monolog przemądrzałej nad istoty. W swych rozważaniach istota owa ujawnia motywy, dla których tworzy światy. Mianowicie, będąc doskonałością (w każdym razie ona tak uważa), pragnąć może tylko niedoskonałości oraz niewiedzy, dlatego tworzy spartaczone światy o których chce wiedzieć mniej niż by mogła.  Świetne opowiadanie, podszyte ironią.
Prawda. Naukowcy podczas analizy mikroskopowych obrazów plazmy, odkrywają kształtujące się w niej zaczątki życia  zbudowanego nie z białka, tylko właśnie z plazmy. Badania kończą się katastrofą. Według mnie, dość sztampowe i raczej nudne.
Sto trzydzieści siedem sekund. Kolejne opowiadanie które już omawiałem, gdyż jest pomieszczone w zbiorze Ciemność i pleśń. W ogóle, z opowiadaniami nie tylko Lema lecz również innych poczytnych pisarzy jest tak, że grupuje się utwory raz tak, raz siak, coś doda, coś ujmie, zmieni tytuł i już mamy nową pozycję.
Zagadka. Dysputa dwóch robotów – zakonników o tym, czy możliwe jest inteligentne życie oparte na białku, czy też głoszenie takiej teorii oznacza herezję. Przedziwny koncept robotów – zakonników już był wykorzystany przez Lema w opowiadaniu pod tytułem Podróż dwudziesta pierwsza, zamieszczonym w Dziennikach gwiazdowych.
Materac. W przyszłości, gdy techniki wirtualnej rzeczywistości osiągają doskonałość, może pojawić się wątpliwość, czy jesteśmy w wirtualnej, czy w prawdziwej rzeczywistości.  Bohater ma właśnie taką wątpliwość, gdyż nie zgadza mu się kolor materaca na wystawie. Jak sprawdzić, gdzie jest? Okazuje się – nie ma sposobu. Koszmar, prawda?

Opowiadania zebrane w tomie „Maska” są bardzo zróżnicowane. Nierówne, rzekłbym. Jedne słabe „Przyjaciel”, „Prawda”, „Ciemność i pleśń”, inne takie sobie, jeszcze inne świetne – „Maska”, „Pamiętnik”, „Inwazja z Aldebarana”. Oczywiście jest to moja subiektywna ocena. Jeśli ktoś ma inny gust, to co innego mu się nie spodoba. Ale coś powinno mu się spodobać.

Świat króla Artura Maladie

Przeczytałem wszystkie tomy opowieści o wiedźminie Geralcie. Wprawdzie nie przeczytałem od deski do deski, ale zapoznałem się z trylogią husycką. Widziałem na półce biblioteki lub księgarni, przekartkowałem,  znam z recenzji wiele innych dzieł Andrzeja Sapkowskiego. Znam poważnych facetów w wieku średnim grających w Wiedźmin 3: Dziki Gon, znam osoby które oglądały film i serial o wiedźminie  (choć ani jednej, której by się film podobał). Ale jakoś aż do teraz, umknęło mojej uwadze podwójne dziełko Świat króla Artura. Maladie. Książka została wydana dawno, dawno temu – w roku 2001. Ale dla mnie jest nowa – nigdy wcześniej jej nie czytałem. Rzuciłem się na tę pozycję niby tygrys na dziką świnię, albowiem temat mnie interesuje. Z tytułu można sądzić, że pierwsza część, o micie arturiańskim, zawiera panoramę świata w którym działał uwznioślony legendą, ale istniejący w realu Artur. Druga część to opowiadanie o miłości drugoplanowych postaci romansu Tristan i Izolda. Opowieść o Tristanie i Izoldzie od dawna mnie – to wyświechtane i pretensjonalne słówko lecz pasuje więc go użyję – fascynuje. Można przeczytać na tym blogu fragment mojej powieści Wiek żelaza. Jest tam Izolda, lubczyk i zakazana miłość. Tak nawiasem mówiąc, o nieudanej i kosztownej próbie wydania tej powieści napiszę za kilka dni. Natomiast mit o królu Arturze wydaje mi się wyeksploatowany, bo co i rusz w TV leci film w którym jakiś młodzian wyciąga miecz ze skały. Sztuczny mit, bo rycerze okrągłego stołu brylują w błyszczących płytowych zbrojach, a wieże zamków sięgają nieba. Tymczasem wiadomo, że w czasach gdy żył realny Artur, takich zbroi i zamków nie było. Ale właśnie świat w którym żył i działał realny król Artur, bardzo mnie interesuje. Jest to epoka schyłkowa, przejściowa, osnuta baśniami, kiedy o niej myślę, wydaje mi się dawniejsza niż wojna peloponeska, o której mamy dokładniejsze informacje. Lubię takie mroczne epizody, gdy główny nurt historii skręcał gdzie indziej, a dawna  potęga upadała i nikt tego porządnie nie opisał, bo niewielu to obchodziło. Co się działo w Babilonie od śmierci Aleksandra Macedońskiego do całkowitego  opuszczenia miasta? Co się działo w średniowiecznych Atenach? Co się działo w Rzymie, w tych stuleciach, gdy jego ludność malała od miliona do dziesięciu tysięcy? Co się działo w Brytanii gdy po opuszczeniu jej przez legiony w całkowity niebyt odchodzili Rzymianie a i z Celtów niewiele zostało? Historycy twierdzą, że właśnie w tej schyłkowej epoce działał król Artur. A właśnie, dlaczego imperium opuściło wyspę? Każdy rząd chce mieć jak najwięcej prowincji, ponieważ pieniądze płyną z nich do centrali. Wygląda na to, że z Brytanią było odwrotnie, jej obrona i administracja kosztowała więcej, niż wynosił przychód z wyspy. Ciekawe dlaczego, co się tam działo? Niestety, w książce jest bardzo skąpy opis świata w którym żył i działał Artur, czyli Brytanii w VI wieku. Najwięcej miejsca autor poświęcił dziejom chrystianizacji Brytanii i Irlandii. Opisuje działalność misjonarzy, zwłaszcza świętych Patryka i Kolombana. Z ich działalności wysnuwa przypuszczenie, że Artur mógł być chrześcijaninem. Ale według mnie to nie tak, Artur musiał być chrześcijaninem. Święty Patryk na wiek przed Arturem nawracał Irlandczyków, Kolomban nawracał Szkotów. Reszty Brytanii nie trzeba było nawracać, była nawrócona jak całe Imperium, pod którego władzą pozostawała do początków IV wieku. Nie słychać, by po wycofaniu legionów doszło do rzezi chrześcijańskich duchownych i burzenia kościołów. Przeciwnie, Gildas Mędrzec pisze o pogańskich kultach jako o czymś dawno minionym.  Może, jak twierdzi autor, druidzi kryli się jeszcze w niedostępnych zakamarkach. Cóż z tego, skoro główny nurt to chrześcijaństwo. Brytania delegowała emisariuszy na kontynent na synody, miała swych biskupów, przeorów i świętych. Artur na pewno był chrześcijaninem. Autorowi to nie odpowiada, ponieważ wywodzi mit Artura z pogańskiej mitologii celtyckiej. Wykazuje się przy tym podziwu godną wiedzą, niesłychaną  erudycją. Myślę, że przeciętny Celt mniej wiedział o swojej mitologii od pana Andrzeja Sapkowskiego. Tak więc, książka skupia się na rozwoju mitu od celtyckich początków do jego pełnego ukształtowania w średniowieczu. Przedstawia, jak mit służył kolejnym celom politycznym. Takie cele stawiała sobie również wersja kościelna, opracowana przez zakonników. Służyła ona do ustanowienia wzorca idealnego, chrześcijańskiego rycerza. Autor podkreśla, że takiego idealnego rycerza nie było. Pojęcie „cnoty rycerskie” wzięło się nie z rzeczywistości, lecz z kościelnej wersji mitu arturiańskiego. Jeśli pojawili się  idealni rycerze, to dlatego, ze naśladowali opracowaną przez Kościół legendę. Ja się z tym zgadzam, nie rozumiem jednak, dlaczego autorowi taka dydaktyka jakby się nie podobała, dlaczego autor obdarza kościelnych redaktorów mianem „zgorzkniałych cysterskich skrybów” i wyraźnie ich nie lubi. Lubi natomiast pogańskich Celtów. Sympatia autora jest po stronie pogan a przy okazji i heretyckich katarów, vel albigensów. Antypatią obdarza Kościół. Jego sprawa, ale gdy twierdzi, że legat papieski rozkazał po zdobyciu katarskiej twierdzy „zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich” to coś mi tu nie pasuje, bo to samo podaje się przy opisie zdobycia Jerozolimy przez krzyżowców. Albigensi uważali, że Szatan stworzył świat materialny więc należy go zniszczyć, aby uwolnić uwięziony w materii boski pierwiastek duchowy, a największe zło to przyjście na świat dziecka. A gdyby ta doktryna opanowała na wieki całą Francję? Francja to mocarstwo atomowe. Ciekaw jestem, jak wyglądałby świat, gdyby prezydent mocarstwa atomowego uważał, że ten świat należy zniszczyć? Fanem starych celtyckich wierzeń też nie jestem. Mam wrażenie, że autor idealizuje je, podobnie jak cały celtycki świat. Podobno władzę u Celtów sprawował zawsze najgodniejszy. Może, ale z reguły najgodniejszy był syn zmarłego króla – u Celtów istniały dynastie.  Składanie ofiar z ludzi przez palenie żywcem w wiklinowych koszach nie podoba mi się. Spółkowanie młodego króla z białą kobyłą uważam za godne nagany dręczenie zwierząt. Doszukiwanie się zaś wszędzie Wielkiej, Potrójnej, Białej Bogini uważam za przesadę. Podobno celtycka wersja imienia Ginewra oznacza białą zjawę a Ginewr było aż trzy, więc nawiązanie jest oczywiste… Biedny Artur, mnie aż ciarki przechodzą gdy wyobrażam sobie, że zostaję sam na sam w ciemnej sypialni z Białą Zjawą. Pomimo wymienionych ciekawostek omówienie mitologii celtyckiej które zajmuje sporo miejsca, jest, moim zdaniem, śmiertelnie nudne.

Reasumując:
Czego innego się spodziewałem, co innego dostałem. Ale to oczywiście nie jest wina autora lecz moja, przecież mogłem przeczytać omówienia, zanim wziąłem się za studiowanie księgi.
Z ideologią dzieła promującego – mam takie silne wrażenie – kulty inne niż chrześcijaństwo, się nie zgadzam.
Całość tekstu uważam za erudycyjną, zręcznie napisaną, lecz śmiertelnie nudną.

Drugą część, Maladie, omówię przy następnej okazji.

Mock Pojedynek

Akcja powieści kryminalnej Marka Kajewskiego „Mock Pojedynek” zaczyna się w 1916 roku w Kurlandii, na froncie niemiecko – rosyjskim. Następnie cofa się w czasie i przeskakuje do  Breslau, w lata od 1905 do 1906. Późniejszy as wrocławskiej policji Eberhard Mock, studiuje wtedy filologię klasyczną na wydziale filozoficznym uniwersytetu. Klepie biedę,  gdyż jest synem ubogiego szewca z Wałbrzycha. Na domiar złego bojkotuje go większość studentów z powodu jego nonkonformizmu – Eberhard nie chce należeć do żadnego bractwa, a pojedynki uważa za wielkie zło. Uczy się, udziela korepetycji, pije tanie piwo, kombinuje co zjeść na śniadanie, od czasu do czasu spotyka się z panienkami lekkich obyczajów. I to niemal wszystko, co zawarte jest w powieści. Wprawdzie pada kilka trupów, ale dzieje się to niemal na naszych oczach. Zabójca nie jest dla nas zagadką, dla Eberharda Mocka też nie. Pozostaje tylko kwestia jak samemu wymierzyć sprawiedliwość, skoro powołane do tego instytucje wcale się nie kwapią.  Mock stopniowo, nie wiedząc o tym, wkracza na  drogę przemocy, z której nie ma powrotu. Dlatego, zamiast łagodnym profesorem gimnazjalnym, zostaje brutalnym policjantem. Jest też, ale raczej poboczny, wątek romansowy. Książka w zasadzie nie jest kryminałem gdyż nie traktuje o dochodzeniu do prawdy, o śledztwie, o odkrywaniu tajemnic, o wywlekaniu na światło dzienne tajemniczego zbrodniarza. To  raczej powieść obyczajowa. Bardzo ważnym jej elementem i w zasadzie największą wartością, jest obraz Wrocławia z początku XX wieku. Przedstawione w bardzo plastyczny sposób miasto Breslau jest tak różne od naszego współczesnego Wrocławia, że sprawia na mnie wrażenie, jakby to było miasto z równoległego świata. I to, według mnie, jest najwspanialszy walor tej bardzo ciekawej powieści, która kryminałem jest głównie z tej racji, że należy do kryminalnej serii.

Acha, i jeszcze ciekawa informacja którą znalazłem w książce. Na pewno prawdziwa, gdyż znać, że Krajewski starannie i rzetelnie zrekonstruował świat o którym pisze. Mianowicie, spośród wszystkich funkcjonariuszy państwa, największy prestiż i najwyższe zarobki mieli profesorowie uniwersyteccy. Nie jacyś dostojnicy na cesarskim dworze, nie ministrowie, generałowie, dyrektorzy poczty czy policji, sędziowie, prokuratorzy, lecz właśnie profesorowie. To tłumaczy potęgę niemieckiej nauki w dziewiętnastym i dwudziestym wieku, która była jedną z przyczyn dobrobytu tego narodu.

Niezwyciężony

„Niezwyciężony”, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem prze skrajny kwadrant gwiazdozbioru.

Oj, ojej! Jak ja to kocham! Tak właśnie powinna zaczynać się wspaniała, soczysta, fascynująca, niechby nawet troszkę, tak odrobinę kiczowata, space opera! Żeby tylko tak do końca, żeby się nie sp*********, żeby nie zaczęły się fiolo… przepraszam, fizolo…, och przepraszam, filozofowania ciężkie, mętne i szarobure, jak nieudany sos grzybowy. Na szczęście nie zaczęły się, na szczęście pozostało tak fajnie aż do końca.
Powieść „Niezwyciężony” Stanisława Lema to klasyczna space opera. Opowiada o wyprawie kosmolotu „Niezwyciężony” na nieprzebadaną planetę Regis, w celu ustalenia losu zaginionego krążownika „Kondor”. Na miejscu załoga „Niezwyciężonego” znajduje bliźniaczą jednostkę opuszczoną, z niesamowitym bałaganem na pokładzie i co najgorsze, z załogą która zginęła w niewyjaśniony sposób. „Kondor” otoczony jest porozrzucanymi chaotycznie elementami wyposażenia i poznaczony drobnymi śladami zadrapań, choć jego super odpornej powłoki podobno zadrapać nic nie jest w stanie. Wszystko to opisane jest solidnie – to najwłaściwsze według mnie określenie – poważnie i precyzyjnie, bez siania grozy na siłę, a mimo to aż dreszcze człowieka biorą przy czytaniu. Bohaterowie zdobywają i analizują informacje, dyskutują, wreszcie walczą. Opisy ekspedycji chronionych kordonem automatów bojowych, opis tytanicznego starcia Cyklopa z czarną chmurą, odparcie ataku na krążownik,  wszystkim tym można się wprost delektować.
Jest to wojna ludzi z powstałą wskutek samoistnej ewolucji maszyn populacją miniaturowych automatów, potrafiących organizować się w gigantyczne formacje czarnych chmur. W zamierzchłych czasach właściciele maszyn odwiedzili planetę i prawdopodobnie zginęli. Lecz osierocone maszyny miały zakodowane dążenie do przetrwania. W toku wymuszonych warunkami przemian mechanizmy przekształciły się tak, że zostały panami planety i częścią sił jej przyrody. Gdy ludzie zrozumieli to wszystko, podjęli decyzję by powrócić  do bazy, gdyż jako istoty myślące  potrafili uszanować  obcość, powściągnąć chęć zemsty za poległych i przerwać krąg zniszczenia. Bardzo to szlachetne. Ale dziwna myśl przyszła mi do głowy. A co by było, gdyby na planecie Regis badacze odkryli złoża bezcennych – a niechby nawet tylko dość cennych – surowców? Obawiam się, że…
Szczęśliwym dla automatów trafem, nie odkryto nic takiego. Wskutek tego „Niezwyciężony” pozostał niezwyciężony nie tylko w sensie militarnym, lecz również moralnym, gdyż  jego załoga reprezentująca na Regis ludzkość, potrafiła wznieść się ponad niskie instynkty walki, agresji i zemsty i nie podniosła ręki na obce, niepojęte istnienie.

Eden

Kosmolot z sześcioma astronautami na pokładzie  ląduje awaryjnie, a właściwie  niemal spada, na planetę Eden. Ludzie dotąd tu nie bywali. Po katastrofie akcja przebiega dwutorowo. Jeden wątek to naprawa ciężko uszkodzonej rakiety, co załodze idzie sprawnie. Drugi wątek to próby poznania tutejszej cywilizacji, co idzie znacznie gorzej. Wszystko to opisane jest sugestywnie, rozwiązywanie zagadek nieznanej cywilizacji wciąga czytelnika. Chociaż, jeśli o mnie chodzi, opuściłem kilka dość rozwlekłych opisów krajobrazów. Obserwacje czynione przez astronautów zdają się wskazywać, że wylądowali w czymś, co czytelnikowi przypomina Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, w okresie wzmożonych czystek. Lecz astronautom nie przypomina, widocznie w ich czasach historię już całkiem usunięto ze szkół. To mój żarcik taki – wiadomo, „Eden” powstał w 1958 roku, wszelkie jawne wzmianki były wykluczone, zresztą, cała akcja to aluzja. Załogę dręczy niepewność jak interpretować dostrzeżone fakty, rozmaite wątpliwości sprawiają, że opinie zmieniają się z dnia na dzień. Rakietę odwiedza miejscowy uczony, który wyjaśnia niektóre sprawy. Inne jednak pozostają zakryte. Wreszcie astronauci uzgadniają stanowiska – wprawdzie cywilizacja wygląda dość paskudnie, ale to antropocentryczny punkt widzenia. Tubylcy tak właśnie wszystko urządzili – może tubylcom się podoba jak ich trują gazem. Zresztą nic się nie da zrobić bez przemocy. Ludzie nie mają prawa oceniać, więc – odlatują. Wietrzę tu zalążki poprawności politycznej, według której cywilizacje są równe, a biały europejczyk nie ma prawa oceniać. Aztekowie mordowali dziesiątki tysięcy ludzi wyrywając im serca, ale, zdaniem naszych uczonych, ludzie to lubili. Aztekowie zjadali uda pomordowanych  – no cóż, taka cywilizacja. Fakt, że siedemdziesiąt tysięcy Indian dowodzonych przez tysiąc Hiszpanów zdobywało stolicę Azteków, nasi historycy ignorują. Najpierw Portugalczycy w zdobytym przez siebie Goa, później Brytyjczycy w całych Indiach, zakazali sati. Cóż za buta białych kolonizatorów! Wprawdzie palenie żywcem wdów na stosach pogrzebowych mężów może budzić pewien sprzeciw, ale należało się przełamać i zaakceptować. Astronauci się przełamali i zaakceptowali. Nie ma wzmianki, by zamierzali przedstawić swe obserwacje jakimś gremiom, które może coś by wymyśliły, jakąś delikatniutką, subtelną interwencję?

Bohaterowie nie mają imion i nazwisk. Określani są nazwami swych zawodów, jedynie Inżynier ma imię. Wygłaszają kwestie adekwatne do swych funkcji. Żadnych wspomnień, żadnych rozmów o bliskich. Zero tęsknoty, niewiele strachu, ani wzmianki o religii. Nie wiemy skąd i dokąd podróżują oraz w jakim celu. Może nie jest to niezbędne dla rozwoju akcji, ale bohaterowie zyskaliby na wyrazistości.

Jak twierdzi w posłowiu pan Jerzy Jarzębski, „Eden” wyznacza początek dojrzałej twórczości Lema. Ja bym polemizował. Uważam, że wcześniejsze „Dzienniki gwiazdowe” są znacznie dojrzalsze, inteligentniejsze, po prostu lepsze.