Nowości

22.06.2020
Jak już pisałem, pod koniec lutego ukazał się drukiem pierwszy tom „Wieku żelaza”.

Pierwotnie miał mieć podtytuł „Żegnaj kochanie”.  Lecz ostatecznie zrezygnowałem z podtytułów dla poszczególnych tomów.  Dlatego na blogu kategorię „fragmenty Żegnaj kochanie” zastąpiłem kategorią „Fragment powieści Wiek żelaza, tom 1”. Zawiera ona początek pierwszego tomu, w takiej formie, w jakiej ukazał się drukiem. Jest to wersja wzbogacona w stosunku do „Żegnaj kochanie”.   Oprócz tekstu, dodałem bardzo udane – nie tylko moim zdaniem –  , ilustracje.

Jeśli się spodoba, zachęcam do kupna. Cena bardzo umiarkowana – 19 zł, plus cena przesyłki 5,90 zł.  Zamówienia na adres

warchalst@gmail.com

29.05.2020
Znowu długo nic na blogu nie pisałem, ponieważ zajęty byłem sprawami dotyczącymi wydania powieści „Guzik polski”, która wkrótce zostanie wydrukowana. Zajmowała mnie rownież dystrybucja „Wieku żelaza” – koronawirus nieco ją przystopował, zostało mi jeszcze trochę egzemplarzy. Zachęcam do kupna, koszt 19,00 zł, plus 5,90 zł koszt wysyłki. Zamówienia:

warchalst@gmail.com

Na blogu zamieściłem dzisiaj recenzję powieści „Powrót z gwiazd”. Autorem jej jest oczywiście Stanisław Lem

01.03.2020
No nareszcie!
To, o czym piszę na blogu, nudzę, ględzę oraz rozpawiam, czyli wydanie książki, stało się faktem.  Powieść „Wiek żelaza” ukazała się na rynku wydawniczym, a że zewsząd nie słychać głosów podziwu, to chyba dlatego, że wszystkim z zachwytu mowę odjęło. No chyba dlatego, innej przyczyny sobie nie wyobrażam, nic innego wprost w głowie mi się nie mieści.
Ale do rzeczy.
„Wiek żelaza” jest krewnym „Zadnij kochanie”, którego początkowe fragmenty znajdują się na blogu. Początki „Wieku żelaza” i „Zadnij kochanie” mniej więcej się pokrywają z tym, że „Wiek żelaza” jest wygładzony stylistycznie.
Jego niemałym atutem jest piękna grafika – okładka i ilustracje – wykonana przez mojego syna Jakuba. Jeśli ktoś uznał, że „Zgadnij kochanie” byłoby warte przeczytania, to, zapewniam, „Wiek żelaza” jest godny przeczytania jeszcze bardziej. A nawet zakupienia za bardzo umiarkowaną cenę 19,00 zł. plus koszt przesyłki, z tym, że na terenie Krakowa i Gdowa jest możliwa darmowa dostawa po uzgodnieniu terminu. Zamówienia kupna oraz wszelkie uwagi  – pochwalne oczywiście, krytycznych nie przewiduje się – mogą być mailem na adres warchalst@gmail.com albo przez Facebooka po wpisaniu Fan Fantastyki.

1902.2020
A zatem, składka ZUS przy działalności nierejestrowanej.
Otórz przy działalności nierejestrowanej, składek ZUS zarówno społecznej jak i zdrowotnej, osoba prowadząca tę działalność nie płaci. Ale mimo to, w wielu przypadkach składki ZUS mają być opłacone. Dotyczy to umowy o świadczenie usług i umowy zlecenia, nawet tych zawartych ustnie. Mianowicie, jeśli ktoś świadczy komuś uslugi, to wprawdzie składki nie  płaci osoba świadcząca, ale płaci ją  ta drugua osoba. Np. nauczyciel udziela korepetycji Głupiemu Jasiowi. Nauczyciel nie płaci składki ZUS. Ma ją zapłacić za nauczyciela Głupi Jasio. Fajne, no nie? Na szczęście, my nie będziemy udzielać korepetycji, naprawiać kranów itp. My będziemy produkować oraz sprzedawać bestselery, więc, hip hip hura!, nas ZUS nie dotyczy.

18.02.2020
Witam!
Wszystko co wiem o działalności nierejestrowanej, zwłaszcza pod kątem działalności wydawniczej.
1. Miesięczny limit przychodu (nie zysku, lecz przychodu) w tym roku to 1300 zł. Jeśli w którymś miesiącu trafi się więcej, to trzeba firmę zarejestrować. No ale, przy działalności mini – wydawniczej, to raczej ciężko przekroczyć tę kwotę. Jeśli odniesiemy taki sukces, że przekroczymy, to śpiewając hymny na cześć zwycięstwa,  rejestrujemy się.
2. ZUS, ubezpieczenia – zasadniczo nie płacimy składek. Są tu pewne niuanse, ale dla nas mało istotne, więc o tym jutro.
3. Podatki. Nie ma miesięcznych zaliczek do US. Na koniec roku rozliczamy się w PIT36 w części „inne źródła” w której od dochodów odejmuje się koszty.
4. Dokumentacja. Obowiązkowa jest jedynie uproszczona ewidencja sprzedaży, która zawiera: liczbę porządkową, datę sprzedaży, wartość sprzedaży, wartość sprzedaży narastająco, nr dokumentu sprzedaży jeśli był wystawiony. Dla własnego dobra powinniśmy  mieć dokumenty potwierdzające koszty, aby je rozliczyć na koniec roku w PIT 36.
6. Faktury. Możemy wystawiać, ale, oczywiście, bez VAT.
7. Nazwa. W dokumentach (faktury itp.) występujemy jako osoba fizyczna, ale w celach marketingowych możemy mieć nazwę – np. KMKW (Krajowy Mega Koncern Wydawniczy). Możemy również taki imprint umieszczać na swoich publikacjach.
8. Kasy fiskalne. Niekonieczne, jeżeli obrót w roku poprzednim był ponizej 20.000 zł. Czym się różni obrót od przychodu? W naszym wypadku – niczym.
9. Numer ISBN, egzemplarze obowiązkowe. Pulę numerów ISBN łatwo i co ważne bezpłatnie otrymamy z Biblioteki Narodowej przez internet. Procedura jest na stronie BN wyłożona wręcz łopatologicznie. Nie wszystko załatwimy wypełniając rubryczki w intrnecie. Trzeba bowiem wniosek pobrać, wydrukować, wypełnić, podpisać, zeskanować i  wysłać skan do BN. Ja całą procedurę przeszedłem z łatwością. Przy nakładzie do 100 egz. musimy jeden ezemplarz obowiązkowy wysłać do Biblioteki Narodowej i jeden do Biblioteki UJ. Przy wyższym nakładzie na stronie BN jest wykaz, gdzie wysyłamy. Do BN możemy wysłać egzemplarz elektronicznie, więc nie tracimy drukowanego. Jak to   jest z Biblioteką UJ, jeszcze nie wyczaiłem.
10. Dystrybucja – to jest ból. Jeśli ktoś ma pomysł to niech napisze do mnie i się podzieli pomysłem. Coś tam oczywiście wymyśliłem, ale mało, niestety. Co wiem, to opowiem, ale też jutro.

05.02.2020
Dzień dobry! Reaktywacja!
Znowu dłuuuugo nic nie pisałem, ponieważ byłem zajęty różnymi sprawami, w tym:

  1. Prywatnymi
  2. Pisaniem nowej powieści
  3. Walką z wydawnictwem

Walka była ciężka. Zrezygnowałem z założenia własnego mini-wydawnictwa, ponieważ znalazłem w Internecie ofertę pewnego wydawcy, nazwijmy go X, która mi się spodobała. Za stosunkowo niewielkie pieniądze oferowali przygotowanie do druku, druk i dystrybucję. Sprawdziłem w rejestrze – jest firma X. Sprawdziłem w księgarniach internetowych – są książki tego wydawcy. Znajoma osoba nawiązała kontakt  z autorem któremu X wydało książkę – trochę marudził na korektę, ale poza tym OK. No to nawiązałem współpracę, zapłaciłem i – koszmar! Zaczęło mi to pachnieć oszustwem, wszystkie uzgodnione terminy przekroczone, telefonów nie odbierają. Umowa nieważna wskutek przekroczenia terminów, a pieniędzy oddać nie chcą. No ale, pod groźbą różnych przykrych konsekwencji, oddali i to z procentem.  Konsekwencje miały być takie:

Odpowiednie informacje w Internecie. To nie ja, jestem za cienki na mocną kampanię, ale ktoś, kto się zna.

Pozew do sądu.  To ja. Sam go ułożyłem, wysłałem, a następnie, kiedy firma X zaczęła negocjować i zwracać kasę, to go wycofałem. Jednocześnie poprosiłem sąd o zwrot oryginału umowy dołączonej do pozwu. Mógłby jeszcze być potrzebny, gdyby X wywinął jakiś numer, to skierowałbym nowy pozew. Cztery razy pisałem, że chodzi mi o umowę z wydawcą, a w zeszłym tygodniu dostałem pismo z sądu abym określił o jaki dokument mi chodzi, załączył jego kserokopię  albo wpłacił 20 zł na podany nr konta itp., itd. Ilość absurdalnej korespondencji z sądem jest doprawdy imponująca. Nie powiem co o tym myślę, bo jeszcze by się dowiedzieli i skazali mnie za obrazę.

Jakie to wydawnictwo też nie powiem, bo ostatecznie wyszło na to, że oprócz czasu i nerwów nic materialnie nie straciłem. Może więc nie są to oszuści tylko firma okropnie bałaganiarska, niezorganizowana, nieudolna itp. Oni wciąż wydają  – zdaje się, że czasami uda im się wydać książkę, a czasem nie.

Jednym słowem STRZEŻCIE SIĘ WYDAWCY! Sprawdzajcie wszystko, a i tak nie wiadomo, co z tego wyjdzie.

Ja wróciłem do pierwotnego pomysłu, tylko że, skorzystam z możliwości jakie daje działalność nierejestrowana. Jeśli ktoś nie wie, co to takiego a jest ciekawy, niech zajrzy za kilka dni, albowiem wkrótce napiszę wszystko co o tym wiem.

30.05.2019
Długo nic się tu nie działo, nic nie dodałem, ponieważ spiętrzyły mi się i skumulowały rozmaite zajęcia. więc niestety, brakowało mi czasu. A poza tym, mam kłopoty z wydawcą, który wziął pieniądze i się nie wywiązuje  z umowy. Wprost prosi się aby nazwać go … No, jeszcze się powstrzymam, aż do ostatecznego wyjaśnienia sprawy. Ale mam wrażenie, że spotkamy się w sądzie. Wtedy wszystko opiszę, aby ostrzec innych autorów przed oszustem. Puki co, nie będę jeszcze podawał szczegułów,  nazw i nawisk. Mam natomiast zamiar napisać w najbliższym czasie aż dwie recenzje, jedną już kończę i wkleję jutro.

07.03.2019
Po pierwsze i najważniejsze: Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, zadowolenia ze swoich facetów, życzę wszystkim Paniom które tu zaglądają, z okazji nadciągającego nieuchronnie Dnia Kobiet!
Po drugie i znacznie mniej ważne, dodałem recenzję książki nie pasującej do blogu poświęconego fantastyce. Myślałem, że to fantastyka zmylony nazwiskiem autora, a to, okazuje się,  połączenie  romansu z kryminałem. No ale skoro przeczytałem, to napisałem recenzję, bo szkoda mi było tak czytać po próżnicy.

10.02.2019
W dziale Recenzje dodałem recenzję „Maski”” Stanisława Lema.
A tu, w tym miejscu, od razu że tak powiem, napiszę króciutką recenzję serialu według mnie fantastycznego, pod tytułem „Na dobre i na złe”. Świat przedstawiony w serialu jest równoległy do naszego, bardzo podobny, lecz zarazem bardzo inny. Akcja toczy się w szpitalu w mieście Leśna Góra. Personel szpitala jest tak przeżarty aferami miłosnymi, jak w naszym świecie wojska holenderskie które miały bronić Srebrenicy.  Tu jest analogia. Różnica polega na tym, że dla ludności Srebrenicy taka ochrona skończyła się traicznie, natomiast dla mieszkańców Leśnej Góry ochrona zdrowia ordynowana przez szpital, kończy się z reguły dobrze. Ale to jeszcze nic. Największa, fundamentalna różnica pomiędzy światami polega na tym, że tam u nich, w Leśnej Górze, lekarze przejmują się pacjentami! Obejrzałem w TV jeden odcinek tego serialu. Z początku byłem mocno wpieprzony, lecz gdy zrozumiałem, że jest to serial SF przedstawiający świat równoległy, oglądało mi się znacznie lepiej. Reasumując, można oglądać, byle nie czzęściej niż raz na pół roku.

07.02.2019
Wracam z wycieczki w krainę kryminału na łono fantastyki. Wracam do fantastyki, lecz chwilowo nie do Stanisława Lema, a do równie znanego mistrza. Zapraszam do przeczytania recenzji.
A poza tym, mam wrażenie, że za około półtora tygodnia będę miał do opisania ponurą i pouczającą historię o tym, jak zostałem naciągnięty przez oszukańcze wydawnictwo. Lecz na razie jeszcze czekam, aż ta sprawa ostatecznie sie sfinalizuje.

26.01.2019
Każdy potrzebuje odmiany, więc zrobiłem sobie krótką przerwę w omawianiu twórczości Stanisława Lema.  Zmieniłem nie tylko autora, ale nawet gatunek literacki. Zapraszam do przeczytania recenzji kryminału.

19.01.2019
W zeszłym już roku (jak ten czas leci), w dniu 11.12.2018 pochwaliłem się, że zapłaciłem wydawnictwu za wydanie pierwszego tomu „Wieku żelaza”. Owszem, zapłaciłem, i na tym koniec, nic się z książką nie dzieje. Zaczynam podejrzewać, że padłem ofiarą oszustów. Na razie za wcześnie żeby podawać nazwę wydawnictwa i ostrzegać wszystkich. Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy. Jeśli sprawa trafi do sądu, będę miał o czym pisać na blogu przez wiele lat.

A tak poza tym, to dodałem recenzję powieści Stanisława Lema pod tytułem „Niezwyciężony”. Zapraszam do czytania.

11.01.2019
Dodałem recenzję „Edenu”. Fajną, bo krótką lecz treściwą. Zapraszam do czytania.

03.01.2019
Hej, hej! Wszystkiego najlepszego w nowym roku!
Dodałem recenzję „Dzienników gwiazdowych”. Dość długą. Zapraszam do czytania.

14.12.2018
Święta tuż tuż, trzeba trzepać dywany i patroszyć karpie, mimo to, działając z żelazną konsekwencją,  wygospodarowałem  czas by przeczytać „Prowokację” Stanisława Lema i spisać swoje wrażenia. Teraz ja zapraszam do wygospodarowania czasu i przeczytania mojej recenzji.

11.12.2018
Stało się, zapłaciłem wydawnictwu, teraz nic mi nie pozostało, jak tylko czekać. Wydawnictwo – sprawdziłem – to i owo już wydało, mam umowę podpisaną, więc coś z tego będzie, nie watpię. Ale co konkretnie, jak to będzie z marketingiem, reklamą i w efekcie ze sprzedażą? Powinienem wkrótce sie przekonać, niestety, przed świętami to raczej niemożliwe.
Poza tym, wklejam recenzję kolejnego dzieła Stanisława Lema.

05.12.2018
Dodałem recenzję Cyberiady. Jeśli kto ciekawy co mam do powiedzenia o tym dziele Stanisława Lema, to zapraszam do czytania.

24.11.2018
Dodałem – nie żeby recenzję, gdzież bym śmiał recenzować Lema – dodałem moją skromną opinię na temat zbioru opowiadań Ciemność i pleśń. Zaczynam od najcieńszych dzieł Mistrza, ale mam zamiar nie odpuścić, przeczytać (ponownie, kiedyś już czytałem) wszystkie i podzielić się wrażeniami.

16.11.2018
Wydać książkę w „normalnym” wydawnictwie jeśli się nie jest znanym autorem, po prostu nie sposób. Jeśli się jest znanym to nie wiem, ale też może nie być lekko,  bo wydają głównie tłumaczenia z angielskiego. Z tego powodu próbowałem zalożyć małe wydawnictwo i wydać moją książkę sam. Pisałem o tym na blogu dość szeroko. Omówiłem sprawy podatkowe i może się to komuś przyda. Niestety, jest tyle spraw związanych z prowadzeniem wydawnictwa,  że jeden człowiek się z tym wszystkim nie upora jeśli nie ma doświadczenia i kontaktów  w tej branży. Dlatego spróbowałem trzeciej drogi – skorzystac z  wydawnictwa, za którego usługi płaci autor. Z tym też nie ma klekko, przeważnie chcą takich pieniędzy, że nie jestem gotowy ryzykować takiej kasy. Przy okazji przypomniał mi się dowcip:

-Wydałem książkę – mówi pisarz do pisarza.
-Dużo sprzedałeś? – pyta ten drugi.
-Niedużo – odpowiada pierwszy. – Tylko wersalkę, samochód…

No ale, znalazłem wreszcie wydawcę którego oferta na tle innych wydaje się do przyjęcia. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

15.11.2018
No i znowu nic tu nie pisałem z najrozmaitszych przyczyn, ale to się właśnie zmienia, biorę się do roboty. Dodałem recenzję dziełka nie byle kogo, bo mistrza Stanisława Lema, którego Wielkość urojona liczy wprawdzie nie tak wiele stron, ale jest przebogata w treści. Poza tym, kto wie, może wreszcie, nareszcie, uda mi się coś wydać takim czy innym sposobem? Ale o tym, następnym razem.

07.08.2018
Długo nic tu nie pisałem z najrozmaitszych przyczyn, ale to się zmienia, biorę się do roboty! Na początek:
Dodaję recenzję – jedną, lecz wkrótce mam zamiar dodać ich jeszcze trzy.
Zmieniam fragmenty Zgadnij kochanie co czeka pod skałą.  Jest to spowodowane tym, że całość była za długa jak na jedną książkę i miała dość niezgrabny tytuł. Dlatego podzieliłem ją na dwie częśći: Żegnaj kochanie i Co czeka pod skałą. Całość zaś ma tytuł Wiek żelaza. Bardziej podobałby mi się tytuł Wiek żelazny, ale takie coś już kiedyś napisałem, książeczka jest  nawet w sprzedaży na allegro,  a nawet jest odnotowana w bazie danych portalu Fantasta twoje zasoby fantastyki,  więc musiałem trochę tytuł zmienić. Swoją drogą szacunek dla portalu Fantasta za to, że odnotował taką mało rozpowszechnioną (niestety)  książkę. Skoro podzieliłem treść na pół, to muszę skrócić podany tu tekst żeby nie przekroczył 1/4 całości pierwszej części. Całość opublikuję za kilka miesięcy, więc nie mogę tu za wiele podać.  Ponadto wprowadziłem w tekście pewne poprawki.

29.03.2018
Krótkie opowiadanie z okazji świąt.

Patrycja spokojnie przejechała rondo obok płonącej galerii handlowej, której nikt nie gasił. Lecz zaraz za zjazdem jej furgonetkę zatrzymała gromada militarnie ubranych postaci. Płci ich nie dało się rozpoznać, ponieważ wszyscy mieli kolczyki gdzie popadnie i gdzie się tylko da, po mundurowych kurtkach moro spływały im sznury czerwonych korali, a palce ściskające różne rodzaje broni białej oraz palnej, miały lakierowane paznokcie. Patrycja opuściła szybę okna w drzwiach. Zajrzała przez nie morda słabo ogolona, za to ze starannym makijażem.

-Wyłaź, mała – zażądała morda. – Rewizja.

Dziewczyna wysiadła. Stanęła obok swego samochodu otoczona przez tłumek ni to dziwek, ni to żołnierzy. Patrzyła z niepokojem jak nieogolony typ z makijażem buszuje po kabinie, a chyba – kobiety rewidują skrzynię ładunkową.

-Znalazłem koszyk! – obwieścił tryumfalnie nieogolony. – Co to jest? – spytał groźnie Patrycji.

-Koszyk – odparła Patrycja zgodnie z prawdą. – Taki kosz po prezentach. Wiecie: wino, pomadki, książka, wszystko ładnie zapakowane w koszyku. Dostałam na osiemnastkę, Wino wypiłyśmy, pomadki zjadły, książkę przeczytałam, a kosz się poniewiera. Książka była fajna, taki romans o dwóch dziewczynach które bardzo się kochały ale rodziny nie chciały się zgodzić na ich ślub…

-Zamknij się już  – zażądała basem jedna z dziewuch, brzęcząc wielką ilością metalowej biżuterii. – Nic więcej nie znalazłeś? – spytała nieogolonego. – Żadnych jaj?

-Żadnych – odparł nieogolony.

-To niech jedzie – dziwka klepnęła Patrycję w pupę. – Mała, spadaj zanim zmienię zdanie.

Patrycja czym prędzej odjechała. Przejechała około półtora kilometra wyludnioną ulicą, aż do zapory ustawionej z przenośnych barier. Obsadzający ją ludzie wyglądali normalnie, to znaczy mężczyźni jak mężczyźni, kobiety jak kobiety. Patrycja szybko policzyła – dwanaście osób, wszyscy z bronią. Do drzwi kierowcy podszedł mężczyzna wyglądający poważnie z powodu siwej brody i ciemnej marynarki z jakimś obrazkiem, chyba świętym, wpiętym w klapę. Patrycja opuściła szybę okna.

-Samoobrona chrześcijańska – rzekł mężczyzna, salutując do cywilnego kaszkietu. Zajrzał przez otwarte okno drzwi do kabiny kierowcy. – A ty kto?

-Ja? – Patrycja odpowiedziała pytaniem. – Ja nikt specjalny, to znaczy…

-Dziewka wszeteczna.

-Ależ skądże.

-Lesbijka.

-Nie!

-Satanistka? Tak, widzę w tobie nieskromność i lubieżną pychę.

-Ależ skądże…

-Pomodli się. Ojcze nasz powie.

-Powiem – dziewczyna odprężyła się, wyrecytowała dobrze znaną modlitwę.

Raptem spostrzegła, że facet wyjął broń z kabury ukrytej pod pachą.

-Mówiłem, satanistka – warknął.

-Ależ, dlaczego?

-„I nie wódź nas na pokuszenie”, tak powiedziała? A kto wodzi na pokuszenie? Kogo prosiła? Do kogo się modliła? Nie do Boga przecież bo On nie wodzi na pokuszenie. On może najwyżej pozwolić Złemu żeby Zły wodził na pokuszenie. Do Boga modli się  „I nie daj wodzić nas na pokuszenie”. Ona modli się do tego co wodzi na pokuszenie. Satanistka.

Facet wycelował w Patrycję z rewolweru. Jego ludzie widząc to wstali, ujęli broń, poczęli wychodzić zza bariery.

-Wyłaź – rozkazał facet.

Nacisnęła klamkę. Raptem skurczyła się tak, że zasłoniła ją pancerna płyta drzwi. Z całej siły uderzyła ramieniem w drzwi, nie zwichnęła barku, jedynie z bólu ujrzała świeczki w oczach. Rozległ się króciutki zdziwiony kwik zakończony odgłosem uderzenia. Facet leżał na wznak na bruku, brodatą twarz miał zmasakrowaną, zakrwawioną, widocznie  drzwi złamały mu nos i wybiły zęby. Patrycja zamknęła kabinę. Kucając na podłodze ledwie wystawiła oczy nad deskę rozdzielczą. Prawą ręką chwyciła kierownicę, lewą gwałtownie nacisnęła pedał akceleratora. Parowy silnik od razu osiąga pełny moment obrotowy, nie trzeba zmieniać biegów, więc furgonetka płynnie i ostro przyspieszyła, łatwo roztrąciła bariery. Gdy zaskoczeni ludzie z samoobrony zaczęli strzelać, ona była już daleko. Żeby zejść z linii ognia, skręciła  w przecznicę. Była to przedmiejska uliczka, brudna, zaśmiecona, odrapana i jak najbardziej pasowało do niej określenie plugawa. Na szczęście, nie było w niej żywego ducha więc sforsowała ją gładko. Skręciła w Aleję Żabiarki. Nazwa pochodziła od dziewczyny, która trzysta lat temu w okresie żabich godów przenosiła tu przez drogę zakochane płazy do strumyka, aż pewnego dnia przejechała ją kareta starego, obleśnego barona. Aleję po około pięciuset metrach znów przegrodziła bariera, tym razem ustawiona przez żandarmerię. Dwóch żandarmów w hełmach, z karabinkami szturmowymi zawieszonymi na piersiach, podeszło do samochodu. Jeden zajrzał na pakę.  Drugi sprawdził dowód rejestracyjny samochodu, prawo jazdy i dowód osobisty Patrycji, którym dziewczyna pochwaliła się z dumą.

-Proszę uważać w dalszej drodze – poradził żandarm. – Słyszy to pani?

-Teraz usłyszałam – zdziwiła się Patrycja. – Strzały w śródmieściu?  Na przedmieściach to normalnie przed Wiosennymi Świętami, ale żeby w centrum?

-Uniwersytet i Akademia rozrabiają.

-E tam, to się nie boję – uśmiechnęła się dziewczyna. – Mam znajomych studentów… Mogę już jechać?

-Tak, ale najpierw z okazji Wiosennych Świąt proszę przyjąć życzenia zdrowia i pomyślności od żandarma Lucka. Bo ja mam Lucjan na imię. Proszę, oto moja wizytówka z numerem telefonu. Gdybyś kiedyś nie miała co robić, zadzwoń. Mogę zaprosić dowolną ilość kolegów.

-Dziękuję – rzekła Patrycja. – Do widzenia.

Gdy już nie mógł tego zobaczyć, wyrzuciła wizytówkę przez okno. Budynki stawały się coraz bogatsze i coraz wyższe, aż po obu stronach alei wyrosły szklane ściany drapaczy chmur. Z prawej strony czerwona bryła średniowiecznego barbakanu wdzierała się na trawniki, znacznie zwężając aleję, którą w tym miejscu przegradzała dość wątła, ale co by nie powiedzieć, prawdziwa barykada. Patrycja zatrzymała przed nią samochód. Po chwili z zaułków pomiędzy wieżowcami wyłoniły się dwie gromady młodzieży. Chłopcy byli brodaci, wielu miało kucyki i kolczyki. Dziewczęta wszystkie co do jednej miały włosy ufarbowane na myszaty kolor, ubrane były w kombinezony niekiedy ubrudzone gipsem. Wszyscy nosili okulary co zaświadczało, że są inteligentni i zatroskani o losy świata. W dłoniach trzymali kije bądź kamienie. Jednym słowem, młodzież studencka z Akademii Sztuk Pięknych i z Uniwersytetu Humanistycznego.

Patrycja na ich powitanie rutynowo opuściła szybę.

Pięć dziewcząt i dwa razy tylu chłopców otoczyło samochód. Przywódca tej gromady przypominał młodego chana Mongołów. Ubrany był w skórzaną kurtkę, miał bardzo rzadką i bardzo długą brodę, trzy żelazne pierścienie w lewym uchu, jego jakby specjalnie przetłuszczone włosy ściągnięte były na czubku głowy w koński ogon, w prawicy trzymał zardzewiały kindżał.

-Gdzie? – spytał lakonicznie.

-No, tam – Patrycja wskazała przed siebie.

-Po co?

-Do mamy.

-Nie wolno.

-Dlaczego?

-Tam walki się toczą.

-O co?

-O wszystko.

-Można by ociupinę bardziej konkretnie?

Młody chan zafrasował się, zmarszczył i wyglądało na to, że zamierza pogrozić dziewczynie kindżałem. Ale jeden z jego towarzyszy z wyglądu tak słodki jak anioł, rzekł:

-No, o wolność seksualną dla wszystkich nam chodzi, albowiem jest to jedna z najbardziej podstawowych wolności, a nie wszyscy jej doznają. Dlatego żądamy między innymi zalegalizowania zoofilów i nekrofilów.

-Ale oni już są legalni – odezwała się subtelna szatynka.

Na delikatnych barkach dźwigała dwie metalowe butle z wężem, które to ustrojstwo Patrycja uznała za miotacz ognia.

-Cholera, więc już wszystko wszystkim wolno? – zmartwił się anioł.

-Na to wygląda – odparła szatynka z miotaczem.

-W takim razie – rzekł chan z namysłem – w takim razie, żądamy ograniczenia wolności, albowiem jak zapisano w Wedach, Kamasutrze i w… No, w tych, co wiecie, akurat zapomniałem, więc tam jest zapisane, że co za dużo, to niezdrowo. Dlatego żądamy zdelegalizowania, na przykład, pedofilii.

-Ale ona jest nielegalna – rzekła dziewczyna.

-Cholera, Catherine, czy ty zawsze tak musisz? – zniecierpliwił się chan. – Nic to, damy radę, damy radę, musimy tylko pomyśleć. A ty – zwrócił się do Patrycji – wsteczny bieg i wynocha natychmiast, albo skonfiskujemy ci ten wózek na rzecz bojowników wolności.

Dziewczyna posłuchała, zawróciła i pojechała w stronę nadrzecznych bulwarów mając nadzieję, że może  tamtędy się przedostanie. Ładny dzień jeszcze wypiękniał przed swym zgonem. Na niebie nieliczne obłoki  płonęły, oświetlone łuną zachodzącego słońca. Rzeka przecięta czarnymi krechami mostów lśniła tak, że nie dało się na nią patrzeć. Szeroki trawnik między jezdnią a nadbrzeżnym chodnikiem jeszcze ledwo zielony, pokryły gęsto białe, wczesnowiosenne kwiatki. Z drugiej strony, przed fasadami secesyjnych kamienic, właściciele kawiarni pierwszy raz w tym roku zdecydowali się ustawić krzesła i stoliki na szerokim chodniku. Wszystkie miejsca w tych ogródkach były zajęte. Stopniowo, w miarę jak zapadała ciemność, na stolikach zapalały się lampki. Patrycja jechała pomału, zgodnie z ograniczeniem prędkości do trzydziestu kilometrów, więc miała czas zaobserwować, że być może ludzie nadstawiają ucha na odgłosy dalekiej strzelaniny, ale tak naprawdę, nawet nie są zbyt ciekawi. Ot, ktoś znowu wygłupia się przed Wiosennymi Świętami.

Skręciła na most, wyjechała ze ścisłego centrum. Postała w korku, zaliczyła dwa objazdy i wreszcie, ciemno już było, zaparkowała przed blokiem. Trzymając pusty koszyk, otwarła drzwi mieszkania na parterze.

-Mamo, tato, jestem!

Rodzice i młodszy brat wyszli z kuchni do przedpokoju.

-Co tak długo z tym święceniem? – spytała mama. – Już zaczęłam się martwić. Kościół spalili, czy co?

-Gdzie to masz? – spytał chłopczyk. – Dlaczego koszyk jest pusty?

-Musiałam schować – wyjaśniła mu Patrycja. – Każdą rzecz osobno zapakowałam w folię: baranka, trzy pisanki, solniczkę, dwie kromki chleba, kawałek kiełbasy i bukszpan do dekoracji. Potem wrzuciłam to wszystko przez wlew do zbiornika paliwa.

-Sprytnie – pochwalił ją tata. Z widoczną ulgą zdjął kuchenny fartuch. – To jadę do warsztatu na kanał, spuszczę paliwo, zdemontuję zbiornik i wyjmę to wszystko. Dobrze zapakowałaś? Nie przeszło benzyną?

-Dobrze zapakowałam – zapewniła Patrycja.

-Przy okazji, jak już będę na warsztacie, przeczyszczę palniki Bunsena i sprawdzę zawór główny – rzekł tata. – Muszę to wszystko zrobić dzisiaj, jutro mimo wszystko nie wypada, jutro Wielka Niedziela.

21.03.2018
Zrobił się z tego blog księgowy a nie fantastyczny, ale trudno, ja się przedzieram przez to w wyższym celu, aby sobie fachowo i legalnie, przy tym tanio, wydać książkę. Z podatkiem od dochodu w 2018 r, to jest tak:
1. Deklaracji do US się nie składa, tylko wpłaca nalezności miesięcznie lub kwartalnie, do wyboru.
2. Do kwoty dochodu 8000 zł nie ma podatku – kwota wolna.
3. Do kwoty 1000 zł należnego podatku nie ma obowiązku wpłacania zaliczek miesięcznych/kwartalnych.
4. Zaliczki do progu dochodu 85000 zł oblicza się:
(Dochód – składka ZUS) x 18% – składka zdrowotna – 556,02 zł
Dochód i składki oczywiście narastająco od poczatku roku.
5. Osoba prowadząca działalność gospodarczą odlicza składki zdrowotne swoje i osoby wspomagającej.
6. Emeryt prowadzący działalność gospodarczą rozlicza ją według powyższego. ZUS rozlicza jego emeryturę.
7. Na koniec roku emerytura i działalność gospodarcza rozliczane są razem w
PIT 36 i PIT B.
8. W PIT 36 kwota zmniejszająca podatek za rok 2018 wynosi:
A) Dochód do 8000 zł     kwota 1440 zł
B) Dochód od 8001 zł do 13000 zł    kwota obliczona według wzoru
1440 – 883,98 x (podstawa obl. podatku – 8000)/5000 zł
C) Dochód 13001 zł do 85528 zł    kwota 556,02 zł
D) Dochód powyżej 85528 zł – nie podam, bo nie sądzę, aby się ktoś na działalności wydawniczej aż tak obłowił. A jeżeli się obłowi to mu zazdroszczę, i niech sam się męczy nad ustalaniem kwoty.

20.03.2018
Zasady obliczania zaliczek na podatek dochodowy z uwzględnieniem zmian od 2018 r., z uwzględnieniem opcji korzystnych dla płatnika, z uwzględnieniem osoby wspomagającej i jeszcze emerytury wypłacanej prezez ZUS – dlaczego dobrze, żeby działalnośc prowadził emeryt to już pisałem – do tego jeszcze zasady rozliczania rocznego w PIT 37, wszystko to razem jest bardziej zagmatwane niż zasady i zaklęcia Wyższej Magii. Do tego magowie mieli Księgi czarów, Księgi zaklęć, Księgi magiczne itp., a do podatków nie ma żadnej zaczarowanej księgi. Trzeba  wydestylować wiedzę z  cząstkowych lub niejasnych omówień w internecie, mieszają się  kwoty wolne od podatku, kwoty odliczeń od zaliczek miesięcznych (lub kwartalnych), odliczenia od podatku w rozliczeniach rocznych PIT 37 itp., itd.  Koszmar i masakra. Ale, w każdym razie tak mi się wydaje, jestem bliski rozwikłania tego węzła gordyjskiego. Jak rozwiklam to się w syntetycznej formie podzielę. No trudno, ale jeśli się chce założyć wydawnictwo albo jakąkolwiek działalność gospodarczą, a nie chce się płacić biuru rachunkowemu, trzeba przez to przebrnąć.

14.03.2018
Ze spraw prozaicznych, ale koniecznych do prowadzenia firmy, w tym wydawnictwa, pozostały jeszcze: dokumenty księgowe, podatek z odliczeniami oraz sprzedaż. Kiedy z tym nudziarstwem   skończę, będę mógł pisać o przyjemnych, fantastycznych sprawach oraz o tym, jak funkcjonuje wydawnictwo. Wymyśliłem dla niego nazwę: MWM to znaczy Małe Wydawnictwo Małopolskie.  Kiedy się rozwinie i spotężnieje, skrót MWM pozostanie, ale jego rozwinięcie będzie inne: Mega Wydawnictwo Małopolskie.
Dokumenty księgowe. Są różne, zależnie od formy opodatkowania, czy chce się być płatnikiemVAT, czy nie. Przy opodatkowaniu na zasadach ogólnych (księga przychodów i rozchodów) jeśli chce się być płatnikiem VAT należy:
1. Zgłosić działalność w Urzędzie Skarbowym na druku VAT R
2. Prowadzić Podatkową księgę przychodów i rozchodów – można elektronicznie, można w formie papierowej.
3. Prowadzić Ewidencję zakupu i Ewidencję sprzedaży – tylko w formie elektronicznej
4. Do 25 dnia miesiąca następnego po miesiącu rozliczeniowym, przesyłać do US deklarację VAT 7 i jednolity plik kontrolny, tylko przez internet. Przesyłamy nawet  jeśli nie było obrotu.

Wszystkie te druki można ściągnąć bezpłatnie ze strony: mofnet.gov.pl

Ufff, jeszcze tylko kilka wpisów o sprawach firmowo – wydawniczo – księgowo – podatkowych, i zagadnienie zostanie wyczerpane, pozostanie założyć firmę wydawniczą. I wtedy, to się dopiero zacznie!

08.03.2018
Jescze o składce zdrowotnej której nie płacimy, angażując do współpracy bliską osobę na niskiej emeryturze, poniżej 2100 zł brutto. Firma jest na nią, my wspomagamy.  Dwie uwagi, jedna niedobra, druga dobra.
1. W którym miesiącu nie płacimy składki zdrowotnej a w którym jednak musimy zapłacić, o tym już pisałem. Nie napisałem natomiast i teraz to uzupełniam, że, niestety, w miesiącu gdy płacimy, to za dwie osoby, właściciela firmy i osobę wspomagającą.
2. Nie napisałem a to ważne, pocieszające i nie wszystkim wiadome, że składkę zdrowotną odlicza się od podatku. Płacimy plując krwią i klnąc, ale na początku następnego roku nam to oddają.

Każdy musi rozważyć, czy takie rozwiązanie mu pasuje. Mnie tak, poniewaz jestem pesymistą (realistą?) i nie sadzę, aby było wiele takich miesięcy w roku, gdy sprzeda się więcej niż 20 książek. Jak się sprzeda, trzeba płacić dwie składki, ale na początku przyszłego roku oddadzą. Oczywiście zakładam, że ta druga osoba dołoży swojej pracy i pomysłów, a to duży plus. Jeszcze jedno, czy płacimy czy nie, trzeba składać do ZUS comniesięcznie deklarację DRA oraz RZA, do piętnastego dnia następnego miesiąca. Jesli jesteśmy zwolnieni w tym miesiącu ze składki zdrowotnej, w odpowiednie rubryki wpisujemy 0.  Oczywiście do ZUS trzeba zgłosić działalność. W moim mieście – nie wiem czy tak jest w całej Polsce –  można to uczynić wraz z rejestracją działalności w Urzędzie Miasta.

Wygląda na to, że temat opłat dla ZUS wyczerpałem, więc przechodzę do najważniejszej dzisiaj sprawy:

Wszystkim paniom które tu zaglądają, życzę szczęścia, zdrowia, wszelkiej pomyślności!

05.03.2018
Jeszcze o przygotowaniu do druku. Aż 40 zł jakich żądają spece od DTP za arkusz wydawniczy, to za drogo, więc wbrew opiniom z internetu, zapoznałem się z Ridero. Żadna opinia nie twierdzi, że to oszuści, a jedynie, że książki stworzone przez maszynkę Ridero brzydko wyglądają. Jest to szczera prawda.  Szablony okładek jakie można wybrać, są koszmarne. To zrozumiałe, bo ograniczona ilość szablonów musi obsłużyć książki o najrozmaitszej treści. Dlatego są to neutralne abstrakcyjne maziaje, niby okładki na zeszyty. Ale być może, niewykluczone (nikt nie napisał, że jest inaczej) tekst jest poprawnie przygotowany do druku. Przemawia za tym również fakt, że jednym kliknięciem można zlecić druk i tekst w formacie PDF przygotowany do druku, przemienia się w książkę. To by wskazywało, że tekst jest dobrze przygotowany.  Druk wychodzi drogo i okładka okropna, więc nic nie zlecamy, tylko ściągamy plik PDF z przygotowanym tekstem. Kosztuje to 34 złote. Jest to tak tanie i proste, że aż nie wiem co o tym sądzić, W swoim czasie wyślę plik PDF do drukarni i wtedy się okaże. Pozostaje okładka. Ja przygotowuję ją w trzech etapach: narysowałem jak umiałem (czyli koślawo)  projekt okładki, dałem znajomemu grafikowi żeby przerysował fachowo, gdy nadejdzie czas dam ją  firmie od DTP do przygotowania do druku. Taka usługa kosztuje kilkadziesiąt złotych. Razem wziąwszy, za około 100 zł powinno być załatwione całe DTP. Tak tanio, że tylko trzymać kciuki, by wypaliło.

03.03.2017
1. Przygotowanie do druku. Tu raczej nic sami nie poradzimy, trzeba płacić. Zrobiłem rozeznanie  w internecie, może nieco powierzchowne, wyszło mi, że standardowa cena za jeden arkusz wydawniczy to 40 zł. Jeden arkusz wydawniczy to 40000 znaków.  Za książkę 340 stron wychodzi około 700 zł (w tym 23% VAT). Jest bezpłatny program  na Ridero, ale opinie są takie, że do ebooka jest bardzo dobry, natomiast książka drukowana wychodzi siermiężnie i odbiega od standardów, więc ja bym nie ryzykował.
2. Z drukowaniem oczywiście też sami nie damy rady. Do małych nakładów tylko druk cyfrowy, droższy od ofsetu. Ofert w internecie jest trochę, ja zbadałem ceny w 9 drukarniach. Rozpiętość cen jest spora. Książka 340 stron, okładka klejona, kolorowa, jednostronnie uszlachetniona folią, format A5, nakład 100 egzemplarzy. Najwyższa cena brutto (5% VAT) wynosi 1246,61 zł, najniższa którą oczywiście wybieramy to 878,85 zł.  Zatem cena przygotowania do druku i druku jednego egzemplarza wynosi około 15,80 zł. Niestety sporo, lecz ja nie widzę rady. To znaczy jedna jest, zwiększenie nakładu obniża koszt jednostkowy, lecz aby to miało realne znaczenie, nakład trzeba zwiększyć bardzo znacznie. Ja w to nie idę. Jeżeli ktoś ma jakąś inną radę, bardzo proszę o komentarz. Jezeli nie, musimy się z taką ceną pogodzić.

27.02.2018
Oto co mam do powiedzenia na temat pozostałej działalności wydawnictwa generującej koszty:
1. Prowadzenie księgowości. Można zlecić, koszt według mojego rozeznania pomiędzy 200 a 300 zł za miesiąc. Może niezbyt drogo, ale to stresujące, gdy musisz zarobić choćby tyle, by wystarczyło na ksiegowość. Jeśli nie zarobisz, to musisz podkraść żonie z domowej kasy, a to moze mieć przykre konsekwencje… Dlatego, choć to żmudne i nieprzyjemne, zamierzam sam się z tym borykać. Na razie mam mgliste pojęcie, jak zgłębię to sie podzielę. Słyszałem, że pewien bank jeśli otwiera się u niego konto firmowe, udostępnia bezpłatnie program do księgowości małej firmy. Sprawdzę w najbliższym czasie i opiszę.
2. Konto firmowe. Jeśli ma się firmę osobisty ROR nie wystarczy, potrzebne jest konto firmowe. Za prowadzenie konta banki chcą opłaty. To drobne kwoty, ale jedni chcą więcej, inni mniej, trzeba się rozeznać zwłaszcza, że bywają promocje albo bonusy jak ten program księgowy.
3. Numer ISBN. Konieczny aby płacić drukarni z 5% VAT (jeśli nie ma ISBN, VAT wynosi 23%) Ponadto konieczny i niezbędny, aby książka wyglądała profesjonalnie.  Numer ISBN uzyskuje się bezpłatnie z Biblioteki Narodowej wypełniając formularz. W internecie ogłaszają się pośrednicy oferujący załatwienie ISBN za opłatą.  Ich pośrednictwo jest całkowicie zbędne.
4. Korekta. Można ją zlecić za pieniądze. Ale ponieważ moim hasłem jest optymalizacja kosztów, nie ma mowy bym zlecił korektę za opłatą. W pewnym stopniu korekty dokonuje sam Word podkreślając błędy. Niestety w tekscie SF pełno jest dziwnych nazw, imion itp., od czego Word się blokuje i po iluś tam stronach przestaje dokonywać korekty. Ja poradziłem sobie tak, że podzieliłem tekst na pliki o objętości strawnej dla Worda. To zmudne, ale skuteczne. Poza tym oczywiście trzeba zmusić krewnych i znajomych (nawet żonę jesli się kto nie boi) aby przeczytali tekst i wnieśli uwagi.

Pozostało mi jeszcze omówienie przygotowania tekstu do druku, druk książki, sprzedaż. W najbliższym czasie podzielę się tym, co wiem o tych kluczowych zagadnieniach.

26.02.2018
Wysokość nakładu zależy oczywiście od funduszu jakim się dysponuje, ale zależy również od strategii. Ja nie wiem, jaka strategia jest najlepsza, przedstawię co myślę, nie upierając się przy tym.
1. Przy braku możliwości efektywnej masowej sprzedaży lepiej drukować mało ponieważ nie zamraża się pieniędzy w zalegających w szafie egzemplarzach. Jeśli się powiedzie, zawsze  można zlecić dodruk.
2. Co prawda dodruk wychodzi drożej niż od razu większy nakład bo w drukarni im więcej tym taniej. Poza tym, dlaczego się ograniczać, jeśli ma się kasę na więcej?
3. Jednak  jeśli ma się kasę na więcej egzemplarzy, to może lepiej postarać się o dwa teksty i wydać dwie książki w małej ilości egzemplarzy niż jedną w dwa razy większym nakładzie? Myślę, że szybciej sprzedadzą się dwa lub trzy małe nakłady, niż jeden duży.
4. Egzemplarze obowiązkowe. Ustawa z 1996 r. przewiduje, że publikacje ukazujące się w nakładzie do stu egzemplarzy muszą trafiać do Biblioteki Narodowej i Biblioteki Jagiellońskiej (po jednym egzemplarzu do każdej z książnic), a publikacje wydawane w nakładzie wyższym – do piętnastu bibliotek (w sumie 17 egzemplarzy). Przy małym nakładzie siedemnaście darmowych  obowiązkowych egzemplarzy to ilość zabójcza. Przecież trzeba jeszcze wysłać książkę za darmo tu i tam dla reklamy, komuś podarować, umieścić na swojej półce…

Trzeba to wszystko rozważyć przy ustalaniu nakładu. Ja uważam, że lepiej wydać trzy teksty po dziewięćdziesiąt dziewięć egzemplarzy, niż jeden tekst w trzystu egzemplarzach, ponieważ:
a) Chociaż cena jednostkowa jest nieco wyższa, to łatwiej sprzedać trzy książki w  ilości dziewięćdziesiąt dziewięć egzemplarzy każda, niż jedną w nakładzie trzystu egzemlarzy.
b) Nie wysyła się do bibliotek siedemnastu egzemplarzy obowiązkowch, a jedynie dwa razy po trzy, czyli sześć. To na początek poważna oszczędność. Jeśli sprzedaż którejś pozycji idzie tak dobrze, że zlecamy dodruk, wysyłamy uzupełniającą liczbę egzemplarzy obowiązkowych, no ale, wtedy nas stać.
c) Dorobek wydawnictwa wygląda poważniej, jesli ma więcej pozycji w ofercie.
d) Mały nakład można traktować jako rozpoznanie, gdy jakaś pozycja sprzedaje się lepiej, śmiało zlecamy jej dodruk.

25.02.2018
1. Jak założyć działalność gospodarczą – o tym mnóstwo informacji można znaleźć w internecie, nie ma potrzeby bym się nad tym rozwodził.
2. Możliwość uniknięcia płacenia składek ZUS i zdrowotnej, według mnie ma ogromne znaczenie dla tak wątłego biznesu jak własna działalność wydawnicza.
a) Od 31.03.2018 wejdzie w życie ulga dla początkujących firm – 6 miesięcy zwolnienia ze składki ZUS, dalsze 24 miesiące składka zmniejszona. Ale składka zdrowotna zostaje.
b) Od 01.03.2018 zaczyna funkcjonować działalność nierejestrowana. Jeżeli przychód w każdym miesiącu nie przekracza 50% najniższego wynagrodzenia, czyli nie przekracza 1050 zł, nie trzeba rejestrować działalności, więc również płacić składek. Ale dla wydawnictwa to jest nie najlepsze rozwiązanie. Wtedy już nie wstawi się książki do żadnej księgarni ani hurtowni, za druk zapłaci się z VAT 23% natomiast jeśli się ma firmę, załatwia się bezpłatnie numer ISBN, wtedy druk jest z VAT 5%. Działalnośc nierejestrowana nadaje się raczej na sprzedaż przydrożną, internetową lub korepetycje, a nie wydawnictwo. Lecz rozważyć taką opcję można.
c) Jeśli się jest emerytem, ZUS odpada. Ale składka zdrowotna zostaje.
d) Trzeba znaleźć w rodzinie emeryta którego emerytura brutto jest niższa niż 2100 zł (najniższe wynagrodzenie). Myślę, że o takiego nietrudno, bo emerytury jak wiadomo są marne. On zakłada firmę. Jako emeryt składki ZUS nie płaci. Jeżeli przychód (zwracam uwagę, nie dochód tylko przychód) z działalności nie przekroczy w danym  miesiącu 50% najniższaj emerytury,  nie płaci również składki zdrowotnej ani on, ani członek rodziny zgłoszony jako osoba wspomagająca (czyli my). Od marca 2018 roku 50% najniższej emerytury wynosi 514,90 zł. Niby mało, ale to jakieś 17 ksiązek sprzedanych. Jeżeli sprzedamy więcej książek pijemy szampana (lub przez oszczędność herbatę z cytryną) i płacimy składkę zdrowotną.

Myślę, że wymieniłem wszystkie możliwości optymalizacji  składek. O tym, co wymyśliłem w pozostałych tematach, następnym razem.

23.02.2018
Kolejny, trzeci sposób na wydanie książki chyba wyczerpuje wszystkie możliwości, nie sądzę aby jeszcze coś dało się wydumać (ale kto wie, jeżeli wymyślę czwarty sposób, to oczywiście się podzielę). Ten trzeci sposób to samodzielne wydanie książki. Jak wiadomo, nazywa się to self publishing.  Na zachodzie podobno modne i się sprawdza. U nas nie. U nas na autora czekają bariery nie do przeskoczenia. Ale jak się nie da przeskoczyć, to może da się przeleźć dołem albo bokiem?

Najpierw założenia – co chcę uzyskać wydając książkę, czym dysponuję itp.:
1. To tylko zabawa, spełnienie ambicji, satysfakcja, że się dopięło swego, przyjemność jaką daje oglądanie, czytanie, głaskanie, ustawianie na półce własnej książki.
2. Nie zależy od tego byt rodziny ani nawet opłacenie rachunku za telefon, jednak trzeba się starać, żeby nie dopłacać.
3. Dysponuje się niewielką, małą, niewystarczającą kwotą pieniedzy. Ale jednak czymś się dysponuje i jest się zdeterminowanym, by zaryzykować.
4. Dysponuje się tekstem albo jeszcze lepiej tekstami oraz przekonaniem, że wiele nudniejszych i głupszych „dzieł” stoi na półkach w księgarni. Takie przekonanie na pewno jest słuszne, bo to, co próbują sprzedawać, to sami wiecie… Kiedyś usiłowałem czytać dzieło znanego amerykańskiego mistrza SF i przyszło mi do głowy takie porównanie:  jest to sałatka z drobno pociętej płyty pilśniowej i poszatkowanej starej dykty z której nie wyjęto wszystkich gwoździ, wszystko to przyprawione gipsem, octem oraz solą. Najfajniejszy w tej powieści jest dowód na nieistnienie Boga. Dowód przedstawia się następująco: aż 222 cywilizacji kosmicznych twierdzi że Boga nie ma, a jedynie 19 i to najgorzej rozwiniętych twierdzi, że jest. Przyznaję, autor wykazał się umiarkowaniem. Mógł przecież napisać, że aż 222222 cywilizacji wie, że Boga nie ma, a jedynie 0,19 upiera się, że jest. No ale, dosyć już dygresji.

Wziąwszy pod uwagę powyższe cztery założenia:
1. Jeżeli koszty mają się zwrócić, darmowe rozdawnictwo trzeba ograniczyć do minimum, książkę należy sprzedawać.
2. Jeżeli sprzedawać, to trzeba założyć działalność gospodarczą, w przeciwnym razie Urząd Skarbowy będzie nas ścigał.
3. Jeżeli działalność gospodarcza, to pojawiają się koszty: ZUS, składka zdrowotna, podatek, księgowość, zakup kasy fiskalnej. Wziąwszy pod uwagę, że świat nie czeka na nasze dzieło i wątpię aby sprzedaż można było porównać do Amazonki, raczej do rowu melioracyjnego którym woda ledwo cieknie albo i wcale nie cieknie, powyższe koszty spowodują, że będziemy na deficycie.
4. Trzeba zdecydować jaki nakład, gdzie drukować, kto przygotuje tekst do druku, pamiętając, że nie chcemy inwestować wielkich pieniędzy. Jest tu taki dylemat: im większy nakład, tym niższy koszt jednostkowy druku i przygotowania, ale tym więcej trzeba zainwestować.
5. Przydałaby się jakaś promocja, a profesjonalna kampania reklamowa jest całkowicie poza naszym finansowym zasięgiem.
6. Jak sprzedawać? Oto jest pytanie na które nie ma dobrej odpowiedzi.

Z powyższego jasno wynika, że bez wpadania w długi  samodzielnie wydać książki nie da się, i już. No chyba, że wygramy kilka milionów w totolotka, wtedy jeden milion przeznaczamy na założenie wydawnictwa, wynajmujemy fachowców i po kłopocie. A co, jeżeli nie mamy miliona i uparliśmy się próbować? Według mnie, trzeba próbować. Ale już mnie palec boli od pisania. Co wymyśliłem aby ominąć – w każdym razie niektóre – przedstawione powyżej przeszkody, opiszę jutro.

22.02.2018
Dzisiaj drugi sposób na wydanie książki – autor wynajmuje wydawnictwo. Jest sporo takich wydawnictw do wynajęcia. Konkrety dotyczące kosztów, nakładu, dystrybucji, podziału ewentualnych przychodów itp. określa się oczywiście w umowie. Rozmaicie może to być rozwiązane, co wydawnictwo to inne warunki. Jak nietrudno się domyśłić warunki tak ustalono, aby wydawnictwo zarobiło, a autor poniósł koszty. Zasadą jest, że wydawnictwo dystrybucją książki nie musi się przejmować, bo już zarobiło na autorze. Znalazłem dziewięć takich wydawnictw. Po kolei:
1. Oszuści – dwa wydawnictwa o których taka opinia krąży w internecie, podobno oszukani autorzy wystąpili z pozwem zbiorowym. Nie ma sensu wysyłać do nich swego tekstu.
2. Podejrzani – dwa wydawnictwa. Trudno znaleźć ich książki w księgarniach internetowych – w niewielkiej ilości sklepów po dwa, trzy tytuły, brak promocji na portalach typu Lubimyczytać.  W klasycznych księgarniach  ich książek nie ma, nie było i nie będzie. Są bardzo chętni do uzgodnienia warunków finansowych, a tekstu czytać nie chcą. Jak się ustali sprawy finansowe, to wydadzą co się im przyśle, i już. Wszystko to razem jest bardzo zniechęcające. Moim zdaniem nie ma sensu wysyłać do nich swego tekstu.
3. Bardzo drodzy – dwa wydawnictwa. Tak drodzy, że choćby się sprzedało wszystkie egzemplarze, autorowi i tak koszty się nie zwrócą. Koszt wydania jaki poniesie i zasady podziału ewentualnych wpływów są tak ustalone, że dopłaci do egzemplarza kilkanaście złotych. Oczywiście autor może ustalić cenę okładkową tak, że mu się teoretycznie opłaci. Tylko kto kupi za sześćdziesiąt złotych książkę początkującego autora wydaną w niezbyt znanym wydawnictwie,   średnio grubą –  o objętości trzystu  stron, w miękkiej oprawie, słabo promowaną na dodatek? No chyba nikt nie kupi. Biznesu się z nimi nie zrobi, ale przynajmniej udają, że czytają, korespondują, coś podpowiedzą, np. ile to stron wyjdzie w duku itp. Promocją nie powalają ale widać ich reklamy w internecie, więc jeśli ktoś jest zdeterminowany wydać książkę za spore pieniądze które się nie zwrócą, to jak najbardziej, można.
4. Olewający. Trzy wydawnictwa. Reklamują się, że są wydawcami do wynajęcia, a nie odpowiadają na maile, obiecują, że przyśłą wycenę i warunki umowy ale najpierw muszą przeczytać tekst i już go kończą, odezwą się we środę, mijają kolejne środy, a oni nic. Płacić i jeszcze prosić by raczyli odpowiedzieć, to za dużo. Skreślam ich.
5. Mamiący. Jedno wydawnictwo. Pierwszą książkę wydadzą niestety na koszt autora i to drogo, ale jeśli będzie się sprzedawać to za drugą koszty po połowie, trzecią na koszt wydawnictwa. Nie ma na to żadnych gwarancji w umowie, konkretem jest wysoki koszt, reszta to tylko nieobowiązująca gadanina.
6. Jeszcze nie wiem co o nich myśleć. Dwa wydawnictwa. Odpisali, że przygotowanie odpowiedzi musi potrwać, bo oni w przeciwieństwie do niektórych, czytają nadesłane teksty i byle czego nie wydają. Jedno wydawnictwo podało datę graniczną i numer telefonu. Jeśli do podanej daty autor nie otrzyma od nich odpowiedzi, powinien zadzwonić na podany numer i ich opieprzyć.

21,02,2018
Dzień dobry! To ja. Długo mnie nie było, ale jestem. Usprawiedliwieniem mojej długiej nieobecności, są następujące powody:

  1.  Założyłem wiarygodny i dokładny licznik odwiedzin który wykazał, że nie jest tak dobrze, jak myślałem. To mnie lekko zniechęciło. Ale już mi przeszło, w końcu jednak ktoś tu zagląda. więc warto się wysilać.
  2. Brak czasu z powodu przejścia na emeryturę. Początkujący emeryt, jak każdy początkujący, jest zagubiony, zabiegany i nie wie w co ręce włożyć, tyle ma zaległych spraw do załatwienia.
  3. Brak materiału do zamieszczania w blogu. W zasadzie zamieściłem tak długie fragmenty moich powieści jak  mogłem, gdybym zamieścił więcej to bym odkrył tajemnice, ujawnił rozwiązania, równie dobrze mógłbym opublikować cały tekst a tego nie chcę, ponieważ
  4. Mam szczery i nieustający zamiar wydać te teksty w formie książek, czynię w tym kierunku starania i to jest bardzo absorbujące, pochłania wiele czasu.

Poczynając od dzisiaj zamierzam badać rynek wydawniczy w tem sposób, że biorę książkę na chybił trafił z półki w księgarni lub bibliotece, co mi w ręce wpadnie, bez rekomendacji, polecania przez znajomych, czysty przypadek.   Czytam choćby to było nie wiem jak nudne, piszę krótką ale treściwą notkę w dziale „Przeczytane”. Ciekawe, czy coś mi się spodoba? Pewnie nie, bo:
1, Jestem stary, zgryźliwy i złośliwy.
2. Czytelnictwo spada, gdyby wydawano fajne książki, wzruszające, pouczające, wciągające albo choć śmieszne, to by nie spadało.

Jednak badanie rynku to sprawa poboczna. Przede wszystkim zamierzam opisywać sposoby i starania, zmierzające do wydania książki. W zasadzie nie da się tego zrobić bo piszących mnóstwo,  czytelników mało, a wydaje się głównie tłumaczenia. Ale jak się kto uprze… Ja się uparłem i wymyśliłem trzy sposoby:
1. Wydać książkę w klasycznym wydawnictwie. W to nie wierzę, jestem głęboko przekonany, że wydają tam wyłącznie krewni i znajomi królika. Jakiś procent z tych krewnych i znajomych ma talent, dlatego czasami ukazuje się dzieło polskiego autora nadające się do czytania. Jednak większość to niestety chłam. Albo nudny, niesmaczny i bluźnierczy opis nieudanego końca świata, albo popłuczyny po „Pikniku na skraju drogi” z ohydnym i głupkowatym antybohaterem, albo nudny opis gwałtu pozbawiony pasji, emocji, krzywdy, nawet erotyzmu. Ot, zgwałcił ją, a jej to w zasadzie zwisa. Cykle które zyskaly popularność, ciągną się w nieskończoność. Kiedyś czekałem na każdy tom (ukazywały się raz do roku), a one były coraz dłuższe, coraz nudniejsze, autor wyraźnie szedł na masę. Wreszcie dobrnął do końca. Raptem patrzę, a on znowu zaczyna, wysmażył jakiś tam sequel, prequel, czy jak mu tam. Zapomniał, że co za dużo, to niezdrowo. Długo by pisać, ale to  może przy badaniu rynku. W każdym razie, ja o polskich wydawnictwach mam złą opinię. Mimo to, oczywiście, trzeba do nich wysłać tekst żeby sobie nie zarzucać, że coś się pominęło. Ale poprzestać na tym nie można bo z góry wiadomo, że nic z tego nie będzie.  Pozostały więc jeszcze dwa (desperackie raczej) sposoby, ale o nich to już nie dzisiaj.

Miło poinformować, że zacząłem wklejać części nowej powieści „Ofir”. Zapraszam do czytania.


Jestem fanem fantastyki od szkoły podstawowej, czyli od baaaaardzo dawna. Naczytałem się tego sporo, i cóż, coraz to mniej opowieści mi się podobało. Był to pewnie objaw przedawkowania. Ale też znużenia wtórnością, przerabianiem bez końca podobnych motywów, bohaterów, wątków. Ponieważ muszę coś czytać, tak już mam, zabrałem się za książki z tak zwanego głównego nurtu. Ale tam, to już kompletna katastrofa, pretensjonalny bełkot i udawanie głębi. Ale trudno, jak już się zdecydowałem zgłębiać głębię, to zgłębiałem, aż dotarłem na samo dno. Nie znalazłem tam pereł ni korali, jeno potworka babrzącego się w mule, czyli powieść „ Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Główną bohaterką jest przerażająca baba o której wiele złego i dziwnego można powiedzieć, na przykład to, ze kocha leśne stworzenia, a psy wypuszcza do lasu, jej psy biegają swobodnie po lesie. Wiadomo, co psy robią w lesie, przecież nie całują się z zajączkami. Z tekstu powieści wynika, że to babsko rzadko się myje, ma kuku na punkcie astrologii a za najfajniejszy kraj świata uważa Czechy. No mniejsza o to, to wszystko jeszcze można znieść. Ale ona morduje ludzi. Jest seryjną morderczynią. Z zemsty za zajączki i podobne stworzenia, z zimną krwią morduje ludzi,  a mimo to autorka „dzieła” każe nam lubić swoją upiorną bohaterkę i stać po jej stronie. Wiem, że jestem odosobniony w takim odbiorze powieści która jest popularna, na jej podstawie powstał film „Pokot”, ale trudno, ja doznałem wstrząsu i uciekłem, wypłynąłem z głównego nurtu z trudem łapiąc oddech.  Zresztą książki, filmy i seriale tak zwane realistyczne, to też przeważnie fantastyka i to nienaukowa. Akurat gdy to piszę, w telewizorze leci serial „Na dobre i na złe” o szpitalu w Leśnej Górze. Przecież to czysta fantastyka, świat równoległy. Takiego szpitala w naszym świecie nie ma. Przecież tam przejmują się pacjentami! Jednym słowem, nie ma ucieczki od fantastyki, po wycieczce w rejony gdzie dają nagrodę Nike, grzecznie wracam do SF i fantasy. Ale tym razem nie będę cicho, tym razem wszystko wszystkim wygarnę. Opowiem co mi się podoba a co nie i jakie jest moje zdanie o rynku książki, co mam taką nadzieję, kto wie, być może, kogoś zainteresuje. Mam to zamiar uczynić za pomocą recenzji, opinii, linków do ciekawych tematycznych stron oraz tekstów które mi się podobają. Nie ma co ukrywać, najbardziej podobają mi się moje własne teksty. Będę tu zamieszczał fragmenty, mniej więcej do jednej trzeciej długości całej książki. Co uczynię z całością tekstów jeszcze nie wiem, ale choćbym miał stanąć na rękach i tak pozostać przez miesiąc, jakoś je opublikuję. Chodzi mi po głowie taki pomysł, aby poświęcić trochę kasy, mnóstwo czasu i założyć własne wydawnictwo? Być może, w każdym razie, mam zamiar te teksty opublikować w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy.